Otworzyłam szeroko zaspane oczy. Obok mnie dzwonił mój telefon. Złapałam za niego i odebrałam.
- Maxine, czy ty wiesz, która jest godzina…-
sprawdziłam czas na komórce. Druga trzynaście po południu. – Cholera.
- No właśnie, Even. Według planu miałaś być u
mnie wpół do trzeciej. Dajcie ci pół godziny, rozumiesz?
- Jasne – ziewnęłam. – To do zoba…
Rozłączyła się. Rzuciłam telefon na
poduszkę obok. Przeciągnęłam się. Prawdopodobnie siedziałam w Internecie do drugiej
albo trzeciej nad ranem. Wszystko mnie bolało, nadal byłam w ubraniach, które miałam na sobie wcześniejszego dnia.
Wybrałam na oślep ubrania. Wzięłam
prysznic, potem susząc szybko włosy. Ubrałam się, wzięłam z dna szafy kartony
od Maxine. Zagarnęłam z biurka kluczki, po czym zeszłam na dół.
Mama siedziała w salonie. Z
telewizora dobiegał mnie dźwięk taniej telenoweli. Nawet na mnie nie spojrzała.
Gdy zakładałam buty, usłyszałam tylko:
- Wychodzisz?
- Ta – odparłam.
Zatrzasnęłam drzwi. Wsiadłam do
auta. Wyjeżdżając, zastanawiałam się czy może będzie to pierwszy, naprawdę
normalny dzień w moim życiu.
Kiedy pukałam w drzwi od piętnastu
minut, pojawiła się Maxine, w szlafroku i jeszcze mokrych włosach. Zaprosiła
mnie do środka.
Jej dom był ładnie urządzonym,
ciepłym miejscem. Wszędzie dominowały łagodne kolory, piękne obrazy i jasne
meble. Wszystko było starannie uporządkowane. Rozglądałam się z niemym
podziwem, gdy Maxine prowadziła mnie po drewnianych schodach do swojego pokoju.
Wzdłuż ściany, której stały schody, rozwieszone były rodzinne fotografie
Celr’ów. Dojrzałam nawet na nich Nicka. Rzucił mi się w oczy też jakiś chłopak.
- Kto to? – wskazałam na zdjęcie, gdzie
właśnie Maxine i ów chłopak stali obok siebie.
- To Steve – zatrzymała się. – Mój starszy
brat.
Mało się nie potknęłam, gdy to usłyszałam.
- Ty masz brata?!
- Jasne – przytaknęła. – Miałam też siostrę
bliźniczkę.
- Miałaś?
- Zmarła, gdy miałyśmy po cztery lata –
wskazała palcem na dużą fotografię, przedstawiającą dwie dziewczynki. – Była
starsza o dwie minuty.
Zaczęłam przyglądać się zdjęciom.
Pojawiał się na nich Steve. Była też cała masa zdjęć Maxine z siostrą.
Zastanawiałam się czego jeszcze o niej nie wiem.
- Gdzie jest teraz twój brat? – zagadnęłam,
jak weszłyśmy do jej pokoju.
Jej sypialnia była subtelnie
urządzona. Utrzymana w tonacji jasnych barw, głównie bieli. Miała ogromne
łóżko, różową toaletkę, zapełnioną kosmetykami.
- Studiuje w innym mieście – wyjaśniła. –
Mieszka w akademiku. Rzadko przyjeżdża. Ma średnie kontakty z rodzicami.
- Wiele o tobie nie wiem, Maxine? –
zagadnęłam.
- Nigdy nie pytasz – odparła spokojnie.
Położyłam
kartony na łóżku. Maxine poszła do łazienki, gdzie zaczęła suszyć włosy. Ja
spacerowałam sobie po pokoju, przyglądając się zdjęciom oprawionym w ramki czy
przyglądając się figurką, stojącym na widoku.
- Uważam, że lepiej żebyś teraz ubrała
sukienkę. Później możesz zetrzeć nią makijaż. Tak więc – klasnęła w dłonie. –
Możesz w końcu ją zobaczyć.
- Błagam niech nie będzie różowa – szepnęłam.
Zaczęłam odpakowywać karton. Zdjęłam
pokrywkę. Potem powoli zgarnęłam papier u góry. Najpierw ujrzałam coś czarnego.
Sukienka była starannie złożona. Wyjęłam ją i rozprostowałam.
Miałam przed sobą czarną sukienkę.
Górę miała z koronki, tworzącej wzory. Rękawy były do łokci. Dół, od pasa, był
rozkloszowany. Pokrywał go delikatny tiul.
Przyglądałam się kreacji,
wyobrażając sobie jak będę w niej wyglądać. Była lekka, prawie jej nie czułam w
dłoniach. Odwróciłam się w stronę Maxine. Ta stała wyluzowana, oparta o
toaletkę.
- Jest piękna – powiedziałam.
- Widzisz, mam świetny gust. A teraz biegnij
się w nią wbić – wskazała na drugie pudełko. – Buty i rajstopy.
Wzięłam karton i pokierowałam się do
łazienki. Tam zaczęłam się ubierać. Dostałam rajstopy w kolorze skóry oraz
czarne, zamszowe szpilki. Były potwornie wysokie, nie wiedziałam czy dam sobie
radę w nich iść. Gdy ubrałam sukienkę, obróciłam się w niej. Dół gustownie
okręcił się razem ze mną. Przejrzałam się w ogromnym lustrze.
Sukienka leżała na mnie idealnie.
Była piękna. Czułam się w niej bardzo dziwnie, lecz była wygodna. Zastanawiałam
się czy Maxine da też radę z moimi włosami i twarzą.
Wyszłam. Moja przyjaciółka siedziała
przed toaletką, zakładając kolczyki. Miała już na sobie sukienkę i chyba
jeszcze wyższe buty ode mnie. Obróciła się do mnie, gdy usłyszała stukot butów.
Zakryła usta dłonią.
- Even, wyglądasz nieziemsko!
- Nie było wyższych butów w sklepie? –
rzuciłam. Dawałam radę iść, ale musiałam się czegoś czepić.
- Nie marudź. Dzisiaj ja rządzę – posadziła
mnie na miejscu, na których sama przed chwilą siedziała. – Teraz się zabawimy.
Podała mi ręcznik, którym okryłam
sobie ramiona, by przypadkiem nie pobrudziła czymś mojej sukienki. Spięła mi
włosy dużą klamrą, po czym zaczęła zajmować się moją twarzą.
Smarowała mnie czymś, używała
kosmetyków, których znaczenia ja nawet nie znałam. Ciągle coś nakładała mi
pędzelkiem na twarz, zmywała, a potem nakładała ponownie. Majstrowała przy moich
oczach. I to chyba przy nich najdłużej. Ciągle rzucała mi tylko komendy
,,Zamknij oczy’’ ,,Pomrugaj’’ ,,Otwórz’’. Widziałam jak wybierała cienie,
zmieniając tylko pędzle. Miała chyba z milion tuszów. Cały czas coś poprawiała,
a ja bałam się, że nie zdąży skończyć.
Gdy wreszcie pomalowała mi usta,
zakończyła działanie z moją twarzą. Potem zabrała się za włosy. Rozczesywała mi
je powoli, spryskując czymś o migdałowym zapachu. Zawijała je na coś ciepłego.
Nie byłam pewna co to za urządzenie. Jakaś lokówka albo prostownica.
Tylko mignęło mi coś różowego, gdy
Maxine szybko zabrała coś z toaletki. Poczułam jak zagarnia mojego włosy. Potem
coś w nie wpięła. Nawet nie drgnęłam, gdy powiedziała, że mogę wstać i się
zobaczyć.
- No dawaj – zachęcała mnie.
Wstałam. Wyprostowałam plecy i
pokierowałam się w kierunku rozsuwanej szafy, gdzie było ogromne lustro.
Stanęłam przed nim, zapatrzona w obraz dziewczyny przed sobą. I prawda była
taka, że to nie była Even.
Sukienka układała się idealnie. Moje
nogi wydawały się szczuplejsze. Oczy miałam mocno podkreślone, ale znacznie
inaczej, niż gdy ja się malowałam. Były świetnie podkreślone, powiększając moje
brązowe oczy. Kiedy przyjrzałam się im bliżej, widziałam tam żółte, czarne i
jasno-brązowe cętki. Mimo iż miałam wiele makijażu na twarzy, wcale nie było
tego, aż tak widać.
Moje włosy układały się delikatnie, opadając
falami na ramiona. Nie było widać nierównych końcówek ani nieudanego, prawie
zmytego ombre. Z boku głowy, na rozpuszczonych włosach, był dobierany warkocz,
ledwie odznaczający się na moich włosach. Na końcu spięty był różową różą,
wyglądającą jak żywa.
- I jak się cię podobna? – zapytała Maxine,
stojąca za moimi plecami.
Obróciłam się powoli. Buty, mimo ich
wysokości, były bardzo wygodne. Patrzyłam na siebie, zastanawiając się czy to
magia czy po prostu życie.
- Jest bosko – odpowiedziałam.
- Świetnie – usiadła na miejscu przed
stolikiem z kosmetykami. – Teraz pomożesz mi wybrać kolory.
Sama umalowała się szybko i
delikatnie, utrzymując jasne kolory. Używała tylko cieni w odcieniu beżu i
jasnego brązu. Ja sama po prostu pomagałam jej wybrać, który z dwóch kolorów
pasuje do reszty. Uczesała się szybko, wpinając we koka, z lokowanych włosów,
coś na rodzaj diademu.
- Zapomniałaś o czymś jeszcze – odezwała się,
poprawiając szminkę. – W kartonie z sukienką.
Przeszłam długość dzielącą mnie od
łóżka. Zajrzałam do pudełka. W środku było jeszcze mniejsze, ładne opakowanie.
Wyjęłam je, po czym oklapłam na białą narzutę. Otworzyłam pudełko. Znalazłam w
nim odpowiednią ilość kolczyków, do każdej dziurki jaką miałam. Była tam nawet
maleńka cyrkonia do nosa. Do tego ładny, drobny naszyjnik.
- Maxine, cały mój ubiór musiał kosztować
fortunę – zauważyłam. – Muszę ci oddać za wszystko.
- Nie przesadzaj – machnęła ręką. – Nie było
tego aż tak wiele. Nawet nie przekroczyło mojego kieszonkowego. Zapomniałaś o
torebce.
Oczywiście, zgodnie z jej słowami,
znalazłam na dnie kartonu jeszcze torebkę. Czarną, najzwyczajniejszą jaka
istniała, w której zmieścił się co
najwyżej telefon i portfel.
- Teraz wyglądasz bosko – skitowała mnie moja
przyjaciółka.
- Mówi gwiazda wieczoru.
Prawdę mówiąc Maxine wyglądała
jeszcze lepiej ode mnie. Jej delikatny makijaż, nie tak bardzo widoczny,
sprawiał, że człowiek od razu ją zauważał. Z gracją kroczyła w swoich
szpilkach, mających z boku małą kokardkę.
Usłyszałam auto na podjeździe.
Wyjrzałam przez okno. Ujrzałam samochód Nicka. Powiedziałam o tym Maxine.
- Możesz do niego wyjść? Zaraz przyjdę.
Oczywiście jeszcze coś poprawiała,
choć jak dla mnie nie mogła wyglądać lepiej, niż wyglądała.
Zeszłam więc po schodach,
przyglądając się ponownie fotografią rodziny. Wszędzie byli uśmiechnięci. Mimo,
że bliscy Maxine byli bogaci, sama ona nie była rozpieszczona, a jej rodzice
się nią interesowali. Mieli dwójkę dzieci, którym mogli wszystko zapewnić.
Nick
zapukał do drzwi, akurat w momencie, kiedy dotarłam do nich. Otworzyłam je na
roścież, widząc mojego przyjaciele, ubranego w idealnie wyprasowany garnitur, z
perfekcyjną fryzurą. Nie widziałam go w życiu takiego odszczelonego.
- Even… - szelmowski wyraz twarzy zniknął, gdy
na mnie spojrzał. – To naprawdę ty?
- Twoja dziewczyna umie zdziałać cuda –
odparłam. – Jak wyglądam?
Otworzył usta, a potem je zamknął.
Wyglądał trochę na zszokowanego. Jednak jego mina, kiedy zobaczył Maxine, była
niedopisania.
- Boże – zasłonił usta dłonią. – Skarbie,
wyglądasz przepięknie.
Przytulił ją. Starym zwyczajem
udawałam, że zbiera mi się na wymioty, na co zareagowali śmiechem. Wsiedliśmy
do auta, udając się na imprezę.
Nie wiem czego oczekiwałam, idąc na
te urodziny. Może skromnej uroczystości dla bliskich i przyjaciół? Możliwe.
Jednak to co dostałam, było znaczenie, znacznie większe. Jakbym cały ten czas
widziała tylko czubek góry lodowej.
Dojechaliśmy na ogromną salę. Z
głównego wejścia na nią prowadziły schody, idealne do taktownych wejść. Był
ogromny parkiet, na którym zmieścili by się wszyscy goście, a zostało by
jeszcze miejsca dla King Konga. Po bokach stały okrągłe stoliki, przykryte
białymi obrusami i wazonami z kwiatami. Przy stolikach były już gotowe
nakrycia, a obok talerzy karteczka z imieniem i nazwiskiem osoby, która miała
tam usiąść (ja wylądowałam obok Nicka, który z kolei siedział obok Maxine, która
z drugiej strony miała swojego brata, zaś temu towarzyszyła dziewczyna). Przed
nami była ogromna scena, na której mieściły się dwa zespoły: pierwszy, złożony
był z skrzypków, wiolonczelistów i tych ludzi, których nie umiem nazwać. Na
szczęście drugi był typowo młodzieżowy, z gitarą, perkusją i mikrofonem.
Sypały się prezenty i życzenia. Do
Maxine podchodzili różni ludzie. Starsi mężczyźni w garniturach, kobiety w
pięknych sukniach. Dziewczyny w naszym wieku, ubrane w dopasowane sukienki, z
mocnym makijażem i wystylizowanymi fryzurami. Byli niedbale ubrani chłopcy i
strasznie lalusiowaci, z żelem zamiast włosów.
Gdy Maxine rozmawiała z jakoś panią,
stanęłam za nią. Kobieta składała jej życzenia, mówiąc głośno z wyraźnym
akcentem, którego nie potrafiłam rozpoznać.
Gdy w końcu skończyła, Maxine się z nią pożegnała i odwróciła w moją
stronę.
- Niezła imprezka – zaśmiałam się.
Pokiwała głową z uśmiechem. Objęłam
ją.
- Wszystkiego najlepszego – wyszeptałam jej do
ucha.
Stanęłam naprzeciw niej. Zaczęłam
grzebać w torebce. Wyjęłam z niej małe pudełeczko, elegancko zapakowane.
Spędziłam wiele godzin na myśleniu co jej kupić.
- Ojej – powiedziała, przyjmując prezent. –
Nie musiałaś.
Machnęłam ręką. Sam fakt ile wydałam
na ten prezent, sprawił, że byłam z siebie zadowolona.
- Mogę otworzyć?
- To twój prezent.
Usunęła kokardkę, którą ja składałam
przez dobre czterdzieści minut. Otworzyła wieczko. Spojrzała do środka i
przejechała po swoim prezencie palcem.
- Boże Even – w oczach nazbierały jej się łzy.
– Jest przepiękny!
Wyjęła go z pudełka. Był to mały,
złoty aniołek. W skrzydełkach miał dość drogie kamienie. Z tyłu lśnił grawer. W
sumie nic wielkiego, ale wiedziałam, że Maxine wcale nie cieszą drogie, bezużyteczne
rzeczy.
- Jedyny na świecie – zaznaczyłam. – Sama
wymyśliłam.
Przytuliła mnie mocno. Cieszyło
mnie, że się jej podoba.
- Mogę prosić o ciszę? – rozbrzmiał głos taty
Maxine. – Córeczko, gdzie jesteś?
Maxine
otarła delikatnie oczy. Jeszcze raz mnie przytuliła, szepcząc cicho
,,dziękuję’’. Odeszła na scenę, gdzie czekał na nią ojciec.
- Chciałbym wnieść toast za naszą jubilatkę –
między tłumem nagromadzonych osób, zaczęły lawirować kelnerki z tackami
szampana.
Wzięłam sobie kieliszek. Patrzyłam
na moją przyjaciółkę, która stanęła obok swojego taty. Gdy już wszyscy trzymali
kieliszki, ponownie przemówił do mikrofonu.
- Otóż, szesnaście lat temu pojawiła się na
tym świcie niezwykła istota. Dzisiaj, wszyscy razem, świętujemy dzień jej urodzin.
Chciałbym życzyć jej jak najwięcej szczęścia, powodzenia w życiu i miłości. Za
Maxine – uniósł do góry swój kieliszek.
- Za Maxine! – odezwaliśmy się zgranie. Potem
każdy stukał się z osobą obok, nawet nie patrząc kim dana osoba jest.
Zaczęła się impreza. Na zmianę
leciały wolne piosenki z szybkimi. Pierwszy wolny taniec zatańczyła Maxine z
tatą. Następny z Nickiem. Potem z masą kuzynków, wujków, kolegów i dziadkiem.
- Even – podszedł do mnie Nick. Uśmiechał się
od ucha do ucha.
Stałam oparta o ścianę. Spojrzałam
na jego rozgrzane policzki, które świadczyły o tym, że świetnie się bawi.
- No chodź! – pociągnął mnie za rękę.
Nie mogłam się oprzeć pokusie by
zatańczyć. Leciał akurat szybki kawałek, który wpadł mi w ucho. Tańczyłam z
Nickiem. Mieliśmy ledwie splecione dłonie. Okręcał mnie, a ja obijałam się o
osoby obok. Śmialiśmy się do rozpuku. Potem dołączyła do nas Maxine.
Tańczyliśmy we trójkę, jak prawdziwi przyjaciele. Zanim się obejrzałam,
wirowałam na parkiecie z uśmiechniętymi chłopcami, których nie znałam.
Kręciło mi się w głowie, a na
policzkach czułam wypieki. Nie chcąc zemdleć, wyszłam się przewietrzyć na jeden
z dobudowanych do sali balkonów.
Stałam oparta o barierkę, patrząc na
noc, która zdążyła już zapaść. Dzięki temu, że byłam rozgrzana, było mi ciepło.
Widziałam pod sobą oświetlony ogród. Wdychałam świeże powietrze, które kuło
mnie zimnem w płuca.
- Więc impreza przenosi się na dwór? – zapytał
ktoś za mną.
Rozpoznałam głos. Sądziłam więc, że
to jakiś chłopak, z którym niedawno tańczyłam. Wpatrywałam się w gwiazdy na
niebie, a ten ktoś oparł się o barierkę, dość blisko mnie.
- Piękna noc – odezwał się ponownie. Dokładnie
wtedy go rozpoznałam.
Miał mniej rozczochrane włosy niż
zawsze, choć i tak nazwałabym to artystycznym nieładem. Dzięki padającemu ze
środka blaskowi świateł, widziałam te jego ciemnoniebieskie oczy, pełne
radości. Miał dżinsy, z wetkniętą do nich koszulą. Prawdopodobnie była
wyprasowana, ale wtedy już się pogniotła.
- Cóż za spotkanie – rzucił Logan, patrząc na
rozgwieżdżone niebo.
Coś w jego głoście brzmiało inaczej
niż zawsze. Nie było w nim sarkazmu ani rozbawienia. Po prostu słyszałam zwykłe
słowa.
- Pięknie wyglądasz – pochwalił mnie. – Jak
nie Even.
Ktoś
twierdził tak samo jak ja.
- Więc jak mnie rozpoznałeś? – odezwałam się.
Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że wcześniej nic nie mówiłam.
- Po oczach – stwierdził. – Nikt nie ma takich
oczu jak ty.
Zawsze uważałam je za brzydkie, z
okropną barwą, nieszczególnie wyróżniające się. Aż tu nagle przychodzi chłopak
i oznajmia, że są wyjątkowe.
- Nie sądziłam, że cię tu spotkam. Znasz
Maxine?
- Trochę – oparł ręce na barierce. – Nasi
ojcowie razem pracowali. Czasem trochę rozmawialiśmy.
Pokiwałam tylko głową.
- Chyba mogę umrzeć – stwierdził nagle.
- Dlaczego? – spytałam zdziwiona.
- Zobaczyłem Even Alians, w kuszącej sukience,
na wysokich butach, wirującą na parkiecie. To niczym ujrzenie wampira, który
nie zmienia się w proch, mimo że stoi na pełnym słońcu.
- Poetycki jak zawsze – mruknęłam.
Posłał mi ten swój cudny uśmiech,
którego nawet nie umiem opisać. Wodził palcem po metale, nie pozostawiając
żadnych wzorów.
- Wyglądasz jakbyś się zmienił – zauważyłam,
patrząc jak uśmiech nie dociera do jego oczu.
- I vice versa.
Spojrzałam na gwiazdy. Z chwili na
chwilę, było ich coraz więcej. Lśniły jasno, mrugając co chwilę. Skupiając
wzrok na nich, dostrzegłam jak jedna spada. Pomyślałam o tym, że powinnam
wymyślić sobie życzenie. Ale czy nie byłam na takie zabawy za stara?
- To chyba przez to miejsce – wyjaśnił.
- Co z nim nie tak?
Nie od razu odpowiedział.
- Za dużo wspomnień, od których chcieliśmy z
tatą uciec – skomentował.
- Czyżby nie tylko mnie życie nie oszczędza?
Pokiwał głową. W ten sposób
padającym świetle, zdawał mi się całkiem inną osobą. Pod materiałem koszuli,
tak gdzie padało, dostrzegałam mocno zarysowane barki. Garbił się, ale wydawało
mi się to całkiem u niego normalne.
- Opowiesz mi swoją życiową historię, która
pozwoli mi myśleć, że moje życie jest fajne? – zapytałam.
- Czy sądzisz, że taki niesamowicie
przystojny, wygadany chłopak, ma jakoś smętną historię? – znowu ten uśmiech.
- Zazwyczaj to skrywają muskuły.
Pokręcił głową, dalej się
uśmiechając. Odwrócił głowę w moją stronę.
- Czy jeśli opowiem ci tę niezwykle
pasjonującą historię swojego życia, to usłyszę w zamian twoją?
- Jeśli nie będę zalewała się łzami i będę w
stanie mówić.
Błysnęły jego białe zęby. Ich
idealny półksiężyc zalśnił w mroku.
- Gdy miałem dziewięć lat, moja mama była
ponownie w ciąży. Wszystko szło jak po maśle. Aż pewnego dnia potknęła się na
schodach i z nich zleciała – jego uśmiech zgasł, jak gwiazda na niebie. – Może
nie byłaby to taka trauma dla mnie, gdybym jak dziecko nie pobiegł do niej i
nie zobaczył, jak leży na podłodze. Krew wszędzie. Złapałem telefon i
zadzwoniłem do taty, patrząc z przerażeniem na moją mamę, która zwijała się z
bólu. Tata był tak zrozpaczony, że ja, głupi, bezmyślny dziewięciolatek,
musiałem wybrać, czy ratować życie mamy czy mojej siostrzyczki. To było takie
niesprawiedliwe, że właśnie mnie obarczyli takim wyborem. Więc stanął przez
lekarzem, z umazaną krwią mamy bluzką, po czym odparłem pewnym głosem ,,Ratujcie obie po troszku’’. To była
najgorsza decyzja w moim życiu.
Przerwał. Nie patrzył na mnie. W
jego oczach czaił się żal i smutek. To co było mi tak strasznie znane. Czekałam
więc, aż będzie kontynuował.
- Mama zmarła jeszcze na sali zabiegowej.
Emily – moja siostra – trafiła do inkubatora. Umarła kilka dni po mamie. A ja
bezradnie patrzyłem jak walczy o życie. Sądziłem, że wygra. Potem zaczęliśmy
się z tatą przeprowadzać – usiadł na podłodze, a ja, nie zastanawiając się
długo, zrobiłam to samo. – Z rok tu, dwa lata tam. Tęskniłem za mamą. Za jej
głosem, jej dotykiem. Na całe szczęście tata nie szukał mi nowej mamy.
Pracował, gdy ja byłem w szkole, mówił mi dobranoc każdego wieczoru.
Przychodził na przedstawienia, wywiadówki. Ale nie był naprawdę obecny. –
Zaczął przeglądać swoje paznokcie, jakby to była najważniejsza rzecz pod
słońcem. – Bał się tutaj wrócić. Chyba za bardzo kojarzyło mu się tu z mamą.
Rok temu powiedział mi: ,,Synu, nie chcę już uciekać. Wracamy do domu’’.
Znaleźliśmy się tutaj. Zapisał mnie do prywatnej szkoły, mimo że tego nie
chciałem. Szukał mi znajomych na siłę. Tylko, że jak każdego dnia mijając
schody, z których spadła, widzę ją, całą we krwi. Umierającą.
Nie płakał. Zwiesił głowę, dotykając
podbródkiem szyi. Chyba wolałabym żeby płakał.
Zastanawiałam się ilu ludzi jeszcze
chowa się za maskami. Sztucznymi twarzami, które pokazują tylko innym. Był
Logan, idealny, przystojny, z szelmowskim uśmiechem, znający poezję, z
doskonałymi docinkami. Ale tak naprawdę tęsknił za tymi, których utracił.
Zżerała go tęsknota i smutek. Ubierał maskę, by inni nie widzieli tego, co
skrywał.
Była też Even. Wredna, samolubna,
podświadomie walcząca o uwagę innych. To też była maska. Ale Even, pomagająca
duchom, mając najlepszych przyjaciół, chcąca się zmienić – to też kłamstwo.
Miałam za wiele masek; nie umiałam znaleźć prawdziwej siebie.
Ile masek miał w takim razie Logan?
- Dlaczego mi to mówisz? – zapytałam. – Mnie
się raczej nie ufa.
- Co to ma do zaufania?
- Dzięki tej historii mogę cię przejrzeć –
wytłumaczyłam. – Dostrzec, że wcale nie jesteś taki idealny.
- To było prawie poetyckie – zauważył. – A
więc jak jest z tobą?
- A co to? Wieczorek zapoznawczy?
- Wolałbym coś na styl Dzień Prawdy, albo
Dzień Bez Tajemnic – strzelał kośćmi palców.
- Wieczór Bez Masek – zasugerowałam.
Uśmiechnął się. Był to ten sam
uśmiech co zawsze, lecz wtedy wydał mi się całkiem inny.
- Tak więc, z okazji Wieczora Bez Masek, musisz
opowiedzieć mi swoją historię.
Nie wiedział o co prosi. W sumie
mogłam mu powiedzieć o duchach. Maxine i Nick mi zaufali. Jednak coś mi mówiło,
ze powiedzenie mu nie jest dobrym pomysłem.
- Mój tata zmarł, jak wiesz. Matka mnie
nienawidzi, choć nie wiem za co. Jestem zimną suką, która próbuje się zmienić,
w coś co wcale nie przypomina mnie.
- No, lepiej bym tego nie ujął. Dlaczego
uważasz, że matka cię nienawidzi?
- Całe życie ma mnie gdzieś.
- Następne pytanie – podniósł rękę do góry,
jak prawdziwy kujon w klasie.
Czekałam, sądząc iż je zada. Ale on
czekał grzecznie, udając bardzo zaciekawionego tematem. Wolną ręką udał, że
poprawia okulary.
- UnderVarpol? – powiedziałam głosem
nauczycielki. – Albo zadasz mądre pytanie, albo piszesz esej na dziesięć stron.
- Nie ma głupich pytań, psze pani – położył
rękę na kolano. – Są tylko głupie odpowiedzi.
- Więc o co chciałeś zapytać?
Wystukiwał jakiś rytm na udzie. To
samo robił zawsze na kierownicy, gdy prowadził auto.
- Co miałaś na myśli, mówiąc: ,, Która próbuje
się zmienić, w coś co wcale nie przypomina mnie.’’?
- To, że chciałaby być lepsza – chciałam być
szczera. Więc byłam szczera. Chyba pierwszy raz w życiu mówiłam o tym na głos.
– Nie umiem być sobą. Bo nie wiem, kim tak naprawdę jestem. Mówię jak
pozbawiona rozumu debilka.
Logan zaśmiał się cicho. Jego śmiech
był miły i ciepły.
- Wiesz co ci powiem? Że czuję się tak samo.
Przez chwilę tylko siedzieliśmy,
wsłuchując się w muzykę, dobiegającą do nas z sali. Oświetlały nas gwiazdy i
lampy w ogrodzie, które ktoś nagle włączył.
- Oboje cierpimy na chorobę, której nikt
jeszcze nie wynalazł? – uniosłam brew.
- Możliwe.
Wstał nagle. Podniósł się z
pewnością. Oprał się o barierkę, patrząc przed siebie. Ja dalej siedziałam
sobie na podłodze.
- Pokażę ci coś – ukucnął przede mną.
Rozpiął koszulę. Patrzyłam jak
odkrywa przede mną prawe ramię. Od niego, przez obojczyk, wzdłuż kręgosłupa i
boku, biegł mu tatuaż. Nie przedstawiał nic konkretnego. Po prostu była to
plątanina czerni, czerwieni, granatu i brązu. Łączyła się z jego skórą,
przedstawiając zawiłe linie.
- Chciałem pokazać na zewnątrz jak się czuję –
wyjaśnił. – Nie umiem wytłumaczyć swojego życia. Nie umiem zatem wytłumaczyć
swojego tatuażu.
- Czyli receptą na naszą chorobę jest
pokazanie na zewnątrz naszych emocji?
- Aha – zaczął zapinać koszulę.
Gdy skończył, stanął nade mną.
Wyciągnął do mnie rękę. Pomógł mi wstać, choć sama dałabym sobie radę. Staliśmy
naprzeciw siebie, słysząc śmiechy i muzykę. Ale tak naprawdę ani on, ani ja,
nie skupialiśmy się na niczym innym, niż na sobie.
Czułam na twarzy jego oddech. Za
mną, wiatr targał moimi włosami. Staliśmy tak, niczym w idealnej filmowej
scenerii. Wtedy Logan wyciągnął do mnie rękę.
- Zatańczysz ze mną, lady?
Uśmiechnęłam się. Po raz pierwszy w
życiu zrobiłam to szczerze. Cały ten wieczór był strasznie prawdziwy.
- Nie umiem tańczyć – odparłam, by po prostu
coś powiedzieć.
- Przestań – nie ustępował. – Widziałem jak
wywijałaś na parkiecie.
Złapałam go za rękę. Prowadził nas
na parkiet, wśród wirujących par, grupek ludzi. Przez chwilę tańczyliśmy
dopasowując się do rytmu. Nagle piosenka się skończyła, a zastąpił ją delikatny
dźwięk skrzypiec. Tańczące pary się przerzedziły. Kilka osób zaczęło tańczyć
wolnego. Już chciałam odejść, gdy Logan (jak zawsze) złapał mnie za łokcia.
- Nie uciekniesz ode mnie – zaśmiał się,
przyciągając do siebie.
Zaczął mnie obracać. Nie musiałam w
ogóle się skupiać. To on prowadził mnie, wymyślając proste kroki. Tańczyliśmy,
a ja nie widziałam nic po za nami. Wydawało mi się to wręcz bajkowe, choć
jeszcze nie dawno myślałam, że życie nigdy nie może być bajką.
- Nasze życie jest zbyt krótkie, by ciągle się
zmieniać – wyszeptał mi do ucha. – Trzeba po prostu odnaleźć siebie.
Nawet wtedy, gdy piosenka się
kończyła i zmieniała na nową, my ciągle tam byliśmy. Nie byłam nawet pewna ile
czasu minęło.
W końcu znalazła mnie zaaferowana
Maxine. Opowiadała o jakieś cioci z Australii, której miało tu nie być. I o
tym, że przyjechał jakiś jej kuzyn z Polski, którego nie widziała od dziesięciu
lat. Potem przynieśli ogromny tort. Śpiewaliśmy sto lat, stykając się
kieliszkami. Był to piękny wieczór Maxine.
Ale po części był też mój.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz