sobota, 18 czerwca 2016

Rozdział osiemnasty

            Przez kolejne dni wozi mnie i odwozi Logan. Podczas całej trasy mało co rozmawiamy. Zazwyczaj z jego ust padają proste pytanie o której kończę lekcje. Przestałam protestować, aby po mnie nie przyjeżdżał, bo wiedziałam, że i tak nic to nie da. Był uparty jak osioł, co w sumie z jednej strony działo mi na nerwy, a z drugiej mi się podobało. Zachowywał się w stosunku do mnie inaczej niż inni. O n sam był inny.
            Tego dnia zaraz po szkole miał mnie zawieźć na ściągnięcie gipsu. Pojechaliśmy zaraz po szkole. Logan jak zawsze milczał, a ja co rusz wciskałam się w fotel, gdy zbyt mocno przyśpieszał. Czasem nawet zamykałam oczy, kiedy kogoś wyprzedzał, a z przeciwka jechało inne auto.
 - Mogłabyś mi wyjaśnić, dlaczego tak bardzo przeraża cię jeżdżenie samochodem? – zapytał, gdy wyprzedzał jakoś panią po siedemdziesiątce. Szczerze mówią, wolałabym chyba z nią jechać. – Aż tak strasznie prowadzę?
 - Boże, uważaj! – syknęłam przez zaciśnięte zęby. – Czy ty nie widzisz, że dzisiaj jest ruch?
 - Oj, przesadzasz.
 - Wcale nie.
 - Wcale tak.
            Spojrzał na mnie przelotnie. Rzucił mi ten swój uśmiech, po czym na powrót skupił się na drodze. Sprawnie kierował jedną ręką, zaś drugą przełączał muzykę. Nie mogłam na to patrzeć jak z takim luzem prowadzi, tylko co jakiś czas patrząc na jezdnię, bo próbuje znaleźć jakąś fajną piosenkę.
 - No to powiesz mi co masz do aut?           
            Przez dłuższą chwilę nic nie odpowiedziałam. Patrzyłam na mijane przez nas domy. Nie lubiłam budzić w sobie bolesnych wspomnień. Tym bardziej nie lubiłam rozmawiać o prywatnych sprawach z pierwszym, lepszym chłopakiem, przez którego moja noga pokryta jest gipsem.
 - To nie twoja sprawa – odpowiadam w końcu, choć czułam, że powinnam mu zaufać.
 - No przestań. Romeo i Julia po niespełna kilku godzinach znajomości wzięli ślub. A ty mi nie chcesz odpowiedzieć na takie proste pytanie?
            Wcięłam głęboki oddech.
 - Gdy miałam trzy miesiące, mój tata zginął w wypadku samochodowym, przez debila, który jechał za szybko.
            Logan nie skomentował tego. Jednak poczułam jak delikatnie zwalniamy, za co byłam mu szczerze wdzięczna.
 - Przykro mi – powiedział w końcu, zwalniając przez przejściem dla pieszych.
 - Spoko. Nawet go nie znałam.
            Bywały takie dni, że zastanawiałam się jakby było, gdyby tata nie umarł. Czy może mama jest taka, jaka jest, bo śmierć męża tak bardzo ją zabolała? A może bylibyśmy normalną rodziną?
 - No ale to twój tata…
 - Słuchaj, nie bardzo chcę o tym gadać, okej?
            Logan był jedną osobą, przy której moje docinki, zachowanie itp. nie miało takiej mocy. Zawsze ludzie uginali się pod tym jak powiedziałam im całą prawdę o nich. Ale on zawsze był wyluzowany, a nie ważne co mu mówiłam, to i tak nie tracił swojego wigoru.
 - Nie zgadniesz co dziś omawiałem na zajęciach z filozofii – gładko zmienił temat.
 - Nie mam pojęcia.
 - Otóż, Romeo i Julię – zatrzymał się na czerwonym świetle. – Nasz wykładowca stwierdził, że to historia, będąca cudownym przykładem wielkiej miłości, która jest silniejsza od śmierci. Co o tym sądzisz?
 - Cudowna teza – skomentowałam sarkastycznie.
 - No dobra, to ja już nie wiem o czym mam z tobą gadać.
            Zastanowiłam się chwilę. W sumie rozmowa z nim o czymkolwiek mogłaby być ciekawa.
 - Przerabiałam Romea i Julię w siódmej klasie. Chyba tylko jakieś pięć osób przeczytało całość.
 - Podejrzewam, że byłaś w większości nieczytających? – byliśmy już blisko szpitala.
 - A tu się mylisz – zrobił zdziwioną minę, jednak nie skomentował tego. – Lubię czytać. O ile książka jest warta przeczytania.
            Trawił moje słowa. Możliwe, że tym wyznaniem zrobiłam na nim wrażenie. W sumie, cieszyłam się, iż go zaskoczyłam.
 - No dobra – bębnił palcami o kierownicę. – Skoro już jesteśmy przy tej książce. Jakie jest twoje zdanie na temat Szekspira?
            Zaczęłam wspominać czasy mroźnej zimy, kiedy to ja, będąca a siódmej klasie, czytałam sobie niesamowitą powieść o miłości, której nie da się pokonać. W sumie, była to pierwsza w moim życiu lektura, którą przeczytałam od deski do deski, wcale się przy tym nie nudząc. Kiedy pierwszy raz weszłam z entuzjazmem na lekcję, w połowie zajęć, nauczycielka pozbawiła mnie złudzeń. Powiedziałam nam: Owszem, dzieło Szekspira jest piękne i inspirujące. Jednak nie łudźcie się, że taka miłość istnieje.
 - Zdaniem mojej nauczycielki to idealny przykład prawdziwej fantastyki – mruknęłam.
            Logan tylko prychnął. Widocznie zaczął prowadzić zdecydowanie spokojniej, prawie nikogo nie wyprzedzał.
 - To może: jaki jest twój ulubiony gatunek książkowy? – spytał znienacka.
 - Rozumiem, że twoim marzeniem jest potajemne stworzenie mojej biografii? – wybuchnął śmiechem. – Chyba kryminały – odpowiedziałam na jego pytanie.
  - Tego się właśnie spodziewałem – ściszył radio, w którym spikerka zapowiadała właśnie pogodę: Drodzy kierowcy, ma nastąpić ocieplenie, lecz mimo to uważajcie na śliską jezdnie. – Ja lubię sience-fiction.
 - Zapomniałeś o wybitnych dziełach poetyckich? – rzuciłam. – Kto jest twoim ulubionym?
 -  Rilke. Rainer Rilke.
 - Nie kojarzę gościa – żałowałam w tej chwili, że nie mogę zaskoczyć go znajomością poezji. Boże, czemu mi w ogóle zależało na jego zaskoczeniu?
 - ,,…twe życie – niby nieodgadły rebus – nędzne się zdaje i ogromne nazbyt, gdy – to malejąc, to sięgając niebios – zastyga w kamień lub dorasta gwiazdy.’’
 - Poetyckie – zawyrokowałam. –
 - Mój ulubiony fragment – dalej stukał palcami w kierownicę, tym razem rytmicznie, jakby w tempo cichej muzyki. – Ma coś w sobie co sprawia, że go uwielbiam.
            Powtórzyłam sobie go kilka razy. Miałam nadzieję, że kiedyś będę mogła go komuś przytoczyć, bo był serio fajny.
 - Wyjątkowy.
 - Co? – spojrzał na mnie zdezorientowany. – Aaa, wiersz.
            Nagle zrobił się jakiś smętny. Zanim zdążyłam zapytać o co chodzi, byliśmy już na parkingu przed szpitalem. Logan jak zawsze pomógł mi wysiąść, uważając na moją nogę, jakby była jego własną. Udaliśmy się do budynku, następnie do windy, aż na chirurgię.
            Usiadłam na plastikowym krześle, które niepokojąco zaskrzypiało. Na wszelki wypadek siadłam na samej krawędzi. W czasie, kiedy to ja siłowałam się z krzesłem, Logan rozmawiał z panią sekretarką. Dzisiaj miała na sobie purpurową bluzkę ze sztywno postawionym kołnierzykiem. Mówiła do chłopaka czułym głosem, a on rozmawiał z nią jakby świetnie ją znał. Raz tylko na mnie spojrzała, mlasnęła ustami czerwonymi od szminki (której trochę miała na zębach, ale ciii). W końcu, po wybuchu śmiechu, kilku luźnych uwagach, Logan ponownie pojawił się obok mnie.
 - Kto to? – usiadł obok mnie, przeglądając otrzymane papiery.
 - Sekretarka – mruknął podając mi plik kartek.
 - Chyba ktoś bardziej – przeglądałam dokumenty. – Chodzi mi o to, kim dla ciebie jest. Raczej nie gada się tak z nowo poznaną sekretarką.
 - A no tak. O to ci chodziło. To była żona mojego kuzyna.
            Dziewczyna wodziła oczyma za Loganem. Nie byłam do końca pewna czy to oby na pewno kuzynka.
 - Patrzy się na ciebie, jak wilk na owcę – prychnęłam. Zabrzmiało to trochę zazdrością (nie wiem skąd ona)
 - Mój kuzyn chciał rozwodu bo się roztyła – zerknął w jej stronę. – Ja jako jedyny stwierdziłem, że zachowuje się nie po męsku. Po prostu jej broniłem, przez co uważa mnie za swojego bohatera.
            Taki kuzyn to ja rozumiem.
 - Mogę już wejść? – wstałam gwałtownie, chwiejąc się na kulach. – Chętnie pozbyłabym się tego białego gówna.
            Logan uśmiechnął się oraz wzruszył ramionami.
 - Even, możesz wejść – oznajmiła była kuzynka Logana.
            Weszłam do gabinetu. Było tam dość duszno, mimo otwartego okna. Lekarz siedział za swoim biurkiem. Miły staruszek w okularach, któremu raczej należy się już emerytura.
            Ściągnięto mi gips, wykonano rentgen oraz kilka ręcznych badań. Przy niektórych ruchach, noga nieźle mnie bolała, ale jakoś to znosiłam. Dostałam zlecenie na chodzenie, przynajmniej z jedną kulą. Oczywiście pokiwałam głową, mówiąc że tak zrobię (choć tak nie zrobiłam). Dostałam jakieś kolejne papiery, zwolnienie z wuefu (i tak ja nigdy nie ćwiczę), a potem lekarz życzył mi aby za często się tu nie pojawiała.
            Z kulami pod pachą, zjechaliśmy windą, a potem zaraz byliśmy na parkingu. Wsiadłam – tym razem bez pomocy – z rozkoszą ciesząc się, że w końcu nie jestem kaleką.
 - Wiesz, że już mogę sama siebie wozić?
            Zerknął w lusterko. Po chwili na jego twarzy wykwitł szeroki uśmiech.
 - Twój dom jest na trasie, która prowadzi do mojej szkoły. A lubię mieć towarzystwo – wyszczerzył się jeszcze szerzej.
 - Właśnie. Dokąd chodzisz do szkoły?
 - Do św. Ryszarda a co?
 - Na serio? – otworzyłam usta ze zdziwienia. – Prywatna szkoła dla lalusiów?
            Zrobił urażoną minę, ale zaraz się rozchmurzył. – Przestań. No może niektórzy to lalusie i tak dalej, ale nie wszyscy.
            Chodziłam kiedyś do prywatnej szkoły z internatem. To było straszne. Wszyscy obowiązkowo mundurki (w wypadku dziewcząt spódnice). Nauczyciele byli pedantyczni, surowi i mega wredni. Nie wiele tam wytrzymałam. Wywalili mnie po czterech miesiącach, a mama tak się wkurzyła, że nawrzeszczała na mnie i nawet dała mi szlaban – rzekomo do pełnoletniości, ale przeszło jej po dniu.
            Dojechaliśmy do mojego domu. Wysiadłam, po czym rzuciłam do Logana ,,dzięki za podwózkę’’. Jednak, gdy tylko otworzyłam furtkę znalazł się obok mnie.
- Nie możesz się ze mną pożegnać jak cywilizowany człowiek?
            Uśmiechał się tym swoim szelmowskim uśmiechem. Wiatr zawiewał jego ciemne włosy, tak że wyglądał jakby dopiero co wstał z łóżka. Spojrzałam na niego.
 - Dziękuję, Logan. Mam nadzieję, że jak następnym razem się spotkamy, to nie wyląduje w gipsie.
            Zaśmiał się. Czy on serio, całe życie się śmieje?
            Zamknęłam furtkę, za którą dalej stał. Ruszyłam do drzwi. Otworzyłam je, stanęłam w progu, po czym się odwróciłam. Logan patrzył na mnie wyluzowanym wzrokiem. Uśmiech nie schodził mu z twarzy.
 - Do zobaczenia, Even – pożegnał mnie i ruszył do auta.
            Stałam dalej w progu. Logan odjechał. Dopiero kiedy nie patrzyłam mu w twarz, coś dziwnego przeszło mi przez głowę. Może…nie to niemożliwe.
           
            Umówiłam się z Nickiem i Maxine, w kafejce w mieście. W domu nie było nikogo, toteż obyło się bez pytań, kiedy zaraz po powrocie z szpitala, od razu wyszłam. Wsiadłam do samochodu, niezbyt szczęśliwa, że muszę jechać tą maszyną śmierci.
            Prowadziłam wolno, czasem wyprzedzały mnie nawet starsze panie. Mimo to, dotarłam do kafejki szybciej niż mój przyjaciel i jego dziewczyna.
            Znalazłam miejsce  jak najbardziej schowane i oddalone od innych. Usiadłam w boksie na samym końcu kafejki. Zamówiłam sobie mocną, czarną kawę z cukrem. Zdążyłam wypić jej połowę, kiedy pojawili się Maxine i Nick.
            Miałam szczerze obawy co do tego, czy oby na pewno tak szybko poruszać ten temat. Nie chciałam jednak marnować czasu.
            Usiedli ze mną. Nick zamówił latte, a jego dziewczyna sok pomarańczowy. Patrzyli na mnie przez chwilę. Ja zaś nerwowo obracałam telefon w dłoni, na którym miałam włączone zdjęcie, tego co chciałam im pokazać.
 - No dobra. O co chodzi? – przerwał nerwową ciszę Nick, kiedy kelnerka przyniosła ich napoje.
 - Nadal mi wierzycie, tak? – oboje w odpowiedzi pokiwali głowami. – Wspomniałam już, że oprócz duchów widzę też widma osób, które niedługo umrą?
            Ponownie kiwnęli.
 - Te widma pojawiają się znikąd. Chodzą mega przybite, nie zwracają uwagi na otoczenie, ludzi, tak jak normalne duchy – normalne duchy. A to dobre. – Zawsze, gdy widzę to widmo, dany człowiek umiera. Nigdy nie wiadomo za ile czy kiedy. Może za rok, miesiąc albo za sekundę.
            Nick na mnie nie patrzy. Sączy tylko swój napój. Zaś Maxine przygląda mi się ze skupieniem. Ostatnio rozumie mnie i wysłuchuje lepiej niż inni, czego po niej raczej się nie spodziewałam.
 - Kiedy pojechaliście w góry, w moim pokoju pojawiło się widmo jakiegoś chłopaka…
 - Chwila – przerwał mi Nick – przecież mówiłaś, że te widma często się pojawiają.
 - No tak – przyznałam. – Ale one jak gdyby…no…one są zawieszone. Nie kontrolują tego gdzie się pojawiają. Wydaje mi się, że te widma to tylko jakieś molekuły i tak dalej. Ciężko to wytłumaczyć.
 - Zauważyłem – rzucił chłopak.
 - To widmo było inne. Jakby świadome tego co robi – ciągnęłam. – Te rodzaje duchów tak nie mają. I właśnie to mnie niepokoiło. Nic nie mówił, ale kiedy zapytałam jak ma na imię, napisał mi je na szybie.
            Odblokowałam telefon, po czym wyciągnęłam go przed siebie. Oboje wpatrywali się trochę przerażeni w zdjęcie, przedstawiające imię na szybie, w moim pokoju. Spojrzeli najpierw na siebie, potem na mnie wyczekując wyjaśnień.
 - Chris? Co za Chris? – spytała Maxine, raz po raz zerkając na zdjęcie.
 - Tego nie wiem – położyłam telefon na stoliku, jakby ktoś chciał jeszcze popatrzeć na krew spływającą po oknie. Tyle razy przypatrywałam się temu zdjęciu, że miałam obraz tego imienia wyryty pod powiekami. – Miałam nadzieję, że może znacie kogoś o tym imieniu.
 - Jak wyglądał? – zaciekawił się Nick.
 - Nie do końca miałam szansę zobaczyć. Nie dość, że kiedy się pojawił zgasły światła, to jeszcze miał nieźle zmasakrowaną twarz.
            Siedzieliśmy przez moment w milczeniu. Ja skończyłam swoją kawę, Maxine obracała w dłoni szklankę z resztą soku. Jedynie Nick dalej analizował zdjęcie. Powiększał i oddalał obraz, aż wybadał każdą literę z osobna.
 - Okej. Co chcesz z tym zrobić? – zapytał mnie w końcu.
 - To chyba jasne? Skoro to widmo pojawiło się w moim domu, w moim pokoju, to coś oznacza. Muszę znaleźć tego chłopaka i ostrzec go przed śmiercią. O ile już nie żyje.
                       
            Wróciłam do domu. Mamy nadal nie było, a Eliza dawno już posprzątała. Poszłam więc od razu do pokoju. Skopałam buty, rzuciłam na łóżko torbę, po czym usiadłam na krześle obok biurka. Wpatrywałam się w okno, na którym jeszcze niedawno był napis. Oczywiście oczami wyobraźni widziałam tę krew. Może ten chłopak ma normalną rodzinę? Mamę, która każdego dnia całuje go na dzień dobry. Tatę, który zawsze jest obok. Młodsze rodzeństwo, któremu opowiada bajki na dobranoc. Starsze rodzeństwo, które zawsze go wspiera. Może ma dziewczynę, którą szczerze kocha? Przyjaciół, z którymi spędza całe dnie. Jedno wiedziałam na pewno; ten chłopak ma życie, które nie może się teraz skończyć. Muszę zrobić wszystko by ocalić mu szczęśliwe życie, które ja nigdy nie miałam. Chcę mu pomóc.

            Znajdę go, obiecałam sobie. Znajdę cię Chris

2 komentarze: