Rozdział czternasty
Zastanawiałam
się tylko czy to jakiś totalnie powalony sen, czy prawdziwa rzeczywistość. No serio, totalnie tandetny sen, wzorowany na
typowych horrorach. Gdyby nie sam fakt,
że duchy to dla mnie codzienność, to zapewne cały czas był myślała, że to tylko
sen. Zrobiłam z dziesięć zdjęć tego okna.
Będę miała co pokazać Nickowi jak wróci. Może sobie pomyśli, że jestem osobą
wymagającą specjalnego miejsca w ośrodku dla osób z poważnymi zaburzeniami
psychicznymi. Podejrzewam, że całe jego uważanie mnie za w miarę normalną
osobę, dawno miało swój koniec. Ale może
mi uwierzy.
Duch zniknął tak szybko jak się
pojawił. Po kilku sekundach nawet zapaliło się światło w pokoju i momentalnie
przestało być w nim zimno. Wszystko wróciło do głupiej teraźniejszości.
Na dworze było zimno i ciemno. Tak
zazwyczaj bywa w nocy, dla niedoinformowanych.
Jeszcze w między czasie trochę popadało, więc co chwile trafiałam w
kałuże. Serio, to jeden z moich najlepszych pomysłów, żeby w środku nocy iść
sobie ciemną ulicą. I to jeszcze na cmentarz.
Powiedzmy, że tak na oko cmentarz
jest jakieś trzy kilometry od mojego domu. W sam raz na spokojny spacerek.
Od kiedy ogarnęłam jak w miarę
bezpiecznie dość do cmentarza, często tam chodziłam. Oczywiście nasuwa się tu
kolejny argument za moją zrytą psychiką. Ale to nie tak. Lubiłam chodzić na
grób taty. Po prostu siadałam na małej, spróchniałej ławce, patrzyłam na jego
zdjęcie przymocowane do płyty nagrobnej. Zastanawiałam się jaki był, co lubił,
co robił. Mama nigdy o nim nie chciała opowiadać, no to nie chciałam się
prosić. Nie poznałam też rodziców mojego taty, bo podobno nie utrzymywali już
kontaktów zanim się urodziłam. Toteż pozostała mi marna wyobraźnia. No i jego
grób.
Zaczęło kropić. Nieliczne osoby,
które jeszcze kręciły się po pustych ulicach, zwiały do samochodów, domów i
otwartych barów całodobowych. Tylko ja uparcie szłam dalej, stawiając głośno
kroki i rozbryzgując wokoło siebie wodę z kałuż. W końcu doszłam do grubego,
ceglanego muru, otaczającego cmentarz. Nie chciało mi się szukać furtki, więc
sprawie przeskoczyłam mur. Sięgał mi mniej więcej do piersi, więc nie miałam z
tym problemu.
Co jakiś czas mijałam jasno świecące
latarnie. Tak gdzie ich nie było, groby oświetlały tlące się wkłady w zniczach.
Cmentarz świecił pustkami (nie licząc kilku duchów kręcących się prawdopodobnie
wokoło własnych grobów). Zgrabnie
lawirowałam między nagrobkami, aż w końcu znalazłam się obok tego do którego
zamierzałam przyjść .
Ciekawym pewnie faktem jest, że jakoś
nigdy nie udało mi się zobaczyć czy porozmawiać z duchem kogoś mi bliskiego
albo choćby znajomego. Nie wiem jakimi prawami rządzą się te duszki – wiem
tylko, że te prawa są mega dziwne.
Gapiłam się na grób taty. W świetle
nieopodal stojącej latarni widziałam ciemny kamień nagrobny, imię, nazwisko,
dwie daty i jego zdjęcie. Patrzyła na mnie młoda twarz uśmiechniętego
mężczyzny. Podobno w ogólnie nie
przypominam mamy , tylko jestem czystą kopią taty – rzecz jasna w
wyglądzie. Kilka razy udało mi się
wychwycić jakieś słowa na jego temat. Podobno był naprawdę niesamowity,
cudowny, ale w kilka miesięcy przed jego śmiercią, coś się popsuło.
Przyznam się: tym razem pójście na
cmentarz do ojca nie było tylko moim jedynym zamiarem. Tak naprawdę bardzo
chciałam pójść na grób Monique. Nie byłam tam od jej pogrzebu, a podejrzewam,
że wypadałoby tam zajrzeć. Więc po jakiś
dziesięciu minutach, smętnie ruszam po chodniku.
Cmentarz był o tej porze zadziwiający.
Niby powszechna cisza, ciemność bezskutecznie rozpraszana nędznym światłem.
Całkowita norma dla zwykłego człowieka. Jednak przez to miejsca przemawiał
ogromny ból. Czuć było jak unosi się on w powietrzu. Pełno cierpienia i czegoś co człowiek nie
określił jeszcze słowem. No i oczywiście ogromna ilość śmierci.
Zaintrygował mnie duch pewnej
kobiety. Miała na sobie pożółkłą suknię ślubną. Gdyby nie fakt, że należała do
ducha no i nie byłaby tak bardzo zniszczona – to może zaliczała się do naprawdę
cudnych sukni. Normalnie gapiła się ciągle na grób. Zabawne, że za nim stał
mężczyzna w garniturze, który utkwił swój wzrok w pannie młodej. Na płycie
nagrobnej napisane było: Darzą się miłością w lepszym świecie. Na dole dwa imiona, połączone wymyślnymi
pnączami, zgrabnie wykutymi wokoło napisów.
Niedaleko znajdowało się coś czego
nazwanie grobem jest trudne – kupka pisku z chwiejnym krzyżem, zbitym z dwóch
nierównych desek. Obok tego stała dziewczyna. Kurde, ta to by się nadała do
horroru; czarne włosy, zasłaniające lewe oko, krótka, starodawna sukienka z
drobnymi falbankami u dołu. A w małej
rączce trzymała misia z odprutą jedną łapką, i dwiema dziurami z których
sterczała wata, którą pluszak był wypełniony. Jej wzrok, który padał prosto na
mnie był odrobinkę przerażający – jakby chciała zabić mnie za fakt, że żyję.
Właśnie nocą pojawiały się
najbardziej przerażające duchy. Te, które spotkała przerażająca lub
niesprawiedliwa śmierć. Owe zjawy
najczęściej odwiedzały cmentarze. Kiedyś
Monique mówiła coś, że w naszej okolicy na miejsce pochówku zmarłych wybierano
wzgórza. Na tych wzgórza odrobinkę
wcześniej chowano tam kogoś w niepoświęconej ziemi itp. Stąd wzięły się
nieszczęśliwe duchy, które wieżą w zabobony, twierdząc, że nie mogę iść dalej
bo są nie tak pochowane. Babcine gadanie.
Stanęłam obok świeżego grobu. Kwiaty,
wiązanki równie ułożone, jedna na drugiej, piętrzyły się na nim. Do kwiatów
przywiązane były wstążki z tandetnymi tekstami typu ,,Spoczywaj w spokoju’’ ; ,,Będzie nam ciebie brakować’’. Klęknęłam na zimną ziemie przed
grobem. Wpatrywałam się w tabliczkę z jej imieniem. Oczekiwałam że z oczu
strumieniami popłyną mi łzy, a poczucie winy dosłownie zeżre mnie od
środka. Ale czułam tylko bezdenną
pustkę, ziejącą czymś pomiędzy bólem a złością.
Jak jakaś otępiała wlepiałam gały w
ten cholerny grób. W końcu zaczęłam szeptać bezsensowe zdania w kierunku
miejsca spoczynku mojej dotychczasowej najlepszej przyjaciółki.
- Musiałaś odejść? Właśnie teraz kiedy nie mam
pojęcia co zrobić? – zebrałam trochę piachu leżącego przede mną i rzuciłam nim
we wiązanki na grobie. – Nie umiem być nawet na ciebie zła. Nie potrafię… Właśnie w tym momencie coś
niewyraźnego mignęło mi przed oczami. Lekki cień, którego nie powinnam była
dojrzeć. A jednak dostrzegam jakiegoś ducha, który zniknął wręcz tak szybko jak
się pojawił.
Wstałam, mając nadzieję, że uda mi
się zobaczyć tego ducha. Mimo okręcania
się w koło własnej osi, nie widziałam żadnych innych mar, poza tymi, które cały
czas tam stały i się na mnie lampiły. Jednak czułam na sobie wzrok kogoś, kto
nie chciał abym go widziała.
Łażenie po cmentarzu znudziło mi się na
tyle, że w końcu wróciłam do domu.
Mamuśki nadal nie było w domu.
Było mi to na rękę, przynajmniej nie będzie mnie denerwować . Zrobiłam sobie mocną, czarną kawę. W pokoju odpaliłam
laptopa. Pierwszy raz w życiu, od kiedy tylko mój umysł pojął jak należy
obsługiwać podobne sprzęty, wpadłam na ten pomysł.
W Google wpisałam frazę Widzenie duchów. Wyskoczył mi cały szereg propozycji.
Kliknęłam w pierwszy link z brzegu. Okazało się, że to jakaś psycholożka
opisuje swoje zdanie na temat wszystkich osób, medium i Bóg wie kogo jeszcze,
które uważają że widzą duchy. Po przeczytaniu pierwszych zdań miałam ochotę
rzygać.
,,Wszystko zależy od wieku. Małe dzieci mają
prawo mówić, że widziały ducha. W końcu ich wyobraźnia ma ogromne horyzonty,
sprawiając iż cień rzucany przez drzewo to duch niedawno zmarłej osoby […]
Młodzież próbuje takimi kłamstwami zwrócić na siebie uwagę. Wymyślają absurdy,
po to aby być w centrum […] Ktoś taki jak medium nie widzi duchów. To tylko ich
wymysł. ’’ Czytałam. I czytałam. Duchów nie ma. Ich istnienie zaprzecza
wszystkim naukowym zjawiskom. To jak do cholery jasnej, wytłumaczyć to, że
widziałam te ‘’absurdalne wymysły’’?
W następnych linkach znajdowałam to
samo. Zdaniem ludzkim nie ma duchów. Koniec kropka. Wszystkie zdjęcia z
opętanymi dziećmi, z przeźroczystymi postaciami to albo Fotoshop albo
przedstawienie mające za zadanie zrobić z ludzkich umysłów wodę.
Kawa mi się skończyła, a wszystko co
przeczytałam w Internecie kręci się ciągle wokoło słowa Niemożliwe.
Do głowy wpadł mi tylko jeden
pomysł. Konkretnie pewna osoba. Jedyna, która mi uwierzyła. I żyje.
Ostawiłam laptop na biurko, dość
mocno go zamykając. Złapałam za telefon, i gdy już chciałam wystukać numer
zamurowało mnie. Niby miałam jego numer, ale co miałam powiedzieć. I to o porze
kiedy zapewne już śpi?
Mimo to zadzwoniłam.
- Halo? – powiedziałam po kilku sygnałach, gdy
już wiedziałam że ktoś odebrał.
- Halo…kto mówi? – głos Jamesa brzmiał
zaspanie i trochę oschle.
- To ja – po chwili dodałam. – Even.
Odpowiedziała mi cisza. Czułam się
głupio i nachalnie, ale przynajmniej nie musiałam żałować, iż nie zadzwoniłam.
- Po co do mnie zdzwonisz?
- Chcę cię o coś zapytać.
- Wal śmiało. Choć mogłaś poczekać z tym do
rana.
Zastanawiałam się. Co ja w ogóle
miałam mu zamiar powiedzieć? Taa, mój mózg wydawał mi się czasem mniejszy od
główki szpilki.
- Chodzi o to…- zaczęłam, a potem na jednym
oddechu dokończyłam - …zastanawia mnie dlaczego mi uwierzyłeś.
Nie zapytał tak jak sądziłam w co mi
uwierzył. Oczywiście rozumy innych pracują zawsze lepiej od mojego. Nie
spodziewałam się, że zrozumie mnie nawet jeśli mówiłam niedokładnie, a koniec
końców zerwałam go łóżka.
- Cóż, przekonałaś mnie tymi wszystkimi
wspomnieniami, którymi Maggie z nikim by się nie podzieliła. No bo ona taka nie
była. Jeśli coś miało być tajemnicą, to nią zostawało. Poza tym chyba
potrzebowałem cudu, który pomógłby mi odnaleźć się w życiu bez niej. A pośredni
kontakt z nią po jej śmierci, zalicza się do tego cudu.
Nastąpiła głucha cisza. Udało mi się
odróżnić jego spokojny oddech dobiegający ze słuchawki, a dźwięki ciężarówek
jadących ulicą za oknem.
- Marzyłem, aby dowiedzieć się od niej samej
dlaczego to zrobiła. – Dochodzi mnie jego cichy głos. - Jesteś jedyną żyjącą osobą, która nie sądzi
że jestem chora na umyśle – miało brzmieć źle, oskarżycielsko, ale wyszło
miękko i ciepło.
- Oo nie – zaśmiał się. – Chyba tak uważam,
ale ci wierzę.
- Ale dlaczego? – dociekałam.
- Bo wierzę w to, że istnieje coś dalej. W to,
iż życie nie kończy się w chwili śmierci.
Nic
nie powiedziałam. Tyle mi wystarczyło.
- Ale czemu pytasz? – zapytał.
- Tak właściwie to już nieważne – wymigałam się.
– Dzięki i sorry za to że cię obudziłam.
- Luz. Nic się nie stało.
Zanim nacisnęłam czerwoną słuchawkę
rzuciłam jeszcze do aparatu – Dobranoc.
- Dobranoc, Even – rozłączył się.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz