środa, 3 sierpnia 2016

Rozdział dwudziesty czwarty

            Całą noc na zmianę przykrywałam się kołdrą, po czym się odkrywałam. Noc ciągnęła się całe wieki, a ja zasnęłam dopiero koło piątej rano.
            W poniedziałek miałam tylko jedną wizytę lekarza, kilka podanych leków. Nick czasem wysyłał mi wiadomości, objaśniające co się dzieje w szkole. Zero atrakcji.
            We wtorek czekał na mnie wypis. Ogarnęłam się, zaraz po tym jak pielęgniarka odłączyła mnie od kroplówki. Poszłam do łazienki, gdzie wcisnęłam się w ubrania Maxine. Spróbowałam też zakryć moją trupio bladą twarz. Włosy miałam dziwnie rzadkie, więc splotłam je w warkocz francuski, którego nauczyła mnie Monique.
            Na sali czekał już mój lekarz prowadzący i moja mama. Z niecierpliwością stukała obcasem w podłogę, teatralnie zerkając na zegarek.
            Usiadłam na łóżku. Pielęgniarki zmieniły już pościel dla nowego pacjenta. Przysiadłam więc na samym brzegu, oczekująco patrząc na doktora.
 - No więc…panno Alians – zaczął. – Ostatnie wyniki nie wykazały nam nic nowego. Po obserwacji wywnioskowaliśmy, że jest przy odpowiednich lekach może się pani poprawić. Jak na razie otrzyma pani konkretne leki. Zobaczymy się za trzy tygodnie na wizycie kontrolnej. Wtedy zobaczymy co dalej.
            Pokiwałam wolno głową. Nie wiedziałam wtedy do końca co mi jest. Później wam to wyjaśnię, no ale nie teraz, bo by nie było zabawy.
 - No cóż, to chyba na tyle…szybkiego powrotu do zdrowia – uśmiechnął się, po czym podał mi wypis oraz plastykową torbę z lekami.
 - Dzięki – rzuciłam.
            Pozbierałam swoje rzeczy. Wyszłam razem z mamą, która trzymała nos w telefonie. Nie powiedziała do mnie ani jednego słowa. Strasznie mnie to irytowało, ale ja też nic nie mówiłam. Dopiero, gdy byłyśmy pod domem, sięgnęła do schowka. Dała mi do ręki woreczek z kolejnymi lekami. Zanim zdążyłam zapytać, wyszła z auta. Też to zrobiłam. Od razu ruszyłam do siebie do pokoju. Położyłam wszystko na łóżko, zaś sama poszłam pod prysznic.
Umyłam się dokładnie. Stałam pod strumieniem wody z pół godziny, do czasu, aż na pomarszczyły mi się czubki palców. Zmyłam makijaż, patrząc na moją twarz. Miałam wory pod oczami i trochę suche usta. 
Przebrałam się w swoje ubrania. Zaczęłam oglądać wypis; kilkanaście kartek, każde zawierające dokładny opis badań, jakie na mnie przeprowadzono. Dokładny opis choroby, objaw oraz podejrzenie anemii.
Miałam jeszcze kartkę jak mam brać leki. Obejrzałam je. Sprawdziłam, które są które. Potem zabrałam się za leki od mamy. Dopiero, gdy przeczytałam ulotkę w środku, odkryłam co to. Antydesperanty.

Wyszłam z domu. Znowu kropiło. Nie specjalnie mnie to przejęło. Wpadłam do sklepu. Kupiłam piwo. Nie wiem czemu akurat wtedy to zrobiłam. Ale to zrobiłam. Poszłam na cmentarz. Zabawne co? Piwko przy grobie jedynych ludzi, którzy cię zrozumieli – lub może to by zrobili. Zaczęło tak padać, że nigdzie nie było ani żywej duszy. Kiedy otworzyłam puszkę, siedząc przy grobie taty, stwierdziłam, iż teraz zachowuje się jak idiotka, więc wylałam zawartość na piach obok grobu.
            No więc podsumujmy co mamy – nie mogłam powiedzieć lekarzom, że moje dolegliwości są wywoływane przez kontakt z duchami; wszyscy w koło sądzili, że jestem chora na głowę; własna matka miała mnie w dupie. W sumie to można by powiedzieć, że moja życie było cholernie fascynujące.
            Nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić. Wpadł mi do głowy tylko jeden jedyny pomysł. Ruszyłam więc w deszczu, w kierunku domu pani Linday. 
            Zastałam właścicielkę domu w salonie, w tym samym fotelu, ubraną tak samo jak kilka dni temu. Spojrzała na mnie łagodnie. Wstała, po czym ruszyła do kuchni, aby na starym piecyku ugotować wodę.
 - Dlaczego przyszłaś tutaj dzisiaj i to w taki deszcz? – zapytała mnie po chwili.
            Wzruszyłam ramionami.
 - Ja po prostu…chciałam znaleźć miejsce, gdzie choć odrobinę się przydam – przyznałam.
            Pani Linday zrobiła nam herbaty w starych, nakruszonych kubkach, z liści mięty. Spojrzała na mnie bystrym okiem, kręcąc głową.
 - Jesteś strasznie blada – zauważyła, podając mi kubek drżącymi rękoma.
 - Dopiero co wyszłam ze szpitala – upiłam łyka napoju. Herbata miała dziwny smak, ale mimo to była dobra.
            Kobieta przyglądała mi się badawczo. Kręciła głową, patrząc na moje mokre włosy i ubrania. Sączyła powoli herbatę. Zauważyłam, że nieliczne krople spływały jej po brodzie, na znoszone ubrania.
 - Czasem przypominasz mi moją córkę – odstawiła kubek na stolik z pogryzioną przez mole nogą. – Nie wyglądem, ale charakterem.
 - Była pani blisko z nią?
 - Bardzo. Kochałam ją nad życie – zacisnęła ręce na piersi. – Przez wiele lat starałam się mieć dziecko, ale nie mogłam zajść w ciążę. Kiedy mi się to udało, byłam już dość stara.
            Wzrok wbiła w przestrzeń za mną. Nie wiedziałam czy dobrze jest ją pytać o szczegóły.
 - Co się z nią stało? – spytałam nad wyraz miękko.
- Pewnego dnia wyszła z domu i nie wróciła. Przez wiele dni przeszukaliśmy każde miejsce po kolei. Policja sprawdziła całe miasto. Przepytaliśmy jej znajomych, rodzinę, nauczycieli, a nawet przypadkowych ludzi – smutek w oczach pani Linday wręcz bił po oczach. – Szukaliśmy jej, szukaliśmy, szukaliśmy. Po pewnym czasie policja sobie odpuściła, przypuszczali, że może gdzieś uciekła z własnej woli. Ja i mój mąż dalej szukaliśmy. Aż do dnia, w którym przyszedł jakiś młody policjant, oznajmiając, iż znaleziono ciało jakieś dziewczyny. Mój mąż dostał zawału. A ja z krojącym się sercem, poszłam sprawić. To nie była moja córeczka.
            Czekałam, aż będzie kontynuować. Jak na razie tylko przecierała oczy dłońmi. Nie chciałam jej sprawiać bólu, ale chciałam, aby komuś to powiedziała. By jej ulżyło.
 - Była cudowną dziewczyną – zaznaczyła. – Pilna, inteligentna, piękna i bardzo miła. Pałała miłością dla każdego żywego stworzenia. Nikt się na nią nie skarżył. Miała dobre wyniki w szkole, cudownego chłopaka. Aż pewnego dnia, gdy wyszła z domu z nim ani ona nie wróciła, ani on.
            Wiedziałam, że serce pani Linday może być słabe. Nie chciałam drążyć tematu po to, by sprawiać jej ból. Wstałam więc, z zamiarem posprzątania, gdy jeszcze dodała:
 - Wierzę, że sama z siebie by nie odeszła. Jeśli tak to mam nadzieję, że jest szczęśliwa. Jeśli odeszła już na zawsze, do Boga, chciałabym odnaleźć chociażby jej ciało, bym mogła odejść z tego świata z pełnym spokojem. I szczęściem.
 Kiwnęłam głową. Przez chwilę zastanowiłam się nad tym, jaka by była reakcja mojej mamy, gdybym tak nagle zniknęła. Jednak otrząsnęłam się z tych myśli. Zaczęłam więc sprzątać.
Z czasem miałam nadzieję, że pani Linday powie coś jeszcze o swojej córce. Szczerze
chciałam by się znalazła, ale sądzę, że może nie żyć. Ale to jest równe temu, iż może
mi się udać znaleźć choćby jej ciało. Może gdzieś w pobliżu był jej duch. Maggie była
tam gdzie popełniła samobójstwo. Cała masa innych duchów była na cmentarzu.
Poszłam więc na strych. Był strasznie obskurny, zatęchły, a co jakiś czas mijały mnie szczury. Chciałam znaleźć tam jakieś prywatne rzeczy jej córki, by wiedzieć co mogę zrobić.
Odnalazłam na dole prawdopodobnie pokój tej dziewczyny, ale nic nie pomogło mi w jej namierzeniu. Zaczęłam przeczesywać strych. Musiałam uważać na pajęczyny i niski sufit. Dach strasznie przeciekał, a grzyb i pleśń pokrywały całe ściany.
W kącie zobaczyłam kartony. Wystawały z nich różne przedmioty. Wzięłam pierwszą ramkę ze zdjęciem w środku. Spojrzałam na fotografię. Przedstawiała córkę pani Linday z jakimś chłopakiem (który kogoś mi przypominał). Usiadłam na podłodze, szperając w kartonie.
 - Tutaj raczej sprzątać nie musisz – usłyszałam za sobą, aż serce mi podskoczyło.
            Odwróciłam się. Pani Linday stała spokojnie za mną, przyglądając się.
 - Szukasz czegoś konkretnego? – zapytała.
 - Chodzi o to, że – myślałam przez chwilę co mam powiedzieć. – Ja mam bardzo specyficzną zdolność…
 - Zdolność?
 - No tak. Chodzi o to, że chciałam spróbować odnaleźć pani córkę.
            W oczach kobiety dostrzegłam coś więcej niż nadzieję. Jednak po kilku sekundach owe uczucie znikło. Pierwszy raz w życiu pomyślałam sobie, że może dam radę komuś naprawdę pomóc. Że muszę komuś pomóc.
  - Chciałabym znać jakieś szczególne miejsce, w którym uwielbiała przebywać – wytłumaczyłam.
            Kiwnęła głową, po czym z wyraźnym trudem podeszła do ostatniego kartonu przy ścianie. Zaczęła wyjmować ubrania, starannie poskładane. Na samym dnie znalazła kolejną fotografię. Wstała i drżącą ręką podała mi owe zdjęcie.
            Przyjrzałam się temu. Była tam dziewczyna siedząca na małym, drewnianym mostku, a za nią rozpościerało się jezioro. Miała przed sobą książkę, a na czubku głowy okulary przeciw słoneczne.
 - Kochała to jezioro – pani Linday wytarła oczy skrawkiem fartucha.
 - Jak się nazywała? – dopytywałam.
- Nina – usłyszałam.
            Coś mi zaświtało. Właśnie w tamtym momencie zdałam sobie sprawę z tego kim naprawdę była Nina. Nie byłam co do końca pewna swojej tezy. Jednak z czasem okazała się słuszna.
 - Obiecuje pani – uścisnęłam jej zmarszczoną dłoń. – Zrobię co w mojej mocy, aby ją znaleźć.
            Pani Linday kiwnęła głową. Jednak w jej oczach był tylko smutek. Wzięłam więc zdjęcie, wstałam, otrzepałam kolana. Postanowiłam wprowadzić swój plan w życie.
           


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz