czwartek, 22 września 2016

Rozdział trzydziesty drugi

 - Na taki pomysł bym nie wpadł – przyznał Logan, uśmiechając się tym swoim uśmieszkiem.
            Kiedy już udało mi się wybyć z domu, napisałam wiadomość do Logana. Chciałam mu się pochwalić, że również postarałam się ,,wyjąć’’ swoje uczucia na wierzch. Tak więc, patrząc na szybę, w której widziałam swoje odbicie, moje ognisto-czerwone włosy strasznie mnie zadziwiały.
            Tego dnia moja szacowana mama zadziwiająco zareagowała na moje włosy. Darła się w niebogłosy, o tym, że przynoszę jej wstyd, że wyglądam strasznie. Powiedziała, iż nie mam prawa wyglądać tak w jej domu. Zaś w momencie, kiedy zaproponowałam jej moją wyprowadzkę, skomentowała to zdaniem: ,,Gdy skończysz osiemnaście lat możesz się wyprowadzać. Możesz się nawet zaćpać na śmierć’’. To znaczy, ujęła to delikatniej, ale ja to tak zrozumiałam.
            Tyrała mnie bardzo długo jak na nią. Z dobre pół godziny robiła mi wykład na temat tego, że nie wpuszczą mnie do szkoły i tak dalej. Ja przypomniałam jej, iż wczoraj był ostatni dzień liceum. Kiedy ona wypomniała mi, że zachowuje się jak dziecko, ja odparłam, iż tak mnie wychowała. W momencie gdy zarzuciła mi to co sobie pomyślą o niej ludzie, powiedziałam jej, że to moja głowa i moja osoba. Potem w końcu wymknęłam się do pokoju, gdzie się przebrałam. Postarałam się zakryć makijażem cienie pod oczami oraz zapadnięte policzki. W tamtym czasie wyglądałam nadal jak kościotrup.
            Szybko przemknęłam przez dom, by dojść do miasta i kafejki, w której umówiłam się z Loganem.
 - Pasują ci te włosy – zaznaczył chłopak.
            Wzięłam do ręki menu. Przebiegłam oczami po setkach napoi, od zimnych po gorące. W sumie na dworze było już naprawdę ciepło, słońce ostro świeciło, a wszyscy ludzie naokoło pokazywali swoje blade nogi albo super opaleniznę, jeśli ktoś chodził na solarium.
            Logan również wpasował się w pogodę. Miał na sobie luźne, brązowe szorty oraz ciemnoniebieską koszulkę polo. Zamówił sobie colę z lodem. Ja zdecydowałam się na ciemną kawę.  - Jakieś plany na wakacje? – zapytał mnie, sącząc przez słomkę napój.
            Pociągnęłam łyka kawy. Przez okno wychodzące na ulicę zobaczyłam dziewczynkę, która pokazywała na mnie palcem. Jej chyba mama odciągnęła ją od szyby, trzymając ją za rękę.
 - W sumie nad tym nie myślałam – wzruszyłam ramionami. – Na razie martwię się tylko najbliższym piątkiem. Moja mama wyprawia urodziny, a po jej wykładzie na temat mojego wyglądu nie mam ochoty tam być.
 - Same imprezy ostatnio – mruknął.
            Ciągle bawił się serwetką. Zginał ją na pół, potem jeszcze raz, rozprostowywał ją, zgniatał i zaczynał od początku. Gdy to robił, zauważyłam, że paznokcie ma tak krótkie, postrzępione, iż zapewne musiał je obgryzać. Gdzieniegdzie widziałam na palach plami krwi, świadczące o mojej racji. Nie powiedziałam tego na głos, ale chyba powinien zaprzestać robienia tego ze swoimi paznokciami.
 - Ty robisz coś kreatywnego? – przerwałam ciszę.
            Zwrócił na mnie swoją uwagę. Z oczu powoli uleciała mi zaduma. Znowu posłał mi swój łajdacki uśmiech. Złożył serwetkę w równy prostokąt. Postawił na niej szklankę z colą.
 - Zapewne tata zmusi mnie do jakiegoś ,,kreatywnego’’ zajęcia – powiedział.
            Chwyciłam za kubek z kawą. Ciepła para buchnęła mi w twarz, gdy lekko podmuchałam w jeszcze gorącą kawę. Upiłam kolejny łyk. Jej ciepło rozlało mi się po gardle. Nadal trzymając kubek kontunowałam temat.
 - To znaczy?
 - W tamte wakacje miałem szkolenie dla ratowników – uniosłam pytająco brew. – No wiesz, siedzę patrzę jak dziewczyny mdleją na mój widok w wodzie, a ja płynę je ocalić.
 - Super. Ale nie sądzę by jakaś dziewczyna mdlała na twój widok.
            Uśmiechnął się szelmowsko. Nawet ze zmierzwionymi włosami, niedbale ubrany (jego koszulka była mocno zgnieciona) wyglądał jak młody bóg. Wpatrywałam się w niego, a on zaśmiał się.
 - Sama widzisz jak działam na kobiety – rzucił.
            Odwróciłam wzrok. Na policzkach poczułam ciepło. Wzięłam menu i zaczęłam się nim wachlować, udając że mi gorąco. Tak naprawdę ostatnio cały czas było mi zimno, jednak nie chciałam dać satysfakcji Loganowi.
 - Strasznie tu ciepło – powiedziałam pod nosem.
            Chłopak pokiwał głową, nadal się uśmiechając. Skończył pić swój napój. Zapatrzył się w okno obok. W tym czasie moje policzki chyba wróciły do pierwotnego koloru.
            Za szybą widać było parę staruszków. Kobieta była uczepiona mężczyzny obok, jakby sama nie dała rady zrobić ani kroku. Była to para typu Na zawsze. Logan uśmiechnął się, tym razem ciepło, gdy mężczyzna pomagał kobiecie przejść przez pasy. Wyglądali razem na strasznie szczęśliwych.
  - Chciałbym żeby moja przyszłość tak wyglądała – wskazał dłonią na staruszków. – Chciałbym żyć z kimś do końca życia. Zero rozwodów czy życia bez ślubu.
            Nic nie odpowiedziałam. Skończyłam kawę. Zapłaciliśmy gdy pojawiła się kelnerka. Potem ruszyliśmy chodnikiem, w stronę mojego domu, choć był to kawałek. Logan zaproponował, że mnie odprowadzi, bo i tak sam przyszedł pieszo. Idąc obok siebie, niemal stykając się ramionami, jednocześnie chciałam się odsunąć i podejść bliżej. Cisza między nami nadal trwała, jakbyśmy co najmniej nie mieli żadnego tematu do rozmowy.
            Logan od czasu do czasu na mnie zerkał. Miał spokojny wyraz twarzy. Ludzie mijali nas bez słowa, a ja czułam się trochę tak jakbyśmy szli obok siebie tylko przypadkiem. Trwałam w tym odczuciu, dopóki chłopak się nie odezwał.
 - Masz naprawdę śliczne oczy – mówiąc to nawet na mnie nie spojrzał.
            Poczułam wypieki na twarzy – już drugi raz tego samego dnia. Potarłam z zażenowaniem policzki, na co Logan wybuchł głośnym śmiechem.
 - Czy tobie nikt nie prawi komplementów?
            Pokręciłam głową, umyślnie patrząc w drugą stronę. Zastanawiałam się czy moje policzki nadal mają kolor moich włosów.
 - Naprawdę. No wiesz widziałem masę brązowych oczu. Nawet moja mama miała coś na styl koloru mleczno czekoladowego. Ale twoje mają jakby jakieś plamki. Złote, ciemno-jasno brązowe, czarne, żółte. Nigdy i nigdzie takich nie widziałem.
            Patrzył na mnie. Wlepiał we mnie te swoje oczy, czekając na moją reakcje. Ja tylko, niby od niechcenia, wzruszyłam ramionami.
 - Oczy jak oczy – skomentowałam.
            Byliśmy prawie pod moim domem. Logan oczywiście dalej mówił.
 - Boże, Even. Czy ty nie umiesz przyjąć komplementu?
            Znowu wzruszyłam ramionami.
 - Jezuu – złapał się za głowę. – I to ja jestem denerwujący.
            Roześmiałam się. Czystym, spokojnym śmiechem. Nawet nie wiedziałam z czego tak naprawdę się śmieje, ale i tak chichrałam się na całego.
 - O co ci chodzi? – zapytał zaskoczony.
  - Jeszcze kilka tygodni temu nie umiałam pojąć czemu ludzie nazywają mnie potworem – wyznałam z uśmiechem. – A dzisiaj nie umiem przyjąć komplementu.
            Od mojej ,,rozmowy’’ z tą staruszką nad grobem taty minęło już sporo czasu. Muszę przyznać, że odeszła mi chęć na zmienianie siebie. Z tygodnia na tydzień zmieniałam się, pozostając sobą.
            Ale jajca co?

            Siedziałam na łóżku. Przed sobą miałam otwartego laptopa oraz całą masę kartek. Na każdej napisana była jedna teza, wymyślona przeze mnie, Nicka lub Maxine. Nasze pomysły dotyczyły tajemniczego Chrisa. O ile jeszcze żył, chciałam go znaleźć.
            Na biurku leżała cała sterta gazet. Sprawdzałam wszystkie wypadki ostatnich miesięcy, szukając jakiegoś odniesienia dla tego chłopaka. Raz na jakiś czas ktoś z nas wpadał na jakiś pomysł, albo trop, ale niestety nic się nie zgadzało.
            Przede wszystkim nie wiedziałam jednego. Czy ten oto chłopak, albo raczej jego widmo, miał na imię Chris czy może potencjalny zabójca tak się nazywał? Może to świadek śmierci?
            Akurat tamtego dnia nie mogłam się skupić. Mama latała po całym domu, więc słyszałam tylko jej słowa skierowane go Elizy albo stukanie jej obcasów, po drewnianej podłodze.
            Następnego dnia miły być jej urodziny. Zawsze wyprawiała dość huczne imprezy dla siebie, więc nie dziwiło mnie, że postanowiła zorganizować to również tamtego roku. Cały dzień kupowała wina, składniki na sałatki, całe kilogramy mięsa. Za jakieś dwie godziny miały przyjechać jej panie od cateringu, co niechybnie oznaczało jeszcze większy ruch w domu.
            Skoro skończyła się szkoła, nie miałam za wiele do roboty. Często jeździłam do Nicka, pomagałam jego mamie w różnych zajęciach. Znowu zaczęłam spędzać w ich domu więcej czasu, niż w swoim własnym. Czasem wybierałyśmy się z Maxine do galerii. Niekiedy, idąc na cmentarz, widywałam Monique. Uśmiechała się do mnie i mi machała. Zdarzało mi się rozmawiać z jej tatą. Ale najczęściej spotykałam się z Loganem. Całe godziny spędzałam drocząc się z nim, gadając o bzdetach. Co jest najzabawniejsze, często razem chodziliśmy na cmentarz. Siedzieliśmy w ciszy przed grobem jego matki i siostry, a potem obok miejsca spoczynku mojego ojca. Odnajdowaliśmy coraz więcej rzeczy, które nas łączyły. Choć czasem kłóciliśmy się, gdy mieliśmy odmienne zdania.
            Nadal jednak szukałam Chrisa. Ale skubany się schował. Myślałam nawet nad opcją, że pochodzi z innego kontynentu, ale nie byłam pewna.
            Chcecie niespodzianki? Proszę bardzo.
            Nawet zaczęłam chodzić do kościoła.
            Badbusss. Wiem. Też była zszokowana.
            No więc postanowiłam sobie, że przez okres wakacji znajdę Chrisa. Nie ważne kim był, gdzie był ani co robił. Chciałam go znaleźć.
            Pojawiła się mama. Nawet nie pofatygowała się żeby zapukać. Ja nie zaszczyciłam jej spojrzeniem, tylko dalej zapisywałam coś na kartce. Stanęła niedaleko łóżka.
 - Czyżbyś wzięła się w końcu za naukę? – parsknęła, krzyżując ramiona na piersi.
            Spokojnie najechałam kursorem na kolejną stronę. Nie śpieszyłam się z odpowiedzią.
 - Nie – odparłam.     
            Stała tam, chyba oczekując że to ja zacznę się wydzierać, aby mogła spokojnie na mnie pokrzyczeć. Odchrząknęła kilka razy, ale ja dalej spokojnie zajmowałam się tym czym się zajmowałam.
 - Nie chce żebyś przynosiła mi wstyd jutro, toteż…- zaczęła. - Spokojna głowa – przerwałam jej. – Nie wyjdę stąd jutro nawet na chwilę. O ile nie zakwaterujesz w moim pokoju jakieś kolejnej ciotki. W razie czego wyjdę sobie oknem.
            Resztę słów jakie do mnie pokierowała puściłam mimo uszu. Wyszła, dobitnie trzaskając drzwiami. Jako mój własny protest, podeszłam do wieży, po czym puściłam dość głośno muzykę.
          
            Udało mi się zasnąć jakoś po czwartej nad ranem. Gdy już otworzyłam oczy było dobrze po pierwszej popołudniu. Na dole słyszałam brzdęk naczyń, rozmowy i salwy śmiechu. Chciałam znowu zasnąć, ale nie byłam w stanie.            Jak na złość Nick i jego mama, jechali na urodziny jakieś ciotki, trzy godziny drugi z miasta. Zaś Maxine wyjechała do Grecji z rodzicami, na jakieś dwa tygodnie. Logan, jakby się zgadał z Nickiem, pojechał w odwiedziny do babci. A ja zostałam z całą tą imprezą w domu.
            Na całe szczęście dzień zlecił mi naprawdę szybko. Przesiedziałam całe te przygotowanie w pokoju, używając Internetu, czytając czy drzemając. Około dziewiątej, kiedy wszyscy goście już byli, a sto lat zostało odśpiewane z cztery razy, poszłam wziąć prysznic. Ubrana w spodenki i za duży T-shirt (choć w sumie większość moich ciuchów była za duża), zakopałam się w kołdrę, z myślą, że może zasnę.
            Serio, jeśli łudziłam się, że zasnę odurzona zapachem alkoholu, masy jedzenia, przy śmiechu i głosach różnych ludzi, to nadal musiałam nie ogarniać życia. Cały czas słyszałam rozmowy, muzykę, śpiewy, stukanie butów. Od czasu do czasu ktoś wchodził po schodach, zapalając światło, które przez szparę na dole drzwi, wpadało do mojego pokoju. Ludzie coś krzyczeli, a ja w ogóle nie rozpoznawałam głosów. Mimo to, podejrzewałam, iż jest tam masa osób.
            Około północy, czytałam przy świetle lampki nocnej, po raz trzeci tę samą kartkę. Nie mogłam się na niczym skupić. Oczy już mnie bolały, zaś w głowie huczało mi od muzyki. W domu było strasznie gorąco, to też moja pościel leżała skopana na boku. Oczywiście jak na złość, zepsuła mi się roleta, przez co w pokoju było dziwnie jasno.
            Po pierwszej w moim pokoju pojawił się duch. Zagubiony, rozglądał się po pomieszczeniu. Nie wyganiałam go, ale kiedy podszedł strasznie blisko łóżka (tak, że czułam chłód, który od niego bił), wbiłam w niego spojrzenie. Rozmył się. Poczułam jak z nosa powoli kapie mi krew. Zaczynałam się zastanawiać, jak bardzo poważnie mogą się skończyć moje kontakty z duchami. W końcu tego nawet nie dotknęłam.
            Wpół do drugiej, stanęłam na nogi. Ubrałam się w czarne legginsy, podkoszulek i grubą bluzę. Założyłam kaptur na głowę, tak że wystawały mi tylko małe pasma włosów. Do uszu wcisnęłam słuchawki, po czym puściłam sobie muzykę na ful.
            Kiedy wszyscy poszli do salonu, gdzie było centrum imprezy, ja szybko wymknęłam się z domu. Wsadziłam ręce w kieszenie. Szłam żwawym krokiem po pustych chodnikach, oświetlonych blaskiem latarni.
            Raz na jakiś czas mijali mnie widocznie wstawieni nastolatkowe i mężczyźni. Mimo to szłam w zaparte, pozostawiając wszystko za sobą.
            Trafiłam na jakiś całodobowy bar. Weszłam do niego i usadowiłam się w najmniej widocznym boksie. W rogu pomieszczenia grupka facetów grała w bilard. Jednak bardziej skupiali się na rozmowie i piwie trzymanym w dłoniach. Wymachiwali kijami do gry na głowami, przesadnie gestykulując. Jeszcze bardziej schowałam się na swoim miejscu, wychylając się tylko wtedy, gdy obok pojawiła się kelnerka.
            Zamówiłam kawę. Miałam nadzieję, że porządna dawka kofeiny mnie pobudzi. Myliłam się, bo po kilku minutach zasnęłam.            Obudziło mnie pukanie w ramię. Było dobrze po szóstej, jeśli wierzyć zegarowi na zapleśniałej ścianie. Spojrzałam na osobę, która mnie obudziła. Była to młoda dziewczyna, może dwudziesto- dwudziesto paro letnia. Miła wyraźny makijaż, żółtą sukienkę i fartuch. Trzymała w dłoni notatnik, posyłając mi pytające spojrzenie.
 - Wszystko w porządku? – zapytała.
 - Tak, ja tylko…- przetarłam oczy. – Ja tylko nie sądziłam, że zasnę.
            Dziewczyna pokiwała głową. Loki w kolorze słońca zakołysały się leniwie.
 - Masz szczęście, że nikt cię nie porwał – kelnerka zaśmiała się cicho.
 - Jeszcze by mi nerki ukradli czy coś – obie wybuchłyśmy śmiechem.            Wstałam. Przeciągnęłam się, stając na palcach i wyciągając ramiona do góry. Potem wygrzebałam z kieszeni banknoty i podałam je dziewczynie. Spojrzała zszokowana na pieniądze, już je odliczając by oddać mi resztę. Machnęłam na nią ręką.
 - Reszty nie trzeba – powiedziałam. – Miłego dnia.
            Szybko wyszłam z baru.
            Na dworze panował chłód. Mocno wcisnęłam dłonie w kieszenie. Idąc w kierunku domu, gdzie urodziny pewnie już się skończyły, postanowiłam zajść na cmentarz.
            Zbliżając się do grobu taty, spostrzegłam zjawę, majaczącą za grobem. Podchodząc coraz bliżej, zaczęłam odróżniać poszczególne elementy jej wyglądu.  Zauważyłam jej ciemne włosy, splecione w rozlatujący się warkocz. Miała na sobie długą koszulę nocną. Coś w wyrazie jej twarzy wydawało mi się dziwne… zaś  sama jej twarz wyglądała mi na znajomą.
            Powoli się do niej zbliżyłam. Chciałam udawać, że jej nie widzę, jednak ta już spostrzegła mój speszony wzrok, gdy patrzałam na nią.
 - Widzisz mnie – jej głos wydawał mi się ochrypły.
            Nie chciałam z nią rozmawiać. Wydawała mi się podejrzana. Jednak wbiłam w nią wzrok, starając się wyglądać poważnie.
 - Jesteś taka podobna do Roba – wymruczała cicho.
            Przyglądała mi się. Dostrzegłam nikły brąz w jej oczach.
 - Kim jesteś? – zapytałam.
            Kobieta się rozpłynęła. Obróciłam się w koło szukając jej wzrokiem. Odnalazłam ją nieopodal, stojącą obok jakiegoś grobu. Ostrożnie, lawirując wokoło nagrobków, dotarłam na miejsce. Duży napis głosił, że spoczywała tam Hope Price.
 - To ty tutaj leżysz? – wskazałam głową na grób.
            Duch powoli pokiwał głową. Przyjrzałam się jej dacie śmierci. Po obliczeniu, wywnioskowałam, że zmarła w wieku dwudziestu pięciu lat. Na dodatek zmarła dokładnie siedem dni po moich narodzinach.
  - Kim jesteś? – zapytałam ponownie.
 - Nie powiedzieli ci – widmo zmrużyło oczy. – Mogłam się tego spodziewać po Amandzie.
            Zniknęła. Odwróciłam się. Stała dokładnie za mną, przyglądając się mojej twarzy. Coś w jej oczach, uśmiechu – coś tak bardzo mi przypominało kogoś.
 - Miałam nadzieję, że może chociaż Clara ci powie – wyszeptała.
            Stała tak strasznie blisko. Przenikało mnie zimno, które wręcz od niej emanowało. Czułam się słabo, było mi niedobrze. Ale ta kobieta tak strasznie mnie ciekawiła. Nie umiałam odejść stamtąd bez niczego.
 - Kim jesteś? – po raz kolejny zadałam jej pytanie.
            Zaśmiała się cicho. Patrzyła na mnie, skupiając się na wszystkich szczegółach mojej twarzy. Przez jej oczy przebijała się brązowa barwa. Uśmiechnęła się szyderczym uśmiechem. Przez chwilę wyglądała całkiem inaczej. Jej usta rozciągnięte w uśmiechu, jej nos, jej oczy. Przez ten jeden moment była wręcz pewna, że przypomina mi… mnie.
 - Jestem twoją matką, Even.
            Spojrzała mi prosto w oczy. Przez chwilę, godzinę albo kilka sekund widziałam sceny. Widziałam kobietę z niemowlęciem w ramionach. Widziałam mojego tatę, widziałam jak z łzami trzyma to dziecko. Widziałam jego radość, ich radość. Tym dzieckiem byłam ja. Naprawdę ja.

            Biegłam. Brakowało mi powietrza w płucach, zaś mięśnie w nogach wręcz rwały. Czułam wypieki na twarzy, a mijani przeze mnie ludzie – jeszcze zaspani – wpatrywali się we mnie ze zdziwieniem.
            Gdy moje nogi uderzały o asfalt, czułam nieznośny ból. Oddychałam coraz ciężej, wdychając zimne, ranne powietrze. Ledwie otworzyłam furtkę. Odepchnęłam od siebie drzwi i wpadłam do domu. Panowała tam prawie idealna czystość. Eliza właśnie zamiatała, mama zaś z obrzydzeniem na twarzy zrzucała resztki jedzenia do kosza.
 - Gdzie byłaś? – zapytała mnie.
            Podniosła na mnie wzrok. Dyszałam i czułam ogarniające mnie wszędzie ciepło. Zacisnęłam dłonie w pięści, nie wiedząc jak zacząć ten temat.
 - Nie jesteś moją matką? – wytknęłam jej.
            Przez twarz coś jej przemknęło. Zdziwienie. Ulga. Strach. Spojrzała na mnie, jakbym dowiedziała się czegoś zakazanego.
 - Co za bzdury pleciesz? – próbowała się wymigać od odpowiedzi.
            Prostowałam palce, ściskałam je w pięści. Wciągnęłam powietrze, czekając na dogodny moment, by powiedzieć wszystko na głos.
 - Nie jesteś moją matką – powtórzyłam pewnie.
            Mina Amandy Alians zrzedła. Odłożyła trzymany talerz. Oparła się o kuchenną wyspę.
  - Kto ci powiedział? Clara? - Czyli to jednak prawda?
            Bezsilność nagle ogarnęła całym moim ciałem. Miałam ochotę, a nawet nadzieję usłyszeć, że jest moją mamą, że mnie kocha. Chciałam żeby mnie przytuliła, powiedziała iż to ona dała mi życie. A jednak. Szesnaście lat w błędzie.
 - Skoro odkryłaś sekret, po co się pytasz – skomentowała.
 - Dlaczego? Dlaczego mi nie powiedziałaś? – łzy szczypały mnie w oczy.
 - A myślisz, że było mi z tym łatwo? Wychowywać pod swoim dachem bękarta? Żyć z myślą, że twój ukochany mąż zdradził cię z jakąś dziwką?
            Odebrało mi mowę. Patrzyłam na kobietę, która była dla mnie matką. Która całe życie mnie za coś nienawidziła. Wtedy dowiedziałam się prawdy.
            Zdziwieni? Ja też.
 - Szesnaście lat temu, mój ukochany mąż, ten który był dla mnie całym światem, przyszedł do mnie i oznajmił mi, że ma dziecko z inną kobietą. Piękną, młodą dziewczyną. Zdradzał mnie przez tyle czasu! Potem ona zaszła w ciążę. Co miałam czuć?! Radość?! Szczęście, bo ja nie mogłam mieć dziecka, a ta wywłoka mogła?! Tak bardzo ich nienawidziłam. Ale on obiecał mi, że ze mną zostanie. Twój cudowny tatuś zadeklarował, że będzie płacił twojej mamusi alimenty, ale zostanie ze mną. Zgodziłam się. Jak ta idiotka, zgodziłam się na coś, na co nie powinnam była się zgodzić! A potem ty się urodziłaś. Bezbronna, śliczna i maleńka. Wszystko się zniszczyło, gdy niesamowita Hope zmarła, w wyniku powikłań poporodowych. Co zaproponował mój mężuś? ,,Niech zostanie naszą małą córeczką’’. Wszystko było dobrze przez pierwsze trzy miesiące, aż Rob nie zginął w tym cholernym wypadku. Zabił się tam, a ja zostałam z jego bachorem. Z początku pomagała mi siostra twojej matki, ale Clara później ześwirowała.
            Zaczęłam łączyć fakty. Całe dzieciństwo spędziłam u Sailes’ów. Pani Clara traktowała mnie jak córkę.
 - Pani Clara…- zaczęłam.
 - To twoja ciotka – skończyła za mnie. – Siostra twojej matki.
 - Nie jesteś moją mamą – jęknęłam.
            Czułam słone łzy w ustach. Upadłam na kolana, nie wiedząc co myśleć. Objęłam się ramionami. Łkałam cicho, opłakując całe swoje życie.
 - Szesnaście lat spędziłam patrząc na dziecko, które nie jest moje. Patrzyłam jak z roku na rok stajesz się coraz podobniejsza do niej. A ja musiałam kłamać, że jesteś cała po ojcu. Mężczyźnie, który zrujnował mi życie.
            Miałam przed oczami obraz mojego idealnego taty – kogoś, kto był by w stanie mnie pokochać. Potem zdałam sobie sprawę, że nie był idealny. Nie mógł być.
            Moi oboje rodzice nie żyją. Nie ma ich.
 - Nie jesteś moim dzieckiem – obił mi się głos w głowie.
            Płakałam. Opłakiwałam prawdę, stratę rodziców.
            Nigdy nie miałam matki.
            Moi rodzicie nie żyją. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz