czwartek, 27 października 2016

Rozdział trzydziesty szósty

Tak, też uważam że moja opowieść już robi się nuda.
            Tak, też uważam że jeśli jeszcze raz wspomnę wizytę w szpitalu, zwariuje i zacznę prowadzić historię kulinarne.
            Więc, panie i panowie, obiecuję, iż po raz ostatni w całej tej strasznej historii, mdleje i ląduje w szpitalu. Słowo honoru.
        
            Otworzyłam gwałtownie oczy. Miałam nad sobą zlęknione twarze lekarzy. Patrzyli, jakby zmartwychwstała. Ja tylko lekko się uniosłam na twardym łóżku, po czym, jak najbardziej luzacko, rzuciłam w ich stronę:
 - Na co się tak gapicie?
            Jedna z pielęgniarek zaśmiała się. Było w tym dźwięki więcej ulgi niżeli radości. W jej ślady poszła kolejna obecna kobieta oraz lekarze. Wybuchła ogólna radość. Powiem szczerze, że szczęka mi opadła jak się dowiedziałam dlaczego.
            Moje serce stanęło. Umarłam na dobrą minutę.
            A to dopiero niespodzianka.
            Chciałam się wypisać na własne żądanie. Lekarze nie chcieli mi na to pozwolić. Nawet ciocia, Nick i Maixne byli przeciw mnie. Zaś Logan nie pojawił się w szpitalu, co bolało mnie najbardziej.
            Był tak blisko mnie. Tak blisko… przez wiele następnych dni śniły mi się jego oczy. Jednak jego nie było.
            Leżałam na łóżku, zawsze zwrócona do okna, przez które widziałam plac zabaw, pełen roześmianych dzieci. Całe dnie poświęcałam na przypatrywanie się kolorowym huśtawką i zjeżdżalnią. Lekarze do mnie przychodzili, pytali o samopoczucie. A ja tam po prostu leżałam. Dla samej zasady.
            Dawne objawy przeminęły – nie wypadały mi włosy, krwotoki ustały, a akcje serca się wyrównały. Jakby wszystko minęło. Doktor nie chciał jednać dać mi wypisu, bojąc się, że jeśli wyjdę, za parę dni znowu się pojawię, tylko może być już za późno na ratunek.
            Godziny ciągnęły się niemiłosiernie. Dni stawały się dla mnie mordęgą. Nocami nie mogłam spać. Zdawało mi się, że słyszę krzyki, płacz, dźwięki aparatury, lecz kiedy pytałam o to pielęgniarki, mówiły iż nic nie słyszą.
            Szóstego dnia w szpitalu, w nocy, nie mogłam jak zawsze spać. W moim pokoju było drugie łóżko, które stało puste. Często słyszałam jakieś odgłosy dochodzące od niego, ale kiedy patrzyłam w tamtą stronę, nic ani nikogo tam nie było.
            Siedziałam prosto na posłaniu. Słyszałam szelest pościeli obok. Jednak strasznie bałam się tam spojrzeć. Obawiałam się tego, co tam mogę zobaczyć. Więc siedziałam, ściskając mocno dłonie. Gdy w drzwiach pojawiła się pielęgniarka, młoda i miła dziewczyna, o ciemnoczekoladowej skórze, orzechowych oczach i burzy ciemnych loków, podparła się o framugę, wkładając ręce do kieszeni fartucha, zarzuconego na sportową bluzę i legginsy.
 - Jeszcze nie śpisz? – spytała.
            Pokręciłam tylko głową. Mało mówiłam. Sama nie wiem co się ze mną działo. Było tak, jakby nie była pewna własnego ciała, duszy i umysłu.
 - Nie mogę podać ci więcej leków nasennych, wiesz o tym – powiedziała.
            Westchnęłam. Dziewczyna – Candy – podeszła bliżej. Usiadła na rogu mojego łóżka. Zmusiłam się by spojrzeć w jej stronę. Na sąsiednim łóżku oczywiście nikogo nie było. Pielęgniarka zauważyła mój niepokój.
 - Osobiście jestem zdania, że powinnaś wrócić do domu. Pobyt tutaj nie jest dla ciebie pożyteczny.
            Jednej nocy krzyczałam. Drugiej luntykowałam. Innej całą noc patrzyłam w ścianę. Coraz częściej zwieszałam się tak, że nie wiedziałam co robię. Był już psycholog. Gdyby nie interwencja cioci, zabrali by mnie do zakładu zamkniętego. Tylko moi bliscy sprawiali, iż tam nie byłam.
 - Porozmawiam z lekarzem o twoim powrocie – uśmiechnęła się. – Sądzę, że to będzie dla ciebie najlepsze rozwiązanie.
            Nic nie odpowiedziałam. Naprawdę chciałam stamtąd wyjść. Duchów było coraz więcej. Wszędzie się panoszyły, co mogło tylko pogorszyć mój stan.
 - Chcę wrócić do domu – wycharczałam. Nie wiedziałam nawet gdzie ten dom jest.
 - Postaram się coś zdziałać – zapewniła mnie.                                                                                                         Wstała. Obróciła pierścionek na palcu. Wyglądał tak jak zaręczynowy. Wskazałam na niego.
 - Od narzeczonego? – zapytałam.
            Posmutniała. Puściła pierścionek, jakby nie chcąc na niego patrzeć. Od razu zauważyłam zmianę w wyrazie jej oczu i twarzy.
 - Przepraszam. Nie chciałam – wymamrotałam.
 - Powinnam już iść – znowu się uśmiechnęła. W oczach lśniły jej łzy. – Czekają na mnie inni pacjenci.
            Szybko pokierowała się do drzwi. Opuściła pokój, nawet na mnie nie patrząc. Nie winiłam jej za to. W końcu to ja dopytywałam co nie swoje sprawy.
            Znowu jęk z sąsiedniego łóżka. Zanim zdążyłam dwa razy pomyśleć, spojrzałam w jego stronę. Zamiast, jak zawsze, ujrzeć pustkę, zobaczyłam leżącego na posłaniu ducha. Młodą kobietę, w szpitalnej koszuli. Wyglądała potwornie; przerzedzone ciemne włosy. Wykrzywiony wyraz twarzy.            Spojrzała na mnie. Wydała z siebie coś w rodzaju syku, jakby zdenerwowała się tym, że ją zobaczyłam. Znikła, pozostawiając tylko chłód i dziwny zapach stęchlizny.
             Przyszedł ten sam lekarz, który przyjął mnie ostatnio. Nie miał okularów, ale wyglądał na równie zmęczonego co zawsze.
 - Rozmawiała ze mną Candy – zaczął. – Jej zadanie na temat twojego wypisu jest jak najbardziej poprawne. Jeśli chcesz możesz wyjść.
            Lekko się wyprostowałam. Podpierając się na rękach, poczułam ból. Rany na rękach w końcu zaczęły się goić, co równało się potwornemu bólowi, kiedy ich używałam.
 - Chcę być z tobą szczery Even – zmęczony doktor przetarł oczy dłonią. – Nie wiem jak zacząć… - Niech pan mówi wprost – zachęciłam go. – Moje życie i tak jest stertą gruzu.
            Wciągnął głęboko powietrze. Był naprawdę miłym człowiekiem, który starał się jak mógł, by uratować jak najwięcej istnień. Wiele razy rozmawiałam z nim podczas jego przerwy. Opowiadał mi o swoich dzieciach (miał syna i córkę – bliźniaków). Cieszyłam się, że w owym czasie to on się mną zajmował.
 - Even – westchnął. – Kolejnego takiego ataku nie przeżyjesz.
            Oczekiwałam od siebie innej reakcji. Płaczu, potu, strachu i coś koło tego. Jednak jedyne co tak naprawdę poczułam, to jakby ktoś potwierdził coś, czego się spodziewałam.             Przez chwilę patrzyłam w ścianę. Przez głowę przewinęła mi się myśl: a jeśli naprawdę umrę?
 - Oczywiście nie jest to 100% pewne – wyjaśnił lekarz. – Jednak zdaniem moim, innych lekarzy oraz osób z zewnątrz, tak właśnie się stanie.
            Pokiwałam głową. Następny duch, który mnie dotknie, może sprawić, że umrę. Tak po prostu.
 - Ostatnio powiedziałam mojemu przyjacielowi, że Bóg ma dla mnie gorszą śmierć niż wypadek samochodowy – wyszeptałam. – Nadal uważam, że wymyślił dla mnie coś naprawdę ekstra.
            Doktor tylko się uśmiechnął. Przyjrzałam się jego twarzy; miał tylko czterdzieści cztery lata, a wyglądał na wiele starszego. Zmarszczki obficie pokrywały jego czoło, okolice ust i oczu. Często się uśmiechał; choćby tylko smutno. Naprawdę umiał pocieszyć człowieka, ale był też bardzo bezpośredni.
 - Mam nadzieję, że pożyjesz jeszcze trochę, moja droga – oświadczył. Spojrzał na w połowie pustką kroplówkę. – Cała spłynie i możemy cię odłączać.
            Zgodziłam się. Grzecznie poczekałam, aż leki wciągną w moją krew. W tym czasie pojawiła się pielęgniarka, która zaczęła mnie odłączać. Gdy skończyła, odeszła, życząc mi zdrowia. Życzliwość personelu szpitala zawsze mnie zadziwiała.
            Poszłam do łazienki z torbą. Ubrałam się powoli. Poprawiłam bandaże na rękach. Szyja nadal wyglądała paskudnie. Wciąż widziałam na niej widmowy medalik.
            Pewnie zastanawiacie się o co chodziło mi jakiś czas temu, gdy widziałam w lustrze szczerzącego się Alexa. Pojęłam różnicę między duchami – każdy miał ich kilka. Duchy widać było najczęściej w dwóch postaciach: całkiem zmarłej części, ponurej i złej oraz tej z żywymi oczami, jeszcze uśmiechniętej. Udało mi się to wywnioskować dzięki temu jak wiele duchów już widziałam.
            Maggie. Była idealnym przykładem drugiego podanego przypadku. Miała ludzkie i żywe oczy, była miła i życzliwa. Duch Niny był pierwszą opcją. Zła, opryskliwa. Dopiero wtedy pojęłam, że nawet po śmierci nasze strony się wzmacniają.
            Stojąc w łazience, opierając się o zimne krawędzie umywalki, patrzyłam w lustro. Nie byłam już człowiekiem; byłam tylko jego wrakiem. Podkrążone oczy, zapadnięte policzki, wystające kości, włosy niczym siano. Wyglądałam tak potwornie, aż było mi samej siebie wstyd. Nie umiałam zacząć normalnie jeść, nawet jeśli ciocia przywoziła mi całkiem dobre, zdrowe jedzenie.
            Jedną rzeczą, która nigdy się nie zmieniła, były moje oczy. Nadal tak samo brązowe. Od kiedy Logan powiedział, że są piękne, zaczęłam postrzegać w nich wyjątkowość.
            Logan. To właśnie po niego zadzwoniłam.
 - Halo – powiedziałam w słuchawkę, gdy odebrał.
            W tle słyszałam muzykę. Dość głośną. Gwałtownie ucichła, coś skrzypnęło, aż w końcu do moich uszu dotarł jego głos.
 - Halo?
            Uśmiechnęłam się, choć on nie mógł tego widzieć. Przestąpiłam z nogi na nogę, zanim powiedziałam:
 - Cześć. To ja, Even.
            Coś ponownie skrzypnęło, a w telefonie zapanowała idealna cisza. Wystraszyłam się, że może się rozłączył, a kiedy już miałam to sprawdzić, rozległ się jego głos.
 - Even – wypowiedział moje imię delikatnie i miękko, jakby miał je w ustach po raz pierwszy w życiu.            Rozbolały mnie nogi. Usiadłam więc na desce toaletowej, kurczowo trzymając przy uchu telefon.
 - Ja… - zaczęłam – ja, zastanawiałam się czy masz może chwilę czasu, żeby po mnie przyjechać? Dostałam dzisiaj wypis.
            Odpowiedziała mi głucha cisza. Już żałowałam, iż o to spytałam. Dłoń, w której miałam telefon zaczęła mi drżeć.
 - Tak. To znaczy jasne – powiedział Logan.        
            Usłyszałam szuranie  i trzaśnięcie drzwiami.
 - Będę za chwilę.
            Pokiwałam głową. Znowu zapomniałam, że mnie nie widzi.
 - Okej – odparłam.
            Siedziałam jeszcze chwilę. Trzymałam telefon przy uchu nawet po tym, jak usłyszałam dźwięk rozłączanej rozmowy. Po prostu nie mogłam się przemóc by wstać.
            W końcu wyszłam. Poskładałam ubrania, wsadziłam je do torby. Powtórzyłam czynność dwa razy, aby wszystko ładnie się zmieściło. Próbowałam tak związać włosy, żeby zasłaniały choć trochę bliznę na twarzy. Potem usiadłam na łóżku, zmieniając ciągle pozycje. Zerkałam na szary zegarek, zawieszony nad drzwiami. Ciągle śledziłam ruchy wskazówek. Aż do momentu, kiedy drzwi się otworzyły, a do pokoju wszedł Logan.
 - Hej – powitałam go.
            Wyglądał trochę jakby dopiero co się obudził. Włosy sterczały mu do góry, spodnie od dresu miał czymś pobrudzone na prawej nogawce, a w nie wciśnięty T-shirt, pognieciony i wypłowiały.
 - Cześć – posłał mi delikatny uśmiech.
            Mówią szczerze, wcale a wcale nie przypominał mi już tego chłopaka, przez którego złapałam nogę. Nie mówił żartem, w jego oczach nie czaiła się kpina. Nie uśmiechał się szelmowsko, nie wyglądał perfekcyjnie niedbale. Stał się kimś innym, jakby patrzyła na niego z innej strony.
 - Szybki jesteś – skomentowałam jego przybycie.
            Podszedł do mnie. Usiadł obok na materacu. Przez chwilę panowała pomiędzy nami głęboka cisza.
 - Lepiej z tobą? – zapytał niepewnie.
            Pokręciłam głową. Chciałabym dać mu wtedy dobre wieści, lecz takich nie miałam.
 - Lekarz powiedział…- zaczęłam niepewnie - …powiedział, że jeszcze jeden taki atak może mnie zabić.
            Nic nie powiedział. Cisza przepełniała pokój. Poczułam coś ciepłego na dłoni. Jego dłoń, spoczywała na mojej. Uśmiechnął się krzepiąco. Słowa nie były nam potrzebne.
            Zanim pojęłam co robię, rzuciłam mu się w ramiona. Przygarnął mnie do siebie, otulając ramionami. Zaciągnęłam się jego zapachem; mieszaniną różnych woni, niemożliwych do rozdzielenia na pojedyncze elementy. Nie chciałam płakać, ale łzy powoli staczały się po moich policzkach. Żadne z nas nie przerywało ciszy, ale to co dla mnie robił, było lepsze niż jakiekolwiek słowa.
            Słyszałam bicie jego serce. Powolne, miarowe. Pociągnęłam nosem, lekko się odsuwając.
 - Ja po prostu chcę wrócić do domu – wyszeptałam, ocierając oczy rękawem.
 - Którego? – zastanawiał się.
 - Prawdziwego – odparłam szczerze.
            Wstał. Zarzucił sobie moją torbę przez ramię. Następnie wyciągnął do mnie dłoń. Powoli wsunęłam palce w jego rękę. Razem wyszliśmy z sali, kierując się do drzwi wyjściowych. Wcześniej odebrałam wypis, nadal trzymając Logana za rękę. Wyszliśmy, kierując się na parking. Chłopak pomógł mi wejść do swojego czarnego samochodu. Usadowiłam się na miękkim siedzeniu, zapięłam pas i oparłam się o szybę.
            Budynki migały mi przed oczami, kiedy jechaliśmy drogą. Kierowaliśmy się w stronę domu Sailes’ów. W pewnym momencie spojrzałam na Logana – był skupiony na drodze. - Możemy pojechać do moich rodziców? – spytałam go.
            Przytaknął. Zmienił pas ruchu, skręcił. Za równe siedem minut staliśmy przed żelazną bramą cmentarza. Logan ponownie wyciągnął do mnie dłoń, więc razem lawirowaliśmy między nagrobkami obcych nam osób. Minęłam grób Monique, Kevina, Niny, pani Linday. Chciałam zobaczyć tylko czy może prawda o mojej rodzinie, nie była tylko snem.
            Stanęłam przed nagrobkiem, gdzie dużymi literami wypisane było Hope Price. Przyjrzałam się napisowi. Tam właśnie spoczywała moja mama.
            Wyswobodziłam dłoń z ręki Logana. Uklęknęłam na zimnych płytkach przed grobem. Wpatrzyłam się w datę śmierci kobiety. Zamknęłam oczy. Kiedy je otworzyłam stała za płytą, spoglądając na mnie czule. Uśmiechnęłam się ledwo widocznie, bojąc się, że towarzyszący mi chłopak to zauważy. Mama odpowiedziała mi tym samym, po czym się rozpłynęła.
            Wstałam. Przeszłam kawałek, by znaleźć się obok taty. Pierwszy raz chciałam coś wypróbować.
            Tak jak przy grobie mamy, uklęknęłam. Zamknęłam oczy, spokojnie wypuszczając powietrze. Wyobraziłam sobie pogodnego mężczyznę, dokładnie takiego jakim widziałam mojego ojca, zanim poznałam o nim prawdę. Jednak widziałam też w tym prawdziwą lekcję życia; nikt nie jest idealny.
            Niestety, gdy otworzyłam oczy ducha taty nie było. Nie poczułam nic w związku z jego obecnością. Pomyślałam tylko o jedynym: że nie mam do niego żalu. I choć byłam wręcz pewna, że odszedł dalej, poczułam jakby najlżejszy powiew wiatru, jaki był w stanie zawiać.
            Podniosłam się. Posłałam Loganowi lekki uśmiech.
 - To co? Teraz do twojej mamy? – zagadnęłam.
 - Jeśli masz siłę – wzruszył ramionami.
            Poszliśmy więc. Umiałam już nazwiska osób spoczywających przy ścieżce, którą przechadzaliśmy się z Loganem wiele razy. Niedaleko dużego krzyża, unosił się duch mojej przyjaciółki. Uśmiechnęła się delikatnie. Pomachała mi dłonią. Odpowiedziałam jej lekkim skinieniem głowy. Z pytaniem w oczach spojrzała na Logana. Pokręciłam przecząco głową, ale ona tylko się zaśmiała i zniknęła.
            W końcu stanęliśmy obok miejsca spoczynku mamy towarzyszącego mi chłopaka. Logan nic nie mówił, Wyglądał trochę tak, jakby był smutny. Przyjrzałam się napisowi na nagrobku. Widziałam twarz pani Under, pięknie odbitą na medalionie. Wyglądała młodo. Zbyt młodo na śmierć. Miała spokojny wyraz twarzy. Patrząc na nią, widziałam rysy Logana. Miał po niej nos, usta i rozmarzenie w oczach.
 - Jesteś do niej bardzo podobny – wyraziłam swoje myśli na głos.
            Zerknął na mnie. Smutek do niego nie pasował.
            Coś mignęło mi przed oczami. Spojrzałam na grób. Stała obok niego kobieta. Jak się domyślacie był to duch. Od razu oczywiście wiedziałam kto to.
            Mama Logana.
            Uśmiechnęła się, po czym przycisnęła palec do warg, pokazując mi, że mam nie zwracać na nią uwagi. Kątem oka obserwowałam jak widmowym palcem wskazuje na napis nagrobkowy. Nie było to jej imię, lecz miano jej córki. Emily UnderVarpol.
            Podeszłam do grobu. Duch się rozpłynął, a Logan spojrzał na mnie pytająco. Mruknęłam coś w odpowiedzi. Przejechałam palcem po imieniu dziewczynki. Nic się nie stało. Przycisnęłam palec mocniej, trąc zimny kamień. Gdy uniosłam go do oczu, zobaczyłam czarną smugę. Zaś E straciło barwę się rozmazało. Dyskretnie powtórzyłam tą czynność z imieniem pani Under. Nic się nie stało.
            Zaczęłam snuć podejrzenia, które zaprowadziły mnie do prawdy.
        
            Przeszukałam Internet. Wyszukiwarka Google odpowiedziała mi, kiedy znalazłam się na siódmej stronie do wpisanego hasła. Znalazłam artykuł o śmierci pani Ann Under. Nigdzie nie było ani słowa o jej córeczce. I choć wielokrotnie wspominano o Loganie, jego tacie i najbliższych jego matki, nigdzie nie było o nawet zdania o Emily.
            Leżałam na brzuchu, wpatrzona w ekran laptopa, kiedy drzwi zaskrzypiały, a w pokoju pojawił się Nick, usiadł na łóżku obok, krzyżując nogi. Przyjrzał mi się uważnie.
 - Szukasz Chrisa? – zagadnął.
            Pokręciłam przecząco głową. Przymknęłam rażący oczy ekran, po czym spojrzałam w jego stronę.
 - Wspominałam ci kiedyś o siostrze i mamie Logana?
            Przez chwilę widać było jak myśli. Rozprostował nogi, po czym położył się na mojej poduszce. - Coś mówiłaś – rzucił, wyciągając się na łóżku jeszcze bardziej.
            Zgarnęłam poduszkę leżącą obok mnie. Rzuciłam nią w niego, a ten nie zdążył się uchylić. Trafiła go w twarz, a kiedy spadła na jego brzuch, zobaczyłam szeroki uśmiech, ukazujący jego białe, lekko krzywe zęby.
 - Humor ci dopisuje – zauważyłam.
            Wyszczerzył się jeszcze bardziej.
 - No więc wracając do tematu głównego, co takiego z rodziną Logana? – zapytał.
            Zamknęłam laptopa do końca, wstałam i położyłam go na komodzie. Sama ułożyłam się na miękkim kocu, rozłożonym na łóżku. Włożyłam dłonie pod głowę, po czym, wpatrując się w sufit, zaczęłam mówić.
 - Gdy odebrał mnie ze szpitala, pojechaliśmy na cmentarz. Pojawił się jakiś duch. Pokazał mi na wypisane imię Emily na nagrobku. Gdy przetarłam je palcem, zmazało się. Nawet nie wiem co to możne znaczyć.
            Nick przejechał dłonią po kocu. Patrząc na niego podziwiałam jego mięśnie malujące się pod koszulką oraz zamyślenie w oczach. Mój kuzyn (choć ciężko było się do tego przyzwyczaić) zmienił się pod wieloma względami. Dużo pracował, mało mówił. Jednak w tamtym czasie był dla mnie bliższy niżeli kiedykolwiek w całym naszym życiu.
 - Zgaduję, że mam ci jakoś pomóc? – zapytał.
            Westchnęłam. Wisiała nade mną groźba śmierci. Bałam się, że umrę zanim zdążę zrobić cokolwiek ważnego. A to śmierdziało na odległość.
- Mógłbyś pójść na cmentarz i to sprawdzić dokładnie – zaproponowałam. – Sama bym to zrobiła, ale twoja mama nie chce mnie wypuszczać z domu.
            Przytaknął. Przerzucił nogi przez łóżko. Wstał, rozciągając się. Stanął nade mną. Uśmiechnął się szeroko, schylając się ku mnie.
 - Czasami czuję się tak, jakbyś była moją siostrą – wyznał mi. – To naprawdę świetne uczucie.
            Cmoknął mnie w czoło i się wyszczerzył. Ruszył ku drzwiom.
 - Pójdę i to sprawdzę. Nie gadaj z zbyt wieloma duchami.
            I wyszedł. Zostałam więc sama, w cichym pokoju.
            Wyjęłam spod poduszki zdjęcie. Mój mały braciszek cały czas wyglądał na fotografii bezbronnie i słodko. I choć za każdym razem gdy spojrzałam w lustro, widziałam naszyjnik na szyi, nie wiele to zmieniało.
            Nie wiedziałam co mogę robić. Otworzyłam więc laptopa, po czym wpisałam w Google imię siostry Logana. Miałam prosty plan; szukać tak długo jak znajdę.
            W końcu, w sumie nie pamiętam ile stron wyszukiwarki później, znalazłam jakiś rejestr domu dziecka. Długo nie mogłam wejść na ową stronę, bo jak się okazało, była przeznaczona tylko dla pracowników. W końcu udało obejść mi się zabezpieczenia. Pomyślałam właśnie wtedy, że skoro owa strona mi się wyświetliła, mogło to oznaczać tylko tyle, że w tym miejscu powinnam znaleźć Emily UnderVarpol.
 


            

2 komentarze:

  1. napisałas że wysiedli przed szpitalem i chodzili tam wkoło nagrobków więc no chyba cmentarz to był xd

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mogłaś mi tego napisać w wiadomości a nie tutaj xd dzięki, widać że przynajmniej czytasz nie udajesz

      Usuń