wtorek, 30 sierpnia 2016

Rozdział dwudziesty dziewiąty

  - Najazdy trwały już od kilku tygodni, lecz czas nie miał już większego znaczenia… 

   Zaczynałam poważnie zastanawiać się nad zakupem przenośnej poduszki (o ile coś takiego jest) i rozkładaniem jej na każdej lekcji historii.

            Tak, brawa za spostrzegawczość. Powróciłam do szkoły.
            Jako, że i tak cały czas czułam się podle, leki przestały działać, a lekarze nie wiedzieli co mi jest, to zaczęłam chodzić do szkoły. I tak nic nie robiłam w domu, po za zawalaniem się milionami myśli na minutę, na tysiąc tematów. W szkole przynajmniej panowała senna atmosfera, więc głównie skupiałam się na tym by nie zasnąć.
            Lekcje ciągnęły się zdecydowanie zbyt wolno, jak na mój gust.  Prawie cały dzień łupało mnie w głowie, a bladość i niepewny chód, przekonywały nauczycieli, by dali mi spokój.
            Podczas przerwy na lunch, siedziałam na ławce na dworze. W stołówce panował zbyt wielki gwar, a mi już pękały uszy. Inni uczniowie mijali mnie obojętnie, zaś ci z młodszych klas, zerkali na mnie, myśląc, że tego nie widzę.
            Ze szkoły wyszła Maxine. Przyjrzałam jej się niepewnie. Szła właśnie w moim kierunku. Przed oczami latały mi jasne i czarne plamki, a wychodzące zza chmur słońce ślepiło mnie w oczy. Dopiero, gdy usiadła obok mnie, mogłam się jej przyjrzeć. Wyglądała zwyczajnie, jednak z jej twarzy bił miły blask. W tamtym czasie, kiedy nie darłyśmy kotów, a zawarłyśmy rozejm, nie wydawała mi się już idealną, bogatą dziunią, która ma wszystko co zechce.
 - Wyglądasz lepiej – przywitała mnie.
            Nie byłam tego samego zdania. Ostatnim czasem mało sypiałam, a jeszcze mniej jadłam. Piłam tylko ciągle wodę, jakbym była na kacu. Nie starałam się nawet malować, bo i tak to nic nie zmieniało. Ubrania, niegdyś idealnie na mnie dopasowane, teraz zwisały na mnie luźno, dżinsy ledwie trzymały się na biodrach, a w koszulki zmieściłby się dwie Even.
 - Nick przywozi dzisiaj swoją mamę do domu. Wolałby, żeby na razie się przystosowała i tak dalej. Więc w sumie nie mam za bardzo towarzystwa. Nie chciałabyś dzisiaj skoczyć ze mną do galerii?
            W pierwszym odruchu chciałam jej powiedzieć coś mojego typu. To znaczy wredną odpowiedź, która by ją zasmuciła. Ale ostatnio nie umiałam wykrzesać z siebie choć odrobinki wredotności (okej, wiem, że nie ma takiego słowa). Dlatego też przysłoniłam oczy przed słońcem i jej odpowiedziałam:
 - Moja szafa potrzebuje ostrej renowacji.
            Posłała mi szczery, przyjazny uśmiech.
 - Super – poprawiła zawieszoną na ramieniu torebkę. – Mam dla ciebie niespodziankę.
            Zmrużyłam oczy. Nie lubiłam niespodzianek.
 - Jeśli chcesz, żebym wcisnęła się w twoje różowe botki, nie ma szans – skitowałam. Rozbrzmiał dzwonek na lekcje.
 - Nie mam różowych botków – mruknęła pod nosem, wstając.
            Potem zaczęły się kolejne, bardzo, bardzoo, bardzooo, nudne lekcje.
             Uzgodniłyśmy, że Maxine po mnie przyjedzie. Nick dał mi ostatnio karygodny zakaz prowadzenia auta, twierdząc, że mój pożałowania godny stan jest bardzo niepewny.
            Przebrałam się w najbardziej pasujące ciuchy jakie znalazłam. Gdy zobaczyłam nieskazitelnie białe auto, zatrzymujące się przed moim domem, zgarnęłam torbę z łóżka, wskoczyłam w buty, a następnie wyszłam na spotkanie mojej przyjaciółce.
            Przez pierwsze dni po spotkaniu ducha Monique, czułam ukłucie żalu, myśląc o Maxine jako przyjaciółce. Zapytałam więc moją zmarłą kumpelę, o to, co o tym sądzi. Otrzymałam entuzjastyczną odpowiedź na to, że dogaduję się z dziewczyną Nicka i mam kogoś, komu mogę wiele powiedzieć. Zaczęłam więc bez skrępowania oznaczać Maxine mianem przyjaciółki, choć nadal dziwnie się z tym czułam.
            W centrum handlowym było sporo ludzi. Wszędzie różne osoby, abstrakcyjne ubrane, z torbami pełnymi zakupów. Maxine oczywiście reagowała entuzjastycznie na sklepy pełne ubrań, a ja rozglądałam się za jakimś cywilizowanym miejscem, gdzie na wieszakach nie widać tylko ubrań pełnych różu.
            Maxine zaprowadziła mnie do dość sporego sklepu. Wszędzie wisiały spodnie, bluzki, swetry, sukienki, szoty, topy i coś czego przeznaczenia nie znałam. Moja przyjaciółka przyglądała się jakimś rzeczom, a ja stałam niepewnie obok, nie do końca wiedząc co mam ze sobą zrobić. Nawet z Monique nie chodziłam na zakupy.
 - Ostatnio myślałam nad twoim stylem…- zaczęła, ale przerwałam jej głośnym lękiem.
 - O nie. Nic nie będziesz we mnie zmieniać. Jestem już wystarczająco miła.
            Buntowniczo skrzyżowałam ramiona. Maxine zareagowała na to ciepłym śmiechem.
 - Nie nudzi cię ta czerń? Nawet nie może cię zbytnio wychudzić, bo jesteś niczym chodzący kościotrup.
            Znalazła jakąś bluzkę na ramiączkach. Była ciemnogranatowa, z dekoltem w serek. Pokazała mi ją.
 - Jest ciemna, ale nie czarna. To jakaś zmiana, nie prawdaż? – zaczęła szukać innych ciemnych ubrań.
            Chciałabym tutaj powiedzieć, że miała straszny gust, więc miałam jej tak bardzo dosyć, iż wyszłam ze sklepu, poszłam z buta do domu, a w deszczu spotkałam miłość swojego życia. Ale życie to nie bajka, więc stałam oparta o ścianę, patrząc jak Maxine szuka ubrań, które wcale nie były takie złe.
 - Dobra, pakuj się do przymierzalni.
            Ubierałam zgodnie z jej poleceniami, to co mi podała. Wszystko było ładne, wyszukane, niezbyt skomplikowane. Przełykałam dumę, widząc inne barwy niż czarny. Kiedyś przecież chodziłam normalnie ubrana.
 - Teraz to – podała mi coś czarnego. Nareszcie.
            Oczywiście była to sukienka w kolorowe kwiaty. Spojrzałam na nią krzywym wzrokiem, a ona tylko wzruszyła ramionami, zamykając drzwi przebieralni.
            Dobra. Ubrałam ją. Fajne leżała i w ogóle. Ale proszę was…kwiatki?
            Odkładałam na jedną kupkę te rzeczy, w których gotowa byłam się pokazać oraz te, które były zdecydowanie nie dla mnie, mimo tego czy były ładne czy nie. Potem zebrałam ubrania, które chciała kupić i poszłam za nie zapłacić. Byłam zadowolona z towarzystwa Maxine. Ona sama zaraz po mnie zakupiła trochę rzeczy. Wyszłyśmy ramie w ramię z torbami, w stronę restauracji.
 - Zarządzam, idziemy jeść! – zaśmiała się Maxine, przesadnie poważnym głosem. – Obu nam przydadzą się kalorie.
            W sumie się z nią zgadzałam. Zazwyczaj miałam mały brzuszek, będąc dość ‘’większa’’ przy moim wzroście, ale ostatnio drastycznie chudłam. Nie potrzeba mi było nic Fit. I tak było mi już widać żebra.
            Gdy dłubałam sobie widelcem w jedzeniu, Maxine zaczęła przeszukiwać swoją torbę. W końcu wyjęła z niej kopertę. Położyła ją na stole, po czym popchnęła ją ku mnie. Uderzyło mnie w oczy moje nazwisko i imię, zapisane dużymi, ozdobnymi literami. Sięgnęłam więc po kopertę. Odkleiłam ją, a moim oczom ukazało się zaproszenie, przyprószone brokatem i mieniącymi się kryształkami.
            Wodziłam oczami po tekście, wnioskując, iż zostałam na coś zaproszona. Otóż, w następną sobotę, miały się odbyć szesnaste urodziny Maxine Celr.
 - No, niezła impreza, jak na urodziny – skomentowałam.
 - Moi rodzice uparli się, żeby zrobić spore przyjęcie. Dla rodziny i przyjaciół.
            Moja mama średnio się mną interesowała. A czy gdyby traktowała mnie bardziej jak córkę, to też miałam disco, zamiast pizzy?
 - Jeśli nie chcesz nie musisz przychodzić – spuściła wzrok na blat stołu. – Ale tak prawdę mówiąc, tylko ty i Nick jesteście przy mnie ze względu mnie, a nie pieniędzy moich rodziców – dodała cicho.
            To wyznanie zbiłoby mnie z nóg, gdybym stała. Właśnie jedna z najpopularniejszych dziewczyn w szkole, zjawiskowa Maxine, córka jednych z najbogatszych ludzi w mieście, przyznaje się zwariowanej Even Alians, córce niezwykłej biznesmenki, o tym, że nie ma prawdziwych przyjaciół?!
 - Tego się nie spodziewałam – powiedziałam tylko.
            Po dłuższej chwili ciszy, chcąc ją jakoś przerwać, rzuciłam:
 - Jasne, że przyjdę – uśmiechnęła się do mnie nieśmiało. – No, może to nie jest takie fajne jak pizza, ale przyjdę.
            Potem gadałyśmy o zwykłych pierdołach. Maxine szczebiotała o tym jak bardzo się cieszy, bo przyjedzie jakąś ciotka z Włoch. Z zafascynowaniem opowiadała jak idą już kilkotygodniowe przygotowania. Po odnalezieniu ciała Kevina, chciała nawet przełożyć imprezę, by jej chłopak mógł spokojnie przeżyć żałobę, lecz on się na to nie zgodził. Maxine była szczerze zaskoczona, gdy wyznał jej, że żałobę nosi się w sercu, a żadne wystawne urodziny tego nie zmienią.
            Była taka zafascynowana dekoracjami, tym, że coś tam… i coś tam. Mówiła tak szybko. Nawet połowy już nie pamiętam.
 - Znasz Nicka lepiej i dłużej ode mnie – zaczęła niepewnie Maxine. – Bardzo się zmienił?
            Tego pytania się nie spodziewałam. Sądziłam, że zapomniała o tym, że to z Nickiem przyjaźniłam się od zawsze.
 - Każdy się zmienia – podsumowałam.
            Upiła łyk swojej zielonej herbaty, która stała przed nią, lekko parując. Mimo tego, iż jej wzrok padał na mnie, patrzyła na coś za mną. Wiedziałam, że zbiera myśli.
 - Od jak dawna go znasz?
            Przypomniałam sobie siebie i Nicka, gdy jeszcze chodziliśmy w pieluchach. To właśnie on przychodził mi na myśl, kiedy wspominałam swoje dzieciństwo.
 - Od zawsze – odparłam.
 - Zawsze to bardzo długo – uśmiechnęła się smutno. -  Wiesz, ja… ja po prostu… nie wiem czy znam tego prawdziwego Nicka. Gdy go poznałam był wysportowanym, dobrze się uczącym chłopakiem, z którym chciała być każda dziewczyna. Teraz on… przestaje przypominać tamtego siebie. Nie wiem czy staje się kim całkowicie innym, czy upodobania się do starego Nicka. Jeszcze tego przed zaginięciem Kevina.
            Rozumiałam ją. Ja sama nie byłam pewna kim był Nick. Zmieniał się, ale zbyt często i zbyt mocno.
 - Gdy byliśmy dziećmi, Nick był strasznie podobny do mnie. Razem rozrabialiśmy. Mówiliśmy sobie dosłownie o wszystkim. Naprawdę byliśmy prawdziwymi przyjaciółmi -  Maxine czekała, aż zbiorę w sobie słowa. – Na początku cukrzycy mówiłam mu, że oznacza to jego wyjątkowość. W końcu rzadko kiedy dzieci są diabetykami. Potem zaginął Kevin. Dalej był tym samym Nickiem. Jednak coraz częściej gdy do nich przychodziłam, siedział w pokoju i nie chciał wychodzić. Jak kiedyś nienawidził się uczyć, to nagle robił to strasznie często. Zaczął rozmawiać ze mną, jakbym była obcą osobą. Niby dalej byliśmy przyjaciółmi. Ale takimi na niby.
            Przyznanie się do prawy, było naprawdę wyjątkowe. Powiedziałam to pierwszej osobie. I tym człowiekiem nie była Monique, która całe życie sądziła, że ja i Nick byliśmy nierozłączni i bliscy sobie.
 - Nawet go nie odwiedzałam w domu. Byliśmy przyjaciółmi z przyzwyczajenia. Dopiero teraz zaczęłam mieć nadzieję, że może być jak dawniej.
            Czułam się tak jakoby całe powietrze ze mnie uszło. Czekałam już tylko na reakcję Maxine. Jakieś jej słowa, które albo podtrzymają moją nadzieję, albo ją do końca zniszczą.
 - Kochasz go? – spytała w końcu tak cicho, że najdrobniejszy szelest, mógł zakłócić jej słowa.   - Oczywiście – odpowiedziałam swobodnie. Zwiesiła głowę. – Jest dla mnie jak rodzony brat. Członek rodziny, której nigdy nie miałam.
            Radość w jej oczach była cudownym widokiem. Nie byłam dla niej żadną przeszkodą, o czym żadna nie powiedziała na głos. Ale wiedziałam, że wyglądam w oczach Maxine inaczej niż dotychczas.
            Odwiozła mnie do domu. Mama już była, o czym świadczyły zapalone światła. Zaprosiłam więc dziewczynę ze mną do środka. Pomogła mi z torbami. W moim pokoju, z radością wywaliła wszystkie ubrania z szafy, pomagając mi do późna posegregować je na te, w których chodzę, a te do wyrzucenia.
            Gdy pojechała czułam się strasznie samotna. Rzuciłam się na łóżko, patrząc na sufit. Dzięki temu, że byłam zajęta, moja głowa trochę odpoczęła. Teraz jednak goniły mnie myśli, strasznie uporczywe. Szczególnie rozprawiałam nad losem nieznanego mi Chrisa. Bałam się o ty czy już może nie żyje, a ja nadal go szukam. Oczywiście  miałam wiele opcji; imię Chris tylko wiązało się z tym chłopakiem, mogło to być imię mordercy, nazywa miejsca, gdzie mogłam go znaleźć, czy teren zgonu.
            Męczył mnie fakt tego, że pani Sailes ‘’wyzdrowiała’’. Nikt nie do końca był pewien dlaczego stało się to tak nagle. My z Nickiem byliśmy pewni, że to zasługa Kevina. Mój przyjaciel był szczęśliwy z powrotu matki do domu, ale ja obawiałam się czy oby na pewno jest ona zdrowa.
            Myślałam też na próbą wezwania ducha mojego ojca. Nie byłam pewna tego co się z nim stało. Oczywiście mógł od razu pójść dalej. Ale kusiło mnie sprawdzić czy gdzieś w pobliżu go nie ma.
            Czułam zbliżający się ból głowy. Zabrałam więc rzeczy do spania, ręcznik powieszony na krześle. Ruszyłam do łazienki by wziąć prysznic i w końcu pójść spać.
            Po powrocie z wilgotnymi włosami, rzuciłam zbolałe spojrzenie na upchnięte na łóżku torby. Wystawały z nich ubrania. Nie miałam siły ani ochoty, by wpakować je do szafy. Mimo to zebrałam się w sobie, szybko wypakowując zakupy. Wtedy spostrzegłam, że miałam też ubrania zakupione przez Maxine. Podczas sprawdzania zawartości jej toreb, zrozumiałam iż były to ubrania, które przymierzałam, ale uznałam za ‘’nie w moim stylu’’. Maxine mi je kupiła.
            Było coś jeszcze. Dwa spore kartony z przeklejonymi karteczkami:
Coś na imprezę. Nie rozpakowuj do soboty :* xoxo            Cała Maxine.
             Następnego dnia Maxine ponownie wyciągnęła mnie po szkole z domu. Tym razem prosiła mnie, abym pomogła jej w wyborze sukienki na urodziny. Byłam naprawdę zadowolona, że to mnie zaprosiła, bym jej pomogła.
 - O której po mnie przyjedziesz? – rzuciłam w jej stronę, gdy usiadła obok mnie na stołówce. Tego dnia było mało osób, więc nie było zbyt głośno.
 - Może być tak jak wczoraj?
            Przytaknęłam. W końcu pojawił się koło nas Nick. Posłał nam obu zszokowane spojrzenie.
 - Wy dwie, siedzicie przy jednym stole, a jedzenie jeszcze nie lata? – zapytał.
            Obie tylko się uśmiechnęłyśmy. Powoli przyzwyczajałam się do Maxine jako przyjaciółki.
 - A ty nie powinieneś brać w tej chwili lekcji baletu? – rzuciłam w jego stronę, gdy zabierał się z jedzenie.
 - Te ich białe rajstopki nie są dla mnie – odpowiedział mi.
 - Chwila, jaki balet? – mało się nie zakrztusiłam sokiem, widząc zszokowaną minę Maxine. – Chodzisz na balet?
            Oboje się zaśmialiśmy. Był to tak znajomy dźwięk. Zakuło mnie w sercu.
 - Kiedyś Nickowi przyśniło się, że jest baletnicą – parsknęłam. – Jak pewnego dnia był na środkach usypiających, razem z Kevinem ubraliśmy go w ciuchy baletnicy. Jak się obudził, było dużo śmiechu.
            Nick się zaczerwienił, a my z Maxine zaczęłyśmy się przesadnie śmiać. Przypomniało mi się, że mam z tego wydarzenie zdjęcia, więc obiecałam Maxine, iż jej je pokażę. Nick chciał udawać obrażonego, ale średnio mu wyszło.
            Kolejne lekcje były już tylko naznaczone czekaniem, aż zadzwoni dzwonek, a uczniowie wreszcie wrócą do domów.
            Pod koniec zajęć schowałam książki do szafki. Nie myślałam nad żadnymi zadaniami domowymi, po prostu chowałam je całkowicie bez wyjątku. Zamknęłam drzwi od szafki, a za nimi ukazał mi się Mattew. Na głowie miał idealnie dopracowany, artystyczny nieład. Opierał się o pozostałe szafki, trzymając dłonie w kieszeniach dresowych spodni. Uśmiechnął się smutno. Nie widziałam go dzisiaj na żadnej lekcji, ale to chyba dlatego, że tego dnia nie mieliśmy razem zajęć.
 - Even – skinął mi głową.
 - Mattew – odpowiedziałam mu gestem.
 - Możemy pogadać? – spytał mnie. Zaczął kierować się do drzwi wyjściowych.
            Tylko przytaknęłam. Powoli zaczęliśmy iść w kierunku parkingu.
 - Przyznałem się, że wszystko co kiedykolwiek zrobiłaś, robiliśmy razem – wyznał mi Mattew.
            Mało nie potknęłam się o własne nogi. Spojrzałam na niego.
 - Ale dlaczego?
            Chłopak przejechał dłonią po włosach. Miał smętny wyraz twarzy. Długo nie odpowiadał, wpatrując się w dal. - Nie chciałem, żebyś tylko ty za to dostała – wzruszył ramionami. – Dostałem listę wszystkiego co zrobiliśmy. Even, kim my, do cholery, jesteśmy? Zachowaliśmy się jak rozpuszczone debile.
            Nie umiałam znaleźć słów na jego wypowiedź. Zawsze uważałam, że Mattew ma wszystko. Normalnych rodziców, którzy każdego dnia pytają go jak w szkole. Starszą siostrę, na którą może liczyć. Rodzinę, która przyjeżdża co dwa tygodnie. Ładny, jednorodzinny dom z ogrodem. Pięknego owczarka niemieckiego. Zawsze był mądry i tak dalej. A dopiero  wtedy pojął, że zachowywaliśmy się jak debile.
 - Nie wiem. Naprawdę nie wiem.
 - Matka Cola strasznie się wkurzyła jak się dowiedziała. Ojciec chyba jeszcze bardziej – kopnął kamień leżący na chodniku. – Cole mało mnie nie zabił, jak mnie spotkał. Powiedział, że nam nigdy nie wybaczy, plus masa przekleństw, których nie chcę powtarzać.
            Wiedziałam, że moi najlepsi kumple raczej zostaną przyszłością. Ale skoro Mattew się zmienia, to czemu nie może być dalej kimś ważnym w moim życiu.
 - Chyba czas się zmienić – powiedziałam szczerze. Byłam pewna, iż chłopak mnie zrozumie. – Stać się innymi ludźmi.
 - Popieram.
            Dotarliśmy do mojego samochodu. Otworzyłam drzwi, wrzuciłam do środka torbę. Oparłam się o nie, przyglądając się Mattew. Gdy na niego patrzyłam, wydawało mi się, że wydoroślał.
 - Masz jakieś plany, które nieuwzględnianą kradzieży? – zapytał mnie.
            Uśmiechnęłam się. Miałam wiele planów. Nigdzie nie było mowy o kradzieży. Jednak w tamtym momencie myślałam tylko o tym by żyć. Najlepiej bez duchów razem z moimi przyjaciółmi. Nie spodziewałabym się innego zakończenia. A szczególnie tego, które mnie spotkało.
 - Życie. W miarę normalne – odpowiedziałam.
            Pokiwał głową.
 - To jest coś – przyznał. – Chcę iść na studia. Z prawa.
 - To jest coś – powtórzyłam za nim. – Ja marzę już tylko o spokoju. I normalnym życiu.
            Wsiadłam do auta. Tym razem to on oparł się o moje drzwi. Zapięłam pas, a Mattew tylko mnie obserwował.
 - Pozdrów Cola ode mnie jeśli go spotkasz – rzuciłam.
 - Raczej nie chcę się do niego zbliżać – zaśmiał się sucho. – Wiesz co mi kiedyś powiedział? Że kocha się w Monique.
 - Taa, zauważyłam jego wygłodniały wzrok. Niestety, teraz jej nie ma.
 - Tego nie jestem pewien – mruknął. Spojrzał na mnie. – Miłego życia, Even Alians.
 - Chyba raczej się jeszcze spotkamy – zamknęłam drzwi. Otworzyłam tylko okno. – Pa Mattew.
            Uśmiechnął się. Po jego twarzy przebiegł cień. Nie wiedziałam co to było, ale potem zadałam sobie sprawę, że jego już nie było, a ja wpatrywałam się w pustkę.
  - Ta jest ładna – Maxine poprawiła materiał na ramionach.
 - Mówisz tak o jakieś szóstej – zauważyłam . – Twoim zdaniem wszystkie są ładne.
 - Po to ty tu jesteś – przeglądała się w lustrze. – Masz mi doradzić. Sądzisz, że Nickowi by się podobała? - Maxine, Nickowi spodobasz się nawet w worku na ziemniaki.
            Wzięła kolejną. Tym razem zieloną. Gdy patrzyła na te wszystkie słodkie sukieneczki, robiło mi się niedobrze. W sumie, nie ważne jak straszna była sukienka na wieszaku, na Maxine wyglądała bosko.
            Pokazywała mi się w każdej. Jednak patrząc na to, jak wiele było tu sukienek, nadal nie przymierzyła tej właściwej.
            Gdy ona męczyła się ze skomplikowanymi ramiączkami od ubrania, ja zaczęłam wałęsać się po sklepie. Było tam naprawdę wiele sukienek. Zaczęłam je przeglądać. Zza półek wyskoczyła sprzedawczyni, miła kobieta po 30-stce.
 - Nadal szukacie? – zagadała.
 - Niestety. Może pani jej doradzi? Ja nie mam do tego głowy.
 - Cóż, może coś znajdę.
            Zaczęła przeglądać sukienki. Pokazywała mi różne; strasznie świecące, pełne brokatu, we wszystkich kolorach. Żadna z nich nie pasowała do mojej przyjaciółki. Maxine przymierzała i przymierzała. W końcu zmęczona szukaniem, usiadłam, patrząc na to co miała na sobie Maxine. W końcu sprawdziłam telefon. Moja przyjaciółka chrząknęła, więc tylko posłałam jej przelotne spojrzenie. Rzuciła mi się w oczy jasnoróżowa sukienka. Podniosłam na nią wzrok.
            Maxine wyglądała w niej naprawdę pięknie. Patrząc na nią wiedziałam, że nie trzeba jej żadnych wymyślnych sukienek. Ta wtedy była skromna, idealnie dopasowana. Na mnie prezentowała by się strasznie. Dla niej była perfekcyjna.
 - Nie wiem czy to właśnie o to mi cho… - Wyglądasz przepięknie – przerwałam jej. – Ona jest jakby na ciebie szyta!
            Zaczęła się przyglądać. Gładziła dłonią materiał, patrząc jak się na niej układa. Uśmiechnęła się w końcu.
 - Nickowi się spodoba – zapewniłam ją.
 - Mnie się podoba – powiedziała.
            Kupiła ją. Odwiozła mnie do domu. Jeszcze w aucie dokładnie mi wyjaśniła jak ma wyglądać sobota: miałam przyjechać do niej. Sama się czesała i robiła makijaż. Ja miałam jej doradzić, ale również Maxine oznajmiła, że i mnie zrobi na bóstwo. Przypominała mi po sto razy, o której mam być u niej, o której wyjedziemy na urodziny oraz karygodnie zabraniała mi zaglądać do tego co mi kupiła na imprezę. Zaczynałam się bać tego, czy nie wyciśnie mnie w jakoś różową sukieneczkę z kokardkami. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz