sobota, 8 października 2016

Rozdział trzydziesty czwarty

Maxine siedziała naprzeciw mnie, podciągając nogi pod brodę. Nick krążył po pokoju, załamując ręce. Siedem minut wcześniej powiedziałam im, jak się dowiedziałam o mojej mamie.
            Strasznie podobał mi się wzrok Maxine, gdy oznajmiłam jej, że Nick jest moim kuzynem.  To chyba była ulga, bo była pewna, iż nie będę podrywać jej chłopaka.
 - Czyli, że tak po prostu się pojawiła? – przerwała w końcu ciszę.
 - Już tam była – odpowiedziałam.
            Dziewczyna pokiwała głową. Wodziła palcem po materiale jeansów opiętych na jej kolanie. Przyjechała z  Nickiem, który po drodze do domu Sailes’ów opowiedział jej z grubsza co się wydarzyło. Wtedy Maxine patrzyła na mnie ze smutkiem w oczach.
            Wyjęłam spod poduszki wcześniej schowane tam zdjęcia. Położyłam je przed sobą. Zapatrzyłam się w twarz mojego brata. Widząc jego ledwo otwarte oczy, czułam przemożną ochotę by płakać. Mój maleńki aniołek.
 - To mój brat – wzięłam fotografię do ręki, wyciągając w stronę Maxine.
            Broda mi drżała. Moja przyjaciółka wzięła ode mnie kartkę. Nick pojawił się za nią. Usiadł obok swojej dziewczyny i tak jak ona przypatrywał się zdjęciu.  Ja wygładziłam drugą fotografię. Bez słowa podałam im ją, przedstawiającą mnie z mamą. Oboje wpatrywali się we mnie ze smutkiem.          
Wstałam. Był wieczór, cały dzień uciekł mi jakby go nie było. Zrobiło się chłodno, więc przebrałam się w spodnie od dresu. Przeszłam się po pokoju, szurając skarpetkami.
            Wyjrzałam za okno. Było już szarawo, latarnie oświetlały ulice blaskiem, a nieliczne grupki ludzi chodziły po chodnikach. Skrzyżowałam ramiona na piersi, wpatrując się w ulicę.  Jakiś chłopak czekał przed czyimś domem, podskakując. Pani z psem szybko się przemieszczała. Jednak ich życie codzienne nie pozwalało mi choć na chwilę zapomnieć o moich problemach.
 - Próbowałaś rozmawiać z nią po raz drugi? – zastanawiała się Maxine.
            Zerknęłam na nią. Naprawdę się przejmowała. Była blada, miała smutne oczy. Wpatrywała się we mnie.
 - Nie – odparłam.
            Kobieta z psem minęła chłopaka. On zwiesił głowę w dół nic nie mówiąc, zaś ona przyśpieszyła.
 - Nie sądzisz, że powinnaś z nią jeszcze raz porozmawiać? – mruknął Nick.
            Odwróciłam się. Nie byłam na nich zła, nie byłam zła na mamę czy tatę. Nie byłam zła na nikogo. Lecz jakaś złość wypełniała mnie całą, tak że miałam ochotę krzyczeć.
 - Przykro mi, że nie umiem sobie poradzić z tym, że moja mama nie żyje – wyszeptałam, na tyle głośno by usłyszeli.
            Westchnęłam. Ponownie skierowałam się w stronę szyby. Mój oddech pozostawiał na niej ślady. Podskakujący chłopak zniknął, kobieta już dawno poszła. Po prostu patrzyłam w pustkę.
            Tak naprawdę bałam się zobaczyć Hope Price, po tym jak poznałam prawdę. Nie wiedziałam nawet jak miałabym spojrzeć jej w twarz. Byłam pewna, że udało by mi się ją sprowadzić, lecz zostawała opcja czy chciałam ją tam zastać.
            Zamknęłam oczy. Przywołałam obraz dziewczyny, czternastolatki, uśmiechniętej i cieszącej się życiem. Widziałam kobietę szczęśliwą z chłopakiem. Chciałam zobaczyć ducha mamy – takiej jaką poznałam ze zdjęć z opowiadań. Taką z żywymi oczami.
            Wciągnęłam powietrze. Marzyłam o matczynym wzroku, miękkich ramionach, słodkich słowach. Pragnęłam matki. Prawdziwej i rzeczywistej.
            Poczułam chłód za plecami. Powoli odwróciłam się, stając twarz w twarz z duchem, o ciemnych, brązowych oczach. Moja mama wpatrywała się we mnie zaciekawiona. Przekrzywiła głowę.
 - Mamo – wyszeptałam.
            Zdziwiony Nick spojrzał na mnie. Miał lekko zdezorientowaną minę. Maxine ścisnęła go za dłoń. Uśmiechnęła się krzepiąco. Widziałam jednak, że ręka, którą miała wolną, trzęsła  się we wszystkie strony.
 - Widzę, że masz naprawdę wielki dar dziecko – powiedziała. – Przywołałaś mnie.
            Uśmiechnęłam się. Marzyłam o prawdziwej mamie. Takiej, która mnie pokocha. Ta właśnie stała przede mną. Widziałam przez nią wszystko idealnie. Mimo to była tam.
 - Teraz znam prawdę – wyznałam jej. – Całą prawdę.
            Różniła się od ducha, którego widziałam na cmentarzu. Moja mama tam była zimna, otępiała. A ta w tamtym pokoju wydawała się całkiem inna. Bardziej szczęśliwa. I żywa.
 - Jak to możliwe, że teraz wyglądasz inaczej? – objęłam się ramionami. Zimno powoli wkradało mi się pod bluzę.
 - Nasza dusza ma wiele twarzy. W końcu mieszczą się w niej nasze wspomnienia. Nasze życie. Nasza dusza rozdziela się na wiele kawałków, ukazując niekiedy gorszą twarz.
            Pokiwałam głową. Zerknęłam na swoich przyjaciół. Nick wlepiał we mnie speszony wzrok, nie wiedząc gdzie ma go zawiesić. Był blady niczym ściana, choć jego dziewczyna nie miała wiele ciemniejszej twarzy. Oboje wyglądali na przerażonych. A to w końcu ja widziałam ducha.
 - Córeczko – uśmiechnęła się mama. – Tak strasznie mi przykro.
            Wyciągnęła do mnie dłoń. Przez palce widziałam podłogę. Paznokcie, prawie niewidoczne, były strasznie krótkie i chyba poobgryzane. Długie palce czekały, aż za nie złapię. Nie chciałam ryzykować. Ale nie umiałam odmówić własnej mamie, której nigdy nie dotknę.
            Powoli ujęłam jej rękę. Musiało to wyglądać komicznie, lecz nie zwracałam uwagi na obecnych w pokoju. Liczyła się tylko moja mama.
 - Tak strasznie chciałabym żebyś żyła – pojedyncza łza spłynęła mi po twarzy.
            Ponownie posłała mi uśmiech. Wolną ręką musnęła mój policzek. Choć zimno przebiegło po całym moi ciele, było to przyjemne uczucie.
 - Też bym tego chciała kochanie – wyszeptała.
 - Dowiedziałam się o Alexie. Takie to straszne, że nawet mój braciszek nie żyje.
            Przytaknęła. Przez chwilę zobaczyłam twarz niemowlęcia. Maleńki usta, nieotwarte oczka.  - Życie zabrało mi mojego synka i nie dało szansy nawet poznać córki – wyszeptała.
            Zabolały mnie te słowa. Fakt, faktem, była to prawda. Niemiła i bolesna. Ja sama ubolewałam nad tym, że nigdy nie poznam brata.
- On też trafił tam gdzie ja – wyznała. Nadal trzymałam jej dłoń.
            Przypatrywałam się jej. Jak mój mały braciszek,  maleńkie dziecko, mogła trwać w takim miejscu?
 - Możesz go wezwać, tak jak mnie? – spytała.
            Pokręciłam głową. – Nie wiem.
            Uśmiechnęła się delikatnie. Wydawała się taka młoda, samotna. Blada, nienaturalna skóra, przez którą prześwitywał pokój, tylko potęgowała to wrażenie.  Jednak jej oczy tak bardzo się różniły od tych, które widziałam tamtego dnia rano.
            Uścisnęła moją rękę jeszcze mocniej. Widziałam obrazy niczym przerzucane w kalejdoskopie; moją mamę z dużym brzuchem, moment gdy dowiedziała się, że będzie miała dziecko. I choć Alex nie żył wiele, miałam przed oczami jego maleńką twarzyczkę z różnych perspektyw. Radość, jaką czuła moja mama w dniu jego urodzenia, przepełniła i mnie. Zamknęłam oczy i skupiłam się na przekazywanych przez moją mamę.  Poczułam jak serce obija mi się o żebra, a puls przyśpiesza.           
Otworzyłam oczy. Przede mną zmaterializował się duch.  Mały chłopiec z ciemnymi włosami.  
 - Alex? – zapytałam szeptem.
            Mały schował się za mamą, powoli kiwając głową. Przykucnęłam, by być na wysokości jego twarzy. Chłopiec miał speszony wzrok, najwyraźniej się bał. Moi przyjaciele przypatrywali się tej scenie z nieskrywanym niepokojem. Jednak nic im nie tłumaczyłam. 
- Nie bój się, skarbie – powiedziała mama. – To twoja siostra.
            Alex widocznie się zaciekawił. Wyjrzał zza kobiety, przypatrując się mi. 
- Ty żyjesz? – zastanawiał się.
            Mimo woli się zaśmiałam. Choć po twarzy toczyły mi się łzy, cieszyłam się widząc tego ducha. Tak strasznie się cieszyłam, że mój mały braciszek był ze mną chociaż w ten sposób.
 - Tak, żyję – odpowiedziałam.         
            Mały stanął obok mnie. Uśmiechnął się. – Fajnie masz.
            Pokręciłam głową.
 - Życie nie zawsze jest takie fajne.
 - Ale żyjesz. To się liczy – podsumował.  – Jak się nazywasz? 
- Even – odparłam.
            Uśmiechnął się. Jego ręka powędrowała do szyi. Zdjął z niej jakiś medalik. Ułożył drobną rączkę w piąstkę i wepchał mi ją w dłoń. Poczułam coś zimnego i gdy rozprostowałam palce, zobaczyłam srebrny medalik z krzyżem. Wpatrywałam się w niego. Jak to jest w ogóle możliwe? 
- Mamusia dała mi go, gdy jeszcze żyłem. Chcę żebyś ty go miała, bo jesteś moją siostrzyczką. Chcę, żeby cię chronił.
            Szybko przyłożyłam medalik do twarzy. Czułam go. Był rzeczywisty. Pytanie tylko, ja to możliwe?
            Mama cieszyła się na ten widok. Mój braciszek wyglądał na szczęśliwego. Mi serce biło coraz szybciej. Ale byłam szczęśliwa. Zapięłam łańcuszek na szyi. Patrzyłam na twarz mojego braciszka, który ściskał moją dłoń. Zaś moja mama trzymała mnie za drugą.
            Nick wstał. Wręcz się zerwał. Przeszedł przez pokój. Stanął obok mnie. Położył mi dłoń na ramieniu, mocno ściskając. Spojrzał na mnie zdezorientowany, zaś w jego wyrazie twarzy czaił się strach. Wstałam, by z nim porozmawiać.
            Czułam jego dłoń na ramieniu. Wydawała mi się zbyt gorąca. Parzyła mnie.
 - Nick?
            Oczy mu się rozszerzyły. Chciałam złapać go za rękę, lecz odskoczył. Wyglądał jakby marzł. Miał sine usta, a z ust leciała mu para…           
 Serce waliło mi jeszcze szybciej. Spojrzałam na swoje dłonie. Zdobiły je żyłki w kolorze granatu. Brakowało mi powietrza. Coś jakby trzymało mnie za szyję. Nie mogłam oddychać. Cała radość, którą odczuwałam dzięki duchom, uleciała.
 - Even? – Nick pobladł drastycznie. – Even!
            Dusiłam się. Nie mogłam złapać powietrza.  Jakby coś trzymało mnie za gardło. Charczałam, kaszlałam, ale nadal było to samo. Widziałam szkarłatne plamy na podłodze obok mnie. Coś leciało mi z oczu, ale nie były to łzy.
            Serce jakby miało mi się wyrwać z piersi. Nic nie widziałam, było mi tak zimno. Nick i Maxine krzyczeli. Ktoś wszedł do pokoju. A ja walczyłam z niewidzialną siłą, leżąc na podłodze.
            Słyszałam wrzaski. Nie były to jednak ludzkie głosy. Uniosłam wzrok. I choć nie mogłam nic powiedzieć, a każdy oddech kosztował mnie tak wiele, mało sama nie zaczęłam krzyczeć. Tak gdzie przed chwilą stała moja mama i mój brat, majaczyły zjawy. Bez oczy, z bezdennymi dziurami zamiast ust, wymachujące szponami na końcach palców. Obdarte szmaty, ukazujące dziury, pleń i kości. Były tak blisko mnie, aż dotykało mnie ich zimno.
            Dłonie latały mi na wszystkie strony. Nic już nie widziałam. Próbowałam się odsunąć od potworów, jednak nie miałam na to sił. Nadal się dusiłam. Zaczęłam się cała trząść, nie mogąc tego zatrzymać. Czułam smak krwi. Jej zapach. Lecz coś innego unosiło się w powietrzu. Coś co wyczułam mimo, że nie mogłam oddychać, mówić czy nawet się poruszać.
            Śmierć.

             Ludzie. Wszędzie obok. W białych strojach. Krzyczący, ze strachem lub opanowaniem na twarzach. Jasne światło. Piski jakiś maszyn. Brzdęk metalu.
            Moje ciało było w tym miejscu. W szpitalu. Miałam przed sobą zapłakaną ciocię, Nicka, Maxine i Logana, tego ostatniego ktoś musiał powiadomić. I choć ich widziałam, oddychałam, byłam gdzieś indziej.
            Stałam na przejściu w samolocie. Ludzie byli przerażeni, dzieci płakały. Krzyki rozbrzmiewały w mojej głowie. Kobiety trzymały na kolanach swoje pociechy. Wszyscy wyglądali na śmiertelnie wystraszonych.
            Gdy samolot miał się rozbić, w niezwykły sposób znalazłam się pod wodą. Nagle moje nogi młóciły ciecz, a ubranie całkowicie przesiąkło. Dusiłam się od wody w płucach. Ciemna otchłań majaczyła pode mną. Mrugałam, a woda szczypała mnie w oczy.
            Coś do mnie podpłynęło. Błysnęły ogromne kły, nade mną zamajaczyła paszcza. Zanim zdążyłam zostać pożarta na kawałki, znalazłam się na jakimś placu. Jakbym wynurzyła się spod ziemi. Stałam z ramionami za plecami. Przede mną stał mężczyzna z bronią. Wycelował ją we mnie. Usłyszałam krzyki w innym języku. Płacz pomieszał się z jakimś rozkazem.
            Rozległ się strzał. Miałam przed oczami kulę, lecz zanim utknęła w mojej głowie, stałam na środku lasu. Okrążyły mnie dzikie zwierzęta. Gdy mnie dopadły, czułam tylko pazury rozszarpujące moje gardło. Krew z szyi ściekała do wanny, w której leżałam w pozycji płodu z podciętymi nadgarstkami. Leżałam na łóżku szpitalnym z ostatnim wdechem. Ktoś wstrzyknął mi coś w ramię. Rozpłynęłam się widząc dziwne kształty. Stałam w płomieniach. Płonęły moje stopy, ramiona. Coś wybuchło. Zaśmierdziało spalenizną. Nie miałam dłoni. Wokoło mnie płynęła cała rzeka krwi.
            Obrazy już tylko mi się mieszały, tworząc niezgrany film. Była krew, byli martwi ludzie, był nieopisany ból. To wszystko stało się jednością.
            Potem otworzyłam oczy. Zobaczyłam Logana. Siedział z zamkniętymi oczami, opierając się o ścianę. Tylko on znajdował się w pokoju. Chciałam go dotknąć, coś powiedzieć, jednak gdy tylko dotknęłam jego ramienia, wzdrygnął się, otwierając oczy. Spojrzał przed siebie, ale jego twarz nie wyraziła nic po za zmęczeniem.
            Jego wzrok powędrował w inną stronę. Spojrzałam za nim. Patrzył na kogoś kto leżał na szpitalnym łóżku. Podszedł do dziewczyny, kładąc jej dłoń na ramieniu. Uśmiechnął się i coś wyszeptał, nachylając się do jej ucha. Gdy podeszłam bliżej pojęłam kim ona była. Byłam to ja.
         
            Otworzyłam oczy, gwałtowanie wciągając powietrze. Zaczęłam się krztusić, nie mogąc nic powiedzieć. Nad sobą miałam przerażonego Logana. Szybko zniknął z mojego pola widzenia. Nie pojawił się znowu. Zamiast tego widziałam pełno pielęgniarek oraz paru lekarzy. Okazało się, że byłam podłączona do respiratora, przez kilkanaście godzin leżałam na intensywnej terapii, do tego moje funkcje życiowe drastycznie spadły.
            Minęło wiele czasu zanim mogłam normalnie funkcjonować. Na zmianę siedzieli przy mnie Logan, Nick, Maxine i ciocia. Każdy trzymał mnie za rękę, jakby pojąc się, że w każdej chwili umrę. Nie mogłam im wytłumaczyć co się stało, bo nie zrozumieli by. Ja sama nie rozumiałam.
            Któregoś dnia pojawił się lekarz. Typowy, obcięty przy samej skórze, z jednodniowym zarostem. Na nosie miał okulary, za którymi małe, głęboko osadzone oczy błądziły po tekście zapisanym na kartach, trzymanych przez niego w dłoni.
            Położył papiery w nogach łóżka. Zdjął okulary i zmęczonym gestem przetarł oczy. Wysunął sobie stołek i usiadł obok mnie. Nie było z nami nikogo. Logan czekał na korytarzu, zaś ciocia, Nick i Maxine pojechali do domu aby coś zjeść, umyć się i przebrać.
 - Muszę być szczery, Even – zaczął. Wyglądał na bardzo zmęczonego. -  Twój stan jest bardzo niezrozumiały. Najpierw podejrzenie anemii, do której objawy pasowały. Jednak to co się ostatnio wydarzyło nie ma żadnego sensu.
            Przełknęłam ślinę. Miałam zabandażowane dłonie, pół twarzy i opatrunek na szyi. Nie wiedziałam do końca dlaczego, toteż bardzo chciałam dowiedzieć się o moich obrażeniach.
 - Pobraliśmy ci krew. Wyniki nie były najgorsze. Tomografia nie wskazała nam rozwiązania. Wszystkie inne badania nie łączą się z objawami – westchnął. – Wysłałem opis choroby do kilku moich znajomych lekarzy, jednak nikt nie wie o co chodzi.
 - Przepraszam… ale co dokładnie się wydarzyło? – zapytałam cicho.
            Wziął do rąk podkładkę z dokumentami. Przerzucił parę kartek. Poprawił okulary, czytając tekst. W końcu podniósł na mnie wzrok, przypatrując mi się uważnie.
 - Even, dostałaś jakiegoś niewiadomego ataku. Nie wiemy od czego się zaczęło. Twój puls był, podobnie jak ciśnienie, ogromnie podwyższony. To z jaką prędkością biło twoje serce, jest wręcz niezwykłe. Gdyby nie to że jesteś młoda, nie wytrzymało by. Spadła ci temperatura ciała do 30°C. Pojawił się rozległy krwotok. Krew, tak jak poprzednio leciała ci z nosa. I to bardzo obficie. Oprócz tego wyciekała ci z ust i nosa. A co najgorsze – nawet z oczu. Nie doszło do żadnych urazów wewnętrznych. W jakiś sposób coś ścisło ci gardło. Zostało całkowicie zablokowane, co wywołało podduszenie. Przez co bardzo długo miałaś problemy z samodzielnym oddychaniem. Pojawił się niekontrolowany atak drgawek. Co najdziwniejsze w różnych miejscach doznałaś rozległych poparzeń – przeniósł wzrok na moją twarz. Wyglądał śmiertelnie poważnie. – Ale zarówno jak i odmrożeń.
            Przerwał, wpatrując mi się w oczy. Gdy to powiedział, zdałam sobie sprawę, że nie czuje dłoni, a policzek strasznie mi pulsuje. Strasznie bolało mnie gardło, ale ból był znośny.
 - Podajemy ci leki dożylnie. Szczególnie przeciwbólowe. Nie wiemy jak cię leczyć, ani co z tym wszystkim zrobić.
  - Czyli mogę wyjść? – wycharczałam.
            Pokręcił stanowczo głową. – Pod żadnym pozorem.
            Chciałam coś powiedzieć. Ale nie miałam na to sił. Byłam wykończona samym utrzymywaniem się w pionie.
 - Powinnaś odpoczywać. W twoim stanie to wskazane.
            Wstał. Zamiast jakoś podziękować mu za dobre chęci, po prostu rzuciłam się na poduszki. Ziewnęłam, udając zmęczenie. Lekarz pokiwał głową. Wyszedł. Pojawiła się pielęgniarka, która podała mi nowe leki. Kiedy i ona odeszła, usiadłam, odczuwając ból we wszystkich mięśniach mojego ciała. Położyłam zabandażowane dłonie na udach. Delikatnie zaczęłam odwijać opatrunek z lewej ręki. Bolało i piekło.
            Zdjęłam z ran gazę czymś nasączoną. Moim oczom ukazała się skóra mojej dłoni. Paznokcie były czarne, niczym węgiel, Od palców w dół, jakoś do nadgarstka, skóra była jakby poparzona. Czerwona, spękana i dziwnie śliska. Zaś same palce wyglądały jakbym najpierw przypaliła je żelazkiem, a potem zamroziła. Naprawdę wyglądały jakbym się sparzyła.
            Odwinęłam drugą rękę. Tak wyglądała podobnie, lecz od wnętrza rozciągała się długa, czarna szpara, jakby szczelina. Wyglądała jakby moja skóra się spaliła.
            Poszłam do łazienki. Ledwo szłam, nie czując nóg. Mimo to oparłam się o brzeg umywalki, stając naprzeciw lustra. Dojrzałam swoje odbicie; potargane czerwone włosy, i bandaż zajmujący pół prawej strony twarzy. Powoli, uważając na spękane paznokcie, odwijałam bandaż z twarzy. Gdy go zdjęłam, mimo woli jęknęłam. Długa, czarna szrama, od której rozchodziły się małe pęknięcia, pokrywały cały policzek. Zaczynała się niewiele nad kącikiem ust, a kończyła prawie pod okiem. Wyglądało to strasznie. Bardzo strasznie.
            Odsunęłam kołnierzyk szpitalnej koszuli. Szyję miałam również opatrzoną. Strasznie bolał każdy najlżejszy dotyk moich palców. Powoli zdjęłam bandaże. Miałam na szyi coś podobnego do tego na policzku. Przeraziło mnie jednak coś innego; na szyi miałam medalik z krzyżem od brata. Widziałam go, lecz nie czułam pod palcami, ani nie mogłam go zdjąć. Przerażało mnie to, tak że nie mogłam złapać wdechu. Opierałam się całą siłą o zlew, krztusząc się i kaszląc. Podniosłam wzrok, by dostrzec swoją przerażoną twarz w lustrze. Zaś za mną stał duch mojego brata, z krwiożerczym uśmiechem na twarzy i szatańskim wyrazem twarzy.
            

1 komentarz: