środa, 7 września 2016

Rozdział trzydziesty

                        Otworzyłam szeroko zaspane oczy. Obok mnie dzwonił mój telefon. Złapałam za niego i odebrałam.

 - Maxine, czy ty wiesz, która jest godzina…- sprawdziłam czas na komórce. Druga trzynaście po południu. – Cholera.
 - No właśnie, Even. Według planu miałaś być u mnie wpół do trzeciej. Dajcie ci pół godziny, rozumiesz?
 - Jasne – ziewnęłam. – To do zoba…
            Rozłączyła się. Rzuciłam telefon na poduszkę obok. Przeciągnęłam się. Prawdopodobnie siedziałam w Internecie do drugiej albo trzeciej nad ranem. Wszystko mnie bolało, nadal byłam w ubraniach, które miałam na sobie wcześniejszego dnia.
            Wybrałam na oślep ubrania. Wzięłam prysznic, potem susząc szybko włosy. Ubrałam się, wzięłam z dna szafy kartony od Maxine. Zagarnęłam z biurka kluczki, po czym zeszłam na dół.
            Mama siedziała w salonie. Z telewizora dobiegał mnie dźwięk taniej telenoweli. Nawet na mnie nie spojrzała. Gdy zakładałam buty, usłyszałam tylko:
 - Wychodzisz?
 - Ta – odparłam.
            Zatrzasnęłam drzwi. Wsiadłam do auta. Wyjeżdżając, zastanawiałam się czy może będzie to pierwszy, naprawdę normalny dzień w moim życiu.
           
            Kiedy pukałam w drzwi od piętnastu minut, pojawiła się Maxine, w szlafroku i jeszcze mokrych włosach. Zaprosiła mnie do środka.
            Jej dom był ładnie urządzonym, ciepłym miejscem. Wszędzie dominowały łagodne kolory, piękne obrazy i jasne meble. Wszystko było starannie uporządkowane. Rozglądałam się z niemym podziwem, gdy Maxine prowadziła mnie po drewnianych schodach do swojego pokoju. Wzdłuż ściany, której stały schody, rozwieszone były rodzinne fotografie Celr’ów. Dojrzałam nawet na nich Nicka. Rzucił mi się w oczy też jakiś chłopak.
 - Kto to? – wskazałam na zdjęcie, gdzie właśnie Maxine i ów chłopak stali obok siebie.
 - To Steve – zatrzymała się. – Mój starszy brat.
             Mało się nie potknęłam, gdy to usłyszałam.
 - Ty masz brata?!
 - Jasne – przytaknęła. – Miałam też siostrę bliźniczkę.
 - Miałaś?
 - Zmarła, gdy miałyśmy po cztery lata – wskazała palcem na dużą fotografię, przedstawiającą dwie dziewczynki. – Była starsza o dwie minuty.
            Zaczęłam przyglądać się zdjęciom. Pojawiał się na nich Steve. Była też cała masa zdjęć Maxine z siostrą. Zastanawiałam się czego jeszcze o niej nie wiem. 
 - Gdzie jest teraz twój brat? – zagadnęłam, jak weszłyśmy do jej pokoju.
            Jej sypialnia była subtelnie urządzona. Utrzymana w tonacji jasnych barw, głównie bieli. Miała ogromne łóżko, różową toaletkę, zapełnioną kosmetykami.
 - Studiuje w innym mieście – wyjaśniła. – Mieszka w akademiku. Rzadko przyjeżdża. Ma średnie kontakty z rodzicami.
 - Wiele o tobie nie wiem, Maxine? – zagadnęłam.
 - Nigdy nie pytasz – odparła spokojnie.
            Położyłam kartony na łóżku. Maxine poszła do łazienki, gdzie zaczęła suszyć włosy. Ja spacerowałam sobie po pokoju, przyglądając się zdjęciom oprawionym w ramki czy przyglądając się figurką, stojącym na widoku.
 - Uważam, że lepiej żebyś teraz ubrała sukienkę. Później możesz zetrzeć nią makijaż. Tak więc – klasnęła w dłonie. – Możesz w końcu ją zobaczyć.
 - Błagam niech nie będzie różowa – szepnęłam.
            Zaczęłam odpakowywać karton. Zdjęłam pokrywkę. Potem powoli zgarnęłam papier u góry. Najpierw ujrzałam coś czarnego. Sukienka była starannie złożona. Wyjęłam ją i rozprostowałam.
            Miałam przed sobą czarną sukienkę. Górę miała z koronki, tworzącej wzory. Rękawy były do łokci. Dół, od pasa, był rozkloszowany. Pokrywał go delikatny tiul.
            Przyglądałam się kreacji, wyobrażając sobie jak będę w niej wyglądać. Była lekka, prawie jej nie czułam w dłoniach. Odwróciłam się w stronę Maxine. Ta stała wyluzowana, oparta o toaletkę.
 - Jest piękna – powiedziałam.
 - Widzisz, mam świetny gust. A teraz biegnij się w nią wbić – wskazała na drugie pudełko. – Buty i rajstopy.
            Wzięłam karton i pokierowałam się do łazienki. Tam zaczęłam się ubierać. Dostałam rajstopy w kolorze skóry oraz czarne, zamszowe szpilki. Były potwornie wysokie, nie wiedziałam czy dam sobie radę w nich iść. Gdy ubrałam sukienkę, obróciłam się w niej. Dół gustownie okręcił się razem ze mną. Przejrzałam się w ogromnym lustrze.
            Sukienka leżała na mnie idealnie. Była piękna. Czułam się w niej bardzo dziwnie, lecz była wygodna. Zastanawiałam się czy Maxine da też radę z moimi włosami i twarzą.
            Wyszłam. Moja przyjaciółka siedziała przed toaletką, zakładając kolczyki. Miała już na sobie sukienkę i chyba jeszcze wyższe buty ode mnie. Obróciła się do mnie, gdy usłyszała stukot butów. Zakryła usta dłonią.
 - Even, wyglądasz nieziemsko!
 - Nie było wyższych butów w sklepie? – rzuciłam. Dawałam radę iść, ale musiałam się czegoś czepić.
  - Nie marudź. Dzisiaj ja rządzę – posadziła mnie na miejscu, na których sama przed chwilą siedziała. – Teraz się zabawimy.
            Podała mi ręcznik, którym okryłam sobie ramiona, by przypadkiem nie pobrudziła czymś mojej sukienki. Spięła mi włosy dużą klamrą, po czym zaczęła zajmować się moją twarzą.
            Smarowała mnie czymś, używała kosmetyków, których znaczenia ja nawet nie znałam. Ciągle coś nakładała mi pędzelkiem na twarz, zmywała, a potem nakładała ponownie. Majstrowała przy moich oczach. I to chyba przy nich najdłużej. Ciągle rzucała mi tylko komendy ,,Zamknij oczy’’ ,,Pomrugaj’’ ,,Otwórz’’. Widziałam jak wybierała cienie, zmieniając tylko pędzle. Miała chyba z milion tuszów. Cały czas coś poprawiała, a ja bałam się, że nie zdąży skończyć.
            Gdy wreszcie pomalowała mi usta, zakończyła działanie z moją twarzą. Potem zabrała się za włosy. Rozczesywała mi je powoli, spryskując czymś o migdałowym zapachu. Zawijała je na coś ciepłego. Nie byłam pewna co to za urządzenie. Jakaś lokówka albo prostownica.
            Tylko mignęło mi coś różowego, gdy Maxine szybko zabrała coś z toaletki. Poczułam jak zagarnia mojego włosy. Potem coś w nie wpięła. Nawet nie drgnęłam, gdy powiedziała, że mogę wstać i się zobaczyć.
 - No dawaj – zachęcała mnie.
            Wstałam. Wyprostowałam plecy i pokierowałam się w kierunku rozsuwanej szafy, gdzie było ogromne lustro. Stanęłam przed nim, zapatrzona w obraz dziewczyny przed sobą. I prawda była taka, że to nie była Even.
            Sukienka układała się idealnie. Moje nogi wydawały się szczuplejsze. Oczy miałam mocno podkreślone, ale znacznie inaczej, niż gdy ja się malowałam. Były świetnie podkreślone, powiększając moje brązowe oczy. Kiedy przyjrzałam się im bliżej, widziałam tam żółte, czarne i jasno-brązowe cętki. Mimo iż miałam wiele makijażu na twarzy, wcale nie było tego, aż tak widać.
             Moje włosy układały się delikatnie, opadając falami na ramiona. Nie było widać nierównych końcówek ani nieudanego, prawie zmytego ombre. Z boku głowy, na rozpuszczonych włosach, był dobierany warkocz, ledwie odznaczający się na moich włosach. Na końcu spięty był różową różą, wyglądającą jak żywa.
 - I jak się cię podobna? – zapytała Maxine, stojąca za moimi plecami.
            Obróciłam się powoli. Buty, mimo ich wysokości, były bardzo wygodne. Patrzyłam na siebie, zastanawiając się czy to magia czy po prostu życie.
 - Jest bosko – odpowiedziałam.
 - Świetnie – usiadła na miejscu przed stolikiem z kosmetykami. – Teraz pomożesz mi wybrać kolory.
            Sama umalowała się szybko i delikatnie, utrzymując jasne kolory. Używała tylko cieni w odcieniu beżu i jasnego brązu. Ja sama po prostu pomagałam jej wybrać, który z dwóch kolorów pasuje do reszty. Uczesała się szybko, wpinając we koka, z lokowanych włosów, coś na rodzaj diademu.
 - Zapomniałaś o czymś jeszcze – odezwała się, poprawiając szminkę. – W kartonie z sukienką.
            Przeszłam długość dzielącą mnie od łóżka. Zajrzałam do pudełka. W środku było jeszcze mniejsze, ładne opakowanie. Wyjęłam je, po czym oklapłam na białą narzutę. Otworzyłam pudełko. Znalazłam w nim odpowiednią ilość kolczyków, do każdej dziurki jaką miałam. Była tam nawet maleńka cyrkonia do nosa. Do tego ładny, drobny naszyjnik.
 - Maxine, cały mój ubiór musiał kosztować fortunę – zauważyłam. – Muszę ci oddać za wszystko.
 - Nie przesadzaj – machnęła ręką. – Nie było tego aż tak wiele. Nawet nie przekroczyło mojego kieszonkowego. Zapomniałaś o torebce.
            Oczywiście, zgodnie z jej słowami, znalazłam na dnie kartonu jeszcze torebkę. Czarną, najzwyczajniejszą jaka istniała, w  której zmieścił się co najwyżej telefon i portfel.
 - Teraz wyglądasz bosko – skitowała mnie moja przyjaciółka.
 - Mówi gwiazda wieczoru.
            Prawdę mówiąc Maxine wyglądała jeszcze lepiej ode mnie. Jej delikatny makijaż, nie tak bardzo widoczny, sprawiał, że człowiek od razu ją zauważał. Z gracją kroczyła w swoich szpilkach, mających z boku małą kokardkę.
            Usłyszałam auto na podjeździe. Wyjrzałam przez okno. Ujrzałam samochód Nicka. Powiedziałam o tym Maxine.
 - Możesz do niego wyjść? Zaraz przyjdę.
            Oczywiście jeszcze coś poprawiała, choć jak dla mnie nie mogła wyglądać lepiej, niż wyglądała.
            Zeszłam więc po schodach, przyglądając się ponownie fotografią rodziny. Wszędzie byli uśmiechnięci. Mimo, że bliscy Maxine byli bogaci, sama ona nie była rozpieszczona, a jej rodzice się nią interesowali. Mieli dwójkę dzieci, którym mogli wszystko zapewnić.
            Nick zapukał do drzwi, akurat w momencie, kiedy dotarłam do nich. Otworzyłam je na roścież, widząc mojego przyjaciele, ubranego w idealnie wyprasowany garnitur, z perfekcyjną fryzurą. Nie widziałam go w życiu takiego odszczelonego.
 - Even… - szelmowski wyraz twarzy zniknął, gdy na mnie spojrzał. – To naprawdę ty?
 - Twoja dziewczyna umie zdziałać cuda – odparłam. – Jak wyglądam?
            Otworzył usta, a potem je zamknął. Wyglądał trochę na zszokowanego. Jednak jego mina, kiedy zobaczył Maxine, była niedopisania.
 - Boże – zasłonił usta dłonią. – Skarbie, wyglądasz przepięknie.
            Przytulił ją. Starym zwyczajem udawałam, że zbiera mi się na wymioty, na co zareagowali śmiechem. Wsiedliśmy do auta, udając się na imprezę.

            Nie wiem czego oczekiwałam, idąc na te urodziny. Może skromnej uroczystości dla bliskich i przyjaciół? Możliwe. Jednak to co dostałam, było znaczenie, znacznie większe. Jakbym cały ten czas widziała tylko czubek góry lodowej.
            Dojechaliśmy na ogromną salę. Z głównego wejścia na nią prowadziły schody, idealne do taktownych wejść. Był ogromny parkiet, na którym zmieścili by się wszyscy goście, a zostało by jeszcze miejsca dla King Konga. Po bokach stały okrągłe stoliki, przykryte białymi obrusami i wazonami z kwiatami. Przy stolikach były już gotowe nakrycia, a obok talerzy karteczka z imieniem i nazwiskiem osoby, która miała tam usiąść (ja wylądowałam obok Nicka, który z kolei siedział obok Maxine, która z drugiej strony miała swojego brata, zaś temu towarzyszyła dziewczyna). Przed nami była ogromna scena, na której mieściły się dwa zespoły: pierwszy, złożony był z skrzypków, wiolonczelistów i tych ludzi, których nie umiem nazwać. Na szczęście drugi był typowo młodzieżowy, z gitarą, perkusją i mikrofonem.
            Sypały się prezenty i życzenia. Do Maxine podchodzili różni ludzie. Starsi mężczyźni w garniturach, kobiety w pięknych sukniach. Dziewczyny w naszym wieku, ubrane w dopasowane sukienki, z mocnym makijażem i wystylizowanymi fryzurami. Byli niedbale ubrani chłopcy i strasznie lalusiowaci, z żelem zamiast włosów.
            Gdy Maxine rozmawiała z jakoś panią, stanęłam za nią. Kobieta składała jej życzenia, mówiąc głośno z wyraźnym akcentem, którego nie potrafiłam rozpoznać.  Gdy w końcu skończyła, Maxine się z nią pożegnała i odwróciła w moją stronę.
 - Niezła imprezka – zaśmiałam się.
            Pokiwała głową z uśmiechem. Objęłam ją.
 - Wszystkiego najlepszego – wyszeptałam jej do ucha.
            Stanęłam naprzeciw niej. Zaczęłam grzebać w torebce. Wyjęłam z niej małe pudełeczko, elegancko zapakowane. Spędziłam wiele godzin na myśleniu co jej kupić.
 - Ojej – powiedziała, przyjmując prezent. – Nie musiałaś.
            Machnęłam ręką. Sam fakt ile wydałam na ten prezent, sprawił, że byłam z siebie zadowolona.
 - Mogę otworzyć?
 - To twój prezent.
            Usunęła kokardkę, którą ja składałam przez dobre czterdzieści minut. Otworzyła wieczko. Spojrzała do środka i przejechała po swoim prezencie palcem.
 - Boże Even – w oczach nazbierały jej się łzy. – Jest przepiękny!
            Wyjęła go z pudełka. Był to mały, złoty aniołek. W skrzydełkach miał dość drogie kamienie. Z tyłu lśnił grawer. W sumie nic wielkiego, ale wiedziałam, że Maxine wcale nie cieszą drogie, bezużyteczne rzeczy.
 - Jedyny na świecie – zaznaczyłam. – Sama wymyśliłam.
            Przytuliła mnie mocno. Cieszyło mnie, że się jej podoba.
 - Mogę prosić o ciszę? – rozbrzmiał głos taty Maxine. – Córeczko, gdzie jesteś?
            Maxine otarła delikatnie oczy. Jeszcze raz mnie przytuliła, szepcząc cicho ,,dziękuję’’. Odeszła na scenę, gdzie czekał na nią ojciec.
 - Chciałbym wnieść toast za naszą jubilatkę – między tłumem nagromadzonych osób, zaczęły lawirować kelnerki z tackami szampana.
            Wzięłam sobie kieliszek. Patrzyłam na moją przyjaciółkę, która stanęła obok swojego taty. Gdy już wszyscy trzymali kieliszki, ponownie przemówił do mikrofonu.
 - Otóż, szesnaście lat temu pojawiła się na tym świcie niezwykła istota. Dzisiaj, wszyscy razem, świętujemy dzień jej urodzin. Chciałbym życzyć jej jak najwięcej szczęścia, powodzenia w życiu i miłości. Za Maxine – uniósł do góry swój kieliszek.
 - Za Maxine! – odezwaliśmy się zgranie. Potem każdy stukał się z osobą obok, nawet nie patrząc kim dana osoba jest.
            Zaczęła się impreza. Na zmianę leciały wolne piosenki z szybkimi. Pierwszy wolny taniec zatańczyła Maxine z tatą. Następny z Nickiem. Potem z masą kuzynków, wujków, kolegów i dziadkiem.
 - Even – podszedł do mnie Nick. Uśmiechał się od ucha do ucha.
            Stałam oparta o ścianę. Spojrzałam na jego rozgrzane policzki, które świadczyły o tym, że świetnie się bawi.
 - No chodź! – pociągnął mnie za rękę.
            Nie mogłam się oprzeć pokusie by zatańczyć. Leciał akurat szybki kawałek, który wpadł mi w ucho. Tańczyłam z Nickiem. Mieliśmy ledwie splecione dłonie. Okręcał mnie, a ja obijałam się o osoby obok. Śmialiśmy się do rozpuku. Potem dołączyła do nas Maxine. Tańczyliśmy we trójkę, jak prawdziwi przyjaciele. Zanim się obejrzałam, wirowałam na parkiecie z uśmiechniętymi chłopcami, których nie znałam.
            Kręciło mi się w głowie, a na policzkach czułam wypieki. Nie chcąc zemdleć, wyszłam się przewietrzyć na jeden z dobudowanych do sali balkonów.
            Stałam oparta o barierkę, patrząc na noc, która zdążyła już zapaść. Dzięki temu, że byłam rozgrzana, było mi ciepło. Widziałam pod sobą oświetlony ogród. Wdychałam świeże powietrze, które kuło mnie zimnem w płuca.
 - Więc impreza przenosi się na dwór? – zapytał ktoś za mną.
            Rozpoznałam głos. Sądziłam więc, że to jakiś chłopak, z którym niedawno tańczyłam. Wpatrywałam się w gwiazdy na niebie, a ten ktoś oparł się o barierkę, dość blisko mnie.
 - Piękna noc – odezwał się ponownie. Dokładnie wtedy go rozpoznałam.
            Miał mniej rozczochrane włosy niż zawsze, choć i tak nazwałabym to artystycznym nieładem. Dzięki padającemu ze środka blaskowi świateł, widziałam te jego ciemnoniebieskie oczy, pełne radości. Miał dżinsy, z wetkniętą do nich koszulą. Prawdopodobnie była wyprasowana, ale wtedy już się pogniotła.
 - Cóż za spotkanie – rzucił Logan, patrząc na rozgwieżdżone niebo.
            Coś w jego głoście brzmiało inaczej niż zawsze. Nie było w nim sarkazmu ani rozbawienia. Po prostu słyszałam zwykłe słowa.
 - Pięknie wyglądasz – pochwalił mnie. – Jak nie Even.
            Ktoś twierdził tak samo jak ja.
 - Więc jak mnie rozpoznałeś? – odezwałam się. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że wcześniej nic nie mówiłam.
 - Po oczach – stwierdził. – Nikt nie ma takich oczu jak ty.
            Zawsze uważałam je za brzydkie, z okropną barwą, nieszczególnie wyróżniające się. Aż tu nagle przychodzi chłopak i oznajmia, że są wyjątkowe.
 - Nie sądziłam, że cię tu spotkam. Znasz Maxine?
 - Trochę – oparł ręce na barierce. – Nasi ojcowie razem pracowali. Czasem trochę rozmawialiśmy.
            Pokiwałam tylko głową.
  - Chyba mogę umrzeć – stwierdził nagle.
 - Dlaczego? – spytałam zdziwiona.
 - Zobaczyłem Even Alians, w kuszącej sukience, na wysokich butach, wirującą na parkiecie. To niczym ujrzenie wampira, który nie zmienia się w proch, mimo że stoi na pełnym słońcu.
 - Poetycki jak zawsze – mruknęłam.
            Posłał mi ten swój cudny uśmiech, którego nawet nie umiem opisać. Wodził palcem po metale, nie pozostawiając żadnych wzorów.
 - Wyglądasz jakbyś się zmienił – zauważyłam, patrząc jak uśmiech nie dociera do jego oczu.
 - I vice versa.
            Spojrzałam na gwiazdy. Z chwili na chwilę, było ich coraz więcej. Lśniły jasno, mrugając co chwilę. Skupiając wzrok na nich, dostrzegłam jak jedna spada. Pomyślałam o tym, że powinnam wymyślić sobie życzenie. Ale czy nie byłam na takie zabawy za stara?
 - To chyba przez to miejsce – wyjaśnił.
 - Co z nim nie tak?
            Nie od razu odpowiedział.
 - Za dużo wspomnień, od których chcieliśmy z tatą uciec – skomentował.
 - Czyżby nie tylko mnie życie nie oszczędza?
            Pokiwał głową. W ten sposób padającym świetle, zdawał mi się całkiem inną osobą. Pod materiałem koszuli, tak gdzie padało, dostrzegałam mocno zarysowane barki. Garbił się, ale wydawało mi się to całkiem u niego normalne.
 - Opowiesz mi swoją życiową historię, która pozwoli mi myśleć, że moje życie jest fajne? – zapytałam.
 - Czy sądzisz, że taki niesamowicie przystojny, wygadany chłopak, ma jakoś smętną historię? – znowu ten uśmiech.
 - Zazwyczaj to skrywają muskuły.
            Pokręcił głową, dalej się uśmiechając. Odwrócił głowę w moją stronę.
 - Czy jeśli opowiem ci tę niezwykle pasjonującą historię swojego życia, to usłyszę w zamian twoją?
 - Jeśli nie będę zalewała się łzami i będę w stanie mówić.
            Błysnęły jego białe zęby. Ich idealny półksiężyc zalśnił w mroku.
 - Gdy miałem dziewięć lat, moja mama była ponownie w ciąży. Wszystko szło jak po maśle. Aż pewnego dnia potknęła się na schodach i z nich zleciała – jego uśmiech zgasł, jak gwiazda na niebie. – Może nie byłaby to taka trauma dla mnie, gdybym jak dziecko nie pobiegł do niej i nie zobaczył, jak leży na podłodze. Krew wszędzie. Złapałem telefon i zadzwoniłem do taty, patrząc z przerażeniem na moją mamę, która zwijała się z bólu. Tata był tak zrozpaczony, że ja, głupi, bezmyślny dziewięciolatek, musiałem wybrać, czy ratować życie mamy czy mojej siostrzyczki. To było takie niesprawiedliwe, że właśnie mnie obarczyli takim wyborem. Więc stanął przez lekarzem, z umazaną krwią mamy bluzką, po czym odparłem pewnym głosem ,,Ratujcie obie po troszku’’. To była najgorsza decyzja w moim życiu.
            Przerwał. Nie patrzył na mnie. W jego oczach czaił się żal i smutek. To co było mi tak strasznie znane. Czekałam więc, aż będzie kontynuował.
 - Mama zmarła jeszcze na sali zabiegowej. Emily – moja siostra – trafiła do inkubatora. Umarła kilka dni po mamie. A ja bezradnie patrzyłem jak walczy o życie. Sądziłem, że wygra. Potem zaczęliśmy się z tatą przeprowadzać – usiadł na podłodze, a ja, nie zastanawiając się długo, zrobiłam to samo. – Z rok tu, dwa lata tam. Tęskniłem za mamą. Za jej głosem, jej dotykiem. Na całe szczęście tata nie szukał mi nowej mamy. Pracował, gdy ja byłem w szkole, mówił mi dobranoc każdego wieczoru. Przychodził na przedstawienia, wywiadówki. Ale nie był naprawdę obecny. – Zaczął przeglądać swoje paznokcie, jakby to była najważniejsza rzecz pod słońcem. – Bał się tutaj wrócić. Chyba za bardzo kojarzyło mu się tu z mamą. Rok temu powiedział mi: ,,Synu, nie chcę już uciekać. Wracamy do domu’’. Znaleźliśmy się tutaj. Zapisał mnie do prywatnej szkoły, mimo że tego nie chciałem. Szukał mi znajomych na siłę. Tylko, że jak każdego dnia mijając schody, z których spadła, widzę ją, całą we krwi. Umierającą.
            Nie płakał. Zwiesił głowę, dotykając podbródkiem szyi. Chyba wolałabym żeby płakał.
            Zastanawiałam się ilu ludzi jeszcze chowa się za maskami. Sztucznymi twarzami, które pokazują tylko innym. Był Logan, idealny, przystojny, z szelmowskim uśmiechem, znający poezję, z doskonałymi docinkami. Ale tak naprawdę tęsknił za tymi, których utracił. Zżerała go tęsknota i smutek. Ubierał maskę, by inni nie widzieli tego, co skrywał.
            Była też Even. Wredna, samolubna, podświadomie walcząca o uwagę innych. To też była maska. Ale Even, pomagająca duchom, mając najlepszych przyjaciół, chcąca się zmienić – to też kłamstwo. Miałam za wiele masek; nie umiałam znaleźć prawdziwej siebie.
            Ile masek miał w takim razie Logan?

 - Dlaczego mi to mówisz? – zapytałam. – Mnie się raczej nie ufa.
 - Co to ma do zaufania?
 - Dzięki tej historii mogę cię przejrzeć – wytłumaczyłam. – Dostrzec, że wcale nie jesteś taki idealny.
 - To było prawie poetyckie – zauważył. – A więc jak jest z tobą?
 - A co to? Wieczorek zapoznawczy?
 - Wolałbym coś na styl Dzień Prawdy, albo Dzień Bez Tajemnic – strzelał kośćmi palców.
 - Wieczór Bez Masek – zasugerowałam.
            Uśmiechnął się. Był to ten sam uśmiech co zawsze, lecz wtedy wydał mi się całkiem inny.
 - Tak więc, z okazji Wieczora Bez Masek, musisz opowiedzieć mi swoją historię.
            Nie wiedział o co prosi. W sumie mogłam mu powiedzieć o duchach. Maxine i Nick mi zaufali. Jednak coś mi mówiło, ze powiedzenie mu nie jest dobrym pomysłem.
 - Mój tata zmarł, jak wiesz. Matka mnie nienawidzi, choć nie wiem za co. Jestem zimną suką, która próbuje się zmienić, w coś co wcale nie przypomina mnie.
 - No, lepiej bym tego nie ujął. Dlaczego uważasz, że matka cię nienawidzi?
 - Całe życie ma mnie gdzieś.
 - Następne pytanie – podniósł rękę do góry, jak prawdziwy kujon w klasie.
            Czekałam, sądząc iż je zada. Ale on czekał grzecznie, udając bardzo zaciekawionego tematem. Wolną ręką udał, że poprawia okulary.
 - UnderVarpol? – powiedziałam głosem nauczycielki. – Albo zadasz mądre pytanie, albo piszesz esej na dziesięć stron.
 - Nie ma głupich pytań, psze pani – położył rękę na kolano. – Są tylko głupie odpowiedzi.
 - Więc o co chciałeś zapytać?
            Wystukiwał jakiś rytm na udzie. To samo robił zawsze na kierownicy, gdy prowadził auto.
 - Co miałaś na myśli, mówiąc: ,, Która próbuje się zmienić, w coś co wcale nie przypomina mnie.’’?
  - To, że chciałaby być lepsza – chciałam być szczera. Więc byłam szczera. Chyba pierwszy raz w życiu mówiłam o tym na głos. – Nie umiem być sobą. Bo nie wiem, kim tak naprawdę jestem. Mówię jak pozbawiona rozumu debilka.
            Logan zaśmiał się cicho. Jego śmiech był miły i ciepły.
 - Wiesz co ci powiem? Że czuję się tak samo.
            Przez chwilę tylko siedzieliśmy, wsłuchując się w muzykę, dobiegającą do nas z sali. Oświetlały nas gwiazdy i lampy w ogrodzie, które ktoś nagle włączył.
 - Oboje cierpimy na chorobę, której nikt jeszcze nie wynalazł? – uniosłam brew.
 - Możliwe.
            Wstał nagle. Podniósł się z pewnością. Oprał się o barierkę, patrząc przed siebie. Ja dalej siedziałam sobie na podłodze.
 - Pokażę ci coś – ukucnął przede mną.
            Rozpiął koszulę. Patrzyłam jak odkrywa przede mną prawe ramię. Od niego, przez obojczyk, wzdłuż kręgosłupa i boku, biegł mu tatuaż. Nie przedstawiał nic konkretnego. Po prostu była to plątanina czerni, czerwieni, granatu i brązu. Łączyła się z jego skórą, przedstawiając zawiłe linie.
 - Chciałem pokazać na zewnątrz jak się czuję – wyjaśnił. – Nie umiem wytłumaczyć swojego życia. Nie umiem zatem wytłumaczyć swojego tatuażu.
 - Czyli receptą na naszą chorobę jest pokazanie na zewnątrz naszych emocji?
 - Aha – zaczął zapinać koszulę.
            Gdy skończył, stanął nade mną. Wyciągnął do mnie rękę. Pomógł mi wstać, choć sama dałabym sobie radę. Staliśmy naprzeciw siebie, słysząc śmiechy i muzykę. Ale tak naprawdę ani on, ani ja, nie skupialiśmy się na niczym innym, niż na sobie.
            Czułam na twarzy jego oddech. Za mną, wiatr targał moimi włosami. Staliśmy tak, niczym w idealnej filmowej scenerii. Wtedy Logan wyciągnął do mnie rękę.
 - Zatańczysz ze mną, lady?
            Uśmiechnęłam się. Po raz pierwszy w życiu zrobiłam to szczerze. Cały ten wieczór był strasznie prawdziwy.
 - Nie umiem tańczyć – odparłam, by po prostu coś powiedzieć.
  - Przestań – nie ustępował. – Widziałem jak wywijałaś na parkiecie.
            Złapałam go za rękę. Prowadził nas na parkiet, wśród wirujących par, grupek ludzi. Przez chwilę tańczyliśmy dopasowując się do rytmu. Nagle piosenka się skończyła, a zastąpił ją delikatny dźwięk skrzypiec. Tańczące pary się przerzedziły. Kilka osób zaczęło tańczyć wolnego. Już chciałam odejść, gdy Logan (jak zawsze) złapał mnie za łokcia.
 - Nie uciekniesz ode mnie – zaśmiał się, przyciągając do siebie.
            Zaczął mnie obracać. Nie musiałam w ogóle się skupiać. To on prowadził mnie, wymyślając proste kroki. Tańczyliśmy, a ja nie widziałam nic po za nami. Wydawało mi się to wręcz bajkowe, choć jeszcze nie dawno myślałam, że życie nigdy nie może być bajką.
 - Nasze życie jest zbyt krótkie, by ciągle się zmieniać – wyszeptał mi do ucha. – Trzeba po prostu odnaleźć siebie.
            Nawet wtedy, gdy piosenka się kończyła i zmieniała na nową, my ciągle tam byliśmy. Nie byłam nawet pewna ile czasu minęło.
            W końcu znalazła mnie zaaferowana Maxine. Opowiadała o jakieś cioci z Australii, której miało tu nie być. I o tym, że przyjechał jakiś jej kuzyn z Polski, którego nie widziała od dziesięciu lat. Potem przynieśli ogromny tort. Śpiewaliśmy sto lat, stykając się kieliszkami. Był to piękny wieczór Maxine.
            Ale po części był też mój.
            

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz