środa, 13 lipca 2016

Rozdział dwudziesty

            W sumie opcja z pizzowymi urodzinami nie była najgorsza. Niestety następny dzień, sobota, równał się pierwszemu dniu prac społecznych, których ja nie chciałam rozpoczynać. No ale co tu zrobić? 
            Kiedy wróciłam do domu, mama już spała. Ja natomiast wzięłam szybki prysznic, po czym poszłam spać, mając nadzieję, że może zaśpię i nie będę musiała sprzątać w domu żadnej starej babie, z zapyziałym domem?
            Oczywiście mój budzik się nie zepsuł, a ja byłam zmuszona do wstania, ubrania się i pojechania do budynku, w którym miały znajdować się potrzebne mi przyrządy do sprzątania. Pani, która miała mi je przekazać, okazała się miła i uprzejma, czym wykazała się najwyżej okropnym przeciwieństwem mnie. Życzyła mi miłego dnia, co raczej wcale nie polepszyło mi humoru.
            Dostałam do dyspozycji mop, szczotkę, wiaderko, masę środków czyszczących i gumowych rękawiczek, które są takie straszne w dotyku. Ale o tym oczywiście nikt nie pomyślał.
            W końcu dojechałam do domu pani, której miałam sprzątać (boże, jak to strasznie brzmi). Dom okazał się nie aż tak tragiczny – z starymi, oknami, mającymi po dwie szyby, z drewnianymi, spróchniałymi parapetami. Dachówki domu pokryte były mchem, który był na całej powierzchni. Ściany pokryte były tynkiem, który w wielu miejscach odpadały całymi płatami. Cały dom był otoczony wysokimi chwastami, krzakami, dzikimi różami, kwiatami i innym badziewiem, którego nazw nie znałam i nie miałam zamiaru poznać.
            Zaparkowałam na (tak sądzę) podjeździe, który składał się z bujnej trawy. Wyjęłam wszystkie potrzebne rzeczy, a na szyję zawiesiłam identyfikator, z moim zdjęciem, nazwiskiem i pieczątkami, które miały udowodnić pani Linday, że naprawdę jestem wyznaczona na te prace. W sumie sądzę, że raczej nikt nie chciałby nic ukrasi z jej domu, no ale czort wie.
            Stanęłam przed drzwiami, które wyglądały jak gdyby były z minionej epoki. Raczej nie powinnam była szukać dzwonka, ale i tak to zrobiłam. Po nie owocnych poszukiwaniach, zapukałam trzy razy w drzwi, ze strachem, że w mojej pięści zostaną drzazgi. Niestety, nikt nie otworzył, ani się nie odezwał.
            Po kilku nieudanych próbach pukania, postanowiłam sama wejść do środka bez zaproszenia. W domu przywitał mnie kurz, o którego kręciło mnie w nosie. Sufit pokryty był plamami, przebarwieniami. Wyobraziłam sobie chatkę czarownicy z historii dla dzieci. Podejrzewam, że w oby przypadkach nie było wielkiej różnicy.
            Podłoga skrzypiała, a walało się po niej pełno paprochów i czegoś czego nie potrafiłam zidentyfikować. Pozostawiłam arsenał do sprzątania oparty o ścianę, ja sama zaś udałam się na poszukiwanie mieszkanki tego domu.
            Dom był mały, brudny, zakurzony i w sumie w okropnym stanie. Wszędzie warstwa kurzu mogła wynosić ponad pięć centymetrów. Podłoga skrzypiała, wydawała jęki. Nie zdziwiłabym się gdyby spod nóg wyskoczył mi szczur czy inne podobne stworzenie.
            Weszłam do pomieszczenia, który mógł być salonem. W fotelu przed staromodnym kominku siedziała staruszka w przetartym fartuchu. Oczy miała zamknięte, a oddychała powoli i miarowo. Kominek był w miarę dobrym stanie. Stały na nim ramki, trochę połamane, a zdjęcia pokrywał oczywiście kurz.
            Podeszłam do kobiety. Na głowie miała zawiązaną spraną chustkę w kwiatki. Włosy miała siwe i rzadkie. Z dwa kosmyki wystawały jej z tej chustki. Usta miała wysuszone i pomarszczone. Twarz, szyja i dłonie były pokryte zmarszczkami. Zastanawiało mnie tylko ile pani Linday ma lat.
            Szturchnęłam kobietę w ramię. Otworzyła przytomnie oczy, które wbiła we mnie jakbym była jakimś obrazkiem.
 - Dzień dobry – podniosłam identyfikator w jej stronę. – Jestem tu, bo to moje zadanie społeczne.
            Kobieta mrugnęła dwa razy, przeciągła się, po czym dopiero powiedziała:
 - Ty jesteś zapewne Even Alians.
            Kiwnęłam głową. Pani Linday wstała powoli, opierając się o swój fotel. W sumie jak stała, to nie wyglądała na taką starą.
 - Zgodzenie się na fakt, że obca dziewczyna będzie sprzątać mój dom dużo mnie kosztowało. Nie chcę za wiele zmian – zapatrzyła się na fotografie na kominku.
 - No wie pani…- wyciągnęłam z torby świstek do podpisania. – …może mi to pani podpisać już teraz i obie będziemy zadowolone.
            Roześmiała się ciepłym głosem. Kiedy na nią patrzałam myślałam o mojej babci, której nigdy nie poznałam. Czy też by się tak śmiała? No ale cóż, nie znam żadnej swojej babci, ani ze strony mamy ani taty.
 - Niestety, kochanie – uśmiechnęła się pani Linday – z jakiegoś powodu musisz to robić, a ja muszę dopilnować, abyś wykonała wyznaczona prace – spoczęła na swoim fotelu. – Rób co jest twoim obowiązkiem. Ale proszę, żebyś nie za bardzo przekładała moje rzeczy.
            Tak to więc się zaczęło.

            Dom pani Linday nie był aż taki zły. W sumie po za łuszczącą się farbą, odpadającymi kawałkami ścian, skrzypiącą i popękaną podłogą, warstwami kurzu i plamami pleśni, wilgoci na ścianie, dom był w dobrym stanie. Fundamenty trzymały go w pionie, dach i okna były szczelne, a dzięki staromodnemu kominkowi w salonie i kaflowemu piecowi w kuchni, zimą można było utrzymać ciepło.
            Podczas moich starań posprzątania domu oraz nadaniu mu wyglądu, pani Linday siedziała spokojnie w fotelu. Kiedy minęły pół godziny a ona nadal siedziała, zaczęłam się zastanawiać co takiego może ona robić całymi dniami.
            Wycierałam kurz na kominku, kiedy skupiłam się na fotografii widniejącej w ramce. Rozpoznałam na niej panią Linday – w ładnej żółtej sukience, nakrapianej w groszki, z szerokim uśmiechem na twarzy. Obejmował ją jakiś mężczyzna; podejrzewałam, że to jej mąż. Pomiędzy nimi stała dziewczynka, mogąca mieć jakieś jedenaście lat. Uśmiechała się równie szeroko jak pani Linday. Na twarzy, wokoło nosa miała całą masę piegów. Jej twarz wydawała mi się znajoma.
            Podniosłam zdjęcie, po czym skierowałam je w stronę właścicielki domu.
 - To pani mąż? – spytałam wskazując na mężczyznę.
            Pani Linday pokiwała powoli głową. Oczy delikatnie jej się zaszkliły, ale dostrzegłam w nich tęsknotę. Zrozumiałam, że życie pani Linday nie było łatwe.
 - Tak, skarbie, to mój mąż – skrzywiłam się na słowo ,,skarbie’’, ale patrzyłam dalej na kobietę. – Odszedł ode mnie kilka lat temu.
 - Odszedł?
 - Umarł.
            Wydukałam jakieś ,,Aha’’, po czym wpatrzyłam się ponownie w fotografię. Było mi szkoda pani Linday, samej w dużym, zaniedbanym domu.
 - A ta dziewczynka obok to moja córka – powiedziała. – Wiele lat staraliśmy się z mężem o dziecko. Kiedy już traciliśmy nadzieję, bo oboje byliśmy już dość starzy, ale w końcu się udało. Moja kochana córeczka przyszła na świat.
            Łzy pani Linday mówiły same za siebie. Skoro tak kochała córkę, to nie wierzę, aby ta porzuciła matkę w trudnej sytuacji.
 - Co z nią? – zapytałam.
 - Zaginęła.
            Kobieta cicho załkała. Nie chciałam, aby jeszcze jej się pogorszyło, więc zostawiłam ją w spokoju. 
            Zamiotłam podłogę. Zanim się obejrzałam minęły jakieś cztery godziny. Skończyłam zmiatać pajęczyny z sufitu, po czym wyjęłam świstek od dyrektora. Napisałam na nim datę i przepracowaną liczbę godzin. Dałam pani Linday do podpisania. Przejrzała sumiennie dokument i go podpisała.
 - Dosłyszałam się o tobie całe mnóstwo różnych opowiadań, Even – powiedziała, gdy zbierałam rzeczy do sprzątania. – Jesteś zdecydowanie milsza.
            Mało się  nie zaśmiałam w głos, na to stwierdzenie.
 - Czasem sprawiam zmienne wrażenia – przewiesiłam torbę przez ramię. Wszystko pozostałe tam zostawiałam. – Do zobaczenia, pani Linday.
 - Do zobaczenia – uśmiechnęła się.

            W domu nikogo nie było. Doskwierało mi gorąco, więc poszłam przykręcić ogrzewanie. Potem udałam się do kuchni. Nie miałam co liczyć na jakiś obiad czy kolację, toteż przeszukałam zamrażarkę w poszukiwaniu jedzenia. Znalazłam zapiekankę z szynką. Zagrzałam ją w piekarniku, a potem oblałam obficie ketchupem. Kiedy skończyłam jeść, akurat przyszła mama. Miała na sobie idealnie dopasowaną spódnicę do kolan i marynarkę. Jej kok był tak przyszpilony wsuwkami i lakierem do włosów, że żaden kosmyk nie warzył się wyjść. Zdjęła te swoje super szpilki za niewiadomo ile, po czym odmaszerowała do swojej sypialni. Fajna mamuśka co?
            Tamtymi czasami zachowywała się wobec mnie jeszcze gorzej niż zawsze. Trochę tego nie rozumiałam. Naprawdę. Co takiego musiałam zrobić, żeby własna matka mnie nienawidziła?
            Poszłam do swojego pokoju. Na biurku stało zdjęcie taty ze mną na ramionach. Nasze jedyne wspólne zdjęcie.
 - Co ja takiego zrobiłam, tato – wyszeptałam do zdjęcia.
            Nie byłam nawet pewna co do tego, co działo się ze mną. Tamtym czasem nie byłam już dawną sobą. W sumie jeszcze bardziej się zmienię. No ale o tym przekonacie się w najbliższej przyszłości. O ile tylko nie załamię się przy jakimś momencie.

             

4 komentarze: