W sumie
opcja z pizzowymi urodzinami nie była najgorsza. Niestety następny dzień,
sobota, równał się pierwszemu dniu prac społecznych, których ja nie chciałam
rozpoczynać. No ale co tu zrobić?
Kiedy
wróciłam do domu, mama już spała. Ja natomiast wzięłam szybki prysznic, po czym
poszłam spać, mając nadzieję, że może zaśpię i nie będę musiała sprzątać w domu
żadnej starej babie, z zapyziałym domem?
Oczywiście
mój budzik się nie zepsuł, a ja byłam zmuszona do wstania, ubrania się i
pojechania do budynku, w którym miały znajdować się potrzebne mi przyrządy do
sprzątania. Pani, która miała mi je przekazać, okazała się miła i uprzejma,
czym wykazała się najwyżej okropnym przeciwieństwem mnie. Życzyła mi miłego
dnia, co raczej wcale nie polepszyło mi humoru.
Dostałam do
dyspozycji mop, szczotkę, wiaderko, masę środków czyszczących i gumowych
rękawiczek, które są takie straszne w dotyku. Ale o tym oczywiście nikt nie
pomyślał.
W końcu
dojechałam do domu pani, której miałam sprzątać (boże, jak to strasznie brzmi).
Dom okazał się nie aż tak tragiczny – z starymi, oknami, mającymi po dwie
szyby, z drewnianymi, spróchniałymi parapetami. Dachówki domu pokryte były
mchem, który był na całej powierzchni. Ściany pokryte były tynkiem, który w
wielu miejscach odpadały całymi płatami. Cały dom był otoczony wysokimi
chwastami, krzakami, dzikimi różami, kwiatami i innym badziewiem, którego nazw
nie znałam i nie miałam zamiaru poznać.
Zaparkowałam
na (tak sądzę) podjeździe, który składał się z bujnej trawy. Wyjęłam wszystkie
potrzebne rzeczy, a na szyję zawiesiłam identyfikator, z moim zdjęciem,
nazwiskiem i pieczątkami, które miały udowodnić pani Linday, że naprawdę jestem
wyznaczona na te prace. W sumie sądzę, że raczej nikt nie chciałby nic ukrasi z
jej domu, no ale czort wie.
Stanęłam
przed drzwiami, które wyglądały jak gdyby były z minionej epoki. Raczej nie
powinnam była szukać dzwonka, ale i tak to zrobiłam. Po nie owocnych
poszukiwaniach, zapukałam trzy razy w drzwi, ze strachem, że w mojej pięści
zostaną drzazgi. Niestety, nikt nie otworzył, ani się nie odezwał.
Po kilku
nieudanych próbach pukania, postanowiłam sama wejść do środka bez zaproszenia.
W domu przywitał mnie kurz, o którego kręciło mnie w nosie. Sufit pokryty był
plamami, przebarwieniami. Wyobraziłam sobie chatkę czarownicy z historii dla
dzieci. Podejrzewam, że w oby przypadkach nie było wielkiej różnicy.
Podłoga
skrzypiała, a walało się po niej pełno paprochów i czegoś czego nie potrafiłam
zidentyfikować. Pozostawiłam arsenał do sprzątania oparty o ścianę, ja sama zaś
udałam się na poszukiwanie mieszkanki tego domu.
Dom był
mały, brudny, zakurzony i w sumie w okropnym stanie. Wszędzie warstwa kurzu
mogła wynosić ponad pięć centymetrów. Podłoga skrzypiała, wydawała jęki. Nie
zdziwiłabym się gdyby spod nóg wyskoczył mi szczur czy inne podobne stworzenie.
Weszłam do
pomieszczenia, który mógł być salonem. W fotelu przed staromodnym kominku
siedziała staruszka w przetartym fartuchu. Oczy miała zamknięte, a oddychała
powoli i miarowo. Kominek był w miarę dobrym stanie. Stały na nim ramki, trochę
połamane, a zdjęcia pokrywał oczywiście kurz.
Podeszłam
do kobiety. Na głowie miała zawiązaną spraną chustkę w kwiatki. Włosy miała
siwe i rzadkie. Z dwa kosmyki wystawały jej z tej chustki. Usta miała wysuszone
i pomarszczone. Twarz, szyja i dłonie były pokryte zmarszczkami. Zastanawiało
mnie tylko ile pani Linday ma lat.
Szturchnęłam
kobietę w ramię. Otworzyła przytomnie oczy, które wbiła we mnie jakbym była
jakimś obrazkiem.
- Dzień dobry –
podniosłam identyfikator w jej stronę. – Jestem tu, bo to moje zadanie
społeczne.
Kobieta
mrugnęła dwa razy, przeciągła się, po czym dopiero powiedziała:
- Ty jesteś zapewne
Even Alians.
Kiwnęłam
głową. Pani Linday wstała powoli, opierając się o swój fotel. W sumie jak
stała, to nie wyglądała na taką starą.
- Zgodzenie się na
fakt, że obca dziewczyna będzie sprzątać mój dom dużo mnie kosztowało. Nie chcę
za wiele zmian – zapatrzyła się na fotografie na kominku.
- No wie pani…-
wyciągnęłam z torby świstek do podpisania. – …może mi to pani podpisać już
teraz i obie będziemy zadowolone.
Roześmiała
się ciepłym głosem. Kiedy na nią patrzałam myślałam o mojej babci, której nigdy
nie poznałam. Czy też by się tak śmiała? No ale cóż, nie znam żadnej swojej
babci, ani ze strony mamy ani taty.
- Niestety, kochanie
– uśmiechnęła się pani Linday – z jakiegoś powodu musisz to robić, a ja muszę
dopilnować, abyś wykonała wyznaczona prace – spoczęła na swoim fotelu. – Rób co
jest twoim obowiązkiem. Ale proszę, żebyś nie za bardzo przekładała moje
rzeczy.
Tak to więc
się zaczęło.
Dom pani
Linday nie był aż taki zły. W sumie po za łuszczącą się farbą, odpadającymi
kawałkami ścian, skrzypiącą i popękaną podłogą, warstwami kurzu i plamami
pleśni, wilgoci na ścianie, dom był w dobrym stanie. Fundamenty trzymały go w
pionie, dach i okna były szczelne, a dzięki staromodnemu kominkowi w salonie i
kaflowemu piecowi w kuchni, zimą można było utrzymać ciepło.
Podczas
moich starań posprzątania domu oraz nadaniu mu wyglądu, pani Linday siedziała
spokojnie w fotelu. Kiedy minęły pół godziny a ona nadal siedziała, zaczęłam
się zastanawiać co takiego może ona robić całymi dniami.
Wycierałam
kurz na kominku, kiedy skupiłam się na fotografii widniejącej w ramce.
Rozpoznałam na niej panią Linday – w ładnej żółtej sukience, nakrapianej w
groszki, z szerokim uśmiechem na twarzy. Obejmował ją jakiś mężczyzna;
podejrzewałam, że to jej mąż. Pomiędzy nimi stała dziewczynka, mogąca mieć
jakieś jedenaście lat. Uśmiechała się równie szeroko jak pani Linday. Na
twarzy, wokoło nosa miała całą masę piegów. Jej twarz wydawała mi się znajoma.
Podniosłam
zdjęcie, po czym skierowałam je w stronę właścicielki domu.
- To pani mąż? –
spytałam wskazując na mężczyznę.
Pani Linday
pokiwała powoli głową. Oczy delikatnie jej się zaszkliły, ale dostrzegłam w
nich tęsknotę. Zrozumiałam, że życie pani Linday nie było łatwe.
- Tak, skarbie, to
mój mąż – skrzywiłam się na słowo ,,skarbie’’, ale patrzyłam dalej na kobietę.
– Odszedł ode mnie kilka lat temu.
- Odszedł?
- Umarł.
Wydukałam
jakieś ,,Aha’’, po czym wpatrzyłam się ponownie w fotografię. Było mi szkoda
pani Linday, samej w dużym, zaniedbanym domu.
- A ta dziewczynka
obok to moja córka – powiedziała. – Wiele lat staraliśmy się z mężem o dziecko.
Kiedy już traciliśmy nadzieję, bo oboje byliśmy już dość starzy, ale w końcu
się udało. Moja kochana córeczka przyszła na świat.
Łzy pani
Linday mówiły same za siebie. Skoro tak kochała córkę, to nie wierzę, aby ta
porzuciła matkę w trudnej sytuacji.
- Co z nią? –
zapytałam.
- Zaginęła.
Kobieta
cicho załkała. Nie chciałam, aby jeszcze jej się pogorszyło, więc zostawiłam ją
w spokoju.
Zamiotłam
podłogę. Zanim się obejrzałam minęły jakieś cztery godziny. Skończyłam zmiatać
pajęczyny z sufitu, po czym wyjęłam świstek od dyrektora. Napisałam na nim datę
i przepracowaną liczbę godzin. Dałam pani Linday do podpisania. Przejrzała sumiennie
dokument i go podpisała.
- Dosłyszałam się o
tobie całe mnóstwo różnych opowiadań, Even – powiedziała, gdy zbierałam rzeczy
do sprzątania. – Jesteś zdecydowanie milsza.
Mało
się nie zaśmiałam w głos, na to
stwierdzenie.
- Czasem sprawiam
zmienne wrażenia – przewiesiłam torbę przez ramię. Wszystko pozostałe tam
zostawiałam. – Do zobaczenia, pani Linday.
- Do zobaczenia –
uśmiechnęła się.
W domu
nikogo nie było. Doskwierało mi gorąco, więc poszłam przykręcić ogrzewanie. Potem
udałam się do kuchni. Nie miałam co liczyć na jakiś obiad czy kolację, toteż
przeszukałam zamrażarkę w poszukiwaniu jedzenia. Znalazłam zapiekankę z szynką.
Zagrzałam ją w piekarniku, a potem oblałam obficie ketchupem. Kiedy skończyłam jeść,
akurat przyszła mama. Miała na sobie idealnie dopasowaną spódnicę do kolan i
marynarkę. Jej kok był tak przyszpilony wsuwkami i lakierem do włosów, że żaden
kosmyk nie warzył się wyjść. Zdjęła te swoje super szpilki za niewiadomo ile,
po czym odmaszerowała do swojej sypialni. Fajna mamuśka co?
Tamtymi
czasami zachowywała się wobec mnie jeszcze gorzej niż zawsze. Trochę tego nie
rozumiałam. Naprawdę. Co takiego musiałam zrobić, żeby własna matka mnie
nienawidziła?
Poszłam do
swojego pokoju. Na biurku stało zdjęcie taty ze mną na ramionach. Nasze jedyne wspólne
zdjęcie.
- Co ja takiego
zrobiłam, tato – wyszeptałam do zdjęcia.
Nie byłam
nawet pewna co do tego, co działo się ze mną. Tamtym czasem nie byłam już dawną
sobą. W sumie jeszcze bardziej się zmienię. No ale o tym przekonacie się w
najbliższej przyszłości. O ile tylko nie załamię się przy jakimś momencie.
Czytam na bieżąco. Ciekawy rozdział. ;)
OdpowiedzUsuńSuper :) Dziękuję
Usuńno oczywiście zapiekanka z dużą ilościa kechupu ciekawe czemu.. xD
OdpowiedzUsuńNo co xD Ja lubię kechup to Even też :D
OdpowiedzUsuń