Dyrektor pożegnał mnie z uśmiechem
triumfu na twarzy. Wyszłam z jego
gabinetu głośno szurając gipsem i uderzając ,,przypadkowo’’ w coś kulami. Jakoś
tak wyszło, że spóźniłam się siedem minut na chemię.
Zanim
usiadłam w ławce rzuciłam pod nosem
„przepraszam za spóźnienie. ‘’ Pani Khoshist
jakby nie zauważyła mojego spóźnienia. Za to ja zauważyłam jej ubiór; obcisłą,
czerwoną sukienką, podtrzymywaną przez skórzany pasek. Kiedy usiadła przy
biurku, na jej brzuchu uwydatniły się trzy spore fałdki. Stukała tylko tymi
swoimi obcasami radośnie nucąc.
Wyrwałam z
zeszytu kartkę i zgniotłam ją w kulkę. Rzuciłam nią (bardzo celnie!) trafiając
Nicka prosto w głowę. Zdezorientowany odwrócił się w moją stronę. Kiedy niemo
zapytał o co mi chodziło, w taki sam sposób odpowiedziałam mu, że bardzo mi się
nudzi.
Co pięć minut
zerkałam czy oby na pewno za chwilę nie będzie dzwonka. W momencie gdy ten w
końcu rozbrzmiewał, zerwałam się pierwsza z miejsca. Dalej poszłam prosto na
stołówkę, dopóki nie dostrzegłam Cola i Mattew, kierujących się do drzwi
wyjściowych. Szybko ruszyłam za nimi, starając się nie wywalić.
Cole oparł się o
drzewo, a Mattew usiadł na ławce. Stanęłam obok nich. Ten drugi powitał mnie
krótkim hej, natomiast pierwszy nie
odezwał się wcale.
- Nasza księżniczka w końcu
się pojawiła – rzucił szyderczo Cole, kiedy już mnie dostrzegł. – Doszły mnie
słuchy, że ostatnio topiłaś się na chodniku.
Zaniósł się
śmiechem. Podejrzewam, iż mimo starań i tak zrobiłam się czerwona jak burak.
Zwróciłam się więc bezpośrednio do Mattew.
- Co przydzielił wam dyrek
za te grafitty i tak dalej? – spytałam.
- Zapomniałaś Even? –
spojrzał na mnie Mattew. – To ty zawsze dajesz się złapać. Nie my.
Dotarło do mnie,
że to prawda. Niestety, nigdy nie zależało mi na tym, żeby uważać. Teraz
wszyscy się na mnie uwzięli. No i słusznie.
Przez chwilę
wpatrywałam się w jednego i drugiego.
- Spróbuj nasz wsypać –
syknął Cole. – To tylko twoja sprawa.
- Cole, przecież my też to
wszystko robiliśmy. Kara należy się nam równie bardzo jak jej – bronił mnie
Mattew.
Chłopcy patrzyli
na siebie bykiem. Cole bardzo szybko się zdenerwował – usta zacisnął w wąską
szparkę, a oczy zionęły wręcz ogniem.
- Słuchajcie – wcelował w
nas palcem – wy może sobie chcecie pomagać społeczności, ale ja nie mam takiego
zamiaru.
Nie zaszczycił
nas nawet spojrzeniem. Po prostu odmaszerował do kłębiących się na boisku
chłopaków ze szkolnej drużyny.
- Co mu jest? – zwróciłam
się do Mattew’a.
- Jego matka wróciła do
ojca. No i teraz z nimi mieszka i robi mu problemy o wszystko. A jak się
dowiedziała, że ma takie kłopoty w szkole i tak dalej, to już w ogóle była
masakra. No to nasz Cole się wkurzył i uciekł z domu – zaniósł się śmiechem. –
Myślał, że ją trochę nastraszy. Wrócił jakoś o drugiej w nocy, chciał wleźć
przez okno, a ono zamknięte! Matka nie wpuściła go do domu, więc całą noc
siedział przed drzwiami.
Mimo, że to nie
było śmieszne, i tak śmiałam się w głos. Otóż wyjaśniam: ojciec Cola to pijak.
Z początku pił jedno piwko dziennie, no ale z czasem przerodziło się w
całkowite chlanie wszystkiego co miało procenty. Tak więc jego żona odeszła,
twierdząc iż nie będzie użerać się z takim facetem. Wszystko OK, ale jak matka
może zostawić siedmioletnie dziecko z pijakiem? Tak więc Cole dorastał z bardzo
sympatycznym ojcem, który wcale się nim nie interesował, toteż robił sobie co
chciał. Całe życie pałał nienawiścią do matki, która potencjalnie go porzuciła.
Ostatnio jego
ojciec poszedł na odwyk, spotkania AA, no i jakoś przestał pić. Dla samego Cola
nie było to na rękę, bo już nie miał wolnej drogi. A do tego teraz jeszcze
powrót matki. Łochocho. Ten ma bajkę jak u mnie w domu.
- No, no. Zadziwiające, że
wróciła po tym wszystkim – skomentowałam.
- Coś mi podpowiada, że
raczej niedługo się tam pozabijają – rzucił Mattew. – Ale mniejsza z nim. To
kompletny idiota.
- Dlaczego my się z nim w
ogóle zadawaliśmy?
- Zawsze miał piwo –
wyszczerzył się. – No i nigdy nie z nim nie nudziliśmy.
W końcu dotarłam
na stołówkę. Wzięłam tackę ze spaghetti, po czym wyszukałam Nicka i Maxine.
Siedzieli razem, przy jednymi stoliku, tak blisko siebie, że szturchali się
łokciami.
Usiadłam z nimi,
głośno stawiając tackę na stoliku. Zakochani nawet nie zwrócili na mnie uwagi.
Toteż usadowiłam się naprzeciw ich, grzebiąc w makaronie widelcem.
- Proszę, proszę. Zacna
Even Alians się nawróciła. Co takiego się stało, że zachwycasz się towarzystwem
takiego pospólstwa, jakim jesteśmy my? – Nick podniósł tą swoją krzaczastą
brew, uśmiechając się kpiąco. Chciałam zedrzeć mu ten uśmieszek z twarzy.
Najwyraźniej
napomniał o tym, że w jakiś sposób mu bardzo pomogłam, dając mu insulinę. Podniosłam
się i już chciałam odejść, zostawiając talerz na ławce, ale powstrzymała mnie
Maxine. Serio, ona. Złapała mnie za nadgarstek, i to mocno.
- Nick – syknęła. – Nie
widzisz, że Even, raczej nie ma ochoty na twoje docinki?
- Wow – spojrzał zdziwiony
na swoją dziewczynę. – Od kiedy to ty jesteś po jej stronie?
Mimo, że tak
bardzo chciałam coś mu odpowiedzieć, coś co potencjalnie mogłoby go zranić,
tylko siadłam i wbiłam wzrok w nich oboje. Nick był jakiś dziwnie wesoły, zaś
Maxine była za cicha i ponura. Zazwyczaj było na odwrót.
- Słuchaj, ja chciałam
tylko pogadać. Ale jak chcesz robić sobie jaja ze wszystkiego, to możemy sobie
odpuścić – nie dałam mu nawet wejść sobie w słowo. – Chcę pogadać o tym co ci
powiedziałam przed feriami. Nie możesz udawać, że tego nie powiedziałam, Nick.
Maxine patrzyła
zdezorientowana na Nicka i na mnie. Czekałam na jego reakcję; śmiech pogardy,
albo ponury wzrok, dający mi znać, że mi nie wierzy i że jestem wariatką.
- Dobra o co chodzi? –
spytała Maxine po długiej chwili milczenia.
- Niech Even ci powie –
spojrzał na mnie, a w jego oczach krył się wyraz, którego nie potrafiłam
odgadnąć. – No mów. Powiedz jej to, co powiedziałaś mnie.
Nie do końca
wiedziałam co powinnam w takiej sytuacji zrobić. Dziewczyna mojego byłego
najlepszego przyjaciela, ma się dowiedzieć o pseudodarze, jaki posiadam, nawet
jeśli mój były najlepszy przyjaciel mi nie wierzy, mimo iż jest moim byłym
najlepszym przyjacielem.
- No więc – zaczęłam, a
Nick prychnął drwiąco. – No…eee…ja…ja…ja widzę duchy.
Maxine wyszły
oczy na wierzch, a Nick oczywiści wybuchnął falą śmiechu, jakbym opowiedziała
świetny kawał. Ona zrobiła minę troszkę taką, jakbym zwariowała. Ale musiałam
jej udowodnić, że nie jestem wariatką.
- W całej tej sali jest z
tuzin duchów – powiedziałam.
- Ty wiesz ile to jest
tuzin? – rzucił Nick.
Tego było dość.
- Boże! O co ci, do cholery
jasnej, chodzi?! Wszystko komentujesz, zachowujesz się jak skończony idiota! Coś
padło ci na mózg jak mamusi?! – no i bummm! Skapłam się co takiego
powiedziałam.
Momentalnie się
zgarbił. Wbił wzrok w swoje dłonie, na kolanach. Przegięłam i to bardzo. Jego
mama od lat jest w szpitalu psychiatrycznym, o czym raczej przy nim lepiej nie
mówić. Wiązało się to nie tylko z samą jego mamą, ale i zaginionym bratem, jak
i ojcem, który odszedł od nich, prawdopodobnie z kochanką.
- Dobra udowodnię wam, że
mówię prawdę – zboczyłam z tematu. – Pojedziemy razem na most za miastem. Tam
pokażę wam, że mam rację. Że nie zwariowałam.
Nick nic nie odpowiedział.
Nie krzyczał, nie rozładowywał na mnie złości. Był po prostu smutny.
- Okej, zaraz po szkole tam
pojedziemy – zabrała inicjatywę Maxine. – Nie wiem co chcesz nam tam pokazać,
ale każdemu należy się szansa na udowodnienie swojej tezy.
Nikt już nic nie powiedział. Dawniej, często docinałam
Nickowi. Nie miał mi tego za złe. Teraz jednak czułam jak bardzo go zraniłam.
Nie chciałam tego robić. Był jedyną osobą (żyjącą) której mogłam zaufać,
wiedząc że może mi uwierzy.
Siedzieli razem ze mną w stołówce, kiedy ja nadal dłubałam
w swoim jedzeniu. W końcu, niby pod pretekstem nauki przez kartkówką, Maxine
wykręciła się. Więc i Nick wstał, leniwym i dziwnym ruchem. Nie spojrzał na
mnie, tylko wstał i już chciał sobie iść, jednak złapałam go za nadgarstek.
- Przeprasza, Nick – wciąż
na mnie nie patrzył. – Za wszystko.
Opierałam ciężar
ciała na jednej nodze, która już zaczęła mi cierpnąć. Mimo to dalej go
trzymałam za przegub.
- Naprawdę. Przepraszam.
I właśnie wtedy
zrobił coś czego raczej się nie spodziewałam. Serio, jakby ktoś mi powiedział,
że on tak zareaguje, to chyba bym tę osobę wyśmiała. Otóż, Nick mnie przytulił.
Całe szczęście w stołówce prawie nikogo już nie było poza maruderami, którzy
się spóźnili czy kujonami siedzącymi w kątach z książkami. Ale wracając do
tematu: Nick zagarnął mnie do siebie. Poczułam się jak za dawnych lat, gdy
siedzieliśmy razem skuleni na kanapie. Wcinaliśmy popcorn z masłem, który
zrobiła nam jego mama i oglądaliśmy maraton Gwiezdnych wojen albo Harry’ego
Pottera. Nick wręcz był dla mnie dzieciństwem.
- Tak bardzo chciałbym ci uwierzyć – powiedział, po czym mnie
puścił. Bez oglądania się wyszedł ze stołówki. A ja tam stałam, żałując że
życie tak źle go potraktowało.
Po lekcjach nie
czekałam na Nicka i Maxine. Poszłam na parking. Tam, jak się spodziewałam,
czekał na mnie Logan oparty o swoje czarne auto. Rozmawiał z dwiema
dziewczynami. Jednak kiedy tylko mnie zobaczył, powiedział coś do nich, a obie
z niechęcią odeszły. Minęły mnie, rzucając mi niemiłe spojrzenia.
- Już podrywasz małolaty –
powitałam go.
- A co? Zazdrosna?
Podejrzewam, iż
na tą oto docinkę zrobiłam się mimowolnie cała czerwona. On albo tego nie
zauważył, albo udał że nie widzi. Już otwierał mi drzwi od strony pasażera.
- Sorry, ale jadę ze
znajomymi.
- No przestań, przecież jak
już tu czekałem to mogę cię zawieźć.
Coraz ciężej
stało mi się na tych kulach. Bardzo chciało mi się usiąść, dlatego nie miałam
czasu na zbyt wiele wyjaśnień, na które Logan zasługiwał.
- Słuchaj, nie mam za
bardzo czasu. Muszę spadać – zanim zdążyłby zaprotestować, odeszłam na parking
dla uczniów.
- Rano przyjadę o tej samej
porze! – krzyknął za mną. Wyczułam uśmiech w jego głosie.
Nick z Maxine już
na mnie czekali. Ona otulała się szczelnie kurtką, a Nick bawił się kluczykami.
Jak już dotarłam do auta, Nick pomógł mi jakoś wejść do samochodu.
Przez całą drogę
nikt z nas się nie odzywał. Z radia leciały jakieś popularne piosenki popowe,
które raczej raniły moje uszy. Raz nawet puścili Biebera! Boże…droga była
prawdziwą męką.
Gdy moim oczom
ukazał się most, coś przewróciło mi się w żołądku. Bałam się, że mój plan nie
wypali. Przerażała mnie opcja, iż moi ,,przyjaciele’’ uznają mnie po prostu za
wariatkę. Może załatwią mi pokój obok mamy Nicka?
Szłam pierwsza.
Doskonale wiedziałam, że kiedy się odwrócę, zobaczę jak zakochana para wymienia
za sobą podejrzliwe spojrzenia.
- Możecie tutaj zostać? –
spytałam prawie na samym początku mostu. – Muszę coś załatwić.
Mimo, że miny
mieli nieciekawe, przytaknęli.
Kroczyłam powoli
po starych deskach. Czułam się bardzo niekomfortowo i chyba pierwszy raz
powiewało mi za bardzo niebezpieczeństwem. Lecz kiedy dostrzegłam siedzącą na
moście Maggie (poprawka: jej ducha) ruszyłam żwawym krokiem w jej stronę, mając
nadzieję, że mój plan wypali w stu procentach.
- Maggie? – szepnęłam w jej
stronę, będąc już blisko.
Duch dziewczyny
uśmiechnął się promieniście do mnie. Zniknęła, po chwili pojawiając się obok
mnie. Jej błękitne, żywe oczy przyjrzały mi się dokładnie.
- Co się stało? – wskazała
na moją nogę.
- Chwilowo to nie ważne –
serce tłukło mi w piersi. – Słuchaj, mam do ciebie prośbę. Bardzo istotną.
Przytaknęła.
Ciężar trochę zelżał. Na pewno mi pomoże.
- Widzisz tamtych dwoje za
mną? – zerknęła szybko na Nicka i Maxine. Skinęła głową. – Muszę mi uwierzyć,
że widzę duchy. Ale muszę im to udowodnić. M u s z ę.
Maggie wlepiła wzrok w wodę pod sobą. Płynęła szybko, w
niektórych miejscach skuta lutowym lodem. Prąd porywał ikry, które obijały się
o siebie.
- Czasem zastanawiam się co
by się stało, gdybym nie skoczyła – wyznała. – Może by mnie wyleczyli. Może
mogłabym żyć normalnie.
- Nie mam szansy na
normalne życie. I nie chce żeby ludzie uznali mnie za wariatkę.
Z jej oczu znika
jakby jakaś mgła, która je przysłaniała. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że
odpłynęła i w ogóle nie myślała nad tym co do mnie mówi.
- Pomogę ci – obiecała. –
Co mam zrobić.
- Coś co ich przekona, że
duchy naprawdę istnieją – wypaliłam bez namysłu.
Kiwnęła głową. Za
chwilę zniknęła, aby zaraz pojawić się obok Nicka i Maxine. Oboje wpatrywali
się we mnie trochę znudzonym wzorkiem. Więc, starając się szybko, ruszyłam z
powrotem do nich. Maxine obejmowała się rękoma, trzęsąc się z zimna. Mimo, że
śnieg już stopniał, niektórym było jeszcze mega zimno.
- Dobra – rzuciłam, stając
koło nich. – Jakiś czas temu spotkałam tutaj ducha dziewczyny. Nazywała się
Maggie Levison.
Chorowała na raka złośliwego, w bardzo wysokim stadium. Rodzice robili wszystko
by ją wyleczyć, a jej brat i chłopak zawsze wspierali. Ale ona, aby
zaoszczędzić cierpień sobie i im, popełniła samobójstwo; mianowicie skoczyła z
tego mostu.
Oboje wbili we mnie odrobinkę
przerażony wzrok. Maggie widocznie skuliła się na tę streszczoną opowieść, a
nawet jakby zrobiła się bardziej przeźroczysta.
- Nick – zwróciłam się do chłopaka. – Maggie,
jako duch, może wiele zrobić. Wymyśl jakieś zadanie, które sprawi, że uwierzysz
w jej istnienie.
Najpierw nie wiedział nawet o czym
mówię. Widziałam to w jego zakłopotany oczach. Po chwili otrząsnął się.
Odchrząknął, spojrzał na mnie i na Maxine.
- Ekhem – rozejrzał się. – Może niech z tamtej
kupki kamieni ta cała Maggie ułoży…eee…imię swojego brata?
Poczułam się głupio. Nawet nie
wiedziałam jak on ma na imię.
Nagle
kupka kamieni zaczęła się poruszać. Przez chwilę nic się nie działo. Jednak
kamienie poczęły zmieniać położenie. Robiły to wolniej, niektóre szybciej. Byłam
szczerze zszokowana, gdy na ziemi ujrzałam koślawy napis ADAM.
- Wiesz co się z nim dzieje? – zwróciłam się
do Maggie, nie zwracając uwagi na zdziwione miny Nicka i Maxine.
- Jest szczęśliwy. Ale tęskni. Zawsze będzie
tęsknił.
Pokiwałam
głową. Rozumiałam jej brata. Już teraz, aż do śmierci jego kochana siostra
będzie wspomnieniem.
- Proszę was – skierowałam swoje słowa do
moich przyjaciół. – Od zawsze widzę duchy. Musicie mi uwierzyć. Czy byłabym
zdolna upierać się przy swoim przez szesnaście lat życia?
Nie
odpowiedzieli mi. Nick ciągle patrzył na kupkę kamieni, ciągle ułożoną w imię. Maggie
wyczekująco spoglądała na mnie swoimi żywymi oczyma, zaś Maxine wbijała wzrok w
swoje różowe rękawiczki.
- Rozmawiałam ostatnio z Jamesem – oboje żyjący
spojrzeli na mnie, lecz ja mówiłam do ducha, który był przede mną. – Chciałam wiedzieć
dlaczego mi uwierzył. Wiesz co powiedział? Że wierzy, iż życie nie kończy się w
chwili śmierci.
Pokiwała smętnie głową. Rozumiałam,
że James mimo wszystko był dla niej wszystkim. Naprawdę go kochała i to ponad
wszystko. A on uwierzył jakieś pierwszej, lepszej dziewczynie w to, że widzi
jej ducha. James potrafił uwierzyć. Najwyraźniej inni już nie.
- Nie musicie mi wierzyć. Zrozumiem to – zaczęłam
powoli się oddalać, uważając na chorą nogę.
Lecz po chwili ktoś złapał mnie za
ramię. Na tyle delikatnie, że nie straciłam równowagi. Gdzieś w środku
spodziewałam się takiej reakcji. Odwróciłam się, po czym zobaczyłam przed sobą
Nicka. Policzki miał zaróżowione od zimna.
- Nawet nie mogę zrozumieć, że to robię –
powiedział. – Ale ci wierzę. Choć wydaje mi się to niemożliwe.
Wspaniały rozdział. <3
OdpowiedzUsuńDziękuję :*
Usuń