Rozdział trzydziesty trzeci
Płakałam.
Nie wiem jak długo. Opłakiwałam fakt, że moja mama nie żyła. Płakałam za to, że
byłam sierotą. Płakałam, bo nie wiedziałam jak dalej żyć. Płakała, bo całe moje
życie było kłamstwem.
Zerwałam się na nogi. Widząc niczym
przez mgłę, biegłam na oślep, wpadłam na schody, przeskakując co drugi schodek,
żeby znaleźć się w swoim pokoju. Wyjęłam z szafy walizkę, napakowałam do niej
wszystkie ubrania jakie wpadły mi w ręce. Zrzucałam ubrania z wieszaków,
wrzucając je do walizki. Wypadłam z pokoju, rzuciłam się w kierunku schodków. Zeszłam
na dół nie oglądając się za siebie. Bagaż wrzuciłam do auta i sama usiadłam za
kierownicą.
Dłonie mi się trzęsły, a łzy ciągle
wypływały mi z oczu. W głowie mi huczało (tradycyjnie) zaś przed oczami miałam
obrazy nie moich wspomnień. Tak strasznie nie chciałabym znać prawdy. Tak
bardzo.
Nie mogłam trafić w stacyjkę.
Serce tłukło mi w piersi, czułam pot
perlący się na czole. Prowadziłam auto, nawet nie myśląc co by się stało, gdyby
był większy ruch.
Nie wiem jak to możliwe, że
dojechałam do celu. Stanęłam na podjeździe, mając nadzieję, że Sailes’owie
wrócili do domu o czasie. Widząc samochód Nicka na podjeździe, załkałam cicho.
Zdałam sobie sprawę, że to moja rodzina. Ostatni ludzie jacy mi zostali.
Zapukałam w drzwi. Łzy nadal piekły
mnie w oczy, nadal czułam ich smak w ustach. Otworzyła mi pani Sailes. Miała
nienaganną fryzurę, fartuszek. Wycierała ręce w kuchenną ścierkę.
Przez chwilę wpatrywała się we mnie
z uśmiechem, ale po sekundzie jej uśmiech zgasł. Wpatrywała się we mnie niczym
w straszną niespodziankę.
- Even, skarbie, co się stało? – zapytała.
Nie odpowiedziałam jej. Po prostu
zarzuciłam jej ręce na szyję, przyciskając mokry policzek do jej szyi. Łkałam,
zaś pani Sailes gładziła moje włosy, płynnymi i delikatnymi ruchami.
Za nią stanął Nick. Wypłowiałą
koszulę miał wygniecioną, włosy w nieładzie. Spojrzał na mnie zszokowany.
Chciał coś powiedzieć, ale nie zdążył. Rzuciłam się na niego, tym razem
przytulając się do jego obojczyka. Rzucił zdziwione spojrzenie matce.
- Even…- mruknął, odsuwając mnie od siebie.
Pociągnęłam nosem. Oczy już mnie
bolały, było mi gorąco i dusznie. Nick wpatrywał się we mnie bacznie, szukając
odpowiedzi na swoje pytania.
- O co chodzi? – pani Sailes położyła mi dłoń
na ramieniu.
Odwróciłam się ku niej. Bałam się
cokolwiek powiedzieć.
- Mama – wyszeptałam zachrypniętym głosem.
Nic to im nie wyjaśniło. Przetarłam
dłonią twarz, co i tak nie wiele mi dało. Kręciło mi się w głowie. Mało się nie
przewróciłam, ale na szczęście złapał mnie Nick, przytrzymał mnie delikatnie.
- Kochanie, co się dzieje? Co z mamą?
Pokręciłam głową. Nie chciałam mówić
tego na głos. Miałam nadzieję, że to sen. Jednak, gdy powiedziałam to własnymi
słowami, poczułam ciężar prawdy.
- Mówię o mojej prawdziwej mamie.
Mdlałam. Płakałam.
Wymiotowałam. Woda wylewała się litrami z moich oczu. Czułam pot spływający mi
ze skroni i karku.
Pani Sailes posadziła mnie na
kanapie. Gładziła moje włosy, mrucząc cicho. Dławiłam się łzami. Wstrzymywałam
oddech, ale dawało mi to tyle samo co nic. Ramiona mi się trzęsły, dłonie nie
mogły nic trzymać.
Nienawidziłam siebie za tę chwile
słabości. Nie mogłam pojąć, dlaczego mnie to aż tak dotknęła. Jednak prawda
bolała znacznie mocniej, niż można było się spodziewać.
- Był potworem – wyjęczałam. – Jak mógł tak
postąpić.
Uniosłam lekko głowę. Nick wyciągnął
do mnie pudełko chusteczek. Otarłam oczy, nos i twarz. Pani Sailes chwyciła
mnie za dłoń. Spojrzała mi prosto w oczy.
- Skąd wiesz? Nie sądzę, że Amanda to zrobiła.
Chciałam to jakoś powiedzieć. Jednak
nie umiałam znaleźć wytłumaczenia na to, że widziałam ducha mojej prawdziwej
mamy.
- Chwila – powiedział Nick. – O co w ogóle
chodzi? Pociągnęłam nosem. Ręce nadal mi
latały na wszystkie strony. Wciągnęłam ostrożnie powietrze. Prawdopodobnie
zapas łez się skończył.
- Moja mama, Amanda, nie jest moją prawdziwą
matką – wykrzywiłam się. A jednak łzy już zbierały mi się w oczach. – Była nią
Hope Price.
- Była? – zdziwił się.
- Hope nie żyje – wyjaśniła jego mama. – Moja
siostra nie żyje już od szesnastu lat.
Nick otworzył szeroko usta. Ja
jednak otarłam wierzchem dłoni oczy. Nie chciałam znowu płakać. Spojrzałam na
panią Sailes.
- Co? – wybuchnął chłopak. – Jak to twoja
siostra? I twoja mama… Pani Sailes uśmiechnęła się ciepło.
Uścisnęła moją rękę.
- Może czas abyście oboje poznali tę historię
ze strony kogoś postronnego. Zapewne jakoś opowiedziała ci to Amanda, co Even? Potaknęłam. Pani Sailes przytuliła
mnie do siebie, tak jak robiła to, zanim wylądowała w szpitalu. Uśmiechnęła się
krzepiąco.
- Miałam siostrę. Była ode mnie młodsza o pięć
lat. Gdy urodził się Kevin, miałam męża i dom. Ona była zawsze sama –
zapatrzyła się w dal. – Pewnego dnia poznała mężczyznę. Mądrego, miłego,
przystojnego z pracą i sporym domem. Hope była nim zauroczona. Zabierał ją na kolacje,
rozmawiali, spotykali się dość często. Ciągle o nim mówiła. Zaczęli widywać się
w bardziej poważny sposób. Ciągnęło się to prawie rok. Nie byli oficjalnie
razem, niby on chciał poczekać. Wszystko się zmieniło, gdy Hope dowiedziała
się, że jest w ciąży. Cały czas spotkała się tylko z nim, więc pewne było, iż
to jego dziecko.
Przerwała na chwilę. Spojrzała na
mnie. Wiedziałam, że tym dzieckiem byłam ja.
- Tak strasznie się cieszyła. I bała. Kiedyś,
w wieku dwudziestu lat poroniła. Bała się, że jej drugie dziecko może nie
przeżyć. Z taką wielką radością powiedziała mu o dziecku. Ale on zareagował
starsznie…był wręcz przerażony. Wtedy się wydało, że ma żonę, która nie może
zajść w ciążę. Hope była taka zawiedziona. Cała radość z niej spłynęła. Nie chciała
tego dziecka. Nie chciała znać Roba. Nie chciała żyć. Próbowała się zabić,
zaraz po tym jak napadła ją Amanda, której mąż wyznał całą prawdę. Mało nie
wydrapała oczu Hope.
Poszli na kompromis. Mała dostanie
nazwisko po ojcu, Rob będzie płacił alimenty i zajmował się czasem dzieckiem.
Amanda zaakceptowała to, że mąż ją zdradził, nawet dała mu drugą szansę. Hope
była smutna, ale pocieszało ją dziecko. W końcu mała się urodziła. To byłaś ty,
Even – uśmiechnęła się, przez łzy. – Moja siostra była taka rozpromieniona. Nie
obchodziło jej to, że nie będziesz miała prawdziwego taty. Cieszyła się tak
bardzo z małej kruszonki, jaką urodziła. Potem zaczęło się z nią coś dziać.
Wylądowała na intensywnej terapii. Traciła dużo krwi. Było coraz gorzej. Aż
umarła.
W pokoju zapanowała cisza. Była
wręcz namacalna. Nick mrugał szybko, raz po raz przecierając dłonią twarz. Pani
Sailes uśmiechała się, mimo że po jej policzku toczyły się łzy. Ja zaś
wpatrywałam się w ścianę. Miałam przed oczami obraz mojej mamy, kobiety, której
nigdy nie poznałam. Widziałam jej ducha – szarego, bezbarwnego. Każdy jej
dotyk, ten który mogłam poczuć tylko ja, zostawiał na mnie tylko ból. Nie
miałam matki, która mogła mnie przytulić. Była radosną kobietą, która pragnęła
mężczyzny w życiu. Zamiast tego pojawiłam się ja. A potem zabrała ją śmierć,
nie dając mi szansy ją poznać.
- Twój tata jakoś namówił Amandę, by cię
zabrać. Zaproponowałam im pomoc, bo w końcu jestem twoją matką chrzestną.
- Moją, moją…matką chrzestną? – wybąkałam.
- Tak, Even – pocałowała mnie w czubek głowy.
– Jestem twoją ciocią i poniekąd matką.
Przytuliłam się do niej. Łzy płynęły
mi powoli o oczu, będąc połączeniem smutku i szczęścia.
- To dlatego traktowałaś mnie jakbym była
twoją córką… - Tak, skarbie – pogładziła mnie po policzku.
– Jestem twoją rodziną. Jesteśmy nią.
Przeniosłam wzrok na Nicka. Siedział
na fotelu, z nieciekawą miną. Wyglądał tak, jakby nie wiedział co ma zrobić.
Ściskał dłonie, aż pobladły mu knykcie. Wyciągnęłam dłoń. Zdziwił się, ale wstał.
Złapał moją rękę, siadając obok mnie. Trzymałam zarówno panią Sailes, moją
ciocię, jak i Nicka. Wtuliłam się w niego.
- Jesteście moją rodziną – powiedziałam. –
Teraz mam tylko was.
Wtedy płacząc, nie hamowałam łez.
Były ze szczęścia, bo w tym całym koszmarze znalazłam kogoś, komu na mnie
zależy. Nagle znalazłam jakby światełko w ciemnym tunelu.
- Możesz u nas zostać ile chcesz – powiedziała
pani Sailes – ciocia.
- A co z…- nie umiałam się przemóc by nazwać
Amandę Alians samym imieniem.
- Na pewno nie będzie miała nic przeciwko.
Pani Sailes, której nie umiałam
nazwać ciocią, zaprowadziła mnie do pokoju gościnnego. Dała mi swoją pidżamę,
która wisiała zarówno na niej, jak i na mnie. Położyłam się uradowana, czując
pod policzkiem miękką poduszkę, a nie stół w barze. Pościel pachniała fiołkami.
Zamknęłam zmęczone oczy, wdychając miły zapach. Ciągle huczało mi w głowie,
obrazy, które zobaczyłam przez dotyk mojej matki, nie pozwalały mi się
odprężyć. Mimo to, byłam tak strasznie zmęczona. Tak bardzo chciałam zasnąć i
obudzić się za wiele dni. Może nawet lat.
W końcu jednak zasnęłam, twardo
niczym kamień.
Obudził mnie delikatny powiew wiatru
na twarzy. Otworzyłam sklejone oczy. Przez chwilę moje oczy przystosowywały się
do ściany w kolorze piasku i jasnych mebli. Przeniosłam wzrok na okno. Było
otwarte na całą szerokość, wpuszczając świeże powietrze. Firanka łagodnie
łopotała.
Przeciągnęłam się. Góra pidżamy
przykleiła mi się do brzucha, spodenki obleśnie oblepiły mi uda. Kołdrę
skopałam na bok. Cała byłam w pocie, nogi mnie bolały, a oczy piekły. Wstałam i
poczłapałam się do łazienki, która leżała niewiele dalej od pokoju, w którym
spałam.
Na półce przyszykowane były dla mnie
pomarańczowy ręcznik, za dużo kapcie oraz biały, miękki szlafrok. Zrzuciłam z
siebie mokrą od potu pidżamę, weszłam pod prysznic, zasuwając za sobą kabinę.
Stałam pod strumieniem ciepłej wody.
Żłobiła ona tunele na mojej skórze. Włosy ściekały wodą. Zagarnęłam je do tyłu.
Dalej pozwalałam wodzie płynąć.
Gdy woda była już lodowata, wytarłam
się w miękki ręcznik, stopy wsunęłam w kapcie, zaś ciało owinęłam szlafrokiem. W
pokoju znalazłam w kącie moją torbę. Byłam szczerze zdziwiona, kiedy nic w niej
nie znalazłam. Zamiast tego moje ubrania były starannie poskładane w szafce.
Wybrałam spodenki (które ledwo trzymały się na mnie) i poszarpany nożyczkami
T-shirt.
Związałam swoje włosy. Nadal były
czerwone, farba świetnie się trzymała. Przeczesałam je szczotką, która w
magiczny sposób znalazła się na komodzie.
Przez otwarte drzwi dobiegł mnie
przyjemny zapach. Ruszyłam do kuchni, gdzie wiedziałam, że znajdę Panią Sailes.
Oczywiście miałam rację. Stała w fartuszku przy kuchence, z drewnianą łopatką.
Na stole stały talerze, przepełnione jajecznicą z bekonem, tostami francuskimi
i naleśnikami z czekoladą. Wszystko to miało apetyczny zapach, aż mi zaburczało
w brzuchu. Niestety, na myśl o jedzeniu było mi niedobrze.
Oparłam się o framugę drzwi.
Przypomniało mi się od razu, jak Nick bawił się ze mną w berka i wybił sobie o
nią mleczaka.
Pani Sailes przewróciła coś na
patelni. Podśpiewywała sobie coś pod nosem. Ja tylko patrzyłam na jej płynne
ruchy.
- Dzień dobry – przywitała mnie, odwracając
się w moją stronę.
Nałożyła na czysty talerz omleta z
dodatkami. Wskazała mi krzesło.
- Siadaj i jedź – zanim zdążyłam
zaprotestować, dodała: - Wyglądasz marnie. Ale ja to zmienię.
Posłała mi swój najbardziej
przyjazny uśmiech. Mimo mdłości, usiałam i powoli skubałam omleta,
zastanawiając się, kiedy po raz ostatni jadłam normalny posiłek, niebędący
płatkami czy jabłkiem.
- Nick mówił, że przyjadą z Maxine za pół
godziny. Chyba się nie obrażą, za śniadanie na obiad? - zaśmiała się.
Ja tylko pokręciłam głową. Żułam
małe kęsy, bojąc się, że zaraz je zwrócę. Pani Sailes w kółko nuciła tę samą
piosenkę. Kręciła się po kuchni. Dopiero, gdy zobaczyła moją minę, niepewnie
usiadła. Osunęłam od siebie talerz.
Zdjęła
fartuszek, po czym przewiesiła go przez krzesło. Splotła dłonie ze sobą, kładąc
je na blat stołu.
- Rozmawiałam z Amandą… – zaczęła. – Nie ma nic przeciwko byś została
z nami przez jakiś czas. Spojrzała na mnie. W jej wzroku krył
się cały pokład smutku. Knykcie jej pobladły, od zaciskania dłoni ze sobą.
- Nie wiele się w niej zmieniło. Cała prawda
zmieniła twoje życie, ale ona nawet chyba nie ma wyrzutów sumienia.
Położyła dłonie na blacie. Poruszała
ze zdenerwowaniem palcami. Niespokojnie poruszała nogą. Nie mogłam patrzeć na
jej twarz, którą szpecił niepokój.
Wstałam. W trzech krokach pokonałam
dzielącą nas odległość. Przykucnęłam obok niej. Położyłam jedną dłoń na jej
rozdygotanych rękach. Postarałam się o jak najszerszy uśmiech. I choć wszystko
we mnie pękło, całe moje serce przepełniał ból, powiedziałam z udawanym
spokojem.
- Jest dobrze, ciociu – sama była zdziwiona
jak bardzo wiarygodnie to zabrzmiało. – Naprawdę jest dobrze.
Przytuliła mnie. Delikatnie,
przesuwając dłonią po plecach. Czułam ciepło, które od niej emanowało i
cudowny, miętowy zapach. Pozwalałam jej by mnie obejmowała.
Odsunęłam się powoli. Zmarszczki na
twarzy strasznie ją postarzały – nawet nie wiedziałam kiedy jej włosy stały się
aż tak siwe. Wiele zmieniła się przez lata spędzone w szpitalu. Kości
policzkowe, mimo że teraz dużo jadła, nadal były delikatnie zapadnięte. Pod
oczami ciemne sińce były strasznie widoczne. Niegdyś ładne, pełne i różowe usta
strasznie popękały.
- Opowiesz mi coś o niej? – zapytałam. – Żebym
przynajmniej wiedziała, kim była moja mama.
Przysunęłam sobie krzesło bliżej
niej. Gdy usadowiłam się na nim, ciocia (ciężko było zacząć ją tak nazywać)
podała mi jednego z upieczonych tostów, grożąc, że jeżeli go nie zjem to nic mi
nie powie. Kiedy ja niepewnie przeżuwałam, ona przyniosła album przepełniony
zdjęciami. Przekartkowała go szybko, docierając
do szukanej fotografii. Wyjęła ją, po czym przesunęła po stole w moją stronę.
Zdjęcie przedstawiało dwie dziewczynki. Jedna, wywnioskowałam, że
to ciocia, miała na sobie żółtą sukienkę, a na twarzy rozciągał się szeroki
uśmiech, ukazując tym brak jedynki. Dziewczynka obok, o wiele niższa, trzymała
w ramionach szczeniaczka, a sądząc po jej minie, był dla niej oczkiem w głowie.
Wyjęła
drugą fotografię. Tym razem moja mama mogła mieć na niej z czternaście lat.
Była tak uderzająco do mnie podobna. Włosy miała aż do bioder, oczy wpatrzone w
dal, a na nosie i policzkach całą masę piegów. Uśmiechała się szeroko, ukazując
aparat ortodontyczny na zębach.
- Nigdy nie poznałam tak pogodnej osoby jak
ona. Zawsze była uśmiechnięta, serdeczna dla wszystkich. Życie jednak zawsze ją
źle traktowało. – Pokazała palcem zdjęcie z pieskiem. – Nie całe dwa dni po tym
jak go dostała potrąciło go auto. Nawet wiele lat później nie chciała żadnego
zwierzaka. Była strasznie pamiętliwa.
Podała mi następne zdjęcie. Tym
razem moja mama było o wiele starsza; mogła mieć już z dwadzieścia lat. Włosy
mocno jej ściemniały i sięgały jej do ramion. Obok niej siedział chłopak.
Uśmiechał się do aparatu, obejmując ją mocno. Wyglądali na naprawdę
szczęśliwych.
- To Eric – wskazała mężczyznę. – Byli ze sobą
jakieś cztery lata. Kiedy ona zaszła w ciążę, a on się o tym dowiedział,
uciekł, nie dając jej nawet znaku życia. Załamała się, ale żyła tylko dla
dziecka. Mały się urodził, niestety jako wcześniak. Zmarł niewiele minut po
narodzinach.
Pokazała mi następne zdjęcie.
Przedstawiało niemowlę, jeszcze sine.
- Był naprawdę malutki. Taki bezbronny.
Wzięłam kartkę do ręki. Przyglądałam
się dziecku. Przejechałam palcem po jego buzi. Nie zdążył nawet jeszcze
posmakować życia. Nie wiedział jak to jest chodzić, mówić. Wziął tylko kilka
oddechów, a potem odszedł.
- To zmieniło Hope – skomentowała ciocia.
- Nigdy już nie była taka sama.
Miałam kiedyś brata. Ale on nie żył.
Nie było go.
- Jak się nazywał? – zapytałam.
Znowu czułam łzy. Jedna za drugą
wysuwała mi się z oczu. Czemu życie jest ciągle niesprawiedliwe? Mój tata
odszedł. Mama umarła. Nawet mój brat – niewinne maleństwo – zmarł.
- Alex – uśmiechnęła się. – Tak jak nasz
dziadek, a twój pradziadek.
Pokiwałam głową. Przez chwilę
wpatrywałam się jeszcze w zdjęcie mojego brata.
- Mogę to zatrzymać?
Ciocia przytaknęła. Przewertowała
album, po czym wyjęła jeszcze jedno zdjęcie. Podała mi je.
Przez chwilę nie umiałam pojąć co
takiego przedstawia. Po chwili jednak zrozumiałam. Była tam moja mama, z
umęczonym wyrazem twarzy i słabym uśmiechem. Trzymała w ramionach dziecko. Nie
byłam do siebie podobna, to chyba jasne. Ale coś sprawiło, że wiedziałam tam
siebie.
- To twoje jedyne zdjęcie z mamą.
Uśmiechnęłam się, przełykając łzy.
- Mamo – szepnęłam, patrząc na zdjęcie. – Szkoda,
że ciebie tutaj nie ma.
mamoooo :c
OdpowiedzUsuń