czwartek, 30 kwietnia 2015

Rozdział szósty

                   
Czułam jak po całym ciele przechodzi mnie chłód, od czubka głowy, aż po koniuszki palców, fragment po fragmencie. Oprócz uporczywego chłodu, który towarzyszy mi zawsze, gdy obok mnie jest duch, a tym bardziej kiedy mnie dotyka, była również dziwna elektryczność i adrenalina, płynąca w moich żyłach, ale nie napędzała mnie energią, ale spowolniała.
Siedziałam tam gdzie wcześniej, patrząc na błękitne oczy, które wpatrywały się w mój każdy najdrobniejszy ruch.  Przez ducha coraz  bardziej się denerwowałam, tym co wydarzyło się kilka chwil temu. Tym co zobaczyłam.
 - No więc…jak się nazywałaś…nazywasz? – zapytałam, kiedy udało mi się oswoić z minionymi wydarzeniami.
 - Maggie.
Na tym skończyła się nasza bardzo długa rozmowa. Teraz wiedząc co się z nią stało, nie potrafię spojrzeć na nią jak dawnej na każdego ducha. Wiedząc jaka historia towarzyszyła Maggie, nie mogę spojrzeć w jej żywe oczy. Tak chyba zawsze jest kiedy ktoś się dowiaduje o przyszłości, czarnej przyszłości, osoby którą dopiero poznałam.
  - Dlaczego? – zadałam to pytanie jak takie zupełnie normalne, nie mające związku z czyjąś śmiercią.
            Przez chwilę patrzyła na mnie pustym wzrokiem, starannie unikając moich oczu. Nie wiem co mogłabym zobaczyć w tych oczach. Wstyd czy ból?
 - Musiałam to zrobić – szepnęła, a jej słowa zniknęły razem z następnym podmuchem zimowego wiatru, ale zostały w moim umyśle. – Musiałam.
 - Jak to musiałaś? Dlaczego musiałaś się zabić? – powiedziałam patrząc na nią z ukosa.
 - Nie mogłam dużej żyć, więc musiałam. I zrobiłam to.
 - Niby dlaczego?
 - A jak sądzisz? – zapytała.
            Tym pytaniem mnie zaskoczyła. Wcale nie myślałam na poważnie, jaki powód mogła mieć, by popełnić samobójstwo. Od zawsze byłam dobra w różnego rodzaju zagadkach i tajemniczych zjawiskach, więc mogłam sama dojść czemu Maggie postąpiła tak jak postąpiła.
            Zastanowiłam się. Nie wyglądała na dziewczynę, która z byle powodu dramatyzuje, na tyle by zakończyć swoje życie. Raczej musiało ją do tego skłonić coś ważnego. Coś co odbiło się w jej życiu na tyle mocno, że nie mogła już tego znieść, więc postanowiła coś z tym zrobić. Ale co ją skłoniło do tej decyzji? Nie mogę jej bezpodstawnie osądzać, co zazwyczaj robię z różnymi ludźmi, ale z Maggie jest inaczej. Tu chodzi o sprawę śmierci. Nieodwracalnego czynnika, który zmienia wszystko.
 - Nie mogę ciebie tak po prostu osądzić – rzuciłam. – Sama mi powiedz.
 - Nie wiem czy dam radę – szepnęła.
 - Przestań dramatyzować – syknęłam. – Zachowujesz się po prostu bez sensu! Jesteś martwa! Niczego nie zmienisz opowiadając mi swoją historię! Gówno mnie ona obchodzi!
            Stałam i patrzyłam na jej reakcję. Nie wiem czego oczekiwałam. Może, że ją to w jakiś sposób ruszy, ale nie. Ona siedziała, w takiej samej pozycji jak wcześniej. Tylko jej powieki od czasu do czasu zmieniały położenie, kiedy mrugała. Żywe oczy były wpatrzone w głęboką dal, jakby w nicość. Nie poruszała się. Jedynie odrobinkę zbladła. Możliwe, że znika.
 - Ludzie mają różne powody – zaczęła – jedni robią tą, bo rzuci ich dziewczyna lub chłopak, ale z jeszcze innych różnych błahostek. Po prostu tacy ludzie nie doceniali swojego życia. Jednak ja je doceniałam. Może nie zawsze, ale zaczęłam kiedy dowiedziałam się o nowotworze. Rku trzustki. Zabawne było to, że miałam go już od dłuższego czasu, ale jakimś dziwnym trafem nikt tego nie zauważył. Oczywiście kilka razy bolał mnie brzuch, więc mama zabierała mnie do lekarzy, najróżniejszych, ale stwierdzali, że nic poważnego mi nie jest. Do czasu, aż prawdziwa przyczyna choroby wydała się i dała światło na wszystkie wcześniejsze objawy. Więc wszyscy lekarze stwierdzili, że to całkiem możliwe. Ale najgorsze chyba było to, że moja choroba była już w wysokim stadium, a nawet niektóre leczone od początku przypadki nie przeżywały choroby. Ten fakt najbardziej mnie dobijał. Najpierw naczytałam się wiadomości na temat tej odmiany nowotworu. Tematyka umieralności, leczenia, objaw całkiem straciłam całą chęć do życia. Ale się nie poddałam. Moja mama działała na dwa fronty. Pracowała w sądzie jako prawniczka i większość rozprawek pisała w domu, by być jak najbliżej mnie, gdybym jej potrzebowała. Tata był policjantem, więc brał najwcześniejsze patrole, a po pracy jeździł do każdego szpitala w obrębie naszego kraju szukając jakiś specjalistów, którzy by mi pomogli. Wiedziałam, że każdy mówił mu to samo, ale się nie przyznawałam. Siedziałam cicho ciesząc się każdą chwilą z bliskim, nie wiedząc co przyniesie jutro. Mój brat starał się mnie pocieszyć, zabierają na różne mecze, premiery filmów, ale wiele z tych rzeczy tylko mnie dobijały, bo wiedziałam, że kiedyś mogę tego nie zobaczyć. Największe wsparcie dawał mi mój chłopak. Szczerze mówiąc miałam nadzieję, że kiedy dowie się o mojej chorobie to mnie rzuci i oszczędzę mu cierpienia, ale on wcale tego nie zrobił. Wręcz przeciwnie. Zawsze po szkole przyjeżdżał od razu do nas do domu, by sprawdzić co ze mną. Praktycznie mieszkał z nami. Jednak nie traktował mnie jak chorą, ale tak jak dawnej. Dalej się całowaliśmy, chodziliśmy na spacery i takie tam. Kiedy trzeba było przynosił mnie na barana do domu, gdy nie mogłam już iść, gdyż przesadziliśmy z drogą na spacer. Jeździł ze mną na badania, prześwietlenia, naświetlania, chemię. Gdy musiałam ściąć włosy, jemu najbardziej podobałam się w nowej fryzurze, choć w ogóle do mnie nie pasowała. Czasem pytałam go czy robi to z łaski. Nigdy nie powiedział ,,Tak’’. Zawsze jego odpowiedź brzmiała: ,,Ciągle jesteś tą dziewczyną, w której się zakochałem i z którą tak bardzo chciałem być. Może wyglądasz inaczej. Może jesteś chora. Może mówię bezsensu, ale nadal jesteś moja.’’ Wierzyłam mu. I nigdy nie przestałam.
            Jednym z najgorszych czynników wynikających z nowotworu trzustki jest to, że rozprzestrzenia się on w szybkim tempie. Może łatwo przejść na inne organy, często wtedy kiedy zaczął być leczony w późnym stadium, jak u mnie. Zapowiadało się na to, że nie kwalifikuję się do 3% przeżywających osób. To najbardziej zabolało. Wiedziałam, że jestem na samym krańcu. Rak zaczął wędrować po moim wewnętrznym ciele, a nikt nie mógł tego zatrzymać. Więc moje dni były policzone. Jakby zgodnie z tym wszystko zaczęło się walić. Mama płakała po nocach, nie mogąc znieść nowych diagnoz, które z dnia na dzień były coraz gorsze. Tata przybiegał do mojego pokoju kilka razy w nocy, by sprawdzić czy u mnie wszystko dobrze. Mój brat popadł w ostrą depresję; starał się o mnie dbać, ale kiedy zaczął już nie dawać rady, pogorszyło się i jemu. Ale nikt nie mógł mu pomóc, bo wszyscy skupiali się na mnie. Nawet on sam. Tylko mój chłopak robił co w jego mocy, by wszystko było jak dawnej – nawet zawalił trochę szkołę, by tylko było u mnie dobrze. On chyba, oprócz mnie samej, najmniej pokazywał swoje uczucia na temat mojej choroby. Raz, tylko raz, przyłapałam go jak czytał moje wyniki z ostatnich badań i płakał. Inaczej niż mama, tata czy ktokolwiek. Po cichu. Łzy po prostu kapały mu z twarzy, ale nie ciągał nosem ani nie trząsł ramionami. Przeżywał to bardzo i wiedział, że naprawdę mnie kochał. Głównie dlatego nie mogłam tego dalej znieść. Nie mogłam dalej ich wszystkich ranić. Każdego dnia, członkowie mojej rodziny przechodzili piekło; walczyli ze śmiercią o więcej dni życia dla mnie. Mój chłopak codziennie przybiegał po szkole do domu i nie dawał się wygonić. Gdy był w szkole to bez przerwy ze mną pisał, by sprawdzić, czy na pewno w porządku.
            Pewnego dnia moje wyniki się poprawiły. Długo było dobrze. Nawet na kilka dni wróciłam do szkoły. Większość spaw się poukładała. Każdy był szczęśliwy. Do czasu. Byłam z chłopakiem na spacerze. Śmialiśmy się do rozpuku, wariując. Doszliśmy do tego mostu i zrobiliśmy przerwę, bo zrobiło mi się niedobrze. Czułam jak moje wnętrzności buzują, a ja nic na to poradzić nie mogłam. Jak się okazało, bez szpitala ani rusz. Wyniki drastycznie się pogorszyły i wszystko wróciło do starego stanu. Mama płacząca po nocach. Tata biegający do mnie cały czas. Depresja brata. Cichy płacz chłopaka. Fizycznie zawsze było ze mną źle, ale po tym wszystkim nie dawałam rady psychicznie. Nie mogłam patrzeć jak inni cierpią z mojego powodu. Najbardziej mój chłopkach mnie utrzymywał na duchu, więc teoretycznie kiedy on w końcu się załamał, ja też. Starałam się ukryć jak bardzo cierpię. Nie przez chorobę. Przez smutek tych, którym najbardziej kochałam. Chciałam w tamtej chwili oszczędzić im cierpienia.
            Regularnie ustawiano kogoś na warcie, by pilnował czy ze mną w porządku. Tego dnia mama była w domu. Pisała coś i była tak skupiona, że nie zauważyła, iż z trudem wychodzę przez okno, by zakończyć mordęgę mojej choroby. Zostawiłam list mojej rodzinie. Mówiący jak im dziękuję za wszystko i się z nimi żegnam. Dla mojego chłopaka zostawiłam specjalny. Opowiadający o wszystkim za co go kocham. Chciałam spełnić to przysłowie: ,,Jeśli kochasz daj mu wolność.’’ Nie mogłam go trzymać wiecznie przy mojej chorobie. Nie chciałam.
            Wiedziałam, że lekami, podcięciami się nie zabiję. To było za trudne. Za proste do zahamowania. A ja chciałam zrobić to szybko. Nie zmieniać zdania.
            Byłam na moście. Stałam za barierką, trzymając ją bardzo mocno. Miałam szansę się wycofać, ale nie mogłam. Chciałam umrzeć teraz w spokoju, a nie w chorobie i cierpieniach. Patrząc na wodę, w jej spokojnych falach widziałam wspomnienia chwili najbardziej dla mnie cennych. Już więcej się to nie powtórzy. Nic co kiedykolwiek miało znaczenie. Umrze razem ze mną.
            Zamknęłam oczy i wzięłam głęboki oddech. Ręce mi się trzęsły, ale to i tak nie zmieniło mojej decyzji. Pod powiekami miałam obraz bliskich; wciąż utrzymywałam swoją decyzję. Poczułam ból w brzuchu; dopełniło to czarę. Dlatego musiałam to zrobić, by zwalczyć chorobę.
            Puściłam barierkę.
            

2 komentarze: