Przez kolejne dni wozi mnie i odwozi
Logan. Podczas całej trasy mało co rozmawiamy. Zazwyczaj z jego ust padają
proste pytanie o której kończę lekcje. Przestałam protestować, aby po mnie nie
przyjeżdżał, bo wiedziałam, że i tak nic to nie da. Był uparty jak osioł, co w
sumie z jednej strony działo mi na nerwy, a z drugiej mi się podobało.
Zachowywał się w stosunku do mnie inaczej niż inni. O n sam był inny.
Tego
dnia zaraz po szkole miał mnie zawieźć na ściągnięcie gipsu. Pojechaliśmy zaraz
po szkole. Logan jak zawsze milczał, a ja co rusz wciskałam się w fotel, gdy
zbyt mocno przyśpieszał. Czasem nawet zamykałam oczy, kiedy kogoś wyprzedzał, a
z przeciwka jechało inne auto.
- Mogłabyś mi wyjaśnić, dlaczego tak bardzo
przeraża cię jeżdżenie samochodem? – zapytał, gdy wyprzedzał jakoś panią po
siedemdziesiątce. Szczerze mówią, wolałabym chyba z nią jechać. – Aż tak
strasznie prowadzę?
- Boże, uważaj! – syknęłam przez zaciśnięte
zęby. – Czy ty nie widzisz, że dzisiaj jest ruch?
- Oj, przesadzasz.
- Wcale nie.
- Wcale tak.
Spojrzał na mnie przelotnie. Rzucił
mi ten swój uśmiech, po czym na powrót skupił się na drodze. Sprawnie kierował
jedną ręką, zaś drugą przełączał muzykę. Nie mogłam na to patrzeć jak z takim
luzem prowadzi, tylko co jakiś czas patrząc na jezdnię, bo próbuje znaleźć
jakąś fajną piosenkę.
- No to powiesz mi co masz do aut?
Przez dłuższą chwilę nic nie
odpowiedziałam. Patrzyłam na mijane przez nas domy. Nie lubiłam budzić w sobie
bolesnych wspomnień. Tym bardziej nie lubiłam rozmawiać o prywatnych sprawach z
pierwszym, lepszym chłopakiem, przez którego moja noga pokryta jest gipsem.
- To nie twoja sprawa – odpowiadam w końcu,
choć czułam, że powinnam mu zaufać.
- No przestań. Romeo i Julia po niespełna
kilku godzinach znajomości wzięli ślub. A ty mi nie chcesz odpowiedzieć na
takie proste pytanie?
Wcięłam głęboki oddech.
- Gdy miałam trzy miesiące, mój tata zginął w
wypadku samochodowym, przez debila, który jechał za szybko.
Logan
nie skomentował tego. Jednak poczułam jak delikatnie zwalniamy, za co byłam mu
szczerze wdzięczna.
- Przykro mi – powiedział w końcu, zwalniając
przez przejściem dla pieszych.
- Spoko. Nawet go nie znałam.
Bywały takie dni, że zastanawiałam
się jakby było, gdyby tata nie umarł. Czy może mama jest taka, jaka jest, bo
śmierć męża tak bardzo ją zabolała? A może bylibyśmy normalną rodziną?
- No ale to twój tata…
- Słuchaj, nie bardzo chcę o tym gadać, okej?
Logan był jedną osobą, przy której
moje docinki, zachowanie itp. nie miało takiej mocy. Zawsze ludzie uginali się
pod tym jak powiedziałam im całą prawdę o nich. Ale on zawsze był wyluzowany, a
nie ważne co mu mówiłam, to i tak nie tracił swojego wigoru.
- Nie zgadniesz co dziś omawiałem na zajęciach
z filozofii – gładko zmienił temat.
- Nie mam pojęcia.
- Otóż, Romeo i Julię – zatrzymał się na
czerwonym świetle. – Nasz wykładowca stwierdził, że to historia, będąca
cudownym przykładem wielkiej miłości, która jest silniejsza od śmierci. Co o
tym sądzisz?
- Cudowna teza – skomentowałam sarkastycznie.
- No dobra, to ja już nie wiem o czym mam z
tobą gadać.
Zastanowiłam się chwilę. W sumie
rozmowa z nim o czymkolwiek mogłaby być ciekawa.
- Przerabiałam Romea i Julię w siódmej klasie.
Chyba tylko jakieś pięć osób przeczytało całość.
- Podejrzewam, że byłaś w większości
nieczytających? – byliśmy już blisko szpitala.
- A tu się mylisz – zrobił zdziwioną minę,
jednak nie skomentował tego. – Lubię czytać. O ile książka jest warta
przeczytania.
Trawił moje słowa. Możliwe, że tym
wyznaniem zrobiłam na nim wrażenie. W sumie, cieszyłam się, iż go zaskoczyłam.
- No dobra – bębnił palcami o kierownicę. –
Skoro już jesteśmy przy tej książce. Jakie jest twoje zdanie na temat
Szekspira?
Zaczęłam wspominać czasy mroźnej
zimy, kiedy to ja, będąca a siódmej klasie, czytałam sobie niesamowitą powieść
o miłości, której nie da się pokonać. W sumie, była to pierwsza w moim życiu
lektura, którą przeczytałam od deski do deski, wcale się przy tym nie nudząc. Kiedy
pierwszy raz weszłam z entuzjazmem na lekcję, w połowie zajęć, nauczycielka
pozbawiła mnie złudzeń. Powiedziałam nam: Owszem, dzieło Szekspira jest piękne
i inspirujące. Jednak nie łudźcie się, że taka miłość istnieje.
- Zdaniem mojej nauczycielki to idealny
przykład prawdziwej fantastyki – mruknęłam.
Logan tylko prychnął. Widocznie
zaczął prowadzić zdecydowanie spokojniej, prawie nikogo nie wyprzedzał.
- To może: jaki jest twój ulubiony gatunek
książkowy? – spytał znienacka.
- Rozumiem, że twoim marzeniem jest potajemne
stworzenie mojej biografii? – wybuchnął śmiechem. – Chyba kryminały –
odpowiedziałam na jego pytanie.
- Tego się właśnie spodziewałem – ściszył
radio, w którym spikerka zapowiadała właśnie pogodę: Drodzy kierowcy, ma nastąpić ocieplenie, lecz mimo to uważajcie na
śliską jezdnie. – Ja lubię sience-fiction.
- Zapomniałeś o wybitnych dziełach poetyckich?
– rzuciłam. – Kto jest twoim ulubionym?
-
Rilke. Rainer Rilke.
- Nie kojarzę gościa – żałowałam w tej chwili,
że nie mogę zaskoczyć go znajomością poezji. Boże, czemu mi w ogóle zależało na
jego zaskoczeniu?
- ,,…twe życie – niby nieodgadły rebus –
nędzne się zdaje i ogromne nazbyt, gdy – to malejąc, to sięgając niebios –
zastyga w kamień lub dorasta gwiazdy.’’
- Poetyckie – zawyrokowałam. –
- Mój ulubiony fragment – dalej stukał palcami
w kierownicę, tym razem rytmicznie, jakby w tempo cichej muzyki. – Ma coś w
sobie co sprawia, że go uwielbiam.
Powtórzyłam sobie go kilka razy.
Miałam nadzieję, że kiedyś będę mogła go komuś przytoczyć, bo był serio fajny.
- Wyjątkowy.
- Co? – spojrzał na mnie zdezorientowany. –
Aaa, wiersz.
Nagle
zrobił się jakiś smętny. Zanim zdążyłam zapytać o co chodzi, byliśmy już na
parkingu przed szpitalem. Logan jak zawsze pomógł mi wysiąść, uważając na moją
nogę, jakby była jego własną. Udaliśmy się do budynku, następnie do windy, aż
na chirurgię.
Usiadłam
na plastikowym krześle, które niepokojąco zaskrzypiało. Na wszelki wypadek
siadłam na samej krawędzi. W czasie, kiedy to ja siłowałam się z krzesłem,
Logan rozmawiał z panią sekretarką. Dzisiaj miała na sobie purpurową bluzkę ze
sztywno postawionym kołnierzykiem. Mówiła do chłopaka czułym głosem, a on
rozmawiał z nią jakby świetnie ją znał. Raz tylko na mnie spojrzała, mlasnęła
ustami czerwonymi od szminki (której trochę miała na zębach, ale ciii). W
końcu, po wybuchu śmiechu, kilku luźnych uwagach, Logan ponownie pojawił się
obok mnie.
- Kto to? – usiadł obok mnie, przeglądając
otrzymane papiery.
- Sekretarka – mruknął podając mi plik kartek.
- Chyba ktoś bardziej – przeglądałam
dokumenty. – Chodzi mi o to, kim dla ciebie jest. Raczej nie gada się tak z
nowo poznaną sekretarką.
- A no tak. O to ci chodziło. To była żona
mojego kuzyna.
Dziewczyna wodziła oczyma za
Loganem. Nie byłam do końca pewna czy to oby na pewno kuzynka.
- Patrzy się na ciebie, jak wilk na owcę –
prychnęłam. Zabrzmiało to trochę zazdrością (nie wiem skąd ona)
- Mój kuzyn chciał rozwodu bo się roztyła –
zerknął w jej stronę. – Ja jako jedyny stwierdziłem, że zachowuje się nie po
męsku. Po prostu jej broniłem, przez co uważa mnie za swojego bohatera.
Taki kuzyn to ja rozumiem.
- Mogę już wejść? – wstałam gwałtownie,
chwiejąc się na kulach. – Chętnie pozbyłabym się tego białego gówna.
Logan
uśmiechnął się oraz wzruszył ramionami.
- Even, możesz wejść – oznajmiła była kuzynka
Logana.
Weszłam do gabinetu. Było tam dość
duszno, mimo otwartego okna. Lekarz siedział za swoim biurkiem. Miły staruszek
w okularach, któremu raczej należy się już emerytura.
Ściągnięto mi gips, wykonano rentgen
oraz kilka ręcznych badań. Przy niektórych ruchach, noga nieźle mnie bolała, ale
jakoś to znosiłam. Dostałam zlecenie na chodzenie, przynajmniej z jedną kulą.
Oczywiście pokiwałam głową, mówiąc że tak zrobię (choć tak nie zrobiłam).
Dostałam jakieś kolejne papiery, zwolnienie z wuefu (i tak ja nigdy nie
ćwiczę), a potem lekarz życzył mi aby za często się tu nie pojawiała.
Z kulami pod pachą, zjechaliśmy
windą, a potem zaraz byliśmy na parkingu. Wsiadłam – tym razem bez pomocy – z
rozkoszą ciesząc się, że w końcu nie jestem kaleką.
- Wiesz, że już mogę sama siebie wozić?
Zerknął w lusterko. Po chwili na
jego twarzy wykwitł szeroki uśmiech.
- Twój dom jest na trasie, która prowadzi do
mojej szkoły. A lubię mieć towarzystwo – wyszczerzył się jeszcze szerzej.
- Właśnie. Dokąd chodzisz do szkoły?
- Do św. Ryszarda a co?
- Na serio? – otworzyłam usta ze zdziwienia. –
Prywatna szkoła dla lalusiów?
Zrobił
urażoną minę, ale zaraz się rozchmurzył. – Przestań. No może niektórzy to
lalusie i tak dalej, ale nie wszyscy.
Chodziłam
kiedyś do prywatnej szkoły z internatem. To było straszne. Wszyscy obowiązkowo
mundurki (w wypadku dziewcząt spódnice). Nauczyciele byli pedantyczni, surowi i
mega wredni. Nie wiele tam wytrzymałam. Wywalili mnie po czterech miesiącach, a
mama tak się wkurzyła, że nawrzeszczała na mnie i nawet dała mi szlaban –
rzekomo do pełnoletniości, ale przeszło jej po dniu.
Dojechaliśmy
do mojego domu. Wysiadłam, po czym rzuciłam do Logana ,,dzięki za podwózkę’’.
Jednak, gdy tylko otworzyłam furtkę znalazł się obok mnie.
-
Nie możesz się ze mną pożegnać jak cywilizowany człowiek?
Uśmiechał
się tym swoim szelmowskim uśmiechem. Wiatr zawiewał jego ciemne włosy, tak że wyglądał
jakby dopiero co wstał z łóżka. Spojrzałam na niego.
- Dziękuję, Logan. Mam nadzieję, że jak
następnym razem się spotkamy, to nie wyląduje w gipsie.
Zaśmiał się. Czy on serio, całe
życie się śmieje?
Zamknęłam furtkę, za którą dalej
stał. Ruszyłam do drzwi. Otworzyłam je, stanęłam w progu, po czym się
odwróciłam. Logan patrzył na mnie wyluzowanym wzrokiem. Uśmiech nie schodził mu
z twarzy.
- Do zobaczenia, Even – pożegnał mnie i ruszył
do auta.
Stałam dalej w progu. Logan odjechał.
Dopiero kiedy nie patrzyłam mu w twarz, coś dziwnego przeszło mi przez głowę.
Może…nie to niemożliwe.
Umówiłam się z Nickiem i Maxine, w kafejce
w mieście. W domu nie było nikogo, toteż obyło się bez pytań, kiedy zaraz po
powrocie z szpitala, od razu wyszłam. Wsiadłam do samochodu, niezbyt
szczęśliwa, że muszę jechać tą maszyną śmierci.
Prowadziłam
wolno, czasem wyprzedzały mnie nawet starsze panie. Mimo to, dotarłam do
kafejki szybciej niż mój przyjaciel i jego dziewczyna.
Znalazłam miejsce jak najbardziej schowane i oddalone od
innych. Usiadłam w boksie na samym końcu kafejki. Zamówiłam sobie mocną, czarną
kawę z cukrem. Zdążyłam wypić jej połowę, kiedy pojawili się Maxine i Nick.
Miałam szczerze obawy co do tego,
czy oby na pewno tak szybko poruszać ten temat. Nie chciałam jednak marnować
czasu.
Usiedli ze mną. Nick zamówił latte,
a jego dziewczyna sok pomarańczowy. Patrzyli na mnie przez chwilę. Ja zaś
nerwowo obracałam telefon w dłoni, na którym miałam włączone zdjęcie, tego co
chciałam im pokazać.
- No dobra. O co chodzi? – przerwał nerwową ciszę
Nick, kiedy kelnerka przyniosła ich napoje.
- Nadal mi wierzycie, tak? – oboje w
odpowiedzi pokiwali głowami. – Wspomniałam już, że oprócz duchów widzę też
widma osób, które niedługo umrą?
Ponownie kiwnęli.
- Te widma pojawiają się znikąd. Chodzą mega
przybite, nie zwracają uwagi na otoczenie, ludzi, tak jak normalne duchy –
normalne duchy. A to dobre. – Zawsze, gdy widzę to widmo, dany człowiek umiera.
Nigdy nie wiadomo za ile czy kiedy. Może za rok, miesiąc albo za sekundę.
Nick na mnie nie patrzy. Sączy tylko
swój napój. Zaś Maxine przygląda mi się ze skupieniem. Ostatnio rozumie mnie i
wysłuchuje lepiej niż inni, czego po niej raczej się nie spodziewałam.
- Kiedy pojechaliście w góry, w moim pokoju
pojawiło się widmo jakiegoś chłopaka…
- Chwila – przerwał mi Nick – przecież mówiłaś,
że te widma często się pojawiają.
- No tak – przyznałam. – Ale one jak gdyby…no…one
są zawieszone. Nie kontrolują tego gdzie się pojawiają. Wydaje mi się, że te
widma to tylko jakieś molekuły i tak dalej. Ciężko to wytłumaczyć.
- Zauważyłem – rzucił chłopak.
- To widmo było inne. Jakby świadome tego co
robi – ciągnęłam. – Te rodzaje duchów tak nie mają. I właśnie to mnie
niepokoiło. Nic nie mówił, ale kiedy zapytałam jak ma na imię, napisał mi je na
szybie.
Odblokowałam telefon, po czym wyciągnęłam
go przed siebie. Oboje wpatrywali się trochę przerażeni w zdjęcie,
przedstawiające imię na szybie, w moim pokoju. Spojrzeli najpierw na siebie,
potem na mnie wyczekując wyjaśnień.
- Chris? Co za Chris? – spytała Maxine, raz po
raz zerkając na zdjęcie.
- Tego nie wiem – położyłam telefon na
stoliku, jakby ktoś chciał jeszcze popatrzeć na krew spływającą po oknie. Tyle
razy przypatrywałam się temu zdjęciu, że miałam obraz tego imienia wyryty pod powiekami.
– Miałam nadzieję, że może znacie kogoś o tym imieniu.
- Jak wyglądał? – zaciekawił się Nick.
- Nie do końca miałam szansę zobaczyć. Nie
dość, że kiedy się pojawił zgasły światła, to jeszcze miał nieźle zmasakrowaną
twarz.
Siedzieliśmy przez moment w
milczeniu. Ja skończyłam swoją kawę, Maxine obracała w dłoni szklankę z resztą
soku. Jedynie Nick dalej analizował zdjęcie. Powiększał i oddalał obraz, aż
wybadał każdą literę z osobna.
- Okej. Co chcesz z tym zrobić? – zapytał mnie
w końcu.
- To chyba jasne? Skoro to widmo pojawiło się
w moim domu, w moim pokoju, to coś oznacza. Muszę znaleźć tego chłopaka i
ostrzec go przed śmiercią. O ile już nie żyje.
Wróciłam do domu. Mamy nadal nie
było, a Eliza dawno już posprzątała. Poszłam więc od razu do pokoju. Skopałam
buty, rzuciłam na łóżko torbę, po czym usiadłam na krześle obok biurka.
Wpatrywałam się w okno, na którym jeszcze niedawno był napis. Oczywiście oczami
wyobraźni widziałam tę krew. Może ten chłopak ma normalną rodzinę? Mamę, która
każdego dnia całuje go na dzień dobry. Tatę, który zawsze jest obok. Młodsze
rodzeństwo, któremu opowiada bajki na dobranoc. Starsze rodzeństwo, które
zawsze go wspiera. Może ma dziewczynę, którą szczerze kocha? Przyjaciół, z którymi
spędza całe dnie. Jedno wiedziałam na pewno; ten chłopak ma życie, które nie
może się teraz skończyć. Muszę zrobić wszystko by ocalić mu szczęśliwe życie,
które ja nigdy nie miałam. Chcę mu pomóc.
Znajdę
go, obiecałam sobie. Znajdę cię Chris.
<3 Świetny...
OdpowiedzUsuńDzięki :* :*
Usuń