poniedziałek, 14 listopada 2016

Rozdział trzydziesty ósmy

            Stałam przed wejściem dla ratowników na basenie. W dłoni trzymałam opakowanie pączków i dwa kubki kawy. Od dziesięciu minut czekałam tam grzecznie, dzięki temu, że pan Varpol dał mi adres.
            W końcu pojawił się Logan – w spodenkach moro, czarną koszulką i jeszcze wilgotnymi włosami. Przez ramię przewieszoną miał torbę. Przez chwilę skupiał się na tym, by zapiąć sobie zegarek na nadgarstku, a kiedy mu się to udało, podniósł głowę do góry. Uśmiechnął się szeroko, dostrzegając mnie. Nie jestem pewna czy była to reakcja na mnie czy pączki.
 - No proszę, proszę. Kolejna psychofanka, która mnie śledzi – przywitał mnie. Podałam mu kubek i opakowanie. – Wszczepiłaś mi chip?
 - Twój tata okazał się bardzo pomocny. – Przeniosłam ciężar ciała na drugą nogę. – Ile dzisiaj niewiast uratowałeś?
            Parsknął śmiechem. Wtedy kątem oka dostrzegłam jakoś dziewczynę idącą w naszym kierunku. Jednak kiedy zobaczyła mnie, zwątpiła, ale nadal szła. Stanęła naprzeciw nas.
            Była to ładna dziewczyna, która trochę przypominała mi Maxine. Miała długie, ciemne włosy, jeszcze wilgotne, puszczone falami na plecy. W jasnoróżowej sukience, białych sandałkach i z dużą, białą torbą, wypchaną po brzegi. Na twarzy widać było dość mocny makijaż – podkreślone oczy, masa podkładu i usta przejechane szminką. Patrzyła ciemnymi oczami na Logana, ledwie zauważając moją obecność.
 - Świetnie się dzisiaj spisałeś – powiedziała. Miała słodki głos, przepełniony dziwną nutą. – Myślałam, że może pójdziemy gdzieś dzisiaj.
            Stała dość blisko niego, co trochę mnie wkurzyło. Nie, że była zazdrosna czy coś, no ale kurcze, co ona najlepszego robiła?
 - Wybacz, Sibylle. Już jestem umówiony – przysunął się do mnie, tak że stykaliśmy się ramionami. – Sibylle, to Even. Even – Sibylle.
            Dziewczyna uśmiechnęła się promiennie, ale w jej oczach ujrzałam złość. Zarzuciła włosami do tyłu, a następnie wyciągnęła do mnie dłoń z idealnie zrobionymi paznokciami. Uścisnęłam ją lekko, czując jak zaciska palce na mojej ręce.
 - Hmm, pączki – spojrzała na pudełko trzymane przez Logana. – Jakże pomysłowy posiłek.
            Uśmiechnęłam się tylko. Byłam świadoma faktu jak mi się przygląda – rejestruje moje czerwone włosy, z dość widocznymi ciemnymi odrostami. Nie miałam prawie w ogóle makijażu (za co prawdopodobnie zabiłaby mnie Maxine) tylko mocno podkreślone oczy czernią. Oprócz tego blizna na twarzy, o której w sumie zapominałam, ale wiedziałam też, że Loganowi nie przeszkadza.
 - No cóż. Nie będę więc przeszkadzać – cmoknęła Logana w policzek, na co on zareagował grymasem, który raczej nie został niezauważony. – Do zobaczenia.
            Nic nie powiedziałam. Dopiero kiedy oddaliła się kawałek, zaczęłam się śmiać.
 - Niczym Parys w zalotach do Juli – mruknęłam.
            Logan odpowiedział mi śmiechem. Oczywiście Sibylle to usłyszała, bo na chwilę się odwróciła. Jednak nie zwróciłam na nią większej uwagi. Wskazałam na prowiant w rękach Logana.
 - Musimy gdzieś iść i je zjeść, bo zaraz wyrwę ci je z ręki i zjem sama – powiedziałam.
            Koniec końców znaleźliśmy się parku – Logan znał naprawdę wiele pięknych miejsc, w szczególności parków. Wyznał mi, że jeszcze kiedy był chłopcem, mama pokazywała mu je wszystkie, gdyż kochała naturę. Siedzieliśmy więc na kocu (który Logan ‘’przypadkiem’’ miał w aucie) na miękkiej, zielonej trawie.
            Rozmawialiśmy o wszystkim. Omijaliśmy tylko temat jego siostry. Był zbyt świeży. Opowiedział mi o tym jak to uratował dzisiaj małego chłopca, o czym właśnie mówiła Sibylle. Wyjaśnił mi trochę kim ona sama jest – to córka znajomego pana Varpola, która tak jak on jest ratowniczką. Jednak raczej mało rusza się ze swojego miejsca, chyba tylko po to by zaprezentować się mężczyzną w bikini. Od kilku miesięcy śliniła się do Logana, lecz ten sam zapewniał, że raczej nie ciągnie go do takiego plastiku, jak się wyraził.
 - Jak się czujesz? – zapytał mnie, kiedy leżałam z dłońmi pod głową.
            Wzruszyłam ramionami. Nie było ani lepiej, ani gorzej. Najważniejsze było tylko bym trzymała się z dala od duchów.
 - Jakoś – odparłam po prostu.
            Nagle niebo przysłonił mi cień, a zamiast łagodnych chmurek na nim, zobaczyłam twarz Logana. Uśmiechał się od ucha do ucha. Jego oczy błysnęły błękitem. 
 - Łżesz – zarzucił mi.
            Chciałam wstać, by móc normalnie z nim rozmawiać. Jednak on złapał mnie za ręce, przyciskając mnie do koca. Pisnęłam, chcąc aby mnie puścił, ale jego uścisk był mocny. Patrzył mi w oczy.
 - Jestem pewien, że to wiesz co ci jest. Tylko nie chcesz powiedzieć. Sądzę, że ma to też związek z tym, że udało ci się odkryć prawdę – spochmurniał. – Najpierw brat Kevina i ta jego dziewczyna, potem twoja mama, teraz moja siostra. O co chodzi?
 - Puść mnie – warknęłam.
            Uwolnił moje ręce. Zerwałam się. Zaczęłam chodzić w jedną stronę i drugą. W końcu stanęłam nad nim. Cały czas mnie obserwował.
 - Tak. Wiem co mi jest. Ale jeśli powiem ci prawdę, nic nie będzie takie same.
            Wstał. Znowu musiałam zadrzeć głowę w górę, aby móc rozmawiać z nim twarzą w twarz. Nie mogłam powiedzieć mu o duchach. Nie wtedy. Nie tamtego dnia.
 - Aż tak mi nie ufasz? – wyszeptał.
            Patrzyłam na jego usta, gdy wypowiadały te zdanie. Nie chciałam tak na niego patrzeć, ale nie mogłam się powstrzymać. Przez chwilę żadne z nas nic nie mówiło. Słyszałam w oddali szczekanie psów, śpiew ptaków na drzewach, ale nie nasze słowa. Logan wymagał ode mnie zbyt wiele.
 - Ufam ci. Ale… uznasz mnie za wariatkę.
            Poczułam kłujące łzy w kącikach oczu. Jego spojrzenie coraz bardziej mnie bolało, piekło. Czułam się naga stojąc przed nim. Nie mogłam powiedzieć mu prawdy. On nie był Nickiem ani Maxine. Był kimś zbyt ważnym, bym mogła go przez to stracić.
 - Boże, Even. Ja ufam ci nad życie. Jesteś dla mnie kimś wyjątkowym od chwili, kiedy zobaczyłem cię na tamtym chodniku. Nie zmienię zdania o tobie choćby nie wiem co.
            Poczułam jego palce, oplatające moją dłoń. Tak jak wcześniej, dotknął swoją dłonią mój policzek, przesuwając palcem po bliźnie. Jednak nie mogłam mu na to pozwolić. Odsunęłam się gwałtownie, chwiejąc się na jednej nodze. Włosy przez chwilę przesłoniły mi widok. Logan spojrzał na mnie zszokowany.
 - Nie mogę powiedzieć ci prawdy – powiedziałam cicho, po czym odbiegałam.

            Stałam oparta o barierkę. Pode mną płynęła woda. Jasna, głęboka i skrywające swe tajemnice. Most nadal wyglądał tak jak dawniej, jednak brak Maggie robił swoje.
            Nie chciałam stracić Logana, chyba rozumiecie. Był dla mnie kimś więcej, niż tylko zwykłym kolegą. Moimi kumplami byli Cole i Mattew, najlepszym przyjacielem Nick, ale Logan był kimś jeszcze innym. Nie chciałam odstraszyć go od siebie prawdą.
            Dzwonił do mnie. Pisał smsy, chcąc wyjaśnić o co chodzi. Ale tak naprawdę bałam się spojrzeć w te jego oczy. Bałam się, że powiem mu prawdę, a on już nigdy nie spojrzy na mnie tak jak dawniej.
            W końcu zadzwoniła Maxine. Dawno jej nie widziałam – jeździła na wakacje do egzotycznych krajów, odwiedzała rodzinę. Odebrałam po paru sekundach.
 - Halo?
 - Bogu niech będą dzięki – usłyszałam w odpowiedzi. – Even, co ty sobie wyobrażasz?! Nie odpowiadasz na telefony. Uciekasz. Mogłaś gdzieś stracić przytomność. I co wtedy?! Pomyślałaś o tym?
            Przez chwilę pomyślałam, że ma rację. Jednak później skupiłam się na innym problemie.
 - On chciał znać prawdę. Ale nie mogę mu powiedzieć. Nie jemu – jęknęłam w słuchawkę.
            Nic nie odpowiedziała. Po prostu słyszałam szmer. W końcu Maxine znowu zaczęła mówić:
 - Zgaduje, że skoro nie ma cię na cmentarzu ani w domu to jesteś na moście? – zapytała.
 - Tak – odparłam.
 - Masz się nie ruszać – nakazała mi. – Pogotowie miłosne już jedzie.
            Mało nie zakrztusiłam się własną śliną.
 - Co jedzie?
 - A… yyy… ten… gubię zasięg… wjeżdżam do tunelu – usłyszałam w odpowiedzi.
            Rozłączyła się. Zablokowałam telefon, nie wiedząc co ze sobą zrobić. Gdy chowałam go do kieszeni, zaczął dzwonić. Nie musiałam nawet patrzeć, by wiedzieć, że to Logan. Wcisnęłam więc aparat głęboko w kieszeń, nie przejmując się.
            Usiadłam na ziemi, opierając się o zimną barierkę. Patrząc przed siebie, widziałam zieloną trawę i ogromne drzewa o grubych gałęziach. Kwiaty porastały skrawki ziemi, a ptaki przelatywała mi nad głową. Było lato. Ciepłe i słoneczne. Słońce grzało przyjemnie skórę, a na niebie nie było prawie żadnej chmurki. Czas płynął zbyt szybko, za szybko. Miałam odnaleźć Chrisa, zapewnić mu bezpieczeństwo.
            Cała akcja z Loganem mnie przerastała. Zajmowałam się nim, jego siostrą i tatą, nie myśląc o tym, że mam na głowie wiele innych ważnych spraw. Choć Logan był dla mnie ważny, a sama sprawa z Emily intrygująca, zaś pan Christopher okazał się miłym człowiekiem, powinnam zająć się znalezieniem Chrisa.
            Chris. Chris. Chris. Wtedy mnie olśniło.
            Wszystko zaczęło układać się na miejscu. Chris. Imię napisane krwią na szybie, tak dawno temu. Patrząc na to teraz czułam się głupia, nie odkrywając powiązania wcześniej.
            Wyjęłam telefon. Wybrałam numer do Nicka.
 - Nick? – rzuciłam w powitaniu.
 - Tak? – odparł.
 - Chyba mam naszego Chrisa.
 - Co? Kogo?
            Przez chwilę modliłam się w duchu, mając nadzieję, że nie mylę się aż tak bardzo. Zamknęłam oczy. Patrząc na ciemność, powiedziałam do słuchawki.
 - Tata Logana to Christopher, prawda? – zapytałam.
            Wciągnęłam głęboko powietrze. Nie byłam pewna swojej racji. W żadnym wypadku.
 - No chyba tak – bąknął.
 - Nick, ja chyba coś odkryłam… - zaczęłam. – Chris może być skrótem od imienia Christopher.
             Odpowiedziała mi cisza. Fakt, że udało mi się na to wpaść napajał mnie dumą. Gdy pojawiła się Maxine, nie zdążyła nawet do mnie podejść, bo od razu otworzyłam drzwi, wpadając do auta.
 -  Coś się sta…
 - Ciii – uciszyłam ją. – Nick? Co ty na to?
 - To może się zgadzać – mruknął. Przez chwilę znowu słyszałam tylko ciszę.
 - Jedziemy do domu – rzuciłam w stronę Maxine. – Opowiem ci po drodze.
            Tak jak powiedziałam, tak też zrobiłam. Całą drogę, wraz z moją przyjaciółką, dyskutowałyśmy ta temat tego czy moja teza może okazać się prawdziwa. Zanim się obejrzałam, byłyśmy już pod domem Sailes’ów. Auto Nicka stało na podjeździe, co oznaczało, że chłopak na pewno jest w domu.
            Weszłyśmy, ja skopałam buty z nóg, zaś Maxine zaczęła powoli je ściągać. Szybko poszłam w kierunku kuchni. Tak jak podejrzewałam w środku była moja ciocia, która siedziała na stołku obok kuchennej wyspy, czytając czasopismo i popijając kawę. W pomieszczeniu czuć było cynamonem i aromatem kawy. Uśmiechnęłam się. Podeszłam do niej, opierając się o wyspę.
 - Gdzie Nick? – spytałam.
 - Ciebie też miło widzieć – uśmiechnęła się, znad gazety. – U siebie.
            Szybko wyszłam z kuchni, mało nie wpadając na Maxine. Razem ruszyłyśmy ku pokojowi Nicka. Weszłam do niego bez pytania, zastając mojego kuzyna siedzącego na łóżku. Co dziwne, miał na sobie tylko szare, dresowe spodnie. Jego włosy były w większym nieładzie niż zawsze. Podszedł do Maxine, witając się z dziewczyną całusem w usta. Następnie spojrzał na mnie.
 - No dobra. Musimy to obgadać.
            Pokiwałam głową. Nie do końca wiedziałam co dokładnie jest tam do obgadania, jednak usiadłam spokojnie na jego łóżku, krzyżując nogi. Wszystko mnie bolało od biegu, w głowie pulsował tępy ból. Wobec tego postanowiłam się pospieszyć.
 - Cały czas szukaliśmy Chrisa. Jakiś morderców, wypadków i tak dalej. Szukaliśmy Chrisa. A co jeżeli owy Chris, to po prostu podpucha. Jeśli powinniśmy znaleźć Christophera? W końcu to jedno i to samo.
            Nick ze zrozumieniem pokiwał głową, zaś Maxine tylko patrzyła na mnie. W końcu głośno westchnęła.
 - Tyle miesięcy, a my jak kompletne debile na to nie wpadliśmy.
            Niechętnie przytaknęłam. – Ja wpadłam na pomysł z tym jak wywoływać duchy oraz z tym, że odejście Kevina uzdrowi jego mamę. Teraz wasza kolej na myślenie.
            Zaśmiałam się, a moi towarzysze mi zawtórowali. Po chwili jednak nasz śmiech się urwał, a my trwaliśmy w niezręcznej ciszy.
 - Czy ten duch był podobny do pana Christophera? – zapytała Maxine.
 - To było widmo – naprostowałam. – Różni się od ducha.
            Moi przyjaciele spojrzeli na siebie i zgodnie się wyszczerzyli. Ja zaś zdezorientowana patrzyłam na nich, aż w końcu powiedziałam:
 - O co wam znowu chodzi?
 - Zmieniłaś się – uśmiechnęła się Maxine. – Dbasz nawet o tak cholerne szczegóły jak różnica pomiędzy duchem, a widmem!
            Uderzyłam się otwartą dłonią w czoło, po czym spojrzałam na nich zażenowanym wzrokiem. Oni jednak dalej się szczerzyli.
 - Ehh, mamy ważniejsze problemy na głowie niż ja – fuknęłam.
            Zamiast nagłego spoważnienia, ci tylko zerkali na mnie, szepcząc coś. Śmiali się przy tym, a ja czułam jak robię się czerwona ze złości.
 - Możecie, z łaski swojej, przestańcie mnie obgadywać, kiedy siedzę obok!
            Ci tylko dalej się śmiali. Westchnęłam, następnie rzuciłam się na poduszki. Strasznie pachniały Nickiem, przez co ciężko mi się oddychało. Głosy ucichły, tłumione przez koc, który zarzuciłam sobie na głowę (która nadal pulsowała potwornym bólem).
            Poczułam pukanie w ramię. Ktoś ściągnął mi z głowy koc, a Nick posadził mnie, przyglądając mi się uważnie.
 - Co znowu? – warknęłam.
 - Dziwnie oddychałaś – powiedział. – Wszystko w porządku?
 - To tylko twój fetor, dobiegający od poduszek – odparłam.
            Skrzywił się z udawaną urazą, zaś ja zareagowałam śmiechem. W końcu rozprostowałam plecy, wyciągając przed siebie nogi, a następnie siadając po turecku.
 - Dobra, może w końcu zaczniemy mówić o tym o czym mamy mówić?
            Oboje przytaknęli. Spojrzałam na Nicka.
 - Będziesz na tyle miły, by pójść do mnie i wziąć te karki z naszymi tezami? – zapytałam.
            Wstał niemal natychmiast. Po chwili był już z całym plikiem kartek. Wręczył mi je. Zerknęłam na moje drobne pismo, zajmujące dużą przestrzeń papieru. Z szerokim uśmiechem na ustach rozdarłam kartki na pół, ku zdziwieniu Maxine i jej chłopaka.
 - Czemu? – Maxine była strasznie zdziwiona.
 - Moja intuicja prawie nigdy mnie nie myli. Więc to będzie Christopher. Pan Varpol.
            Spojrzałam na okno. Było jeszcze jasno. Jednak lato już powoli się kończyło, co oznaczało powrót do szkoły. O ile tylko mój stan mi na to pozwoli. Jak to będzie kiedy ja, z bliznami na twarzy, bez rodziców, bardziej wrażliwa na duchy niż zawsze, wkroczę do szkoły, jakby nigdy nic się nie stało.
 - Even? – usłyszałam.
 - Co?
 - Czy to na pewno był duch pana Varpola? Czy był podobny?
            Wróciłam do wspomnienia tamtego dnia, kiedy to zgasły światła, a potem pojawiło się widmo. Zmasakrowane i zakrwawione.
 - Nie wiem. Tamto widmo było dość mocno pokiereszowane. Po za tym było to już tak dawno temu.
            Nick już otwierał usta, by coś powiedzieć, jednak przerwało mu pukanie do drzwi. Chłopak rzucił krótkie ,,proszę’’, a w drzwiach pojawiła się jego mama. Uśmiechnęła się miło, spoglądając na mnie.
 - Even – zaczęła – Logan przyjechał. Mówi, że musi koniecznie z tobą porozmawiać.
 - Mhm – odparłam. – Możesz mu powiedzieć, że źle się czuję czy coś?
            Ciocia opuściła pokój, z bezuczuciową miną. Zaraz po tym jak drzwi się za nią zamknęły, Maxine spojrzała na mnie posępnie.
 - No właśnie o tym miałyśmy porozmawiać – powiedziała pod nosem.
            Odchrząknęłam. Znowu poczułam wypieki na policzkach. Wstałam z zamieszaniem. Strąciłam poduszkę na ziemię, nawet jej nie podnosząc. Zaczęłam iść w stronę drzwi, głupio się tłumacząc, że niby źle się czuję.
            Weszłam do mojego pokoju. Jednak zamiast rzucić się na łóżko, jak miałam w zwyczaju, podeszłam do okna, z którego miałam widok na ulicę oraz podjazd. Zobaczyłam czarne auto Logana. Dopiero po dłuższej chwili pojawił się chłopak. Nie zmienił się ani trochę, choć widziałam go w świetle gasnącego słońca. Patrzyłam jak wolnym, ociężałym krokiem idzie ku swojemu pojazdowi. Nagle, jakby czuł na sobie moje spojrzenie, odwrócił się i spojrzał prosto w okno, w którym stałam. Wpatrywał się we mnie, a jego oczy odnalazły moje oczy. Patrzył w nie długo. Odległość między nami nic nie zmieniała. Po prostu tam staliśmy, oddzieleni szybą i metrami.
            Nie obchodziło mnie jak wyglądam. Wiedziałam, że widzi mnie doskonale, lecz moje roztargane, czerwone włosy i rozmyte kosmetyki wcale nic nie zmieniały. Dalej byłam osobą, która zraniła Logana. Ale nie mogłam powiedzieć mu prawdy.
            Gdy tak na mnie patrzył, wyciągnęłam dłoń na bok, łapiąc za sznurek od rolety. On uśmiechnął się smutno. Powoli opuściłam ją, zaś uśmiech na twarzy UnderVarpola powoli gasł. Nie chciałam go ranić, jednak to robiłam. Zaciągnęłam roletę do końca, po czym odeszłam od okna. W końcu rzuciłam się na łóżko. Zaczęłam szlochać w poduszkę.
            Tak strasznie nie chciałam go ranić.
            Bo tak potwornie mi na nim zależało.

            Siedziałam na kanapie, w spodenkach i luźnej koszulce, podstępem zabranej z szafki Nicka. Otuliłam się kocem. W dłoniach miałam parujący kubek gorącej czekolady.
            Nick pojechał do pracy, zaś Maxine, odgoniona moją niechęcią do rozmowy z nią, wróciła do domu. Tak więc, zostałam sama z ciocią, która bez zbędnych słów, zabrała mnie na dół, by pocieszyć mnie w czymś, czego sama nie rozumiała.
            Siedziałam przed telewizorem, oglądając marną komedię, w której główna bohaterka ciągle płakała w ramie swojej zwariowanej przyjaciółki, bo tamta zakochała się w jakimś dupku. Okej, film filmem, ale był tragiczny.
            Dostałam kawałek cynamonowego ciasta, które stało nietknięte na stoliku do kawy. W końcu w kuchni pojawiła się ciocia, wycierająca dłonie w ścierkę. Odłożyła ją na fotel, zaś sama usiadła obok mnie. Spojrzała na mnie swoimi oczyma, rejestrując moją twarz.
 - Problem z Loganem prawda? – dotknęła mojego ramienia.
            Niepewnie pokiwałam głową. Ciocia uśmiechnęła się smutno. Sięgnęła po pilota, wyciszając płacz dziewczyny. Od razu poczułam się lepiej, nie słysząc jej lamentu.
            Zabrała mi kubek, stawiając go na stoliku. Ja, czując zaproszenie, przytuliłam się do niej, wtulając głowę w jej ramię. Była dla mnie prawdziwą podporą.
 - Wiesz, że możesz mi powiedzieć wszystko, prawda kochanie? Teraz ja jestem twoją mamą – szepnęła w moje włosy.
            Uśmiechnęłam się. Czułam już pierwsze łzy, spływające po mojej twarzy. Czemu jak musiałam ciągle płakać?
 - Wiem – odparłam.
 - Więc co się stało?
            Przetarła dłonią łzę spływającą po moim policzku. Bardzo nie chciałam płakać. A jednak robiłam tylko to, nie mówiąc nic.
            Naprawdę była dla mnie mamą. Jedyną. Zapewne słyszeliście o powiedzeniu, że prawdziwą mamą jest kobieta, która wychowuje, a nie ta, która urodziła. I choć Hope Price to naprawdę cudowna mama, to jednak nigdy nie poczułam jej prawdziwego uścisku. Wręcz przeciwnie; ostatnie nasze czułości zemściły się na mnie dość potwornie.
 - No więc o co chodzi z Loganem? – zapytała. Jej głos był spokojny i kojący.
 - Ja chyba coś do niego czuję – odparłam cicho. Najciszej jak się dało, jakby w obawie, że on sam usłyszy.
 - Co więc stoi wam na przeszkodzie? Przecież był tutaj, naprawdę przerażony. Nie widziałaś jego miny, kiedy mu powiedziałam, że źle się czujesz. Bał się o twoje zdrowie. Cały czas się martwi. Widziałam to po jego wzroku.
            Westchnęłam. Przejechałam ręką po twarzy.
 - Ja nie…
 - Even, powinnaś być z nim szczera. Nie ważne co chciał się dowiedzieć. Powiedział, że tylko chciał znać prawdę.
            Pokręciłam głową. Zrobiło mi się ciepło. Polarowy koc i obecność cioci obok strasznie mnie rozgrzały.
 - Nie mogę mu powiedzieć…
 - Dlaczego?
            Zacisnęłam dłonie w pięści. Nie chciałam powiedzieć jej, a co dopiero jemu. Nie mogłam tak ranić osób, które kocham. Nie mogłam rujnować im życia.
 - Bo… - zaczęłam, jednak przerwał mi dźwięk dzwonka komórki cioci.
            Sięgnęła po aparat. Spojrzała na ekran, marszcząc brwi.
 - Dziwne – mruknęła i odebrała. – Halo? Tak, tutaj Clara Sailes.
            Przez chwilę słuchałam ze znużeniem jej wymianę zdań. Jakaś kobieta po drugiej stronie musiała powiedzieć coś o Nicku, gdyż ciocia potwierdziła, że to jej syn. Z czasem jednak coraz bardziej się krzywiła, aż w końcu zakryła dłonią usta. Powoli puściła telefon, który spadł na ziemię. Nie zbił się, a połączenia nadal trwało. Wzięłam go, chcąc podać go jej, jednak ta miała kamienny wyraz twarzy, a w oczach lśniły łzy. Przyłożyłam komórkę do ucha.
 - Halo?
 - Halo? Dobry Boże, jest tam ktoś? – usłyszałam kobiecy głos.
 - Tak. Jestem siostrzenicą pani Sailes. Even Alians – przedstawiłam się. – Co…co się stało?
            Przeniosłam wzrok na ciocię. Łzy spływały po jej policzkach, jednak ta się nie ruszała. Cholera, już gdzieś ją taką widziałam. Gdy zaginął Kevin, płakała, nie ruszając się z miejsca. Nawet nie patrzyła nigdzie indziej, niż na ścianę.
 - Halo?! Co się stało?! – krzyknęłam w słuchawkę.
 - Czy z panią Sailes wszystko w porządku? – powiedział jakiś mężczyzna.
            Zerknęłam na nią znowu.
 - Jasna cholera! Co się stało?!
            Nic nie otrzymałam w odpowiedzi. Tylko szmer, przyciszone głosy, wstałam. Zakręciło mi się w głowie, jednak dalej chodziłam, czując żar na policzkach.
 - Kim pani jest? – zapytała ponownie kobieta.
 - Siostrzenicą pani Sailes – odparłam załamanym głosem.
            Łykałam słone łzy. Serce waliło mi jak oszalałe. Czemu nikt nie chce mi powiedzieć co się dzieje?!
 - Nick Sailes miał wypadek samochodowy. Jest z nim bardzo źle. Aktualnie znajduje się na Oddziale Intensywnej Terapii.           
            Tym razem ja również upuściłam telefon, słysząc głośny trzask ekranu, spotykającego się z podłogą. Upadłam na kolana, obejmując się ramionami. Łzy spływały gęstym nurtem po mojej twarzy. Zaś w głowie formowało mi się tylko jedno zdanie: Tylko nie Nick. Tylko nie on.
           
                       

2 komentarze: