środa, 18 maja 2016

Rozdział piętnasty

Szłam sobie spokojnie po zaśnieżonych chodnikach,  przeglądając zdjęcia na telefonie. Od momentu kiedy wysłałam Nickowi wiadomość z zapytaniem jak tam góry, wysyłał mi same fotki, przedstawiające to co mnie zbytnio nie interesowało. No ale co mogłam poradzić.
            Na zdjęciach widziałam masę śniegu, góry, jakieś narty, obejmujących się Nicka i Maxine, czy też Nicka obok jej ojca. Radosna sielanka, którą tak bardzo chcieli się wokoło chwalić. Lazłam tym chodnikiem jak jakaś debilka, a wszystko za sprawą tego, że uśmiechałam się widząc te zdjęcia. Serio. Wiem, jak to bardzo obciachowe, ale cieszyłam się szczęściem mojego kumpla, który po wielu latach cierpienia, w końcu znalazł coś czego może się trzymać, coś co daje mu szczęście.
            Boże, co za wzruszające refleksje.
            Ferie. To równa się masa dzieciaków biegających po chodnikach, wrzeszczących i roześmianych. Mega denerwująca rzecz. Wiecznie tylko się drą, nie umieją pokazać szacunku dla ludzi, którzy nienawidzą dzieciaków.
            Kiedy wymijał mnie jakiś dzieciak, biegnący za starszym od niego chłopcem, cały czas gapiłam się w ekran. Fotografie przychodziły do mnie falami, jednak jakoś specjalnie mi to nie przeszkadzało. Przypatrywałam się obrazowi, przedstawiającemu Nicka zjeżdżającego na nartach. Przyglądałam się postaci mojego przyjaciela, aż do momentu gdy poczułam jak coś na mnie wpada.
            Straciłam równowagę, nie wiedząc co się dzieje. Telefon wypadł mi z rąk i wylądował gdzieś obok mnie. Przez chodnik, pokryty śniegiem nie mogłam zachować pozycji prostej, przez co upadłam jak długa na zimny kamień.
            Dokładnie w momencie, w którym moja głowa delikatnie uderzyła w chodnik, w mojej głowie pojawił się obraz; ja sama stojąca na lodzie, który pęka. Zimna woda otaczająca mnie z każdej strony. Widomo najlepszej przyjaciółki, symbolizujące jej śmierć.
            Z jednej strony otaczało mnie wspomnienie, które tak bardzo chciałam puścić w niepamięć, a z drugiej strony słyszałam gwar miasta, wrzeszczące dzieci. Po prostu nie wiedziałam co się dzieje. Ktoś pochylał się nade mną, próbując przebadać co mi dolega. Usłyszałam jakiś krzyk. A potem zdałam sobie sprawę, że to ja sama krzyczałam.
            Nareszcie po jakimś czasie otworzyłam oczy. Światło jakie dawało słońce, wychylające się zza zimowych chmur, oślepiło mnie. Przymrużyłam oczy, żeby cokolwiek zobaczyć. Ujrzałam tylko twarz chłopaka, perfidnie gapiącego się na mnie.
 - Ja pierdziele, człowieku jak łazisz – syknęłam przez zęby, chcąc się podnieść. Tępy ból, który odezwał się w dole lewej nogi mi na to nie pozwolił.
 -  Pozwolę sobie zasugerować, że to ty szłaś z nosem w telefonie – chłopak wyciągnął w moją stronę dłoń, aby pomóc mi wstać. Ja jednak to ignoruje i próbuje wstać samodzielnie, co kończy się kolejną falą bólu.
 - Debil – rzuciłam pod nosem.
 - Hipokrytka – odszczekuje się.
            Gdy dalej nie pozwalam mu sobie pomóc, wręcz mnie podnosi. Łapie w pasie i stawia na nogi. Już czułam, iż źródło bólu znajduje się w kostce. Doskonale czułam, że nie dam sobie rady ujść w takim stanie choćby kawałeczka trasy. Jednak wyprostowałam się dumnie i z zaciśniętymi zębami, kuśtykając zaczęłam iść, całkowicie ignorując gapiów, którzy zebrali się już wokoło, pewnie zwabieni moim krzykiem.
            Chłopak biegnie za mną. Równa krok razem z moim pokracznym chodem. Wyciągnął do mnie dłoń z jakimś przedmiotem. W pierwszym odruchu chciałam mu to wytrącić, lecz dostrzegam, że to moja komórka. Podał mi ją, a ja wepchałam telefon do kieszeni.
 - Zawiozę cię do szpitala – zaoferował.
 - Dzięki, ale poradzę sobie bez – akurat nadepnęłam na kulkę ze śniegu, co wywołało u mnie syk bólu.
 - Właśnie widzę.
            Złapał mnie za łokieć, po czym powoli zaczął prowadzić na pobliski parking. Dotarliśmy do czarnego auta. Oczywiście nie znam się na samochodach (z oczywistego dla każdego powodu), jednak dostrzegłam, że to chyba drogi wóz. Wypucowany na błysk, z błyszczącymi felgami, szybą lepiej wypolerowaną jak w jakimś pałacu. Puszcza mnie obok strony pasażera, sam zaś otwiera drzwi, po czym przesuwa do tyłu siedzenie. Pomaga mi się jakoś wleść do auta. Miałam dużo miejsca, żeby jakoś wyprostować nogę i móc choć trochę zminimalizować ból.
            Chłopak nie odzywał się całą drogę, a ja nie miałam zamiaru przerywać panującej pomiędzy nami ciszy. Nie podobało mi się tylko, że mimo mojego sprzeciwu postanowił mnie zabrać do tego szpitala. Jednak w głębi się cieszyłam. Choć jechał trochę szybko, przez co zmuszona byłam wciskać się w fotel za każdym razem, gdy wjeżdżaliśmy w zakręt.
            Zatrzymaliśmy się na pasach dosyć, jak na mój gust, zbyt blisko przejścia. Jazda tego paniczka coraz bardziej mnie przerażała.
            Kiedy ruszył, wciskając gaz naprawdę przesadnie,  wycedziłam:
 - Masz w zamiarze złamać mi kark, żeby kostce nie było zbyt samotnie?
            Spojrzał na mnie przelotnie, a na jego wargach wykwitł szeroki uśmiech.
 - Emm, wybacz – samochód nagle zaczął zwalniać.
            Nadal się uśmiechał do mnie promienistym uśmiechem, ukazującym śnieżnobiałe zęby, równiutkie i idealne.
 - Noga dalej boli tak samo?
 - A wiesz co? – zerknęłam na niego. – Teraz boli w cholerę mocniej.
            Nic nie odpowiedział. Skupił się na drodze, a za każdym razem gdy zaczynał przyśpieszać, teatralnie chrząkałam, przypominając mu żeby zwolnił.
  - Dlaczego taka twarda dziewoja lęka się zwykłych, prostych maszyn? – Fuuu, zaczyna mówić jak mój psorek od angielskiego. Pfe.
 - Nie wiąże z nimi zbyt miłych wspomnień – powiedziałam wymijająco.
            Po jakimś czasie w końcu się zatrzymał. Miałam przed sobą chorobliwie żółty budynek, z czerwonym napisem głoszącym, że to szpital.          
            Udało mi się wyjść z auta, dalej pomagał mi iść ten chłopak. Starałam się mijać szpary w chodniku, czy iść wyprostowana, jednak ból pogłębiał się z każdą próbą stania na tej nodze.
            W środku było strasznie biało. Kilkoro osób siedziało na ławkach przed gabinetem lekarskim. Jakaś mała dziewczynka bawiła się ze znudzeniem pluszakiem, zaś jej *chyba* mama przeglądała miesięczniki (które zapewne mają datę wydania ze dwa lata wstecz). Starszy pan obrzucił nas bardzo dziwnym spojrzeniem, gdy szliśmy korytarzem. Miałam ochotę się wyrwać i iść sama, lecz noga doskwierała mi coraz bardziej.
            Dotarliśmy do pustego korytarza. Tam chłopak pomógł mi usiąść na plastykowym krześle, gdzie z ulgą wyciągnęłam nogę, tak aby kostka nie pulsowała już bólem. Zaś (tutaj pojawia się moje pytanie: czemu jeszcze nie podał mi swojego imienia?) ruszył żwawym krokiem do rejestracji, gdzie zza blatem siedziała otyła kobieta, na oko mająca z trzydziestkę na karku, ubrana w biały mundurek. Niestety biały sweterek, w który się ubrała, ani trochę nie kamuflował jej tuszy. Twarz miała okrągłą, z ustami w kolorze dzikiej czerwieni, długaśnymi (no i rzecz jasna doklejanymi) rzęsami. Do tego cieniuśnieńkie brwi dorysowane kredką i granatowy cień w przesadnej ilości. Trochę przypominała mi tą babę, z którą mama chciała coś tam podpisać. Kojarzycie historię? To z moim cudnym pytaniem oraz luźnym komentarzem co do rozmiarów owej pani. Dobra, mniejsza o to.
            Chłopak rozmawiał sobie z tą przeuroczą panią (sam seksapil), podśmiewując się przyjemnym śmiechem i wskazując dłonią na mnie. W końcu kobieta zaczęła kiwać głową, podała mu jakoś kartę, a on sam wrócił do mnie, siadając obok na plastykowym krześle, niebezpiecznie skrzypiącym.
            Podał mi kartę i długopis.
 - Musisz to wypełnić, a potem chirurg cię przyjmie i sprawdzi co z twoją nogą.
            Raczej spodziewałam się różnych pytań, trudnych i testowych (no oczywiście, trudne pytanie są wszędzie. Na teście ciążowym też). Nabazgrałam więc swoje imię, nazwisko, datę urodzenia itp. Jak już oddałam wypełniony formularz, dostałam tego kopię, z dopiskiem co mi dolega.
 - Poczekam tu na ciebie.
 - Jeśli musisz – rzuciłam do niego wchodząc do gabinetu.
            Pomieszczenie wyglądało jako tako. Ściany kremowo różowe, z kozetką z boku, białym biurkiem, za którym siedział starszy pan w okularach,  i parą krzeseł. Uniósł głowę, uśmiechnął się miło.
 - Witam panią. Proszę usiąść – wskazał dłonią kozetkę.
            Doczłapałam się do wskazanego miejsca. Zsunęłam but z nogi oraz skarpetę. Kostka już widocznie napuchła i nabrała koloru czerwieni. Z sykiem położyłam nogę wyprostowaną przed sobą. Lekarz odsunął się na krześle od biurka, po czym wstał. Stanął obok mnie z plikiem dokumentów w dłoni.
 - Panno Alians, rozumiem że pojawiło się u pani podejrzenia złamania kostki? – patrzał na mnie znad opraw okularów.
 - Dokładnie – wycedziłam. Kostka bolała jeszcze mocniej.
            Wybadał ją dokładnie, sprawdzając szczególnie nabrzmiałe miejsca. Bolało jak diabli. Dobra, co będę oszukiwać: CHOLERNIE BOLAŁO.
           
            Po badaniu rentgenowskim okazało się (zgodnie z moimi przypuszczeniami) złamałam kość w stawie skokowym. Nie no super! Minęło sporo czasu nim ją zagipsowano i tak dalej. W końcu miałam wszystkiego dosyć, do tego tak strasznie chciało mi się spać.
            Chłopak zagwarantował, iż odwiezie mnie do domu. W tym przypadku nie mogłam się nie zgodzić, przecież nie uszłabym nawet stu metrów, z nogą w gipsie, bez kul. Toteż zgodziłam się, aby zawiózł mnie oraz odprowadził pod same drzwi, żebym się przypadkiem nie wyrąbała po drodze przez podjazd.
 - Tak w ogóle to nazywam się Christopher Logan Dominik UnderVarpol – przedstawił mi się, gdy byliśmy w połowie drogi.
 - Jezus, Maria – westchnęłam. – Kto cię tak skrzywdził?
 - To nie…- zająknął się nie spodziewając się takiej reakcji. – Tylko się tak przedstawiam.
  - Tak więc Christopherze Loganie Dominiku Under…coś tam…
 - UnderVarpol – dopowiedział. – I wystarczy jak będziesz mi mówić Logan.
 - Czekaj, czekaj. Masz na imię Christopher, a każesz mówić na siebie Logan? – prychnęłam.
 - Swoje pierwsze imię zawdzięczam od ojca. Najzwyczajniej w świecie, aby mnie nie mylić z ojcem to używam swojego drugiego imienia, którym nazywają mnie wszyscy ludzie, którym mam okazję to wytłumaczyć.
 - Suuuper – bardzo interesujące.
            Dalej znowu panowała cisza. Niezbyt chciałam poznawać historię życia Logana – chłopaka, przez którego najbliższe dni spędzę oglądając tanie horrory, jedząc pizzę z zamrażarki. No ale cóż, bywa.
            Gdy dojechaliśmy do mojego domu, nie byłam zadowolona, widząc wóz matki. Zapewne będzie robić mi wykłady (jak zwykle), mówiąc jaka to ja jestem niezdarna, delikatna jak francuski piesek. Grymas, który się wtedy pojawił na mojej twarzy, Logan mógł uznać za oznakę bólu, jednak tak wcale nie jest. Ani trochę nie cieszy mnie jej obecność.
            Wyjęłam z kurtki kluczyki od auta, z przewieszony obok pilotem do bramy. Po tym jak się otworzyła, Logan wjechał na podjazd. Pomógł mi wyjść z samochodu, a potem dojść jakoś pod drzwi. Oparłam się o nie, próbując jakoś trafić w dziurkę od klucza. W końcu, gdy m się udało, drzwi stanęły otworem. Spojrzałam na Logana.
 - Dzięki za podwózkę – rzuciłam, już wchodząc do domu.
 - Even, poczekaj – złapał mnie za łokieć. Kurde, ma jakiś fetysz? Dwa razy w ciągu jednego dnia dotyka mojego łokcia. – Chciałem cię jeszcze przeprosić.
 - Luz, nic się nie stało – nadal trzymał mój łokieć.
 - Owszem, stało się – puścił mnie, jednak się nie odsunął. – Przeze mnie masz nogę w gipsie. Ja…nie chciałem. Po prostu byłem rozkojarzony.
 - Ja podobnie – mruknęłam.
 - Mniejsza o to – zbagatelizował moje słowa. – Przepraszam cię. Naprawdę przepraszam.
 - Jeśli boisz się, że cię pozwę czy coś, to spokojna głowa.
 - Nie o to chodzi – uśmiechnął się smutno. – Lubię mieć czyste sumienie.
 - Świętoszek – gwizdnęłam przeciągle.
 - Jeśli chcesz mogę się po feriach zawozić do szkoły. Sama raczej ani do niej nie dojdziesz, ani nie dojedziesz.
  - Dzięki za propozycję, ale dam sobie sama radę – wchodzę do domu, opierając swój ciężar na zdrowej nodze i drzwiach.
 - Okej – powiedział. – Więc do zobaczenia.
 - Do zobaczenie, Christopherze Loganie Dominku Under coś tam.
            Z uśmiechem na ustach ruszył do auta. Wyjechał, zamknęłam bramę, weszłam do domu. Trzymając się komody, szafki, wieszaka albo ściany, mozolnie szłam w kierunku mojego pokoju.
            Oczywiście po drodze zobaczyła mnie mama.
 - Boże przenajświętszy. Co znowu zrobiłaś? – spytała patrząc na mnie znad kieliszka wina.
 - Nic wielkiego.
 - Even, masz nogę w gipsie. Gdzieś ty łaziła?
 - Nigdzie. Idę spać – zbyłam ją.
            W pokoju z trudem opanowałam się od łez. Tak bardzo marzyła mi się mama, która podbiegła do mnie z niepokojem pytając co mi jest. Żeby chociaż zainteresowała się czy bardzo mnie boli. Ale oczywiście tego nie robi. Nie wiem co jej zrobiłam, ale najwidoczniej coś bolesnego.           
            Udało mi się jakoś przebrać w luźniejsze ciuchy. Nie raz jęczałam z bólu, przy wciąganiu na nogę spodni. Zmyłam makijaż z twarzy. Gdzieś z kąta pokoju wyjęłam kule, pozostałe z jakiegoś złamania.
            Rzuciłam się na łóżko. Jak już jakoś się ułożyłam, podkładając pod kostkę poduszkę, wzięłam telefon i napisałam SMS-a do Nicka.
Ja: Nie uwierzysz co niesamowitego mnie dziś spotkało!
Nick: Co takiego? Zakochałaś się? xD
Ja: Lepiej. Złamałam kostkę!
Nick: Boże, Even! Ciebie nie można samej zostawić.
Ja: Mogło być gorzej.
Nick: Ehhh, mogło. Ale uważaj.
Ja: Spoko, nie mam pięciu lat.
Nick: Serio, uważaj na siebie.
Ja: Dobrze, dobrze.
            Później, naszpikowana środkami przeciwbólowymi zasnęłam.
           
           


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz