sobota, 11 czerwca 2016

Rozdział siedemnasty

            Dyrektor pożegnał mnie z uśmiechem triumfu na twarzy.  Wyszłam z jego gabinetu głośno szurając gipsem i uderzając ,,przypadkowo’’ w coś kulami. Jakoś tak wyszło, że spóźniłam się siedem minut na chemię.
            Zanim usiadłam w ławce rzuciłam pod nosem  „przepraszam za spóźnienie. ‘’ Pani Khoshist jakby nie zauważyła mojego spóźnienia. Za to ja zauważyłam jej ubiór; obcisłą, czerwoną sukienką, podtrzymywaną przez skórzany pasek. Kiedy usiadła przy biurku, na jej brzuchu uwydatniły się trzy spore fałdki. Stukała tylko tymi swoimi obcasami radośnie nucąc.
            Wyrwałam z zeszytu kartkę i zgniotłam ją w kulkę. Rzuciłam nią (bardzo celnie!) trafiając Nicka prosto w głowę. Zdezorientowany odwrócił się w moją stronę. Kiedy niemo zapytał o co mi chodziło, w taki sam sposób odpowiedziałam mu, że bardzo mi się nudzi.
            Co pięć minut zerkałam czy oby na pewno za chwilę nie będzie dzwonka. W momencie gdy ten w końcu rozbrzmiewał, zerwałam się pierwsza z miejsca. Dalej poszłam prosto na stołówkę, dopóki nie dostrzegłam Cola i Mattew, kierujących się do drzwi wyjściowych. Szybko ruszyłam za nimi, starając się nie wywalić.
            Cole oparł się o drzewo, a Mattew usiadł na ławce. Stanęłam obok nich. Ten drugi powitał mnie krótkim hej, natomiast pierwszy  nie odezwał się wcale.
 - Nasza księżniczka w końcu się pojawiła – rzucił szyderczo Cole, kiedy już mnie dostrzegł. – Doszły mnie słuchy, że ostatnio topiłaś się na chodniku.
            Zaniósł się śmiechem. Podejrzewam, iż mimo starań i tak zrobiłam się czerwona jak burak. Zwróciłam się więc bezpośrednio do Mattew.
 - Co przydzielił wam dyrek za te grafitty i tak dalej? – spytałam.
 - Zapomniałaś Even? – spojrzał na mnie Mattew. – To ty zawsze dajesz się złapać. Nie my.
            Dotarło do mnie, że to prawda. Niestety, nigdy nie zależało mi na tym, żeby uważać. Teraz wszyscy się na mnie uwzięli. No i słusznie.
            Przez chwilę wpatrywałam się w jednego i drugiego.
 - Spróbuj nasz wsypać – syknął Cole. – To tylko twoja sprawa.
 - Cole, przecież my też to wszystko robiliśmy. Kara należy się nam równie bardzo jak jej – bronił mnie Mattew.
            Chłopcy patrzyli na siebie bykiem. Cole bardzo szybko się zdenerwował – usta zacisnął w wąską szparkę, a oczy zionęły wręcz ogniem.
 - Słuchajcie – wcelował w nas palcem – wy może sobie chcecie pomagać społeczności, ale ja nie mam takiego zamiaru.
            Nie zaszczycił nas nawet spojrzeniem. Po prostu odmaszerował do kłębiących się na boisku chłopaków ze szkolnej drużyny.
 - Co mu jest? – zwróciłam się do Mattew’a.
 - Jego matka wróciła do ojca. No i teraz z nimi mieszka i robi mu problemy o wszystko. A jak się dowiedziała, że ma takie kłopoty w szkole i tak dalej, to już w ogóle była masakra. No to nasz Cole się wkurzył i uciekł z domu – zaniósł się śmiechem. – Myślał, że ją trochę nastraszy. Wrócił jakoś o drugiej w nocy, chciał wleźć przez okno, a ono zamknięte! Matka nie wpuściła go do domu, więc całą noc siedział przed drzwiami.
            Mimo, że to nie było śmieszne, i tak śmiałam się w głos. Otóż wyjaśniam: ojciec Cola to pijak. Z początku pił jedno piwko dziennie, no ale z czasem przerodziło się w całkowite chlanie wszystkiego co miało procenty. Tak więc jego żona odeszła, twierdząc iż nie będzie użerać się z takim facetem. Wszystko OK, ale jak matka może zostawić siedmioletnie dziecko z pijakiem? Tak więc Cole dorastał z bardzo sympatycznym ojcem, który wcale się nim nie interesował, toteż robił sobie co chciał. Całe życie pałał nienawiścią do matki, która potencjalnie go porzuciła.
            Ostatnio jego ojciec poszedł na odwyk, spotkania AA, no i jakoś przestał pić. Dla samego Cola nie było to na rękę, bo już nie miał wolnej drogi. A do tego teraz jeszcze powrót matki. Łochocho. Ten ma bajkę jak u mnie w domu.
 - No, no. Zadziwiające, że wróciła po tym wszystkim – skomentowałam.
 - Coś mi podpowiada, że raczej niedługo się tam pozabijają – rzucił Mattew. – Ale mniejsza z nim. To kompletny idiota.
 - Dlaczego my się z nim w ogóle zadawaliśmy?
 - Zawsze miał piwo – wyszczerzył się. – No i nigdy nie z nim nie nudziliśmy.
           
            W końcu dotarłam na stołówkę. Wzięłam tackę ze spaghetti, po czym wyszukałam Nicka i Maxine. Siedzieli razem, przy jednymi stoliku, tak blisko siebie, że szturchali się łokciami.
            Usiadłam z nimi, głośno stawiając tackę na stoliku. Zakochani nawet nie zwrócili na mnie uwagi. Toteż usadowiłam się naprzeciw ich, grzebiąc w makaronie widelcem.
 - Proszę, proszę. Zacna Even Alians się nawróciła. Co takiego się stało, że zachwycasz się towarzystwem takiego pospólstwa, jakim jesteśmy my? – Nick podniósł tą swoją krzaczastą brew, uśmiechając się kpiąco. Chciałam zedrzeć mu ten uśmieszek z twarzy.
            Najwyraźniej napomniał o tym, że w jakiś sposób mu bardzo pomogłam, dając mu insulinę. Podniosłam się i już chciałam odejść, zostawiając talerz na ławce, ale powstrzymała mnie Maxine. Serio, ona. Złapała mnie za nadgarstek, i to mocno.
 - Nick – syknęła. – Nie widzisz, że Even, raczej nie ma ochoty na twoje docinki?
 - Wow – spojrzał zdziwiony na swoją dziewczynę. – Od kiedy to ty jesteś po jej stronie?
            Mimo, że tak bardzo chciałam coś mu odpowiedzieć, coś co potencjalnie mogłoby go zranić, tylko siadłam i wbiłam wzrok w nich oboje. Nick był jakiś dziwnie wesoły, zaś Maxine była za cicha i ponura. Zazwyczaj było na odwrót.
 - Słuchaj, ja chciałam tylko pogadać. Ale jak chcesz robić sobie jaja ze wszystkiego, to możemy sobie odpuścić – nie dałam mu nawet wejść sobie w słowo. – Chcę pogadać o tym co ci powiedziałam przed feriami. Nie możesz udawać, że tego nie powiedziałam, Nick.
            Maxine patrzyła zdezorientowana na Nicka i na mnie. Czekałam na jego reakcję; śmiech pogardy, albo ponury wzrok, dający mi znać, że mi nie wierzy i że jestem wariatką.
 - Dobra o co chodzi? – spytała Maxine po długiej chwili milczenia.
 - Niech Even ci powie – spojrzał na mnie, a w jego oczach krył się wyraz, którego nie potrafiłam odgadnąć. – No mów. Powiedz jej to, co powiedziałaś mnie.
            Nie do końca wiedziałam co powinnam w takiej sytuacji zrobić. Dziewczyna mojego byłego najlepszego przyjaciela, ma się dowiedzieć o pseudodarze, jaki posiadam, nawet jeśli mój były najlepszy przyjaciel mi nie wierzy, mimo iż jest moim byłym najlepszym przyjacielem.
 - No więc – zaczęłam, a Nick prychnął drwiąco. – No…eee…ja…ja…ja widzę duchy.
            Maxine wyszły oczy na wierzch, a Nick oczywiści wybuchnął falą śmiechu, jakbym opowiedziała świetny kawał. Ona zrobiła minę troszkę taką, jakbym zwariowała. Ale musiałam jej udowodnić, że nie jestem wariatką.
 - W całej tej sali jest z tuzin duchów – powiedziałam.
 - Ty wiesz ile to jest tuzin? – rzucił Nick.
            Tego było dość.
 - Boże! O co ci, do cholery jasnej, chodzi?! Wszystko komentujesz, zachowujesz się jak skończony idiota! Coś padło ci na mózg jak mamusi?! – no i bummm! Skapłam się co takiego powiedziałam.
            Momentalnie się zgarbił. Wbił wzrok w swoje dłonie, na kolanach. Przegięłam i to bardzo. Jego mama od lat jest w szpitalu psychiatrycznym, o czym raczej przy nim lepiej nie mówić. Wiązało się to nie tylko z samą jego mamą, ale i zaginionym bratem, jak i ojcem, który odszedł od nich, prawdopodobnie z kochanką. 
 - Dobra udowodnię wam, że mówię prawdę – zboczyłam z tematu. – Pojedziemy razem na most za miastem. Tam pokażę wam, że mam rację. Że nie zwariowałam.
            Nick nic nie odpowiedział. Nie krzyczał, nie rozładowywał na mnie złości. Był po prostu smutny.
 - Okej, zaraz po szkole tam pojedziemy – zabrała inicjatywę Maxine. – Nie wiem co chcesz nam tam pokazać, ale każdemu należy się szansa na udowodnienie swojej tezy.
            Nikt już nic nie powiedział. Dawniej, często docinałam Nickowi. Nie miał mi tego za złe. Teraz jednak czułam jak bardzo go zraniłam. Nie chciałam tego robić. Był jedyną osobą (żyjącą) której mogłam zaufać, wiedząc że może mi uwierzy.
            Siedzieli razem ze mną w stołówce, kiedy ja nadal dłubałam w swoim jedzeniu. W końcu, niby pod pretekstem nauki przez kartkówką, Maxine wykręciła się. Więc i Nick wstał, leniwym i dziwnym ruchem. Nie spojrzał na mnie, tylko wstał i już chciał sobie iść, jednak złapałam go za nadgarstek.
 - Przeprasza, Nick – wciąż na mnie nie patrzył. – Za wszystko.
            Opierałam ciężar ciała na jednej nodze, która już zaczęła mi cierpnąć. Mimo to dalej go trzymałam za przegub.
 - Naprawdę. Przepraszam.
            I właśnie wtedy zrobił coś czego raczej się nie spodziewałam. Serio, jakby ktoś mi powiedział, że on tak zareaguje, to chyba bym tę osobę wyśmiała. Otóż, Nick mnie przytulił. Całe szczęście w stołówce prawie nikogo już nie było poza maruderami, którzy się spóźnili czy kujonami siedzącymi w kątach z książkami. Ale wracając do tematu: Nick zagarnął mnie do siebie. Poczułam się jak za dawnych lat, gdy siedzieliśmy razem skuleni na kanapie. Wcinaliśmy popcorn z masłem, który zrobiła nam jego mama i oglądaliśmy maraton Gwiezdnych wojen albo Harry’ego Pottera. Nick wręcz był dla mnie dzieciństwem.
- Tak bardzo chciałbym ci uwierzyć – powiedział, po czym mnie puścił. Bez oglądania się wyszedł ze stołówki. A ja tam stałam, żałując że życie tak źle go potraktowało.
           
            Po lekcjach nie czekałam na Nicka i Maxine. Poszłam na parking. Tam, jak się spodziewałam, czekał na mnie Logan oparty o swoje czarne auto. Rozmawiał z dwiema dziewczynami. Jednak kiedy tylko mnie zobaczył, powiedział coś do nich, a obie z niechęcią odeszły. Minęły mnie, rzucając mi niemiłe spojrzenia.
 - Już podrywasz małolaty – powitałam go.
 - A co? Zazdrosna?
            Podejrzewam, iż na tą oto docinkę zrobiłam się mimowolnie cała czerwona. On albo tego nie zauważył, albo udał że nie widzi. Już otwierał mi drzwi od strony pasażera.
 - Sorry, ale jadę ze znajomymi.
 - No przestań, przecież jak już tu czekałem to mogę cię zawieźć.
            Coraz ciężej stało mi się na tych kulach. Bardzo chciało mi się usiąść, dlatego nie miałam czasu na zbyt wiele wyjaśnień, na które Logan zasługiwał.
 - Słuchaj, nie mam za bardzo czasu. Muszę spadać – zanim zdążyłby zaprotestować, odeszłam na parking dla uczniów.
 - Rano przyjadę o tej samej porze! – krzyknął za mną. Wyczułam uśmiech w jego głosie.
            Nick z Maxine już na mnie czekali. Ona otulała się szczelnie kurtką, a Nick bawił się kluczykami. Jak już dotarłam do auta, Nick pomógł mi jakoś wejść do samochodu.
            Przez całą drogę nikt z nas się nie odzywał. Z radia leciały jakieś popularne piosenki popowe, które raczej raniły moje uszy. Raz nawet puścili Biebera! Boże…droga była prawdziwą męką.
            Gdy moim oczom ukazał się most, coś przewróciło mi się w żołądku. Bałam się, że mój plan nie wypali. Przerażała mnie opcja, iż moi ,,przyjaciele’’ uznają mnie po prostu za wariatkę. Może załatwią mi pokój obok mamy Nicka?
            Szłam pierwsza. Doskonale wiedziałam, że kiedy się odwrócę, zobaczę jak zakochana para wymienia za sobą podejrzliwe spojrzenia.
 - Możecie tutaj zostać? – spytałam prawie na samym początku mostu. – Muszę coś załatwić.
            Mimo, że miny mieli nieciekawe, przytaknęli.
            Kroczyłam powoli po starych deskach. Czułam się bardzo niekomfortowo i chyba pierwszy raz powiewało mi za bardzo niebezpieczeństwem. Lecz kiedy dostrzegłam siedzącą na moście Maggie (poprawka: jej ducha) ruszyłam żwawym krokiem w jej stronę, mając nadzieję, że mój plan wypali w stu procentach.
 - Maggie? – szepnęłam w jej stronę, będąc już blisko.
            Duch dziewczyny uśmiechnął się promieniście do mnie. Zniknęła, po chwili pojawiając się obok mnie. Jej błękitne, żywe oczy przyjrzały mi się dokładnie.
 - Co się stało? – wskazała na moją nogę.
 - Chwilowo to nie ważne – serce tłukło mi w piersi. – Słuchaj, mam do ciebie prośbę. Bardzo istotną.
            Przytaknęła. Ciężar trochę zelżał. Na pewno mi pomoże.
 - Widzisz tamtych dwoje za mną? – zerknęła szybko na Nicka i Maxine. Skinęła głową. – Muszę mi uwierzyć, że widzę duchy. Ale muszę im to udowodnić. M u s z ę.
            Maggie wlepiła wzrok w wodę pod sobą. Płynęła szybko, w niektórych miejscach skuta lutowym lodem. Prąd porywał ikry, które obijały się o siebie.
 - Czasem zastanawiam się co by się stało, gdybym nie skoczyła – wyznała. – Może by mnie wyleczyli. Może mogłabym żyć normalnie.
  - Nie mam szansy na normalne życie. I nie chce żeby ludzie uznali mnie za wariatkę.
            Z jej oczu znika jakby jakaś mgła, która je przysłaniała. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że odpłynęła i w ogóle nie myślała nad tym co do mnie mówi.
 - Pomogę ci – obiecała. – Co mam zrobić.
 - Coś co ich przekona, że duchy naprawdę istnieją – wypaliłam bez namysłu.
            Kiwnęła głową. Za chwilę zniknęła, aby zaraz pojawić się obok Nicka i Maxine. Oboje wpatrywali się we mnie trochę znudzonym wzorkiem. Więc, starając się szybko, ruszyłam z powrotem do nich. Maxine obejmowała się rękoma, trzęsąc się z zimna. Mimo, że śnieg już stopniał, niektórym było jeszcze mega zimno.
 - Dobra – rzuciłam, stając koło nich. – Jakiś czas temu spotkałam tutaj ducha dziewczyny. Nazywała się Maggie Levison. Chorowała na raka złośliwego, w bardzo wysokim stadium. Rodzice robili wszystko by ją wyleczyć, a jej brat i chłopak zawsze wspierali. Ale ona, aby zaoszczędzić cierpień sobie i im, popełniła samobójstwo; mianowicie skoczyła z tego mostu.
            Oboje wbili we mnie odrobinkę przerażony wzrok. Maggie widocznie skuliła się na tę streszczoną opowieść, a nawet jakby zrobiła się bardziej przeźroczysta.
 - Nick – zwróciłam się do chłopaka. – Maggie, jako duch, może wiele zrobić. Wymyśl jakieś zadanie, które sprawi, że uwierzysz w jej istnienie.
            Najpierw nie wiedział nawet o czym mówię. Widziałam to w jego zakłopotany oczach. Po chwili otrząsnął się. Odchrząknął, spojrzał na mnie i na Maxine.
 - Ekhem – rozejrzał się. – Może niech z tamtej kupki kamieni ta cała Maggie ułoży…eee…imię swojego brata?
            Poczułam się głupio. Nawet nie wiedziałam jak on ma na imię.
            Nagle kupka kamieni zaczęła się poruszać. Przez chwilę nic się nie działo. Jednak kamienie poczęły zmieniać położenie. Robiły to wolniej, niektóre szybciej. Byłam szczerze zszokowana, gdy na ziemi ujrzałam koślawy napis ADAM.
 - Wiesz co się z nim dzieje? – zwróciłam się do Maggie, nie zwracając uwagi na zdziwione miny Nicka i Maxine.
 - Jest szczęśliwy. Ale tęskni. Zawsze będzie tęsknił.
            Pokiwałam głową. Rozumiałam jej brata. Już teraz, aż do śmierci jego kochana siostra będzie wspomnieniem.
 - Proszę was – skierowałam swoje słowa do moich przyjaciół. – Od zawsze widzę duchy. Musicie mi uwierzyć. Czy byłabym zdolna upierać się przy swoim przez szesnaście lat życia?
            Nie odpowiedzieli mi. Nick ciągle patrzył na kupkę kamieni, ciągle ułożoną w imię. Maggie wyczekująco spoglądała na mnie swoimi żywymi oczyma, zaś Maxine wbijała wzrok w swoje różowe rękawiczki.
 - Rozmawiałam ostatnio z Jamesem – oboje żyjący spojrzeli na mnie, lecz ja mówiłam do ducha, który był przede mną. – Chciałam wiedzieć dlaczego mi uwierzył. Wiesz co powiedział? Że wierzy, iż życie nie kończy się w chwili śmierci.
            Pokiwała smętnie głową. Rozumiałam, że James mimo wszystko był dla niej wszystkim. Naprawdę go kochała i to ponad wszystko. A on uwierzył jakieś pierwszej, lepszej dziewczynie w to, że widzi jej ducha. James potrafił uwierzyć. Najwyraźniej inni już nie.
 - Nie musicie mi wierzyć. Zrozumiem to – zaczęłam powoli się oddalać, uważając na chorą nogę.
            Lecz po chwili ktoś złapał mnie za ramię. Na tyle delikatnie, że nie straciłam równowagi. Gdzieś w środku spodziewałam się takiej reakcji. Odwróciłam się, po czym zobaczyłam przed sobą Nicka. Policzki miał zaróżowione od zimna.
 - Nawet nie mogę zrozumieć, że to robię – powiedział. – Ale ci wierzę. Choć wydaje mi się to niemożliwe.

            

2 komentarze: