niedziela, 24 maja 2015

Rozdział dziesiąty

  Wiecie co jest najgorsze w łzach? Kiedy raz pozwolisz im płynąć to już nigdy nie przestaną lecieć. Po dziś dzień żałuję, że nie starłam tamtej pierwszej łzy, która spłynęła po mojej twarzy w momencie, kiedy Monique na mnie spojrzała. Od tamtej pory po moich policzkach płynęły strumienie. Czułam jak oczy mi puchną, a w ustach robi mi się sucho. Ludzie przebiegali obok mnie, a ja po prostu stałam i płakałam. Trochę byłam na siebie zła, ponieważ dawałam sobie chwilę, a nawet więcej niż chwilę, słabość. W pewnym momencie podeszła do mnie jakaś kobieta chcąc sprawdzić co mi jest, ale ja ją spławiłam. Nikt więcej już nie podchodził co mnie cieszyło. Tylko raz jeszcze przybiegł do mnie jakiś facet ostro gestykulujący. Wrzeszczał coś o telefonie. Chyba chciał wezwać pogotowie. Albo policję. Jednak ja nie miałam siły, ani ochoty by mu dać aparat. Nie miałam na to po prostu siły. Za bardzo to bolało. Straciłam przyjaciółkę. Ale gorsze było to, że mogłam jej pomóc, ale nie chciałam, bo bałam się, iż uzna mnie za idiotkę.
             Kiedy przyjechała karetka, można powiedzieć, że czara się przelała. Widziałam jak lekarze sprawdzają czy Monique żyje, ale kiedy uznali, że jest za późno...wyjęli plastikowy worek...na zwłoki. Powoli wsadzili jej ciało do czarnego worka, mając przy tym ogromną widownie. A ja tylko zsunęłam się na chodnik. Obejmowałam się ramionami i po prostu płakałam. Długa chwila słabości. Bardzo długa.
        Kiedy przyjechała policja, po czym zaczęła sprawdzać zwłoki mojej przyjaciółki nie potrafiłam już wytrzymać. Po prostu uciekłam. Dobrze znałam miejsce, gdzie mogłabym pobyć bez świadków, denerwujących ludzi oraz ciągłych pytań. Więc pobiegłam na ,,mój'' most, który spełniał te warunki. Wiedziałam w tym miejscu potencjał, którego wtedy potrzebowałam.
         
         W całym swoim życiu nie wylałam tylu łez za jednym razem. Ani na pogrzebie babci, która zmarła, kiedy ja miałam około osiem lat. Ani kiedy w urodziny taty chodziłam do niego na cmentarz. Ani kiedy złamałam rękę lub nogę czy wybiłam sobie obojczyk. Zawsze miałam umiar, potrafiłam ukrywać emocje, ale teraz już nie dawałam sobie rady.
           Pierwszy raz miałam prawdziwe wyrzuty sumienia. Zabawne uczucie. Nigdy niczego nie żałowałam ani nie czułam skruchy. Ale w tym wypadku było inaczej; byłam zła na siebie, ponieważ nie pomogłam swojej przyjaciółce - zabawne, nigdy wcześniej nie wspomniałam o niej jako o ,,przyjaciółce" ale tylko i wyłącznie wspomniałam tylko o Monique. Nigdy jej nie doceniałam, a teraz jest na to za późno. Już los mi jej nie zwróci. Nie odda.
         Nigdy nie zapomnę o tym jak wpływała na moje życie. Jak w nie zaingerowała tworząc jakąś taką przyjaźń. Pamiętam co nas połączyło; odmienność. Ja, czarnowłosa, zbuntowana i zwariowana, zawarłam rozejm z miłą blondynką, której największą ambicją były dobre oceny i porządek. 
         Pewnego dnia sparowano nas do jakiegoś projektu, którego i tak nie miałam najmniejszego zamiaru go robić. Było mi na rękę być w parze z klasową kujonką. Obie czegoś chciałyśmy; jak oceny dopuszczającej, która w dużej mierze miała mi pomóc w zdobyciu oceny, która pozwoliłaby mi zdać. Ona zaś chciała zdobyć odrobinkę odwagi, nutki wariacji do części życia. Po prostu się zaprzyjaźniłyśmy. Nie rozumiem jak ona ze mną wytrzymywała, ale potrafiła spędzić ze mną wiele chwil, bez ciągłego marudzenia o tym, jaka to ja jestem walnięta i nienormalna. Choć ostatnio nam się nie układało. Kłótnie, godziny i dni milczenia.
            Kiedyś razem z Cole’m chcieliśmy iść do parku, gdzie nie dawno postawiono nową rzeźbę o naprawdę wielkiej wysokości. Wokół niego rozstawili różne słupki, do którym przyklejone były paski z taśmy. Kilka znaków o treści ,,Zakaz wejścia poza ogrodzenie’’ zdobiły każdy słupek. Jednak, czy nas to powstrzymało? Przeciwnie, była to nowa motywacja do bezsensownych czynów. Ale najbardziej zadziwiające było to, że akurat Monique wracała wtedy z biblioteki i kiedy nas mijała, jak obchodzimy taśmę, zapytała:
 - Mogę się przyłączyć?
            Ja na te słowa uśmiechnęłam się, myśląc o tym jak ta nasza myślicielka może wdrapać się na tą budowle. Ale i tak pokiwałam głową. Reakcja Cole’a była bardzo podobna; również na jego twarzy widniał uśmiech, też kiwał głową. Jednak chyba mieliśmy inne myśli – nie miałam zamiaru poznać jego przemyśleń. Pozwoliliśmy jej się przyłączyć, choć ja na przykład dobrze wiedziałam, że załamie się już po kilku minutach.
            Przeszłam nad taśmą, obok mnie Cole, wciąż uśmiechnięty już stawiał stopę na pomniku. Monique dziwnie na nas spojrzała, ale nic nie powiedziała. Odłożyła tylko książki, które trzymała, na ławkę. Mimo wszystko nadal w nią nie wierzyłam. Złapałam za odstający kawałek na rzeźbie i podciągnęłam się. Była ona jeszcze trochę śliska, ale nie mogłam pokazać, że coś mi przeszkadza. Cole był jakieś dwie stopy wyżej, a Monique dopiero przechodziła przez taśmę. Jak ona  to niby zrobi?
            Nad moją głową Cole poślizgnął się, na skutek czego jego lewa noga zawisła nade mną, a on jak szalony wymachiwał nią na wszystkie strony by znaleźć jakiś punkt oparcia. Przewróciłam oczami, zdając sobie sprawę, że jestem od niego mimo wszystko sprawniejsza. Popatrzyłam na fragment rzeźby wokół jego nóg, sięgające najwyżej do połowy łydek. Zerknęłam na prawo – żadnych punktów. Za to z lewej był mały odstający fragment, na tyle duży żeby jego noga się tam zmieściła. Odczekałam chwilę zanim mu powiedziałam:
 - Lewa strona, około piętnaście centymetrów obok ciebie – jakieś osiem wyżej od prawej nogi.
            Cóż, nigdy nie wspominałam, że matma to mój słaby punkt.
            Odwróciłam się i prawie oczy wypadły mi z orbit kiedy zobaczyłam jak Monique wspina się za mną, w nawet stabilnej pozycji. Widziałam jej skupioną minę. Radziła sobie w miarę dobrze, a jeśli spojrzeć na Cole’a to nawet dobrze; jednak do mnie brakowało jej dość dużo.
            Rozumiecie? Od dziecka wspinałam się na różne rzeczy: na początku szafy, później drzewa, aż w końcu stare mosty i budowle; radziłam sobie w takich sytuacjach, a wchodzenie na byle jaką rzeźbę nie zmienia w moim życiu wiele – po prostu nic nowego.
            Jednak jeśli na nią spojrzeć, to naprawdę dobrze sobie radziła jak na pierwszy raz. A nawet jeśli kiedyś robiła coś takiego (w co wątpię) to teraz była jeszcze w dodatku pod presją, wiedząc, że nie damy jej spokoju jeśli nie uda jej się wejść na górę. Choć jeśli spojrzeć na pryzmat Cole’a, który szczególnie się nie popisał, to jedna mała wpadka chyba wiele nie zmieni.
            Dochodząc do sedna sprawy: Cole zwolnił na tyle, że jako pierwsza siedziałam na górze, ale i Monique mnie zaskoczyła, gdy weszła pierwsza przed nim. Siedzieliśmy na dość ni to małej, ni to dużej wysokości. Wpatrywałam się na chodnik pod nami, kiedy Cole i Monique patrzyli na niebo, chyba zachodzące. Wtedy wpadłam na pomysł.
 - Skaczemy – rzuciłam.
            Pieczętując mój pomysł skoczyłam. Było dość wysoko, ale dla mnie to nic nie strasznego. Twardo wylądowałam na nogach. Trochę mnie zapiekły, ale postarałam się utrzymać równowagę. Kiedy stałam już twardo na ziemi, a w głowie przestało mi się kręcić, spojrzałam na górę. Z tej perspektywy wydawało się jeszcze wyżej. Monique z autentycznym przerażeniem spojrzała na mnie, na Cole’a i znów na mnie. Cole tylko wzruszył ramionami i powiedział:
 - Pikuś.
            Uśmiechnęłam się pod nosem na jego słowa. Mieliśmy jakąś potajemną zmowę na nastraszanie jej czy jak? Dopiero po jego słowach i mojej myśli zauważyłam jedno: jego dłoń i jej stykają się palcami, a on jakby nigdy nic zabrał dłoń i skoczył. Wylądował podobnie do mnie; na lekko ugiętych nogach, równie pewnie jak ja.
            Tam została już tylko Monique. Miała dwie opcje: zeskoczyć lub zjeść z powrotem tak jak weszła. Wciąż w nią nie wierzyłam, zdawała mi się za miękka. Mogła sobie z nami wejść, ale czy by to wystarczy? Nie.
            A czy wspomniałam, że mieliśmy wtedy jakieś dziesięć lat, a cały ten pomnik był jakieś pięć razy większy od nas, tak szacując?
 - Dajesz Królewno – pośpieszyłam ją z szyderczym uśmiechem. Wiem, że nie da rady. Jestem tego pewna.
            A jednak. Skoczyła. Nie wylądowała tak jak my; nie zgięła kolan, przez co się przewróciła. Jej twarz wykrzywił grymas bólu, ale szybko się wyprostowała. Wcześniej widziałam jak jej prawa kostka wygina się bardzo nienaturalnie. Powinna zacząć utykać, jęczeć. Znam to z widzenia: skręcenie. Ile razy to ja przechodziłam przez ten super ,,przyjemny’’ ból. Jednak ona jeszcze w tamtym momencie nie płakała ani jęczała. Dobry znak.
 - No, no – mrugnęłam. – Nie jesteś, aż takim mięczakiem jak się zdaje.
            Klepnęłam ją po plecach. Lekko się zachwiała, nie spodziewała się mojego gestu. Kiedy przeniosła ciężar ciała na prawą stopę, strasznie się wykrzywiła. Przybrała zwykły wyraz twarzy z niemal bólem, ale bardzo szybko.
 - Co ci jest – zauważył Cole, co mnie zirytowało. Czego on się tak o nią troszczy?
 - Mi? – udała zdziwienie.
 - No nie, Zeusowi – syknęłam. – Tobie.
 - Nic, a nic – powiedziała. – Jestem zdrowa jak koń.
 - Tylko nie porównania – jęknęłam. – Trzymaj gębę na kłódkę, a jakoś się dogadamy.
            Na moje słowa uśmiechnęła się promiennie. Zabawne, moja osoba przyczyniła się do mojego szczęścia. Szczęścia, rozumiecie? Chciałam zgasić jej uśmieszek, ale dałam jej się chwilę pocieszyć.
 - Ale jeszcze musisz popracować – rzuciłam. Podeszłam do niej i na ucho szepnęłam. – Następnym razem zegnij kolana i mentalnie przygotuj się upadku. A z tą nóżką będzie krucho…
            Zrobiła minę jakby koń o mało nie szcelił ją w twarz kopytem. Dosłownie. Chyba nie sądziła, że jestem aż tak spostrzegawcza, ale się przeliczyła. Mi wiele nie umknie. Jeszcze się o tym przekonacie.

            Miała wtedy skręconą kostkę, ale nie przyznała się do tego od razu. Starała się nie kuśtykać w mojej obecności, ale gdy już nie było mnie obok z ulgą podpierała się o coś lub kulała. Czasem mnie dziwiło jak tak wytrzymała, jakieś osiem dni. Później wykorzystała okazję, kiedy Jack Calistech wpadł na nią, a ona sprytnie połapała się, że równie dobrze teraz może sprawić sobie kłopot z kostką. Wpadając na niego, wygięła sobie stopę w zewnętrzną stronę. Kiedy zaczęła potwornie jęczeć Jack zdał sobie sprawę, że to coś poważnego. Zawiózł ją do szpitala, gdzie okazało się, że ma skręcenie stanu drugiego i coś ze ścięgnami. Lekarz dobrze wiedział, że to już trwało od kilku dni, ale na jej prośbę nie powiedział o tym nikomu. Wykazała się tym. Nie pierwszy raz.
            Na początku miałam ją gdzieś, ale później to się zmieniło. Nie wiem co tak bardzo na nas wpłynęło. Może to jak bardzo chciała się do mnie dopasować, jak puzzel, który nie pasuje do jednego chce się w niego wcisnąć. W końcu się udaje, ale albo obrazek się nie zgadza, albo nie da się już go wyciągnąć. Tu sprawdziła się pierwsza opcja. Niby jeździła z nami krosami po lodzie. Wspinała się na stare budynki, wywoływała duchy, pływała w zakazanych miejscach, podkładała innym nogi – jednak nigdy to nie była jej prawidła twarz, tylko maska zasłaniająca jej prawdziwe oblicze.
            Może i ona zmieniła się ze wzgląd na mnie, ale i ja. Czy myślicie, że napisałabym tu cokolwiek gdyby nie ona? Gdyby nie to jak wielu rzeczy mnie nauczyła? Różnych nawyków; i tych dobrych i złych.
            Jakby nie patrzeć ja, Nick i Monique jakoś do siebie pasowaliśmy. Moja matka nie zawracała sobie mną głowy, Nick nie miał ojca, a Monique miała obojga rodziców, ale rozwiedzionych. Przebywała i u jednego, i u drugiego. Ale wiele to nie zmieniało; w jednym pomieszczeniu aż wrzało kiedy oboje w nim byli. Oboje mają tą samą informację: oboje byli sobie niewierni. Kiedyś byłam i w domu jednego, i drugiego. Pani Startor jest bardzo porządna, nienawidzi sprzeciwu. Jak mnie tylko zobaczyła to mało jej oczy z orbit nie wypadły. Komentowała mój ubiór, styl chodzenia, mowę i te sprawy. Akurat od jakiś trzech miesięcy miałam nowego kolczyka (w nosie) który strasznie nie podpadł jej do gustu. W uszach też nie był jeden; w lewym popularny, duży smok – kolczyk na całe ucho, a w prawym – cztery duże kolczyki w różnych kształtach: czaszki, skrzyżowanych mieczy, maleńkiej strzały i równie małej, ale efektownej głowy Meduzy. Nie wiem czy ktoś kojarzy. Baba z wężowymi włosami, zmieniała ludzi w kamień spojrzeniem, mity i tak dalej. Myślałam, że mnie wyrzuci z domu, ale Monique jakoś ją powstrzymała. Z bardzo wielkim trudem.
            Jej ojciec to trochę typ mojej matki – biznesmen, który w czasie, gdy jego córki nie ma w domu to się jej nie narzuca. Jednak nie można go ocieniać pochopnie. Jak przychodzi co do czego, jest super tatą. Wystarczy jeden telefon, ba! SMS, i już do niej przyjeżdża zostawiając wszystko co robił. Kocha – kochał – ją ponad wszystko. A przeze mnie umarła. Stracił ją.
            Wyrzuty sumienia zżerały mnie od środka. Ale nie takie jak ma się po stłuczeniu wazonu. Takie prawdziwe, że aż bolesne. Monique straciła życie za moją sprawą!

            Zimny podmuch owiał moją twarz. Chciałam podciągnąć kołdrę na nos, ale kiedy zaczęłam błądzić w jej poszukiwaniu, napotkałam tylko nicość. Powoli otworzyłam oczy. Ujrzałam lekko purpurowe niebo. Wokół mnie stały betonowe ściany. Spojrzałam w górę, znajdowałam się na moście. Musiałam się wczoraj wcisnąć w szparę pomiędzy zniszczonymi fragmentami mostu i zasnąć.
            Podciągnęłam się na rękach, bardzo napinając mięśnie. Oparłam się o barierkę i patrzyłam na most. Słońce właśnie wschodziło, a delikatne promienie słońca muskały moją skórę. W zadziwiającym tempie powróciły do mnie wydarzenia poprzedniego dnia. Monique. To imię ścisnęło moje serce. Nie rozumiem; całe życie byłam taka jaka byłam, Az tu nagle jeden wypadek i już po całym moim osiągnięciu.
            Nawet nie zauważyłam jak Maggie podeszła do mnie. No cóż, jakby nie patrzeć to duch. Straszenie…chyba jej to wychodzi.
            Spojrzała na mnie smutno. Jej błękitne oczy lśniły pod pokrywą łez. Nie rozumiem do dziś, czemu ona, na Styks, zawsze wita mnie płaczem. Tak, tak. Użyłam słowa z mitologii. To przez wczorajszy wieczór, kiedy przypominałam sobie rzeczy z nią związane. Ona, jak nie lubi – lubiła – fantastyki to za to ubóstwia – ubóstwiała mitologię. Boże, jak ciężko się przyzwyczaić do nowej formy. Ale podobno śmierć to przejście od ,,jest’’ do ,,był’’.
Pamiętam jak bardzo się na nią uparła i ciągle wyskakiwała z mową w stylu ,,Na Styks’’; ,, Na Hadesa’’; ,,Na Zeusa’’; albo porównywała coś Minotaura (to chyba półkoń, półczłowiek, nie?) czy do centaura (to jest pół byk, jestem tego pewna)
 - Hej – zagadnęła mnie beksa.
 - Co ty nie masz swojego życia?! – wrzasnęłam jak tylko się odezwała. Po chwili w jej oczach wezbrało się jeszcze więcej łez, a ja poniewczasie zdałam sobie sprawę, że ona nie może mieć swojego życia. To duch. – Ja przepraszam…ja tylko…przepraszam.
 - Nic się nie stało – ciągnęła nosem. – Wiem o wszystkim.
            Spojrzałam na nią. Mimo, że była duchem na pierwszy rzut oka, wcale tak nie wyglądała. Trochę jak nastolatka, której niedobrze. Cóż, licząc na nas czas miałaby już z, powiedzmy, dwadzieścia, może więcej niż dwadzieścia lat. Ale zatrzymała się w ciele osiemnastolatki, jak mają duchy w zwyczaju.
  - To moja wina – rzuciłam łamiącym się głosem. – Umarła przeze mnie.
            Wyżalanie się nie leży w moich zwyczajach. Ale to duch. Na Facebooku o tym nie napisze.
 - Czemu tak sądzisz.
 - Wiedziałam, że umrze – wyrzuciłam z siebie te słowa, jakbym pluła ogniem. – Widziałam jej widmo. Ale jej o tym nie powiedziałam.
            Maggie rozmyślała chwilę. Wyglądała w tym świetle jak normalne dziewczyna; włosy w nieładzie, ładne, podkreślone oczy, zwykłe ciuchy. Jednak wiem, że pod światło jej oblicze mnie przerazi.
 - Moi bliscy też wiedzieli, że umrę…
            Już chciałam się wtrącić, że to co innego, ale ona kontynuowała.
 - …ja jak ta idiotka miałam jeszcze nadzieję – szepnęła. – Wiedzieli, że nie ma ratunku. Ale mi nie mówili.
 - Ale to co innego.
 - Śmierć jedna istota – podsumowała. – Mogę cię pocieszyć: jeśli ją spotkam to jej to wyjaśnię.
            Nagle usłyszałam jakiś dźwięk. Głośny i metaliczny rock wydobył się z mojej kieszeni. Spałam na telefonie, mającym, powiedzmy, dwa tygodnie. Wyjęłam z tylnej kieszeni mój telefon: najbardziej zadziwiające jest to, że działał. Ktoś do mnie dzwonił.
            Ciężko było coś zobaczyć, ale ujrzałam dwadzieścia trzy nieodebranych połączeń od Nicka – zazwyczaj było tyle też od Monique – cztery od Mattew, dwa od Cole’a, ani jednego od mamy. Zabawne ciekawe czy zauważyła, ze nie ma mnie w domu.
            Telefon znów zaczął dzwonić w moich rękach, jednak bateria padła całkowicie. Wyjęłam kartę pamięci i SIM – wszystkie numery i piosenki. Sam telefon wrzuciłam do wody. Było ich tam chyba z cztery od kiedy nałogowo mi się niszczyły. Mama upierała się na ten rodzaj, a jak widać była bardzo nadziana.
 - W końcu ten jazgot ustał – mrugnęła Maggie. – Grał i grał.
 - Coś ci się nie podoba w Gorgoth’cie? – zaśmiałam się. – Super zespół. Ale bywają lepsze.
 - Ohyda – westchnęła. – Wolę coś w rodzaju…
 - …Beethovena – podsunęłam. – Jesteś z tego rodzaju?
 - Wcale nie – spojrzałam na nią podejrzliwie. – No, może trochę. No ale ta muzyka jest piękna. Delikatna jak płatki śniegu, ale stanowcza jak mżawka.
 - A rock jest stanowczy jak piorun – wtrąciłam.
 - Może być – teraz to ona się uśmiechnęła. – Ale proszę cię, nie słuchaj tego w mojej obecności.
            Odeszła w czeluści mostu. Spojrzałam jak jej duch się rozpływa. Teraz ja muszę zawalczyć z rzeczywistością.
           
            Muszę załatwić dwie sprawy: odnaleźć ducha mojej przyjaciółki, pozbyć się wyrzutów sumienia…no i załatwić sobie nowy telefon.To już trzy sprawy. 
            A no i przede wszystkim, na Podziemie, przestać gadać jak kujonka! 



3 komentarze:

  1. Jeju mitologia! Kocham ją co do rozdziału popłakałam się naprawdę :'(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Akurat skończyłam Percy'ego więc postanowiłam coś wcisnąć z mitologii :) Dobrze wiedzieć, że ktoś na tyle się wczuwa takimi emocjami ♥

      Usuń
    2. Ja też skończyłam Percy'ego chyba 2 tygodnie temu teraz czytam Olimpijskich Herosów ♥

      Usuń