środa, 20 lipca 2016

Rozdział dwudziesty drugi

            Otworzyłam oczy i ujrzałam nad sobą staruszka ze zmartwionym wzrokiem. Wymachiwał rękoma i coś mówił. Ja zaś wstałam, uspokoiłam go i mruknęłam jakieś podziękowanie za troskę.
            Ociekałam wodą, a na dodatek zemdlałam prosto do kałuży. Byłam więc cała w błocie, brudzie i wodzie. Musiałam więc iść do domu, przebrać się i dopiero wtedy zacząć jakiekolwiek działanie.
            Rozpadało się na dobre. Ogromne krople spadały na mnie i moje i tak mokre ubranie. W butach miałam wodę, a włosy opadły mi pejsami na twarz, poskręcanymi i mokrymi. Kiedy dotarłam do domu byłam cała przemoczona, było mi zimno, a mną wstrząsały drgawki.
            Mama dalej gadała ze swoim gościem. Mały chłopiec dalej grał, a dziewczynka sączyła sok ze szklanki. Ściągnęłam buty i skarpetki, po czym wrzuciłam je do kosza na brudy. W pokoju zrzuciłam z siebie przylegające do ciała ciuchy. Je dałam do pralki.
            W samej bieliźnie szperałam w szafie. Znalazłam czyste legginsy (podejrzewam, że każdy stały czytelnik wie, w jakim kolorze), bluzkę na ramiączkach i szarą, dresową bluzę z kapturem. Położyłam to na łóżku, a sama poszłam wziąć prysznic. Umyłam włosy, wysuszyłam je i zostawiłam je rozpuszczone. Żeby nie było widać mojej dziwnie trupio-bladej twarzy pomalowałam się, ubrałam, po czym zeszłam na dół.
            Trafiłam akurat na czułe pożegnanie tych dwóch osobowości. Chłopiec nadal gapił się na telefon, ubierając się jedną ręką w kurtkę. Moja mama! pomagała ubrać się dziewczynce, a mamy chyba koleżanka sama ubiera płaszcz. Dopiero po chwili mnie zauważa.
 - Och, Amanda, ależ ta twoja córa wyrosła! – piszczała, przyglądając się mi.
            Oczywiście dopiero wtedy poznałam w kobiecie dawną przyjaciółkę mamy. Pamiętałam jak przyjeżdżała do nas gdy miałam może z dziesięć lat. Miała syna w moim wieku, który był strasznie rozpieszczony i chudy jak patyk.
 - Wyrosła z ciebie piękna kobieta…eee…
 - Even – podpowiedziałam znudzonym tonem.
            Wygrzebałam z szafki na buty glany (z dwojga złego nie lubiłam w nich chodzić). Ubierałam je, gdy goście nadal się szykowali do wyjścia. Złapałam za klamkę, chcąc szybko wyjść, by obejść się bez zbędnego gadania.
            Akurat w tym samym momencie z drugiej strony ktoś inny otworzył drzwi. Stanęłam twarz w twarz z jakimś chłopakiem. Wbił we mnie wzrok, ale ja już go minęłam. No i oczywiście zapomniałam kluczyków od auta.
            Chłopak rozmawiał z moją mamą. Dopiero po chwili skapłam się, że to musi być chłopak, o którym wspomniałam wcześniej. Mogę tylko przyznać, iż był zdecydowanie normalniejszy niż ostatnio, gdy go widziałam.
            Weszłam do domu, czując się głupio, że muszę się wrócic. Ale mimo to złapałam klucze i ze spokojem chciałam wyjść. Jednak Pani Której Nazwiska Nie Pamiętałam już szykowała się do gatki szmatki.
 - Och, naprawdę jesteś bardzo urodziwa – uśmiechnęła się. – Nie prawdaż synu?
            Stałam przy drzwiach, bardzo chciałam wyjść. Chciałam pogadać z Jamesem o Maggie, a ci tu mi na to nie pozwalali.
              Chłopak, o ile dobrze pamiętam Dave, pokiwał głową z entuzjazmem. Miał nieśmiałą minę.
 - Amando, ona jest czystą mieszaniną ciebie i twojego męża!
            Mama się wykrzywiła i myślałam, że wybuchnie jej twarz. Już wtedy powinnam się była czegoś domyślić, ale o tym później.
            Starałam się nie odpływac myślami do Maggie. Mimo to nadal łapałam się ostatnich jej  wspomnień, które pamiętałam. Zaczęło mi się kręcic w głowie. Mama Dave’a złapała mnie za ramię, ale ja po raz drugi tego dnia zemdlałam. 

            Obudziłam się widząc nad sobą jasne światła lamp szpitalnych. Leżałam na tym mega niewygodnym łóżku. Przykryta byłam do pasa białą pościelą, a do ręki miałam przypięty welfron. Kroplówka powoli wlewała się do mojego ciała.
            Podniosłam się powoli. Pokój był mały. Po za mną nie było w nim nikogo. Oczywiście nie spodziewałam się, że ktoś będzie przy mnie, no ale jednak…
            Nie do końca wiedziałam wtedy, dlaczego zemdlałam. Można by spojrzec na to logicznie; zawsze gdy dotykały mnie duchy, mdlałam. W tamtym momencie dzieliłam wspomnienia i uczucia Maggie. Musiało to na mnie wypłynąć w bardzo ogromny sposób.
            Po chwili ujrzałam na korytarzu moją mamę i tą jej przyjaciółkę. Oczywiście druga z wymienionych była bardzo zmartwiona, co było można wyczytac z jej twarzy, zaś moja mama miała kamienny wyraz twarzy. Norma.
            Obok nich stał lekarz. Przeglądał ze znudzeniem papiery na teczce. Gdy spostrzegł przez okno, że już odzyskałam świadomość, powiedział cos do kobiet. Po czym on i mama zaczęli iść w kierunku mojego pokoju. Doktor stanął obok łóżka po czym przyjrzał mi się dokładnie.
 - Jak się pani czuje? – zapytał zdejmując stetoskop.
            Przez chwilę zastanawiałam się nad odpowiedzią. Było mi trochę zimno, bolała mnie głowa i byłam głodna. Momentami, gdy zapatrzałam się na lampę, kręciło mi się w głowie i bolały mnie oczy.
 - Nie najlepiej – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
            Mama stała z boku i nic nie mówiła. Lekarz w tym czasie mnie zbadał. Sprawdził jak oddycham, kazał mi odkaszlnąć, wodzić oczami za światłem latarki. Po tym ostatnim prosił, abym przeczytała napis na kartce, kiedy on sam stał w pewnej odległości ode mnie. Nie udało mi się. Pokiwał głową, po czym cos dopisał do papierów.
 - Tak więc panno…- poszperał w kartkach, w końcu odnajdując moje nazwisko. - … panno Alians; pani wyniki są w miarę znośne, chociaż ma pani bardzo niski poziom żelaza. Po za tym jest pani odwodniona. Podobno omdlenia często się zdarzają?
            Pokiwałam głową. Oczywiście za każdym razem było to spowodowane duchami, lecz tego nie mogłam powiedzieć.
 - Niektóre z objaw wyglądały trochę na spożycie narkotyków, lecz test na ich obecność okazał się negatywny. W sumie większość wyników jest poprawna. Ma pani również nieodpowiednią ilość krwinek, ale na szczęście nie wykryto komórek rakowych. Jednakże pani niewytłumaczona choroba nie daje się wykryć. – przerwał, wpatrując się dalej w dokumenty. – Jedyne co się nad nasuwa to anemia.
            Moja mama zrobiła wielkie oczy. Spojrzała na lekarza, potem na mnie.
 - Anemia? – była zdziwiona.
 - To by pasowało – powiedział. – Czy ma pani zawroty głowy?
 - Czasem.
            Zapisał coś ponownie. Przekartkował dokumenty, aż dotarł do ostatniej kartki przeczytał coś.
 - Czy była pani może ostatnio u psychologa? – powiedział to delikatnie.
            To pytanie słyszałam od dziecka. Wszyscy obwiniali dezorientacje psychiczną za to, że widzę duchy. Niby miałam zwidy i tyle. Nie chciałam brać leków. Nie chciałam być chora.
 - Cóż, w takim przypadku prosił bym panią, pani Amando, aby dopilnowała pani córki, co do wizyty u owego doktora – poczułam złość. Nie chciałam, aby mnie ktoś tam wysyłał. – Na razie przepiszę tylko pani leki na podejrzenie anemii. Ale przez następne czterdzieści osiem godzin pozostanie pani na obserwacji.
            Wyszedł. Mama za nim. A ja zostałam; z podejrzeniem anemii, chorobą, której nie rozumiałam – nie wiedziałam czy chodzi tylko o anemię czy też może o zaburzenia, a może to wina duchów?
            Moja bluza leżała na krześle obok łóżka. Mój telefon położony był na szafce. Wzięłam go i zadzwoniłam do Jamesa.
 - Halo? – usłyszałam po czterech sygnałach.
 - Halo? James? Tu Even.
 - Coś się stało?
 - Nie do końca – nie chciałam mu mówić przez telefon. – Chciałabym z tobą pogadać, najlepiej już dziś, ale nie mogę przyjechać.
 - Nie możesz mi powiedzieć przez tele…
 -  To nie jest rozmowa na telefon – przerwałam mu. – Mógłbyś przyjechać do szpitala?
            Przez chwilę coś szurało, stukało. Dopiero później James mi odpowiedział.
 - Coś się stało Even?
 - Zemdlałam. Dwa razy. Podejrzenie anemii. Problemy psychiczne i takie tam – zobaczyłam pielęgniarkę wchodzącą do sali. – To co? Wpadniesz?
            Znowu szuranie.
 - Jasne. Już jadę – i się rozłączył.
            Pielęgniarka spojrzała na mnie. Zaczęła zmieniać mi kroplówkę.
 - Chłopak? – dociekała.
 - Nie. – odwróciłam się do niej plecami, przykrywając się po uszy kołdrą.

            James dość szybko się pojawił. W międzyczasie poszłam do łazienki, mimo że miałam zakaz, a i miałam welfron. Przejrzałam się w lusterku i stwierdziłam, że byłam blada jak nigdy. Do tego wyschły mi usta. Wróciłam do pokoju akurat w momencie, gdy James wszedł.
 - Hej – przywitał się.
 - Hej – usiadłam na łóżku, podpinając się z powrotem do kroplówki.
 - Tak wolno? – wskazał na moje ramie z welfronem.
 - Raczej nie.
            Byłam w samej bluzce na ramiączkach i legginsach. Było mi zimno w stopy, więc przykryłam je kołdrą. Usiadłam na łóżku po turecku, mimo iż kręciło mi się w głowie.
 - O co chodzi? – przerwał ciszę.
  - O Maggie. Jak zawsze.
            Streściłam mu to co tamtego dnia usłyszałam od Maggie. Starałam się to tak opowiedzieć, aby jakoś to pojął. Dla mnie było to w miarę zrozumiałe.
 - Chcesz powiedzieć, że jej ducha już tutaj nie ma?
 - Wiesz co? Mam swoją tezę – chciałam komuś o tym opowiedzieć. – No wiesz, każdy z nas wierzy w różne rzeczy. Jak mi wiadomo według chrześcijan istnieje piekło i niebo. Egipcjanie wierzyli, że trzeba zachować ciało, aby dusza mogła być spokojna. Według Greków trafia się do podziemia, na Pola Kary albo Elizjum bądź te całe jakieś tak łąki…
 - Mym…
 - Tak więc potencjalnie żadna z tych wiar nie ma racji, ale i każda z nich ma z tym jakieś powiązanie. No bo nie można być duchem przez wieczność, więc jeśli spojrzeć na to inaczej; ten stan gdy jest się duchem to może być Czyściec, brzeg rzeki Styks czy nawet po prostu jakiś przedsionek. Za tą całą bramą może być wszystko – Bóg, Olimp, wieczna ciemność, odrodzenie. To tak naprawdę początek.
 - Może to zależy od wiary? – zastanawiał się James.
 - Może i tak być. Każdy trafia tam, gdzie naprowadza go wiara.
            Żadne z nas nic nie mówiło. W oczach Jamesa dostrzegłam łzy.
 - Była szczęśliwa. Naprawdę.
            Wbił we mnie wzrok.
 - Czasem zastanawiam się jakby to było gdyby nigdy nie zachorowała. Może dawno byśmy się rozeszli?
 - Gdybyś wiedział, że się przewrócisz, to byś usiadł – Monique tak mówiła. Często.
 - Od kiedy ty jesteś taka mądra? – uśmiechnął się. Widziałam jak próbował powstrzymać łzy.
 - Możesz sobie popłakać, jak chcesz, ale nie za długo.
            Zaśmiał się. Miło było słyszeć śmiech. Kiedy ujrzałam jego uśmiechniętą twarz, przypomniał mi się jego wyraz twarzy, gdy oświadczał się Maggie. Było mi trochę wstyd, że znam jej wspominania,
 - Będzie dobrze.
 - I nawzajem.
            Wstał. Uśmiechnął się do mnie. Cieszyłam się w duchu, że umie się uśmiechnąć. Obiecałam Maggie, że się z nim pożegnam. Chciałam też żeby był szczęśliwy.
 - Kochała cię – wyznałam mu na odchodnym. – I to bardzo. Najbardziej chciała żebyś jak najmniej cierpiał.
            Kiwnął głową. Stanął w drzwiach. Obejrzał się na mnie. Posłał mi współczujący uśmiech. Fajnie, iż tak często to robił.
 - Powodzenia Even. I w razie czego mogę zaświadczyć, że wcale nie masz problemów z głową.
            Teraz to ja się uśmiechnęłam. Wyszedł. Pomachał mi. Odmachałam mu.

           

            

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz