Rozdział pierwszy
Lód trzeszczał pod moimi stopami, gdy przesuwałam
je centymetr po centymetrze. Doskonale wiedziałam, że nie mogę się wycofać, ale
zaczynały mnie powoli niepokoić wzory na powierzchni lodu, przypominające
pajęcze sieci, powstające dokładnie tam, gdzie stawiałam stopę. Lód pode mną
niebezpiecznie skrzypiał, za każdym razem, gdy słyszałam ten dźwięk, ciarki
przechodziły mnie po kręgosłupie. Czułam pod stopami roztopiony śnieg.
Stopy ślizgały mi się na wszystkie strony. Miałam już serdecznie dość tego
gównianego lodu, ale co poradzić.
Tak więc, dzień ten był idealnym przykładem tych, których główną atrakcją jest
randka ze śmiercią. Jednak ta tego dnia była wyjątkowo blisko mnie i sapała mi
nad karkiem. Może to było głupie posunięcie zakładając się o to, że uda mi się
przejść po zamarzniętym jeziorze, z jednego brzegu do drugiego, tylko po to by
uchronić swój honor i pokazać jaka to jestem nieustraszona. Mimo, że zima w tym
roku w okolicach grudnia i stycznia była bardzo chłodna, to jakoś lód nie
wydawał się za szczególnie gruby. No cóż, może nie byłoby to takie trudne,
gdyby nie te duchy. No bo normalnie mogłabym przebiec się kawałek nie patrząc
przed siebie, a tak musiałam cholernie uważać, by się z którymś nie zderzyć, bo
tylko tego brakowało, żebym zemdlała na środku jeziora. Raczej żaden z moich
przyjaciół po mnie nie przyszedł.
Dokładnie mówiąc po tafli jeziora spacerowało sobie kilka duchów. Spokojnym
spacerkiem pokonywali metry, rozglądając się zamaszyście po okolicy. Kilkoro
spotykając się ze sobą zaczynali rozmawiać. Może za specyficznie się nie uczę,
ale żyje w świadomości, że na tym jeziorze rozegrała się jakaś bitwa czy coś,
dlatego duchy te się znały, gdyż polegli razem, w jednej bitwie, z jednej
przyczyny. Oczywiście ostrzegałam też ponure postacie, z którymi nieszczególnie
chciałabym pogadać.
Gdzieniegdzie były nawet duchy młodych
dzieci, ubranych w staromodne ubrania, co świadczyło o tym, że raczej zginęli
tutaj wiele lat temu.
Usłyszałam za sobą głośne nawoływania, więc
się odwróciłam. Idąc tyłem, modliłam się w duchu, żeby nie wpaść na żadnego
ducha.
-
Masz już dosyć? – wrzasnął Mattew oddalony już o połowę powierzchni lodu. – Bo
wiesz zawsze może już wrócić, nikt się nie obrazi.
-
Ojej, jak miło, że się o mnie tak troszczysz – rzuciłam kwaśno w jego stronę.
-
Ale co tak wolno idziesz? – wtrącił swoje trzy grosze Cole, pomysłodawca co do
zakładu. – Czyżbyś się bała?
-
No wiesz, rozkoszuję się to cudowną chwilą zwycięstwa – powiedzenie ,, No
wiesz, muszę uważać na duchy, bo jak na jakiegoś wpadnę to już po mnie’’
wydawało mi się jakieś takie nie na miejscu.
-
Może się trochę pośpiesz – znów dołączył Mattew. – Tydzień minie zanim
dojdziesz do brzegu.
-
Czasem się nie martw – warknęłam i odwróciłam się zamaszyście na pięcie.
W życiu moje serce nie zabiło tak szybko. Stanęłam twarzą w twarz z duchem, aż
poczułam bijący od niego chłód. Wpatrzyłam się w oczy ziejące dziwnym zimnem.
Duch wlepił we mnie swój wzrok, widmowych oczu. Starając się go jakoś ominąć,
źle postawiłam stopę, która szybko wygięła się w niewłaściwą stronę. Poczułam
mocny ból, który szybko się rozprzestrzenił po całej nodze. Jedyne czego tak
naprawdę się bałam, to wpaść na ducha.
Żeby jakoś powstrzymać się przed skręceniem kostki, szybko postawiłam stopę
właściwie, ale i tak już leciałam na lód. By się całkowicie nie zabić
wyciągnęłam przed siebie ręce, zgięte w łokciach, by ich nie złamać. Upadając,
słyszałam tylko głośny śmiech Cola, przypominający mi rechot żab.
Tafla lodu pękła pod moim naporem, a ja poczułam jak z każdej strony otacza
mnie lodowata woda. Ramiona od razu mi zdrętwiały od zimna. Nietrafnie
byłam na środku jeziora, gdzie nie miałam gruntu, więc cała byłam zanurzona w
wodzie. Starałam się dopłynąć do dziury w lodzie, wyrobionej podczas mojego
upadku, ale jakoś nagle znikła mi z oczu.
Próbowałam
nie wciągać wody nosem, ale powoli brakowało mi powietrza, więc w desperacji
młóciłam nogami wodę, otaczającą mnie z każdej strony. Zimno kąsało moje ciało,
którym powoli wstrząsały drgawki.
Nie mogę Wam wyznać ile tam
pływałam. Po prostu czułam jak moje płuca żałośnie domagają się powietrza, a
zimna woda paraliżowała moje nogi. W piersiach powoli rozchodził mi się ból,
dający znać, że wiele nie wytrzymam. Pływałam pod lodem, mając nadzieję na
odnalezienie tej cholernej dziury.
W oczach już rozmazywał mi się
obraz, a ja mrugałam, próbując wyprzeć z nich wodę. W akcie totalnej
desperacji, zaczęłam walić dłońmi w lód. Zimno mieszało mi się z bólem. Jedyne
co uzyskałam to siniaki na rękach.
W sumie najłatwiej było opadać na dno. Nie czułam już rąk
ani nóg. Tlen mi się kończył, a ja nawet już nie walczyłam. Nie miałam o co.
Powoli mrużyłam oczy. Aż dostrzegłam wybawienie.
Promienie światła wydobywały się z dziury,
którą tam wpadłam.
Nikłe, zimowe światło naprowadziło mnie na
wyjście z tego miejsca. Raz przeszła mi przez głowę myśl: a może to te słynne
światełko w tunelu?
Ostatkami sił podpłynęłam do lodu. Najpierw
wsadziłam rękę przez dziurę, potem drugą. Podparłam się nimi, mimo że ręce
gięły mi się przez zmęczenie, jakby były z waty. Niewyraźnie, niczym przez
mgłę, zobaczyłam chłopaków biegnących po śliskim lodzie. Mattew biegł
zdecydowanie wolniej, ale za to nie potykał się i nie ślizgał jak Cole. Dopiero
kiedy otworzyłam delikatnie oczy dostrzegłam widmo, delikatnie drgające przede
mną.
Monique.
Niestety, świat stracił barwy, a mnie spowiła
ciemność.
Świetne. <3 Czekam na next. :)
OdpowiedzUsuń