Rozdział dwudziesty dziewiąty
-
Najazdy trwały już od kilku tygodni, lecz czas nie miał już większego
znaczenia…
Zaczynałam poważnie zastanawiać się
nad zakupem przenośnej poduszki (o ile coś takiego jest) i rozkładaniem jej na
każdej lekcji historii.
Tak, brawa za spostrzegawczość.
Powróciłam do szkoły.
Jako, że i tak cały czas czułam się
podle, leki przestały działać, a lekarze nie wiedzieli co mi jest, to zaczęłam
chodzić do szkoły. I tak nic nie robiłam w domu, po za zawalaniem się milionami
myśli na minutę, na tysiąc tematów. W szkole przynajmniej panowała senna
atmosfera, więc głównie skupiałam się na tym by nie zasnąć.
Lekcje ciągnęły się zdecydowanie
zbyt wolno, jak na mój gust. Prawie cały
dzień łupało mnie w głowie, a bladość i niepewny chód, przekonywały
nauczycieli, by dali mi spokój.
Podczas przerwy na lunch, siedziałam
na ławce na dworze. W stołówce panował zbyt wielki gwar, a mi już pękały uszy.
Inni uczniowie mijali mnie obojętnie, zaś ci z młodszych klas, zerkali na mnie,
myśląc, że tego nie widzę.
Ze szkoły wyszła Maxine. Przyjrzałam
jej się niepewnie. Szła właśnie w moim kierunku. Przed oczami latały mi jasne i
czarne plamki, a wychodzące zza chmur słońce ślepiło mnie w oczy. Dopiero, gdy
usiadła obok mnie, mogłam się jej przyjrzeć. Wyglądała zwyczajnie, jednak z jej
twarzy bił miły blask. W tamtym czasie, kiedy nie darłyśmy kotów, a zawarłyśmy
rozejm, nie wydawała mi się już idealną, bogatą dziunią, która ma wszystko co
zechce.
- Wyglądasz lepiej – przywitała mnie.
Nie byłam tego samego zdania.
Ostatnim czasem mało sypiałam, a jeszcze mniej jadłam. Piłam tylko ciągle wodę,
jakbym była na kacu. Nie starałam się nawet malować, bo i tak to nic nie
zmieniało. Ubrania, niegdyś idealnie na mnie dopasowane, teraz zwisały na mnie
luźno, dżinsy ledwie trzymały się na biodrach, a w koszulki zmieściłby się dwie
Even.
- Nick przywozi dzisiaj swoją mamę do domu.
Wolałby, żeby na razie się przystosowała i tak dalej. Więc w sumie nie mam za
bardzo towarzystwa. Nie chciałabyś dzisiaj skoczyć ze mną do galerii?
W pierwszym odruchu chciałam jej
powiedzieć coś mojego typu. To znaczy wredną odpowiedź, która by ją zasmuciła.
Ale ostatnio nie umiałam wykrzesać z siebie choć odrobinki wredotności (okej,
wiem, że nie ma takiego słowa). Dlatego też przysłoniłam oczy przed słońcem i
jej odpowiedziałam:
- Moja szafa potrzebuje ostrej renowacji.
Posłała mi szczery, przyjazny
uśmiech.
- Super – poprawiła zawieszoną na ramieniu
torebkę. – Mam dla ciebie niespodziankę.
Zmrużyłam oczy. Nie lubiłam niespodzianek.
- Jeśli chcesz, żebym wcisnęła się w twoje
różowe botki, nie ma szans – skitowałam. Rozbrzmiał dzwonek na lekcje.
- Nie mam różowych botków – mruknęła pod
nosem, wstając.
Potem zaczęły się kolejne, bardzo,
bardzoo, bardzooo, nudne lekcje.
Uzgodniłyśmy, że Maxine po mnie
przyjedzie. Nick dał mi ostatnio karygodny zakaz prowadzenia auta, twierdząc,
że mój pożałowania godny stan jest bardzo niepewny.
Przebrałam się w najbardziej
pasujące ciuchy jakie znalazłam. Gdy zobaczyłam nieskazitelnie białe auto,
zatrzymujące się przed moim domem, zgarnęłam torbę z łóżka, wskoczyłam w buty,
a następnie wyszłam na spotkanie mojej przyjaciółce.
Przez pierwsze dni po spotkaniu
ducha Monique, czułam ukłucie żalu, myśląc o Maxine jako przyjaciółce. Zapytałam więc moją zmarłą kumpelę, o to, co o tym
sądzi. Otrzymałam entuzjastyczną odpowiedź na to, że dogaduję się z dziewczyną
Nicka i mam kogoś, komu mogę wiele powiedzieć. Zaczęłam więc bez skrępowania
oznaczać Maxine mianem przyjaciółki, choć nadal dziwnie się z tym czułam.
W
centrum handlowym było sporo ludzi. Wszędzie różne osoby, abstrakcyjne ubrane,
z torbami pełnymi zakupów. Maxine oczywiście reagowała entuzjastycznie na
sklepy pełne ubrań, a ja rozglądałam się za jakimś cywilizowanym miejscem,
gdzie na wieszakach nie widać tylko ubrań pełnych różu.
Maxine zaprowadziła mnie do dość
sporego sklepu. Wszędzie wisiały spodnie, bluzki, swetry, sukienki, szoty, topy
i coś czego przeznaczenia nie znałam. Moja przyjaciółka przyglądała się jakimś
rzeczom, a ja stałam niepewnie obok, nie do końca wiedząc co mam ze sobą
zrobić. Nawet z Monique nie chodziłam na zakupy.
- Ostatnio myślałam nad twoim stylem…-
zaczęła, ale przerwałam jej głośnym lękiem.
- O nie. Nic nie będziesz we mnie zmieniać.
Jestem już wystarczająco miła.
Buntowniczo skrzyżowałam ramiona.
Maxine zareagowała na to ciepłym śmiechem.
- Nie nudzi cię ta czerń? Nawet nie może cię
zbytnio wychudzić, bo jesteś niczym chodzący kościotrup.
Znalazła jakąś bluzkę na
ramiączkach. Była ciemnogranatowa, z dekoltem w serek. Pokazała mi ją.
- Jest ciemna, ale nie czarna. To jakaś
zmiana, nie prawdaż? – zaczęła szukać innych ciemnych ubrań.
Chciałabym tutaj powiedzieć, że
miała straszny gust, więc miałam jej tak bardzo dosyć, iż wyszłam ze sklepu,
poszłam z buta do domu, a w deszczu spotkałam miłość swojego życia. Ale życie
to nie bajka, więc stałam oparta o ścianę, patrząc jak Maxine szuka ubrań,
które wcale nie były takie złe.
- Dobra, pakuj się do przymierzalni.
Ubierałam zgodnie z jej poleceniami,
to co mi podała. Wszystko było ładne, wyszukane, niezbyt skomplikowane.
Przełykałam dumę, widząc inne barwy niż czarny. Kiedyś przecież chodziłam
normalnie ubrana.
- Teraz to – podała mi coś czarnego.
Nareszcie.
Oczywiście była to sukienka w
kolorowe kwiaty. Spojrzałam na nią krzywym wzrokiem, a ona tylko wzruszyła
ramionami, zamykając drzwi przebieralni.
Dobra. Ubrałam ją. Fajne leżała i w
ogóle. Ale proszę was…kwiatki?
Odkładałam na jedną kupkę te rzeczy,
w których gotowa byłam się pokazać oraz te, które były zdecydowanie nie dla
mnie, mimo tego czy były ładne czy nie. Potem zebrałam ubrania, które chciała
kupić i poszłam za nie zapłacić. Byłam zadowolona z towarzystwa Maxine. Ona
sama zaraz po mnie zakupiła trochę rzeczy. Wyszłyśmy ramie w ramię z torbami, w
stronę restauracji.
- Zarządzam, idziemy jeść! – zaśmiała się
Maxine, przesadnie poważnym głosem. – Obu nam przydadzą się kalorie.
W sumie się z nią zgadzałam.
Zazwyczaj miałam mały brzuszek, będąc dość ‘’większa’’ przy moim wzroście, ale
ostatnio drastycznie chudłam. Nie potrzeba mi było nic Fit. I tak było mi już
widać żebra.
Gdy dłubałam sobie widelcem w
jedzeniu, Maxine zaczęła przeszukiwać swoją torbę. W końcu wyjęła z niej kopertę.
Położyła ją na stole, po czym popchnęła ją ku mnie. Uderzyło mnie w oczy moje
nazwisko i imię, zapisane dużymi, ozdobnymi literami. Sięgnęłam więc po
kopertę. Odkleiłam ją, a moim oczom ukazało się zaproszenie, przyprószone
brokatem i mieniącymi się kryształkami.
Wodziłam oczami po tekście,
wnioskując, iż zostałam na coś zaproszona. Otóż, w następną sobotę, miały się
odbyć szesnaste urodziny Maxine Celr.
- No, niezła impreza, jak na urodziny –
skomentowałam.
- Moi rodzice uparli się, żeby zrobić spore
przyjęcie. Dla rodziny i przyjaciół.
Moja mama średnio się mną
interesowała. A czy gdyby traktowała mnie bardziej jak córkę, to też miałam
disco, zamiast pizzy?
- Jeśli nie chcesz nie musisz przychodzić –
spuściła wzrok na blat stołu. – Ale tak prawdę mówiąc, tylko ty i Nick
jesteście przy mnie ze względu mnie, a nie pieniędzy moich rodziców – dodała
cicho.
To wyznanie zbiłoby mnie z nóg,
gdybym stała. Właśnie jedna z najpopularniejszych dziewczyn w szkole,
zjawiskowa Maxine, córka jednych z najbogatszych ludzi w mieście, przyznaje się
zwariowanej Even Alians, córce niezwykłej biznesmenki, o tym, że nie ma
prawdziwych przyjaciół?!
- Tego się nie spodziewałam – powiedziałam
tylko.
Po dłuższej chwili ciszy, chcąc ją
jakoś przerwać, rzuciłam:
- Jasne, że przyjdę – uśmiechnęła się do mnie
nieśmiało. – No, może to nie jest takie fajne jak pizza, ale przyjdę.
Potem gadałyśmy o zwykłych
pierdołach. Maxine szczebiotała o tym jak bardzo się cieszy, bo przyjedzie
jakąś ciotka z Włoch. Z zafascynowaniem opowiadała jak idą już kilkotygodniowe
przygotowania. Po odnalezieniu ciała Kevina, chciała nawet przełożyć imprezę,
by jej chłopak mógł spokojnie przeżyć żałobę, lecz on się na to nie zgodził.
Maxine była szczerze zaskoczona, gdy wyznał jej, że żałobę nosi się w sercu, a
żadne wystawne urodziny tego nie zmienią.
Była taka zafascynowana dekoracjami,
tym, że coś tam… i coś tam. Mówiła tak szybko. Nawet połowy już nie pamiętam.
- Znasz Nicka lepiej i dłużej ode mnie –
zaczęła niepewnie Maxine. – Bardzo się zmienił?
Tego pytania się nie spodziewałam.
Sądziłam, że zapomniała o tym, że to z Nickiem przyjaźniłam się od zawsze.
- Każdy się zmienia – podsumowałam.
Upiła łyk swojej zielonej herbaty,
która stała przed nią, lekko parując. Mimo tego, iż jej wzrok padał na mnie,
patrzyła na coś za mną. Wiedziałam, że zbiera myśli.
- Od jak dawna go znasz?
Przypomniałam sobie siebie i Nicka,
gdy jeszcze chodziliśmy w pieluchach. To właśnie on przychodził mi na myśl,
kiedy wspominałam swoje dzieciństwo.
- Od zawsze – odparłam.
- Zawsze to bardzo długo – uśmiechnęła się
smutno. - Wiesz, ja… ja po prostu… nie
wiem czy znam tego prawdziwego Nicka. Gdy go poznałam był wysportowanym, dobrze
się uczącym chłopakiem, z którym chciała być każda dziewczyna. Teraz on…
przestaje przypominać tamtego siebie. Nie wiem czy staje się kim całkowicie
innym, czy upodobania się do starego Nicka. Jeszcze tego przed zaginięciem
Kevina.
Rozumiałam ją. Ja sama nie byłam
pewna kim był Nick. Zmieniał się, ale zbyt często i zbyt mocno.
- Gdy byliśmy dziećmi, Nick był strasznie
podobny do mnie. Razem rozrabialiśmy. Mówiliśmy sobie dosłownie o wszystkim.
Naprawdę byliśmy prawdziwymi przyjaciółmi -
Maxine czekała, aż zbiorę w sobie słowa. – Na początku cukrzycy mówiłam
mu, że oznacza to jego wyjątkowość. W końcu rzadko kiedy dzieci są diabetykami.
Potem zaginął Kevin. Dalej był tym samym Nickiem. Jednak coraz częściej gdy do
nich przychodziłam, siedział w pokoju i nie chciał wychodzić. Jak kiedyś
nienawidził się uczyć, to nagle robił to strasznie często. Zaczął rozmawiać ze
mną, jakbym była obcą osobą. Niby dalej byliśmy przyjaciółmi. Ale takimi na
niby.
Przyznanie się do prawy, było
naprawdę wyjątkowe. Powiedziałam to pierwszej osobie. I tym człowiekiem nie
była Monique, która całe życie sądziła, że ja i Nick byliśmy nierozłączni i
bliscy sobie.
- Nawet go nie odwiedzałam w domu. Byliśmy
przyjaciółmi z przyzwyczajenia. Dopiero teraz zaczęłam mieć nadzieję, że może
być jak dawniej.
Czułam się tak jakoby całe powietrze
ze mnie uszło. Czekałam już tylko na reakcję Maxine. Jakieś jej słowa, które
albo podtrzymają moją nadzieję, albo ją do końca zniszczą.
- Kochasz go? – spytała w końcu tak cicho, że
najdrobniejszy szelest, mógł zakłócić jej słowa. - Oczywiście – odpowiedziałam swobodnie.
Zwiesiła głowę. – Jest dla mnie jak rodzony brat. Członek rodziny, której nigdy
nie miałam.
Radość w jej oczach była cudownym
widokiem. Nie byłam dla niej żadną przeszkodą, o czym żadna nie powiedziała na
głos. Ale wiedziałam, że wyglądam w oczach Maxine inaczej niż dotychczas.
Odwiozła mnie do domu. Mama już
była, o czym świadczyły zapalone światła. Zaprosiłam więc dziewczynę ze mną do
środka. Pomogła mi z torbami. W moim pokoju, z radością wywaliła wszystkie
ubrania z szafy, pomagając mi do późna posegregować je na te, w których chodzę,
a te do wyrzucenia.
Gdy pojechała czułam się strasznie
samotna. Rzuciłam się na łóżko, patrząc na sufit. Dzięki temu, że byłam zajęta,
moja głowa trochę odpoczęła. Teraz jednak goniły mnie myśli, strasznie
uporczywe. Szczególnie rozprawiałam nad losem nieznanego mi Chrisa. Bałam się o
ty czy już może nie żyje, a ja nadal go szukam. Oczywiście miałam wiele opcji; imię Chris tylko wiązało
się z tym chłopakiem, mogło to być imię mordercy, nazywa miejsca, gdzie mogłam
go znaleźć, czy teren zgonu.
Męczył mnie fakt tego, że pani
Sailes ‘’wyzdrowiała’’. Nikt nie do końca był pewien dlaczego stało się to tak
nagle. My z Nickiem byliśmy pewni, że to zasługa Kevina. Mój przyjaciel był
szczęśliwy z powrotu matki do domu, ale ja obawiałam się czy oby na pewno jest
ona zdrowa.
Myślałam
też na próbą wezwania ducha mojego ojca. Nie byłam pewna tego co się z nim
stało. Oczywiście mógł od razu pójść dalej. Ale kusiło mnie sprawdzić czy
gdzieś w pobliżu go nie ma.
Czułam zbliżający się ból głowy.
Zabrałam więc rzeczy do spania, ręcznik powieszony na krześle. Ruszyłam do
łazienki by wziąć prysznic i w końcu pójść spać.
Po powrocie z wilgotnymi włosami,
rzuciłam zbolałe spojrzenie na upchnięte na łóżku torby. Wystawały z nich
ubrania. Nie miałam siły ani ochoty, by wpakować je do szafy. Mimo to zebrałam
się w sobie, szybko wypakowując zakupy. Wtedy spostrzegłam, że miałam też
ubrania zakupione przez Maxine. Podczas sprawdzania zawartości jej toreb,
zrozumiałam iż były to ubrania, które przymierzałam, ale uznałam za ‘’nie w
moim stylu’’. Maxine mi je kupiła.
Było coś jeszcze. Dwa spore kartony
z przeklejonymi karteczkami:
Coś na imprezę. Nie rozpakowuj do
soboty :* xoxo Cała
Maxine.
Następnego dnia Maxine ponownie
wyciągnęła mnie po szkole z domu. Tym razem prosiła mnie, abym pomogła jej w
wyborze sukienki na urodziny. Byłam naprawdę zadowolona, że to mnie zaprosiła,
bym jej pomogła.
- O której po mnie przyjedziesz? – rzuciłam w
jej stronę, gdy usiadła obok mnie na stołówce. Tego dnia było mało osób, więc
nie było zbyt głośno.
- Może być tak jak wczoraj?
Przytaknęłam. W końcu pojawił się
koło nas Nick. Posłał nam obu zszokowane spojrzenie.
- Wy dwie, siedzicie przy jednym stole, a
jedzenie jeszcze nie lata? – zapytał.
Obie tylko się uśmiechnęłyśmy.
Powoli przyzwyczajałam się do Maxine jako przyjaciółki.
- A ty nie powinieneś brać w tej chwili lekcji
baletu? – rzuciłam w jego stronę, gdy zabierał się z jedzenie.
- Te ich białe rajstopki nie są dla mnie –
odpowiedział mi.
- Chwila, jaki balet? – mało się nie
zakrztusiłam sokiem, widząc zszokowaną minę Maxine. – Chodzisz na balet?
Oboje się zaśmialiśmy. Był to tak
znajomy dźwięk. Zakuło mnie w sercu.
- Kiedyś Nickowi przyśniło się, że jest
baletnicą – parsknęłam. – Jak pewnego dnia był na środkach usypiających, razem
z Kevinem ubraliśmy go w ciuchy baletnicy. Jak się obudził, było dużo śmiechu.
Nick się zaczerwienił, a my z Maxine
zaczęłyśmy się przesadnie śmiać. Przypomniało mi się, że mam z tego wydarzenie
zdjęcia, więc obiecałam Maxine, iż jej je pokażę. Nick chciał udawać
obrażonego, ale średnio mu wyszło.
Kolejne lekcje były już tylko
naznaczone czekaniem, aż zadzwoni dzwonek, a uczniowie wreszcie wrócą do domów.
Pod koniec zajęć schowałam książki
do szafki. Nie myślałam nad żadnymi zadaniami domowymi, po prostu chowałam je całkowicie
bez wyjątku. Zamknęłam drzwi od szafki, a za nimi ukazał mi się Mattew. Na
głowie miał idealnie dopracowany, artystyczny nieład. Opierał się o pozostałe
szafki, trzymając dłonie w kieszeniach dresowych spodni. Uśmiechnął się smutno.
Nie widziałam go dzisiaj na żadnej lekcji, ale to chyba dlatego, że tego dnia
nie mieliśmy razem zajęć.
- Even – skinął mi głową.
- Mattew – odpowiedziałam mu gestem.
- Możemy pogadać? – spytał mnie. Zaczął
kierować się do drzwi wyjściowych.
Tylko
przytaknęłam. Powoli zaczęliśmy iść w kierunku parkingu.
- Przyznałem się, że wszystko co kiedykolwiek
zrobiłaś, robiliśmy razem – wyznał mi Mattew.
Mało nie potknęłam się o własne
nogi. Spojrzałam na niego.
- Ale dlaczego?
Chłopak
przejechał dłonią po włosach. Miał smętny wyraz twarzy. Długo nie odpowiadał,
wpatrując się w dal. - Nie chciałem, żebyś tylko ty za to dostała –
wzruszył ramionami. – Dostałem listę wszystkiego co zrobiliśmy. Even, kim my,
do cholery, jesteśmy? Zachowaliśmy się jak rozpuszczone debile.
Nie umiałam znaleźć słów na jego
wypowiedź. Zawsze uważałam, że Mattew ma wszystko. Normalnych rodziców, którzy
każdego dnia pytają go jak w szkole. Starszą siostrę, na którą może liczyć.
Rodzinę, która przyjeżdża co dwa tygodnie. Ładny, jednorodzinny dom z ogrodem.
Pięknego owczarka niemieckiego. Zawsze był mądry i tak dalej. A dopiero wtedy pojął, że zachowywaliśmy się jak
debile.
- Nie wiem. Naprawdę nie wiem.
- Matka Cola strasznie się wkurzyła jak się
dowiedziała. Ojciec chyba jeszcze bardziej – kopnął kamień leżący na chodniku. –
Cole mało mnie nie zabił, jak mnie spotkał. Powiedział, że nam nigdy nie
wybaczy, plus masa przekleństw, których nie chcę powtarzać.
Wiedziałam, że moi najlepsi kumple
raczej zostaną przyszłością. Ale skoro Mattew się zmienia, to czemu nie może
być dalej kimś ważnym w moim życiu.
- Chyba czas się zmienić – powiedziałam szczerze.
Byłam pewna, iż chłopak mnie zrozumie. – Stać się innymi ludźmi.
- Popieram.
Dotarliśmy do mojego samochodu.
Otworzyłam drzwi, wrzuciłam do środka torbę. Oparłam się o nie, przyglądając
się Mattew. Gdy na niego patrzyłam, wydawało mi się, że wydoroślał.
- Masz jakieś plany, które nieuwzględnianą kradzieży?
– zapytał mnie.
Uśmiechnęłam
się. Miałam wiele planów. Nigdzie nie było mowy o kradzieży. Jednak w tamtym
momencie myślałam tylko o tym by żyć. Najlepiej bez duchów razem z moimi
przyjaciółmi. Nie spodziewałabym się innego zakończenia. A szczególnie tego,
które mnie spotkało.
- Życie. W miarę normalne – odpowiedziałam.
Pokiwał głową.
- To jest coś – przyznał. – Chcę iść na
studia. Z prawa.
- To jest coś – powtórzyłam za nim. – Ja marzę
już tylko o spokoju. I normalnym życiu.
Wsiadłam do auta. Tym razem to on
oparł się o moje drzwi. Zapięłam pas, a Mattew tylko mnie obserwował.
- Pozdrów Cola ode mnie jeśli go spotkasz –
rzuciłam.
- Raczej nie chcę się do niego zbliżać –
zaśmiał się sucho. – Wiesz co mi kiedyś powiedział? Że kocha się w Monique.
- Taa, zauważyłam jego wygłodniały wzrok.
Niestety, teraz jej nie ma.
- Tego nie jestem pewien – mruknął. Spojrzał
na mnie. – Miłego życia, Even Alians.
- Chyba raczej się jeszcze spotkamy –
zamknęłam drzwi. Otworzyłam tylko okno. – Pa Mattew.
Uśmiechnął się. Po jego twarzy
przebiegł cień. Nie wiedziałam co to było, ale potem zadałam sobie sprawę, że
jego już nie było, a ja wpatrywałam się w pustkę.
- Ta jest ładna – Maxine poprawiła materiał na
ramionach.
- Mówisz tak o jakieś szóstej – zauważyłam . –
Twoim zdaniem wszystkie są ładne.
- Po to ty tu jesteś – przeglądała się w
lustrze. – Masz mi doradzić. Sądzisz, że Nickowi by się podobała? - Maxine, Nickowi spodobasz się nawet w worku
na ziemniaki.
Wzięła kolejną. Tym razem zieloną.
Gdy patrzyła na te wszystkie słodkie sukieneczki, robiło mi się niedobrze. W
sumie, nie ważne jak straszna była sukienka na wieszaku, na Maxine wyglądała
bosko.
Pokazywała mi się w każdej. Jednak
patrząc na to, jak wiele było tu sukienek, nadal nie przymierzyła tej
właściwej.
Gdy ona męczyła się ze
skomplikowanymi ramiączkami od ubrania, ja zaczęłam wałęsać się po sklepie. Było
tam naprawdę wiele sukienek. Zaczęłam je przeglądać. Zza półek wyskoczyła
sprzedawczyni, miła kobieta po 30-stce.
- Nadal szukacie? – zagadała.
- Niestety. Może pani jej doradzi? Ja nie mam
do tego głowy.
- Cóż, może coś znajdę.
Zaczęła przeglądać sukienki.
Pokazywała mi różne; strasznie świecące, pełne brokatu, we wszystkich kolorach.
Żadna z nich nie pasowała do mojej przyjaciółki. Maxine przymierzała i
przymierzała. W końcu zmęczona szukaniem, usiadłam, patrząc na to co miała na
sobie Maxine. W końcu sprawdziłam telefon. Moja przyjaciółka chrząknęła, więc
tylko posłałam jej przelotne spojrzenie. Rzuciła mi się w oczy jasnoróżowa
sukienka. Podniosłam na nią wzrok.
Maxine wyglądała w niej naprawdę
pięknie. Patrząc na nią wiedziałam, że nie trzeba jej żadnych wymyślnych
sukienek. Ta wtedy była skromna, idealnie dopasowana. Na mnie prezentowała by
się strasznie. Dla niej była perfekcyjna.
- Nie wiem czy to właśnie o to mi cho… - Wyglądasz przepięknie – przerwałam jej. –
Ona jest jakby na ciebie szyta!
Zaczęła się przyglądać. Gładziła
dłonią materiał, patrząc jak się na niej układa. Uśmiechnęła się w końcu.
- Nickowi się spodoba – zapewniłam ją.
- Mnie się podoba – powiedziała.
Kupiła ją. Odwiozła mnie do domu.
Jeszcze w aucie dokładnie mi wyjaśniła jak ma wyglądać sobota: miałam przyjechać
do niej. Sama się czesała i robiła makijaż. Ja miałam jej doradzić, ale również
Maxine oznajmiła, że i mnie zrobi na bóstwo. Przypominała mi po sto razy, o
której mam być u niej, o której wyjedziemy na urodziny oraz karygodnie
zabraniała mi zaglądać do tego co mi kupiła na imprezę. Zaczynałam się bać
tego, czy nie wyciśnie mnie w jakoś różową sukieneczkę z kokardkami.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz