wtorek, 10 maja 2016

Rozdział czternasty

 Zastanawiałam się tylko czy to jakiś totalnie powalony sen, czy prawdziwa rzeczywistość.  No serio, totalnie tandetny sen, wzorowany na typowych horrorach.  Gdyby nie sam fakt, że duchy to dla mnie codzienność, to zapewne cały czas był myślała, że to tylko sen. Zrobiłam z dziesięć zdjęć tego okna. Będę miała co pokazać Nickowi jak wróci. Może sobie pomyśli, że jestem osobą wymagającą specjalnego miejsca w ośrodku dla osób z poważnymi zaburzeniami psychicznymi. Podejrzewam, że całe jego uważanie mnie za w miarę normalną osobę, dawno miało swój koniec.  Ale może mi uwierzy.
            Duch zniknął tak szybko jak się pojawił. Po kilku sekundach nawet zapaliło się światło w pokoju i momentalnie przestało być  w nim zimno.  Wszystko wróciło do głupiej teraźniejszości.
             Na dworze było zimno i ciemno. Tak zazwyczaj bywa w nocy, dla niedoinformowanych.  Jeszcze w między czasie trochę popadało, więc co chwile trafiałam w kałuże. Serio, to jeden z moich najlepszych pomysłów, żeby w środku nocy iść sobie ciemną ulicą. I to jeszcze na cmentarz.
            Powiedzmy, że tak na oko cmentarz jest jakieś trzy kilometry od mojego domu. W sam raz na spokojny spacerek.
            Od kiedy ogarnęłam jak w miarę bezpiecznie dość do cmentarza, często tam chodziłam. Oczywiście nasuwa się tu kolejny argument za moją zrytą psychiką. Ale to nie tak. Lubiłam chodzić na grób taty. Po prostu siadałam na małej, spróchniałej ławce, patrzyłam na jego zdjęcie przymocowane do płyty nagrobnej. Zastanawiałam się jaki był, co lubił, co robił. Mama nigdy o nim nie chciała opowiadać, no to nie chciałam się prosić. Nie poznałam też rodziców mojego taty, bo podobno nie utrzymywali już kontaktów zanim się urodziłam. Toteż pozostała mi marna wyobraźnia. No i jego grób.
            Zaczęło kropić. Nieliczne osoby, które jeszcze kręciły się po pustych ulicach, zwiały do samochodów, domów i otwartych barów całodobowych. Tylko ja uparcie szłam dalej, stawiając głośno kroki i rozbryzgując wokoło siebie wodę z kałuż. W końcu doszłam do grubego, ceglanego muru, otaczającego cmentarz. Nie chciało mi się szukać furtki, więc sprawie przeskoczyłam mur. Sięgał mi mniej więcej do piersi, więc nie miałam z tym problemu.
            Co jakiś czas mijałam jasno świecące latarnie. Tak gdzie ich nie było, groby oświetlały tlące się wkłady w zniczach. Cmentarz świecił pustkami (nie licząc kilku duchów kręcących się prawdopodobnie wokoło własnych grobów).  Zgrabnie lawirowałam między nagrobkami, aż w końcu znalazłam się obok tego do którego zamierzałam przyjść .
            Ciekawym pewnie faktem jest, że jakoś nigdy nie udało mi się zobaczyć czy porozmawiać z duchem kogoś mi bliskiego albo choćby znajomego. Nie wiem jakimi prawami rządzą się te duszki – wiem tylko, że te prawa są mega dziwne.
            Gapiłam się na grób taty. W świetle nieopodal stojącej latarni widziałam ciemny kamień nagrobny, imię, nazwisko, dwie daty i jego zdjęcie. Patrzyła na mnie młoda twarz uśmiechniętego mężczyzny.  Podobno w ogólnie nie przypominam mamy , tylko jestem czystą kopią taty – rzecz jasna w wyglądzie.  Kilka razy udało mi się wychwycić jakieś słowa na jego temat. Podobno był naprawdę niesamowity, cudowny, ale w kilka miesięcy przed jego śmiercią, coś się popsuło.
            Przyznam się: tym razem pójście na cmentarz do ojca nie było tylko moim jedynym zamiarem. Tak naprawdę bardzo chciałam pójść na grób Monique. Nie byłam tam od jej pogrzebu, a podejrzewam, że wypadałoby  tam zajrzeć. Więc po jakiś dziesięciu minutach, smętnie ruszam po chodniku.
Cmentarz był o tej porze zadziwiający. Niby powszechna cisza, ciemność bezskutecznie rozpraszana nędznym światłem. Całkowita norma dla zwykłego człowieka. Jednak przez to miejsca przemawiał ogromny ból. Czuć było jak unosi się on w powietrzu.  Pełno cierpienia i czegoś co człowiek nie określił jeszcze słowem. No i oczywiście ogromna ilość śmierci.
            Zaintrygował mnie duch pewnej kobiety. Miała na sobie pożółkłą suknię ślubną. Gdyby nie fakt, że należała do ducha no i nie byłaby tak bardzo zniszczona – to może zaliczała się do naprawdę cudnych sukni. Normalnie gapiła się ciągle na grób. Zabawne, że za nim stał mężczyzna w garniturze, który utkwił swój wzrok w pannie młodej. Na płycie nagrobnej napisane było:  Darzą się miłością w lepszym świecie.  Na dole dwa imiona, połączone wymyślnymi pnączami, zgrabnie wykutymi wokoło napisów.
            Niedaleko znajdowało się coś czego nazwanie grobem jest trudne – kupka pisku z chwiejnym krzyżem, zbitym z dwóch nierównych desek. Obok tego stała dziewczyna. Kurde, ta to by się nadała do horroru; czarne włosy, zasłaniające lewe oko, krótka, starodawna sukienka z drobnymi falbankami  u dołu. A w małej rączce trzymała misia z odprutą jedną łapką, i dwiema dziurami z których sterczała wata, którą pluszak był wypełniony. Jej wzrok, który padał prosto na mnie był odrobinkę przerażający – jakby chciała zabić mnie za fakt, że żyję.
            Właśnie nocą pojawiały się najbardziej przerażające duchy. Te, które spotkała przerażająca lub niesprawiedliwa śmierć.  Owe zjawy najczęściej odwiedzały cmentarze.  Kiedyś Monique mówiła coś, że w naszej okolicy na miejsce pochówku zmarłych wybierano wzgórza.  Na tych wzgórza odrobinkę wcześniej chowano tam kogoś w niepoświęconej ziemi itp. Stąd wzięły się nieszczęśliwe duchy, które wieżą w zabobony, twierdząc, że nie mogę iść dalej bo są nie tak pochowane. Babcine gadanie.
            Stanęłam obok świeżego grobu. Kwiaty, wiązanki równie ułożone, jedna na drugiej, piętrzyły się na nim. Do kwiatów przywiązane były wstążki z tandetnymi tekstami typu ,,Spoczywaj w spokoju’’ ; ,,Będzie nam ciebie brakować’’.            Klęknęłam na zimną ziemie przed grobem. Wpatrywałam się w tabliczkę z jej imieniem. Oczekiwałam że z oczu strumieniami popłyną mi łzy, a poczucie winy dosłownie zeżre mnie od środka.  Ale czułam tylko bezdenną pustkę, ziejącą czymś pomiędzy bólem a złością.
            Jak jakaś otępiała wlepiałam gały w ten cholerny grób. W końcu zaczęłam szeptać bezsensowe zdania w kierunku miejsca spoczynku mojej dotychczasowej najlepszej przyjaciółki.
 - Musiałaś odejść? Właśnie teraz kiedy nie mam pojęcia co zrobić? – zebrałam trochę piachu leżącego przede mną i rzuciłam nim we wiązanki na grobie. – Nie umiem być nawet na ciebie zła. Nie potrafię…            Właśnie w tym momencie coś niewyraźnego mignęło mi przed oczami. Lekki cień, którego nie powinnam była dojrzeć. A jednak dostrzegam jakiegoś ducha, który zniknął wręcz tak szybko jak się pojawił.
            Wstałam, mając nadzieję, że uda mi się zobaczyć tego ducha.  Mimo okręcania się w koło własnej osi, nie widziałam żadnych innych mar, poza tymi, które cały czas tam stały i się na mnie lampiły. Jednak czułam na sobie wzrok kogoś, kto nie chciał abym go widziała.
                          Łażenie po cmentarzu znudziło mi się na tyle, że w końcu wróciłam do domu.  Mamuśki  nadal nie było w domu. Było mi to na rękę, przynajmniej nie będzie mnie denerwować .  Zrobiłam sobie mocną, czarną kawę. W pokoju odpaliłam laptopa. Pierwszy raz w życiu, od kiedy tylko mój umysł pojął jak należy obsługiwać podobne sprzęty, wpadłam na ten pomysł.
            W Google wpisałam frazę Widzenie duchów.  Wyskoczył mi cały szereg propozycji. Kliknęłam w pierwszy link z brzegu. Okazało się, że to jakaś psycholożka opisuje swoje zdanie na temat wszystkich osób, medium i Bóg wie kogo jeszcze, które uważają że widzą duchy. Po przeczytaniu pierwszych zdań miałam ochotę rzygać.
 ,,Wszystko zależy od wieku. Małe dzieci mają prawo mówić, że widziały ducha. W końcu ich wyobraźnia ma ogromne horyzonty, sprawiając iż cień rzucany przez drzewo to duch niedawno zmarłej osoby […] Młodzież próbuje takimi kłamstwami zwrócić na siebie uwagę. Wymyślają absurdy, po to aby być w centrum […] Ktoś taki jak medium nie widzi duchów. To tylko ich wymysł. ’’            Czytałam. I czytałam. Duchów nie ma. Ich istnienie zaprzecza wszystkim naukowym zjawiskom. To jak do cholery jasnej, wytłumaczyć to, że widziałam te ‘’absurdalne wymysły’’?
            W następnych linkach znajdowałam to samo. Zdaniem ludzkim nie ma duchów. Koniec kropka. Wszystkie zdjęcia z opętanymi dziećmi, z przeźroczystymi postaciami to albo Fotoshop albo przedstawienie mające za zadanie zrobić z ludzkich umysłów wodę.
            Kawa mi się skończyła, a wszystko co przeczytałam w Internecie kręci się ciągle wokoło słowa Niemożliwe.
            Do głowy wpadł mi tylko jeden pomysł. Konkretnie pewna osoba. Jedyna, która mi uwierzyła. I żyje.
            Ostawiłam laptop na biurko, dość mocno go zamykając. Złapałam za telefon, i gdy już chciałam wystukać numer zamurowało mnie. Niby miałam jego numer, ale co miałam powiedzieć. I to o porze kiedy zapewne już śpi?
            Mimo to zadzwoniłam.
 - Halo? – powiedziałam po kilku sygnałach, gdy już wiedziałam że ktoś odebrał.
 - Halo…kto mówi? – głos Jamesa brzmiał zaspanie i trochę oschle.
 - To ja – po chwili dodałam. – Even.
            Odpowiedziała mi cisza. Czułam się głupio i nachalnie, ale przynajmniej nie musiałam  żałować, iż nie zadzwoniłam.
 - Po co do mnie zdzwonisz?
 - Chcę cię o coś zapytać.
 - Wal śmiało. Choć mogłaś poczekać z tym do rana.
            Zastanawiałam się. Co ja w ogóle miałam mu zamiar powiedzieć? Taa, mój mózg wydawał mi się czasem mniejszy od główki szpilki.
 - Chodzi o to…- zaczęłam, a potem na jednym oddechu dokończyłam - …zastanawia mnie dlaczego mi uwierzyłeś.
            Nie zapytał tak jak sądziłam w co mi uwierzył. Oczywiście rozumy innych pracują zawsze lepiej od mojego. Nie spodziewałam się, że zrozumie mnie nawet jeśli mówiłam niedokładnie, a koniec końców zerwałam go łóżka.
 - Cóż, przekonałaś mnie tymi wszystkimi wspomnieniami, którymi Maggie z nikim by się nie podzieliła. No bo ona taka nie była. Jeśli coś miało być tajemnicą, to nią zostawało. Poza tym chyba potrzebowałem cudu, który pomógłby mi odnaleźć się w życiu bez niej. A pośredni kontakt z nią po jej śmierci, zalicza się do tego cudu.
            Nastąpiła głucha cisza. Udało mi się odróżnić jego spokojny oddech dobiegający ze słuchawki, a dźwięki ciężarówek jadących ulicą za oknem.
 - Marzyłem, aby dowiedzieć się od niej samej dlaczego to zrobiła. – Dochodzi mnie jego cichy głos.  - Jesteś jedyną żyjącą osobą, która nie sądzi że jestem chora na umyśle – miało brzmieć źle, oskarżycielsko, ale wyszło miękko i ciepło.
 - Oo nie – zaśmiał się. – Chyba tak uważam, ale ci wierzę.
 - Ale dlaczego? – dociekałam.
 - Bo wierzę w to, że istnieje coś dalej. W to, iż życie nie kończy się w chwili śmierci.
            Nic nie powiedziałam. Tyle mi wystarczyło.
 - Ale czemu pytasz? – zapytał.
 - Tak właściwie to już nieważne – wymigałam się. – Dzięki i sorry za to że cię obudziłam.
 - Luz. Nic się nie stało.
            Zanim nacisnęłam czerwoną słuchawkę rzuciłam jeszcze do aparatu – Dobranoc.
 - Dobranoc, Even – rozłączył się.          
         
        
            
            
                

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz