niedziela, 12 kwietnia 2015

Rozdział czwarty

       Na obrzeżach miasta, w  którym mieszkam, znajduje się stary most. Nie jest już poddany pod użytek, więc stoi one całkowicie bez sensu. Niestety nikomu nie chce się go odnowić i ponownie oddać pod użytek, ale dla mnie to lepiej; mam miejsce dla siebie, gdzie nikt mnie nie znajdzie i nie będzie nękał.
            Cały most jest pokryty ciemnopomarańczową rdzą, która pokrywa prawie całą powierzchnię budowli. Gdzieniegdzie fragmenty rusztowania przebiją się przez metal, co sprawia, że staje się on jeszcze bardziej przerażający. Droga prowadząca przez most jest w okropnym stanie; popękana i załamana, a miejscami cały wiekowy asfalt całkowicie zszedł pozostawiając pooraną ziemię, na której leży wiele starych śmieci, będących w stanie rozkładu. Wszystko tyczące się tego mostu wygląda strasznie i przerażająco – jak wyjęte z niezłego horroru. Cóż, nie dziwię się, że uwielbiam to miejsce.
            Na ten most trafiłam jakiś czas temu; kolejna wpadka po jakimś nieustraszonym czynie. Byłam trochę zdruzgotana, więc po prostu zwiałam ze szpitala, kiedy matka rozmawiała z jakimś lekarzem. Szłam, szłam i szłam, aż doszłam tutaj – do przerażającego i opuszczonego mostu. Od tamtej pory to taka moje kryjówka, o której nie wie nikt, więc czuję się w niej pewnie, bo wiem, że mam miejsce dla siebie, gdzie nikt nie będzie mnie nękał.
           Wszystko wskazuje na to, że Nick przyswoił sobie moje słowa, no i niestety nie odzywał się do mnie przez tydzień. Myślałam, że przejdzie mu po dwóch dniach, bo ale cóż widać, iż się trochę przejął. Nie należę do tych, które się tym przejmują. Jak będzie chciał gadać, jak będzie chciał pomocy ode mnie to wszystko pójdzie w niepamięć. Tak jak zawsze.
            Gorzej z Monique. Od dnia kiedy widziałam ją w szpitalu skutecznie mnie unika. Na początku sądziłam, że po prostu to tylko czysty przypadek, ale kiedy codziennie zaczynała unikać rozmów ze mną zaczęło mnie to martwić. Nie chodzi o to, że jestem jakoś panikarą, ale Monique nigdy nie była w najlepszym stanie psychicznym. Jest skora do panikowania i takich typu rzeczy, ale jest bardzo dobrą przyjaciółką. Strasznie dobrze mnie rozumie. Inne dziewczyny nie potrafią ze mną rozmawiać, bo nie mamy wspólnych tematów; żadnych chłopaków, ubrań, filmów ani nawet książek, gdyż jak już czytają to całkiem inne gatunki. Ale Monique jest inna; zawsze znajduje ze mną temat do rozmów. Lubi wysłuchiwać opowieści o mich nieustraszonych czynach i wpadkach. Czasem nawet obserwuje jak zakładam się z Mattew i Cole, że zrobię to i tamto. Po prostu mnie rozumie. Kiedy jestem zła, umie mnie uspokoić. Może tak wygląda prawdziwa przyjaźń; jedna osoba rozumie drugą, tylko że w naszym duecie to ona rozumie mnie, ale ja ją już nie.
            Przede wszystkim musiałam ją pilnować. Co jeżeli akurat kiedy mnie przy niej nie będzie może wydarzy się jej coś złego? A jeżeli sama się wpakuje w jakąś mafię czy cuś? Boże, co ja gadam. Przecież raczej nie stanie się dilerką narkotyków przez siedzenie w bibliotece. Co to, to nie.
            Dalej siedziałam na moście. Przyjemny chłód owiewał mi ciało, a ja ciągle ciągałam nosem. Był akurat środek zimny, ale ledwie na ziemi były dwa centymetry śniegu. Ciaśniej otuliłam się wełnianym szalikiem. Gdzieś w oddali dostrzegłam dwójkę osób, które szybkim krokiem zmierzały ku miastu. Nie dostrzegli mnie, ale ja doskonale rozróżniłam nastolatków. Carrie oraz Gus, dwoje z mojego rocznika, para od dwóch miesięcy. Właśnie szli na spotkanie z innymi osobami z mojej klasy.
Każdy w szkole cały tydzień planował jak spędzi piątkowy wieczór w środku stycznia. Jedni zbierali się całą paczką przed szkołą i ruszali do kina na nowy film, który dopiero co wszedł do kina. Właśnie to była grupa z Carrie i Gusem na czele.  Mnie też zaproponowali, żebym poszła z nimi. Propozycja była kusząca; film nosił tytuł ,,Słodka zemsta’’ i był z mojej ulubionej kategorii, kryminalistycznej. Jednak od razu odmówiłam, wolałam posiedzieć sama na moście. Jakoś mnie to uspakajało, choć jest odrobinkę zimno.
            Ciągle wpatrywałam się w niebo; szarawe z szybko sunącymi chmurami, które wisiały zadziwiająco nisko. Śnieg przestał już padać, ale wciąż w powietrzu czuć było wilgoć.   
            Przeniosłam wzrok na most - wcale się nie zmienił; wciąż był jak z horroru. Dawniej był zapewne oddany pod użytek pociągów towarowych. Na środku biegły stare i spróchniałe deski, przybite ćwiekami z wybrakowanymi elementami. Po bokach biegło rusztowanie, gdzie można spokojnie przejść z jednej strony na drugą trzymając się barierki z brakującymi fragmentami. Jasne fragmenty całe były pokryte grafity, w tym wieloma mojego autorstwa.   Ale jedna rzecz przeraziła mnie najbardziej od nagiego rusztu, z żelaza zwisającego z belki . Duch. Dziewczyny. Siedziałam na krawędzi mostu luźno puszczając nogi, które zwisały swobodnie. Dziewczyna mogłaby być ładna, gdyby nie to, że zachowała wygląd z dnia, w którym umarła; jej wargi miały ciemno-purpurowy odcień, a kolor skóry był najbardziej jasny jaki widziałam. Włosy miała potargane i poplątane, ale można i tak było dostrzec, że są w kasztanowym odcieniu. Jej oczy były skierowane na wodę. Zastanawiał mnie sposób w jaki zginęła. Widać było, że zdarzenie to miało miejsce gdy była młoda. To mogło być wszystko- wypadek samochodowy, choroba.
            Długo się na nią patrzyłam; nie podnosiła głowy. Ciekawiło mnie jakby zareagowała, gdyby się dowiedziała, że ją obserwuję.
            Niestety, nie musiałam długo się nad tym zastanawiać.
            Podniosła głową, a ja nie mogłam odwrócić wzroku. Patrzyłam w jej oczy starając się udawać, że patrzę na coś w oddali. Chyba się nie nabrała. Miała utkwiony wzrok we mnie. Przerażało mnie intensywność koloru tych oczy; żywo niebieskie. Właśnie. Żywe. Jakby żyła. Były takie normalne. Ludzkie. Wpatrzone we mnie.
            Wstała cały czas się na mnie patrząc. Trochę zaczynały mnie przerażać jej oczy. Nigdy u ducha takich nie widziałam. Może im się nie przyglądałam, ale teraz mnie to zdumiewa.
 - Widzisz mnie.
            Jej głos mnie zadziwił. Lekko ochrypły, ale miękki i ciepły. Niby wyszeptała te słowa, a i tak jej głos rozbrzmiał wysokim tonem. Jej wzrok coraz bardziej mnie świdrował; nie odrywała ode mnie tych cudnych oczu.
 - Widzisz mnie.
            Nie wiedziałam jak zareagować. Przyznać się, że ją widzę czy nadal udawać? Ciągle szła w moją stronę, więc mogła chcieć mnie dotknąć, a wtedy ja mogę zemdleć czego nie chcę. Wolę nie wylądować nieprzytomna na środku starego mostu, który widzi człowieka raz w tygodniu, i to chyba ciągle mnie.
 - Widzisz mnie – szepnęła znów, ale teraz zadziwiająco blisko mnie.
            Wyciągnęła w moją stronę rękę, wciąż na mnie patrząc. Czułam już chłód bijący od niej. Była tak blisko.
 - Nie dotykaj mnie! – wrzasnęłam na całe gardło, kiedy jej ręka prawie dotknęła mojego ramienia.
            Uśmiechnęła się. No dobra przyznałam się. Ale co z tego?

 - Widzisz mnie.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz