Stałam przed wejściem dla ratowników
na basenie. W dłoni trzymałam opakowanie pączków i dwa kubki kawy. Od
dziesięciu minut czekałam tam grzecznie, dzięki temu, że pan Varpol dał mi
adres.
W końcu pojawił się Logan – w
spodenkach moro, czarną koszulką i jeszcze wilgotnymi włosami. Przez ramię
przewieszoną miał torbę. Przez chwilę skupiał się na tym, by zapiąć sobie
zegarek na nadgarstku, a kiedy mu się to udało, podniósł głowę do góry. Uśmiechnął
się szeroko, dostrzegając mnie. Nie jestem pewna czy była to reakcja na mnie
czy pączki.
- No proszę, proszę. Kolejna psychofanka,
która mnie śledzi – przywitał mnie. Podałam mu kubek i opakowanie. –
Wszczepiłaś mi chip?
- Twój tata okazał się bardzo pomocny. –
Przeniosłam ciężar ciała na drugą nogę. – Ile dzisiaj niewiast uratowałeś?
Parsknął śmiechem. Wtedy kątem oka
dostrzegłam jakoś dziewczynę idącą w naszym kierunku. Jednak kiedy zobaczyła
mnie, zwątpiła, ale nadal szła. Stanęła naprzeciw nas.
Była to ładna dziewczyna, która
trochę przypominała mi Maxine. Miała długie, ciemne włosy, jeszcze wilgotne,
puszczone falami na plecy. W jasnoróżowej sukience, białych sandałkach i z
dużą, białą torbą, wypchaną po brzegi. Na twarzy widać było dość mocny makijaż
– podkreślone oczy, masa podkładu i usta przejechane szminką. Patrzyła ciemnymi
oczami na Logana, ledwie zauważając moją obecność.
- Świetnie się dzisiaj spisałeś – powiedziała.
Miała słodki głos, przepełniony dziwną nutą. – Myślałam, że może pójdziemy
gdzieś dzisiaj.
Stała dość blisko niego, co trochę
mnie wkurzyło. Nie, że była zazdrosna czy coś, no ale kurcze, co ona
najlepszego robiła?
- Wybacz, Sibylle. Już jestem umówiony –
przysunął się do mnie, tak że stykaliśmy się ramionami. – Sibylle, to Even.
Even – Sibylle.
Dziewczyna uśmiechnęła się
promiennie, ale w jej oczach ujrzałam złość. Zarzuciła włosami do tyłu, a
następnie wyciągnęła do mnie dłoń z idealnie zrobionymi paznokciami. Uścisnęłam
ją lekko, czując jak zaciska palce na mojej ręce.
- Hmm, pączki – spojrzała na pudełko trzymane
przez Logana. – Jakże pomysłowy posiłek.
Uśmiechnęłam się tylko. Byłam
świadoma faktu jak mi się przygląda – rejestruje moje czerwone włosy, z dość
widocznymi ciemnymi odrostami. Nie miałam prawie w ogóle makijażu (za co
prawdopodobnie zabiłaby mnie Maxine) tylko mocno podkreślone oczy czernią.
Oprócz tego blizna na twarzy, o której w sumie zapominałam, ale wiedziałam też,
że Loganowi nie przeszkadza.
- No cóż. Nie będę więc przeszkadzać – cmoknęła
Logana w policzek, na co on zareagował grymasem, który raczej nie został
niezauważony. – Do zobaczenia.
Nic nie powiedziałam. Dopiero kiedy
oddaliła się kawałek, zaczęłam się śmiać.
- Niczym Parys w zalotach do Juli – mruknęłam.
Logan odpowiedział mi śmiechem.
Oczywiście Sibylle to usłyszała, bo na chwilę się odwróciła. Jednak nie
zwróciłam na nią większej uwagi. Wskazałam na prowiant w rękach Logana.
- Musimy gdzieś iść i je zjeść, bo zaraz wyrwę
ci je z ręki i zjem sama – powiedziałam.
Koniec końców znaleźliśmy się parku
– Logan znał naprawdę wiele pięknych miejsc, w szczególności parków. Wyznał mi,
że jeszcze kiedy był chłopcem, mama pokazywała mu je wszystkie, gdyż kochała
naturę. Siedzieliśmy więc na kocu (który Logan ‘’przypadkiem’’ miał w aucie) na
miękkiej, zielonej trawie.
Rozmawialiśmy o wszystkim.
Omijaliśmy tylko temat jego siostry. Był zbyt świeży. Opowiedział mi o tym jak
to uratował dzisiaj małego chłopca, o czym właśnie mówiła Sibylle. Wyjaśnił mi
trochę kim ona sama jest – to córka znajomego pana Varpola, która tak jak on
jest ratowniczką. Jednak raczej mało rusza się ze swojego miejsca, chyba tylko
po to by zaprezentować się mężczyzną w bikini. Od kilku miesięcy śliniła się do
Logana, lecz ten sam zapewniał, że raczej nie ciągnie go do takiego plastiku,
jak się wyraził.
- Jak się czujesz? – zapytał mnie, kiedy
leżałam z dłońmi pod głową.
Wzruszyłam ramionami. Nie było ani
lepiej, ani gorzej. Najważniejsze było tylko bym trzymała się z dala od duchów.
- Jakoś – odparłam po prostu.
Nagle niebo przysłonił mi cień, a
zamiast łagodnych chmurek na nim, zobaczyłam twarz Logana. Uśmiechał się od
ucha do ucha. Jego oczy błysnęły błękitem.
- Łżesz – zarzucił mi.
Chciałam wstać, by móc normalnie z
nim rozmawiać. Jednak on złapał mnie za ręce, przyciskając mnie do koca.
Pisnęłam, chcąc aby mnie puścił, ale jego uścisk był mocny. Patrzył mi w oczy.
- Jestem pewien, że to wiesz co ci jest. Tylko
nie chcesz powiedzieć. Sądzę, że ma to też związek z tym, że udało ci się
odkryć prawdę – spochmurniał. – Najpierw brat Kevina i ta jego dziewczyna,
potem twoja mama, teraz moja siostra. O co chodzi?
- Puść mnie – warknęłam.
Uwolnił moje ręce. Zerwałam się.
Zaczęłam chodzić w jedną stronę i drugą. W końcu stanęłam nad nim. Cały czas
mnie obserwował.
- Tak. Wiem co mi jest. Ale jeśli powiem ci
prawdę, nic nie będzie takie same.
Wstał. Znowu musiałam zadrzeć głowę
w górę, aby móc rozmawiać z nim twarzą w twarz. Nie mogłam powiedzieć mu o
duchach. Nie wtedy. Nie tamtego dnia.
- Aż tak mi nie ufasz? – wyszeptał.
Patrzyłam na jego usta, gdy
wypowiadały te zdanie. Nie chciałam tak na niego patrzeć, ale nie mogłam się
powstrzymać. Przez chwilę żadne z nas nic nie mówiło. Słyszałam w oddali
szczekanie psów, śpiew ptaków na drzewach, ale nie nasze słowa. Logan wymagał
ode mnie zbyt wiele.
- Ufam ci. Ale… uznasz mnie za wariatkę.
Poczułam kłujące łzy w kącikach
oczu. Jego spojrzenie coraz bardziej mnie bolało, piekło. Czułam się naga
stojąc przed nim. Nie mogłam powiedzieć mu prawdy. On nie był Nickiem ani
Maxine. Był kimś zbyt ważnym, bym mogła go przez to stracić.
- Boże, Even. Ja ufam ci nad życie. Jesteś dla
mnie kimś wyjątkowym od chwili, kiedy zobaczyłem cię na tamtym chodniku. Nie
zmienię zdania o tobie choćby nie wiem co.
Poczułam jego palce, oplatające moją
dłoń. Tak jak wcześniej, dotknął swoją dłonią mój policzek, przesuwając palcem
po bliźnie. Jednak nie mogłam mu na to pozwolić. Odsunęłam się gwałtownie,
chwiejąc się na jednej nodze. Włosy przez chwilę przesłoniły mi widok. Logan
spojrzał na mnie zszokowany.
- Nie mogę powiedzieć ci prawdy – powiedziałam
cicho, po czym odbiegałam.
Stałam oparta o barierkę. Pode mną
płynęła woda. Jasna, głęboka i skrywające swe tajemnice. Most nadal wyglądał
tak jak dawniej, jednak brak Maggie robił swoje.
Nie chciałam stracić Logana, chyba
rozumiecie. Był dla mnie kimś więcej, niż tylko zwykłym kolegą. Moimi kumplami
byli Cole i Mattew, najlepszym przyjacielem Nick, ale Logan był kimś jeszcze
innym. Nie chciałam odstraszyć go od siebie prawdą.
Dzwonił do mnie. Pisał smsy, chcąc
wyjaśnić o co chodzi. Ale tak naprawdę bałam się spojrzeć w te jego oczy. Bałam
się, że powiem mu prawdę, a on już nigdy nie spojrzy na mnie tak jak dawniej.
W końcu zadzwoniła Maxine. Dawno jej
nie widziałam – jeździła na wakacje do egzotycznych krajów, odwiedzała rodzinę.
Odebrałam po paru sekundach.
- Halo?
- Bogu niech będą dzięki – usłyszałam w
odpowiedzi. – Even, co ty sobie wyobrażasz?! Nie odpowiadasz na telefony.
Uciekasz. Mogłaś gdzieś stracić przytomność. I co wtedy?! Pomyślałaś o tym?
Przez
chwilę pomyślałam, że ma rację. Jednak później skupiłam się na innym problemie.
- On chciał znać prawdę. Ale nie mogę mu
powiedzieć. Nie jemu – jęknęłam w słuchawkę.
Nic nie odpowiedziała. Po prostu
słyszałam szmer. W końcu Maxine znowu zaczęła mówić:
- Zgaduje, że skoro nie ma cię na cmentarzu
ani w domu to jesteś na moście? – zapytała.
- Tak – odparłam.
- Masz się nie ruszać – nakazała mi. –
Pogotowie miłosne już jedzie.
Mało nie zakrztusiłam się własną
śliną.
- Co jedzie?
- A… yyy… ten… gubię zasięg… wjeżdżam do
tunelu – usłyszałam w odpowiedzi.
Rozłączyła się. Zablokowałam
telefon, nie wiedząc co ze sobą zrobić. Gdy chowałam go do kieszeni, zaczął
dzwonić. Nie musiałam nawet patrzeć, by wiedzieć, że to Logan. Wcisnęłam więc
aparat głęboko w kieszeń, nie przejmując się.
Usiadłam na ziemi, opierając się o
zimną barierkę. Patrząc przed siebie, widziałam zieloną trawę i ogromne drzewa
o grubych gałęziach. Kwiaty porastały skrawki ziemi, a ptaki przelatywała mi
nad głową. Było lato. Ciepłe i słoneczne. Słońce grzało przyjemnie skórę, a na
niebie nie było prawie żadnej chmurki. Czas płynął zbyt szybko, za szybko.
Miałam odnaleźć Chrisa, zapewnić mu bezpieczeństwo.
Cała akcja z Loganem mnie
przerastała. Zajmowałam się nim, jego siostrą i tatą, nie myśląc o tym, że mam
na głowie wiele innych ważnych spraw. Choć Logan był dla mnie ważny, a sama
sprawa z Emily intrygująca, zaś pan Christopher okazał się miłym człowiekiem,
powinnam zająć się znalezieniem Chrisa.
Chris. Chris. Chris. Wtedy mnie olśniło.
Wszystko
zaczęło układać się na miejscu. Chris.
Imię napisane krwią na szybie, tak dawno temu. Patrząc na to teraz czułam się
głupia, nie odkrywając powiązania wcześniej.
Wyjęłam telefon. Wybrałam numer do
Nicka.
- Nick? – rzuciłam w powitaniu.
- Tak? – odparł.
- Chyba mam naszego Chrisa.
- Co? Kogo?
Przez chwilę modliłam się w duchu,
mając nadzieję, że nie mylę się aż tak bardzo. Zamknęłam oczy. Patrząc na
ciemność, powiedziałam do słuchawki.
- Tata Logana to Christopher, prawda? –
zapytałam.
Wciągnęłam głęboko powietrze. Nie
byłam pewna swojej racji. W żadnym wypadku.
- No chyba tak – bąknął.
- Nick, ja chyba coś odkryłam… - zaczęłam. –
Chris może być skrótem od imienia Christopher.
Odpowiedziała mi cisza. Fakt, że udało mi się
na to wpaść napajał mnie dumą. Gdy pojawiła się Maxine, nie zdążyła nawet do
mnie podejść, bo od razu otworzyłam drzwi, wpadając do auta.
- Coś
się sta…
- Ciii – uciszyłam ją. – Nick? Co ty na to?
- To może się zgadzać – mruknął. Przez chwilę
znowu słyszałam tylko ciszę.
- Jedziemy do domu – rzuciłam w stronę Maxine.
– Opowiem ci po drodze.
Tak jak powiedziałam, tak też
zrobiłam. Całą drogę, wraz z moją przyjaciółką, dyskutowałyśmy ta temat tego
czy moja teza może okazać się prawdziwa. Zanim się obejrzałam, byłyśmy już pod
domem Sailes’ów. Auto Nicka stało na podjeździe, co oznaczało, że chłopak na
pewno jest w domu.
Weszłyśmy, ja skopałam buty z nóg,
zaś Maxine zaczęła powoli je ściągać. Szybko poszłam w kierunku kuchni. Tak jak
podejrzewałam w środku była moja ciocia, która siedziała na stołku obok
kuchennej wyspy, czytając czasopismo i popijając kawę. W pomieszczeniu czuć
było cynamonem i aromatem kawy. Uśmiechnęłam się. Podeszłam do niej, opierając
się o wyspę.
- Gdzie Nick? – spytałam.
- Ciebie też miło widzieć – uśmiechnęła się,
znad gazety. – U siebie.
Szybko wyszłam z kuchni, mało nie
wpadając na Maxine. Razem ruszyłyśmy ku pokojowi Nicka. Weszłam do niego bez
pytania, zastając mojego kuzyna siedzącego na łóżku. Co dziwne, miał na sobie
tylko szare, dresowe spodnie. Jego włosy były w większym nieładzie niż zawsze.
Podszedł do Maxine, witając się z dziewczyną całusem w usta. Następnie spojrzał
na mnie.
- No dobra. Musimy to obgadać.
Pokiwałam głową. Nie do końca
wiedziałam co dokładnie jest tam do obgadania, jednak usiadłam spokojnie na
jego łóżku, krzyżując nogi. Wszystko mnie bolało od biegu, w głowie pulsował
tępy ból. Wobec tego postanowiłam się pospieszyć.
- Cały czas szukaliśmy Chrisa. Jakiś
morderców, wypadków i tak dalej. Szukaliśmy Chrisa. A co jeżeli owy Chris, to
po prostu podpucha. Jeśli powinniśmy znaleźć Christophera? W końcu to jedno i
to samo.
Nick ze zrozumieniem pokiwał głową,
zaś Maxine tylko patrzyła na mnie. W końcu głośno westchnęła.
- Tyle miesięcy, a my jak kompletne debile na
to nie wpadliśmy.
Niechętnie przytaknęłam. – Ja
wpadłam na pomysł z tym jak wywoływać duchy oraz z tym, że odejście Kevina
uzdrowi jego mamę. Teraz wasza kolej na myślenie.
Zaśmiałam się, a moi towarzysze mi
zawtórowali. Po chwili jednak nasz śmiech się urwał, a my trwaliśmy w
niezręcznej ciszy.
- Czy ten duch był podobny do pana
Christophera? – zapytała Maxine.
- To było widmo – naprostowałam. – Różni się
od ducha.
Moi
przyjaciele spojrzeli na siebie i zgodnie się wyszczerzyli. Ja zaś
zdezorientowana patrzyłam na nich, aż w końcu powiedziałam:
- O co wam znowu chodzi?
- Zmieniłaś się – uśmiechnęła się Maxine. –
Dbasz nawet o tak cholerne szczegóły jak różnica pomiędzy duchem, a widmem!
Uderzyłam się otwartą dłonią w
czoło, po czym spojrzałam na nich zażenowanym wzrokiem. Oni jednak dalej się
szczerzyli.
- Ehh, mamy ważniejsze problemy na głowie niż
ja – fuknęłam.
Zamiast nagłego spoważnienia, ci
tylko zerkali na mnie, szepcząc coś. Śmiali się przy tym, a ja czułam jak robię
się czerwona ze złości.
- Możecie, z łaski swojej, przestańcie mnie
obgadywać, kiedy siedzę obok!
Ci tylko dalej się śmiali.
Westchnęłam, następnie rzuciłam się na poduszki. Strasznie pachniały Nickiem,
przez co ciężko mi się oddychało. Głosy ucichły, tłumione przez koc, który
zarzuciłam sobie na głowę (która nadal pulsowała potwornym bólem).
Poczułam pukanie w ramię. Ktoś
ściągnął mi z głowy koc, a Nick posadził mnie, przyglądając mi się uważnie.
- Co znowu? – warknęłam.
- Dziwnie oddychałaś – powiedział. – Wszystko
w porządku?
- To tylko twój fetor, dobiegający od poduszek
– odparłam.
Skrzywił się z udawaną urazą, zaś ja
zareagowałam śmiechem. W końcu rozprostowałam plecy, wyciągając przed siebie
nogi, a następnie siadając po turecku.
- Dobra, może w końcu zaczniemy mówić o tym o
czym mamy mówić?
Oboje
przytaknęli. Spojrzałam na Nicka.
- Będziesz na tyle miły, by pójść do mnie i
wziąć te karki z naszymi tezami? – zapytałam.
Wstał niemal natychmiast. Po chwili
był już z całym plikiem kartek. Wręczył mi je. Zerknęłam na moje drobne pismo,
zajmujące dużą przestrzeń papieru. Z szerokim uśmiechem na ustach rozdarłam
kartki na pół, ku zdziwieniu Maxine i jej chłopaka.
- Czemu? – Maxine była strasznie zdziwiona.
- Moja intuicja prawie nigdy mnie nie myli.
Więc to będzie Christopher. Pan Varpol.
Spojrzałam na okno. Było jeszcze
jasno. Jednak lato już powoli się kończyło, co oznaczało powrót do szkoły. O
ile tylko mój stan mi na to pozwoli. Jak to będzie kiedy ja, z bliznami na
twarzy, bez rodziców, bardziej wrażliwa na duchy niż zawsze, wkroczę do szkoły,
jakby nigdy nic się nie stało.
- Even? – usłyszałam.
- Co?
- Czy to na pewno był duch pana Varpola? Czy
był podobny?
Wróciłam do wspomnienia tamtego
dnia, kiedy to zgasły światła, a potem pojawiło się widmo. Zmasakrowane i
zakrwawione.
- Nie wiem. Tamto widmo było dość mocno
pokiereszowane. Po za tym było to już tak dawno temu.
Nick już otwierał usta, by coś
powiedzieć, jednak przerwało mu pukanie do drzwi. Chłopak rzucił krótkie
,,proszę’’, a w drzwiach pojawiła się jego mama. Uśmiechnęła się miło,
spoglądając na mnie.
- Even – zaczęła – Logan przyjechał. Mówi, że
musi koniecznie z tobą porozmawiać.
- Mhm – odparłam. – Możesz mu powiedzieć, że
źle się czuję czy coś?
Ciocia opuściła pokój, z
bezuczuciową miną. Zaraz po tym jak drzwi się za nią zamknęły, Maxine spojrzała
na mnie posępnie.
- No właśnie o tym miałyśmy porozmawiać –
powiedziała pod nosem.
Odchrząknęłam. Znowu poczułam
wypieki na policzkach. Wstałam z zamieszaniem. Strąciłam poduszkę na ziemię,
nawet jej nie podnosząc. Zaczęłam iść w stronę drzwi, głupio się tłumacząc, że
niby źle się czuję.
Weszłam do mojego pokoju. Jednak
zamiast rzucić się na łóżko, jak miałam w zwyczaju, podeszłam do okna, z
którego miałam widok na ulicę oraz podjazd. Zobaczyłam czarne auto Logana.
Dopiero po dłuższej chwili pojawił się chłopak. Nie zmienił się ani trochę,
choć widziałam go w świetle gasnącego słońca. Patrzyłam jak wolnym, ociężałym
krokiem idzie ku swojemu pojazdowi. Nagle, jakby czuł na sobie moje spojrzenie,
odwrócił się i spojrzał prosto w okno, w którym stałam. Wpatrywał się we mnie,
a jego oczy odnalazły moje oczy. Patrzył w nie długo. Odległość między nami nic
nie zmieniała. Po prostu tam staliśmy, oddzieleni szybą i metrami.
Nie obchodziło mnie jak wyglądam.
Wiedziałam, że widzi mnie doskonale, lecz moje roztargane, czerwone włosy i
rozmyte kosmetyki wcale nic nie zmieniały. Dalej byłam osobą, która zraniła
Logana. Ale nie mogłam powiedzieć mu prawdy.
Gdy tak na mnie patrzył, wyciągnęłam
dłoń na bok, łapiąc za sznurek od rolety. On uśmiechnął się smutno. Powoli
opuściłam ją, zaś uśmiech na twarzy UnderVarpola powoli gasł. Nie chciałam go
ranić, jednak to robiłam. Zaciągnęłam roletę do końca, po czym odeszłam od
okna. W końcu rzuciłam się na łóżko. Zaczęłam szlochać w poduszkę.
Tak strasznie nie chciałam go ranić.
Bo tak potwornie mi na nim zależało.
Siedziałam na kanapie, w spodenkach
i luźnej koszulce, podstępem zabranej z szafki Nicka. Otuliłam się kocem. W
dłoniach miałam parujący kubek gorącej czekolady.
Nick pojechał do pracy, zaś Maxine,
odgoniona moją niechęcią do rozmowy z nią, wróciła do domu. Tak więc, zostałam
sama z ciocią, która bez zbędnych słów, zabrała mnie na dół, by pocieszyć mnie
w czymś, czego sama nie rozumiała.
Siedziałam przed telewizorem,
oglądając marną komedię, w której główna bohaterka ciągle płakała w ramie
swojej zwariowanej przyjaciółki, bo tamta zakochała się w jakimś dupku. Okej,
film filmem, ale był tragiczny.
Dostałam kawałek cynamonowego
ciasta, które stało nietknięte na stoliku do kawy. W końcu w kuchni pojawiła
się ciocia, wycierająca dłonie w ścierkę. Odłożyła ją na fotel, zaś sama
usiadła obok mnie. Spojrzała na mnie swoimi oczyma, rejestrując moją twarz.
- Problem z Loganem prawda? – dotknęła mojego
ramienia.
Niepewnie pokiwałam głową. Ciocia
uśmiechnęła się smutno. Sięgnęła po pilota, wyciszając płacz dziewczyny. Od
razu poczułam się lepiej, nie słysząc jej lamentu.
Zabrała mi kubek, stawiając go na
stoliku. Ja, czując zaproszenie, przytuliłam się do niej, wtulając głowę w jej
ramię. Była dla mnie prawdziwą podporą.
- Wiesz, że możesz mi powiedzieć wszystko,
prawda kochanie? Teraz ja jestem twoją mamą – szepnęła w moje włosy.
Uśmiechnęłam się. Czułam już
pierwsze łzy, spływające po mojej twarzy. Czemu jak musiałam ciągle płakać?
- Wiem – odparłam.
- Więc co się stało?
Przetarła dłonią łzę spływającą po
moim policzku. Bardzo nie chciałam płakać. A jednak robiłam tylko to, nie
mówiąc nic.
Naprawdę była dla mnie mamą. Jedyną.
Zapewne słyszeliście o powiedzeniu, że prawdziwą mamą jest kobieta, która
wychowuje, a nie ta, która urodziła. I choć Hope Price to naprawdę cudowna
mama, to jednak nigdy nie poczułam jej prawdziwego uścisku. Wręcz przeciwnie;
ostatnie nasze czułości zemściły się na mnie dość potwornie.
- No więc o co chodzi z Loganem? – zapytała.
Jej głos był spokojny i kojący.
- Ja chyba coś do niego czuję – odparłam
cicho. Najciszej jak się dało, jakby w obawie, że on sam usłyszy.
- Co więc stoi wam na przeszkodzie? Przecież
był tutaj, naprawdę przerażony. Nie widziałaś jego miny, kiedy mu powiedziałam,
że źle się czujesz. Bał się o twoje zdrowie. Cały czas się martwi. Widziałam to
po jego wzroku.
Westchnęłam. Przejechałam ręką po
twarzy.
- Ja nie…
- Even, powinnaś być z nim szczera. Nie ważne
co chciał się dowiedzieć. Powiedział, że tylko chciał znać prawdę.
Pokręciłam głową. Zrobiło mi się
ciepło. Polarowy koc i obecność cioci obok strasznie mnie rozgrzały.
- Nie mogę mu powiedzieć…
- Dlaczego?
Zacisnęłam dłonie w pięści. Nie
chciałam powiedzieć jej, a co dopiero jemu. Nie mogłam tak ranić osób, które kocham.
Nie mogłam rujnować im życia.
- Bo… - zaczęłam, jednak przerwał mi dźwięk
dzwonka komórki cioci.
Sięgnęła po aparat. Spojrzała na
ekran, marszcząc brwi.
- Dziwne – mruknęła i odebrała. – Halo? Tak,
tutaj Clara Sailes.
Przez chwilę słuchałam ze znużeniem
jej wymianę zdań. Jakaś kobieta po drugiej stronie musiała powiedzieć coś o
Nicku, gdyż ciocia potwierdziła, że to jej syn. Z czasem jednak coraz bardziej
się krzywiła, aż w końcu zakryła dłonią usta. Powoli puściła telefon, który
spadł na ziemię. Nie zbił się, a połączenia nadal trwało. Wzięłam go, chcąc
podać go jej, jednak ta miała kamienny wyraz twarzy, a w oczach lśniły łzy.
Przyłożyłam komórkę do ucha.
- Halo?
- Halo? Dobry Boże, jest tam ktoś? –
usłyszałam kobiecy głos.
- Tak. Jestem siostrzenicą pani Sailes. Even
Alians – przedstawiłam się. – Co…co się stało?
Przeniosłam wzrok na ciocię. Łzy
spływały po jej policzkach, jednak ta się nie ruszała. Cholera, już gdzieś ją
taką widziałam. Gdy zaginął Kevin, płakała, nie ruszając się z miejsca. Nawet
nie patrzyła nigdzie indziej, niż na ścianę.
- Halo?! Co się stało?! – krzyknęłam w
słuchawkę.
- Czy z panią Sailes wszystko w porządku? –
powiedział jakiś mężczyzna.
Zerknęłam na nią znowu.
- Jasna cholera! Co się stało?!
Nic nie otrzymałam w odpowiedzi.
Tylko szmer, przyciszone głosy, wstałam. Zakręciło mi się w głowie, jednak
dalej chodziłam, czując żar na policzkach.
- Kim pani jest? – zapytała ponownie kobieta.
- Siostrzenicą pani Sailes – odparłam
załamanym głosem.
Łykałam słone łzy. Serce waliło mi
jak oszalałe. Czemu nikt nie chce mi powiedzieć co się dzieje?!
- Nick Sailes miał wypadek samochodowy. Jest z
nim bardzo źle. Aktualnie znajduje się na Oddziale Intensywnej Terapii.
Tym razem ja również upuściłam
telefon, słysząc głośny trzask ekranu, spotykającego się z podłogą. Upadłam na
kolana, obejmując się ramionami. Łzy spływały gęstym nurtem po mojej twarzy.
Zaś w głowie formowało mi się tylko jedno zdanie: Tylko nie Nick. Tylko nie on.
kom kom kom te skróty bede pisac se he he
OdpowiedzUsuńTak, twoje komentarze zdecydowanie mnie motywują :D
Usuń