Całą noc na zmianę przykrywałam się
kołdrą, po czym się odkrywałam. Noc ciągnęła się całe wieki, a ja zasnęłam
dopiero koło piątej rano.
W poniedziałek miałam tylko jedną wizytę lekarza, kilka podanych leków. Nick
czasem wysyłał mi wiadomości, objaśniające co się dzieje w szkole. Zero
atrakcji.
We wtorek czekał na mnie wypis. Ogarnęłam się, zaraz po tym jak pielęgniarka
odłączyła mnie od kroplówki. Poszłam do łazienki, gdzie wcisnęłam się w ubrania
Maxine. Spróbowałam też zakryć moją trupio bladą twarz. Włosy miałam dziwnie
rzadkie, więc splotłam je w warkocz francuski, którego nauczyła mnie Monique.
Na sali czekał już mój lekarz prowadzący i moja mama. Z niecierpliwością
stukała obcasem w podłogę, teatralnie zerkając na zegarek.
Usiadłam na łóżku. Pielęgniarki zmieniły już pościel dla nowego pacjenta.
Przysiadłam więc na samym brzegu, oczekująco patrząc na doktora.
-
No więc…panno Alians – zaczął. – Ostatnie wyniki nie wykazały nam nic nowego.
Po obserwacji wywnioskowaliśmy, że jest przy odpowiednich lekach może się pani
poprawić. Jak na razie otrzyma pani konkretne leki. Zobaczymy się za trzy
tygodnie na wizycie kontrolnej. Wtedy zobaczymy co dalej.
Pokiwałam wolno głową. Nie wiedziałam wtedy do końca co mi jest. Później wam to
wyjaśnię, no ale nie teraz, bo by nie było zabawy.
-
No cóż, to chyba na tyle…szybkiego powrotu do zdrowia – uśmiechnął się, po czym
podał mi wypis oraz plastykową torbę z lekami.
-
Dzięki – rzuciłam.
Pozbierałam swoje rzeczy. Wyszłam razem z mamą, która trzymała nos w telefonie.
Nie powiedziała do mnie ani jednego słowa. Strasznie mnie to irytowało, ale ja
też nic nie mówiłam. Dopiero, gdy byłyśmy pod domem, sięgnęła do schowka. Dała
mi do ręki woreczek z kolejnymi lekami. Zanim zdążyłam zapytać, wyszła z auta.
Też to zrobiłam. Od razu ruszyłam do siebie do pokoju. Położyłam wszystko na
łóżko, zaś sama poszłam pod prysznic.
Umyłam się dokładnie. Stałam pod strumieniem wody z pół
godziny, do czasu, aż na pomarszczyły mi się czubki palców. Zmyłam makijaż,
patrząc na moją twarz. Miałam wory pod oczami i trochę suche usta.
Przebrałam się w swoje ubrania. Zaczęłam oglądać wypis;
kilkanaście kartek, każde zawierające dokładny opis badań, jakie na mnie przeprowadzono.
Dokładny opis choroby, objaw oraz podejrzenie anemii.
Miałam jeszcze kartkę jak mam brać leki. Obejrzałam je.
Sprawdziłam, które są które. Potem zabrałam się za leki od mamy. Dopiero, gdy
przeczytałam ulotkę w środku, odkryłam co to. Antydesperanty.
Wyszłam z domu. Znowu kropiło. Nie specjalnie mnie to
przejęło. Wpadłam do sklepu. Kupiłam piwo. Nie wiem czemu akurat wtedy to
zrobiłam. Ale to zrobiłam. Poszłam na cmentarz. Zabawne co? Piwko przy grobie
jedynych ludzi, którzy cię zrozumieli – lub może to by zrobili. Zaczęło tak
padać, że nigdzie nie było ani żywej duszy. Kiedy otworzyłam puszkę, siedząc
przy grobie taty, stwierdziłam, iż teraz zachowuje się jak idiotka, więc
wylałam zawartość na piach obok grobu.
No więc podsumujmy co mamy – nie mogłam powiedzieć lekarzom, że moje
dolegliwości są wywoływane przez kontakt z duchami; wszyscy w koło sądzili, że
jestem chora na głowę; własna matka miała mnie w dupie. W sumie to można by
powiedzieć, że moja życie było cholernie fascynujące.
Nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić. Wpadł mi do głowy tylko jeden jedyny
pomysł. Ruszyłam więc w deszczu, w kierunku domu pani Linday.
Zastałam właścicielkę domu w salonie, w tym samym fotelu, ubraną tak samo jak
kilka dni temu. Spojrzała na mnie łagodnie. Wstała, po czym ruszyła do kuchni,
aby na starym piecyku ugotować wodę.
-
Dlaczego przyszłaś tutaj dzisiaj i to w taki deszcz? – zapytała mnie po chwili.
Wzruszyłam ramionami.
-
Ja po prostu…chciałam znaleźć miejsce, gdzie choć odrobinę się przydam –
przyznałam.
Pani Linday zrobiła nam herbaty w starych, nakruszonych kubkach, z liści mięty.
Spojrzała na mnie bystrym okiem, kręcąc głową.
-
Jesteś strasznie blada – zauważyła, podając mi kubek drżącymi rękoma.
-
Dopiero co wyszłam ze szpitala – upiłam łyka napoju. Herbata miała dziwny smak,
ale mimo to była dobra.
Kobieta przyglądała mi się badawczo. Kręciła głową, patrząc na moje mokre włosy
i ubrania. Sączyła powoli herbatę. Zauważyłam, że nieliczne krople spływały jej
po brodzie, na znoszone ubrania.
-
Czasem przypominasz mi moją córkę – odstawiła kubek na stolik z pogryzioną
przez mole nogą. – Nie wyglądem, ale charakterem.
-
Była pani blisko z nią?
-
Bardzo. Kochałam ją nad życie – zacisnęła ręce na piersi. – Przez wiele lat
starałam się mieć dziecko, ale nie mogłam zajść w ciążę. Kiedy mi się to udało,
byłam już dość stara.
Wzrok wbiła w przestrzeń za mną. Nie wiedziałam czy dobrze jest ją pytać o
szczegóły.
-
Co się z nią stało? – spytałam nad wyraz miękko.
- Pewnego
dnia wyszła z domu i nie wróciła. Przez wiele dni przeszukaliśmy każde miejsce
po kolei. Policja sprawdziła całe miasto. Przepytaliśmy jej znajomych, rodzinę,
nauczycieli, a nawet przypadkowych ludzi – smutek w oczach pani Linday wręcz
bił po oczach. – Szukaliśmy jej, szukaliśmy, szukaliśmy. Po pewnym czasie
policja sobie odpuściła, przypuszczali, że może gdzieś uciekła z własnej woli.
Ja i mój mąż dalej szukaliśmy. Aż do dnia, w którym przyszedł jakiś młody
policjant, oznajmiając, iż znaleziono ciało jakieś dziewczyny. Mój mąż dostał
zawału. A ja z krojącym się sercem, poszłam sprawić. To nie była moja córeczka.
Czekałam, aż będzie kontynuować. Jak na razie tylko przecierała oczy dłońmi.
Nie chciałam jej sprawiać bólu, ale chciałam, aby komuś to powiedziała. By jej
ulżyło.
-
Była cudowną dziewczyną – zaznaczyła. – Pilna, inteligentna, piękna i bardzo
miła. Pałała miłością dla każdego żywego stworzenia. Nikt się na nią nie
skarżył. Miała dobre wyniki w szkole, cudownego chłopaka. Aż pewnego dnia, gdy
wyszła z domu z nim ani ona nie wróciła, ani on.
Wiedziałam, że serce pani Linday może być słabe. Nie chciałam drążyć tematu po
to, by sprawiać jej ból. Wstałam więc, z zamiarem posprzątania, gdy jeszcze
dodała:
-
Wierzę, że sama z siebie by nie odeszła. Jeśli tak to mam nadzieję, że jest
szczęśliwa. Jeśli odeszła już na zawsze, do Boga, chciałabym odnaleźć chociażby
jej ciało, bym mogła odejść z tego świata z pełnym spokojem. I szczęściem.
Kiwnęłam głową.
Przez chwilę zastanowiłam się nad tym, jaka by była reakcja mojej mamy, gdybym
tak nagle zniknęła. Jednak otrząsnęłam się z tych myśli. Zaczęłam więc
sprzątać.
Z czasem miałam nadzieję, że
pani Linday powie coś jeszcze o swojej córce. Szczerze
chciałam
by się znalazła, ale sądzę, że może nie żyć. Ale to jest równe temu, iż może
mi się
udać znaleźć choćby jej ciało. Może gdzieś w pobliżu był jej duch. Maggie była
tam gdzie
popełniła samobójstwo. Cała masa innych duchów była na cmentarzu.
Poszłam
więc na strych. Był strasznie obskurny, zatęchły, a co jakiś czas mijały mnie
szczury. Chciałam znaleźć tam jakieś prywatne rzeczy jej córki, by wiedzieć co
mogę zrobić.
Odnalazłam na dole prawdopodobnie pokój tej dziewczyny, ale
nic nie pomogło mi w jej namierzeniu. Zaczęłam przeczesywać strych. Musiałam
uważać na pajęczyny i niski sufit. Dach strasznie przeciekał, a grzyb i pleśń
pokrywały całe ściany.
W kącie zobaczyłam kartony. Wystawały z nich różne
przedmioty. Wzięłam pierwszą ramkę ze zdjęciem w środku. Spojrzałam na
fotografię. Przedstawiała córkę pani Linday z jakimś chłopakiem (który kogoś mi
przypominał). Usiadłam na podłodze, szperając w kartonie.
- Tutaj raczej sprzątać nie musisz –
usłyszałam za sobą, aż serce mi podskoczyło.
Odwróciłam
się. Pani Linday stała spokojnie za mną, przyglądając się.
- Szukasz czegoś konkretnego? – zapytała.
- Chodzi o to, że – myślałam przez chwilę co
mam powiedzieć. – Ja mam bardzo specyficzną zdolność…
- Zdolność?
- No tak. Chodzi o to, że chciałam spróbować odnaleźć
pani córkę.
W oczach kobiety dostrzegłam coś
więcej niż nadzieję. Jednak po kilku sekundach owe uczucie znikło. Pierwszy raz
w życiu pomyślałam sobie, że może dam radę komuś naprawdę pomóc. Że muszę komuś
pomóc.
- Chciałabym znać jakieś szczególne miejsce, w
którym uwielbiała przebywać – wytłumaczyłam.
Kiwnęła głową, po czym z wyraźnym
trudem podeszła do ostatniego kartonu przy ścianie. Zaczęła wyjmować ubrania, starannie
poskładane. Na samym dnie znalazła kolejną fotografię. Wstała i drżącą ręką
podała mi owe zdjęcie.
Przyjrzałam
się temu. Była tam dziewczyna siedząca na małym, drewnianym mostku, a za nią
rozpościerało się jezioro. Miała przed sobą książkę, a na czubku głowy okulary
przeciw słoneczne.
- Kochała to jezioro – pani Linday wytarła
oczy skrawkiem fartucha.
- Jak się nazywała? – dopytywałam.
- Nina –
usłyszałam.
Coś mi zaświtało. Właśnie w tamtym
momencie zdałam sobie sprawę z tego kim naprawdę była Nina. Nie byłam co do
końca pewna swojej tezy. Jednak z czasem okazała się słuszna.
- Obiecuje pani – uścisnęłam jej zmarszczoną
dłoń. – Zrobię co w mojej mocy, aby ją znaleźć.
Pani Linday kiwnęła głową. Jednak w
jej oczach był tylko smutek. Wzięłam więc zdjęcie, wstałam, otrzepałam kolana.
Postanowiłam wprowadzić swój plan w życie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz