wtorek, 22 listopada 2016

Rozdział trzydziesty dziewiąty

            Nick Sailes miał wypadek samochodowy. Jest z nim bardzo źle. Aktualnie znajduje się na Oddziale Intensywnej Terapii.
           Niby w obliczu największej grozy człowiek nie myśli. Ja jednak to robiłam. Wstałam, nadal wodzona strachem, z zasłoną łez na oczach, i pokierowałam się do kanapy. Wzięłam ciocię pod ramię, powoli kierując się do wyjścia. Zdjęłam z haczyka przy drzwiach kluczyki do mojego samochodu. Schyliłam się tylko po buty. Wsunęłam je na nogi, a wówczas ciocia jakby się otrząsnęła. Spojrzała na mnie zdezorientowanym wzrokiem.
 - Nick… - wyszeptała.
 - Wszystko będzie dobrze – zapewniłam ją. Nadal łzy leciały jej z oczu. Ja miałam już dość płaczu. – Nick będzie zdrowy.
            Podałam jej pierwsze lepsze buty, aby je ubrała. Ja zaś sięgnęłam po bluzę, niechybnie należącą do mojego kuzyna. Idąc ku drzwiom, zauważyłam, że nadal mam na sobie jego za dużą koszulkę i spodenki. Nie miałam zamiaru przejmować się swoim wyglądem. Po prostu ruszyłam w ciemność, która powoli ogarniała świat na zewnątrz.
            Wsiadłam do samochodu. Dziwnie było znowu położyć dłonie na kierownicy. Zaraz po chwili pojawiła się ciocia. Zapięła pas. Była cała blada, z śladami łez, i czerwonymi oczami. Zaś pod niby widać było smugi maskary, którą kupiłam jej wcześniej.
            Jechałam szybciej, niż kiedykolwiek w życiu. Wyprzedzałam prawie każde auto, nie raz narażając się na czołówkę. Dociskałam gaz, nie czując już strachu. I choć mój tata zmarł w samochodzie, moje obawy zniknęły. Nie liczyło się nic prócz Nicka.
            Nawet nie wiem jak znalazłam się pod szpitalem. Po prostu zaparkowałam, nawet o tym nie myśląc. Wysiadłam z samochodu, sprintem biegnąc do wejścia. Nie pytałam w rejestracji. Spojrzałam na plan budynku, szukając OIOMu. Nie czekałam na windę. Znalazłam schodu, biegnąc po nich, wskakując na co drugi. Serce waliło mi w piersi. Czułam kulę w gardle. Nie mogłam złapać oddechu. Wiedziałam, że jeśli na chwilę stanę, nie pobiegnę dalej.
            Znalazłam się przed drzwiami, których szukałam. Na plastikowych krzesłach siedziała jakaś kobieta i mężczyzna. Unieśli głowy, patrząc jak jakaś dziewczyna wbiega na oddział, nie zważając na znaki, informujące że nie mogę tam wejść. W końcu znalazłam się przed oszklonymi drzwiami, mając przed sobą łóżko, obstawione przez mnóstwo lekarzy i pielęgniarek. Patrzyłam, nie wiedząc, czy ten, którego szukam, to osoba leżąca na łóżku.
            Jeden z mężczyzn się przesunął. Ujrzałam chłopaka, spokojnie spoczywającego na łóżku. Był plątaniną rurek, kabli i przyrządów, których nie umiem nawet nazwać. Biały kołnierz pokrywał jego szyję, masa kabli przy torsie i rękach. Rurka, którą każdy zna, wepchnięta w gardło. Zmierzwione włosy, pokryte zaschniętą krwią. Opuchnięta twarz, rozległa rana na czole.          
            Mimo wszystko ty nadal był mój Nick.
            Kolana się pode mną ugięły, kiedy patrzyłam jak go kują, tną i nie wiem co jeszcze. Nie powinno mnie tam być, ale nikt mnie nie zauważył. Zwinęłam się w kłębek na podłodze, czując pod głową zimną podłogę. Nie płakałam. Po prostu tak leżałam, wpatrzona w pustkę, ciągle myśląc o tym co przed chwilą widziałam. Straciłam tatę w wypadku samochodowym. Maxine umarła na drodze. Nie mogłam stracić tak również Nicka. Nie jego. Moja przyjaciela. Kuzyna. Brata.            Pamiętacie jeszcze początek tej historii? Kiedy to Nick prawie w ogólnie się dla mnie nie liczył? Bo miał swoich przyjaciół i kumpli. Wtedy jednak zdałam sobie sprawę, że nie ważne co się dzieje; wali się i pali, Nick będzie częścią mnie. Wychowałam się wraz z nim i kochałam go nad życie. I choć wiedziałam, że będę *może* miała w przyszłości partnera, Nick zawsze będzie dla mnie jednym z najważniejszych mężczyzn mojego życia.
            Poczułam czyjeś dłonie. Zlękniona pielęgniarka wypytywała mnie o to jak się tutaj znalazłam, co tutaj robię i jak się nazywam. Nie umiałam jej odpowiedzieć. Mruczałam tylko słowa pod nosem, lecz język miałam jak z ołowiu, kończyny zdrętwiały mi całkowicie, a w głowie niemiłosiernie huczało. Kobieta uniosła mnie lekko do góry, lecz moje nogi były jak w waty. Za szybą, zobaczyłam moją zapłakaną ciocię.            Pielęgniarka posadziła mnie na jednym z plastikowych krzeseł. Przyłożyła mi dłoń do czoła. Słyszałam ją, choć rozrabiało mnie gorąco, a głowa nadal pękała. Nie ważna jestem teraz ja! Chciałam krzyczeć, jednak nikt mnie nie słuchał. Ciocia rozmawiała z inną pielęgniarką. Wraz z jej słowami jej oczy robiły się coraz większe, a łzy siłą wyciskały się z nich. W końcu pielęgniarka z otuchą uścisnęła jej ramię. Pozostawiła ją samą, zalewającą się łzami. Nie mogłam wstać i jej pocieszyć, bo jedna z kobiet mnie trzymała.
            W końcu pojawił się lekarz. Od razu poznałam znajomą twarz, oczy skryte za okularami i trzydniowy zarost. Mężczyzna powitał mnie ciepłym uśmiechem.
 - Miło cię widzieć, Even – rzekł. – Jednak nie w takich okolicznościach.
 - Cała przyjemność po mojej stronie – bąknęłam. – Co się ze mną dzieje?
 - To wie tylko sam Bóg – spróbował zażartować. – Coś się stało, prawda? Nie jesteś tu z uwagi na siebie.
            Od razu pomyślałam o Nicku. Strzelam, że widać było po mojej twarzy, co myślę. Spojrzałam na drzwi. Niestety z tej strony nie dostrzegłam łóżka, na którym leżał mój kuzyn.
 - Nick Sailes – wycharczałam. – Mój przyjaciel. Kuzyn. On miał wypadek.
            Lekarz zerknął w stronę idącej akurat pielęgniarki. Wstał z kucek, by o coś zapytał. Ta podała mu dokumenty trzymane w dłoni. Podziękował skinieniem, po czym zaczął analizować dokumenty z ogromnym zaangażowaniem. Kiwał przy tym głową, aż w końcu zerknął w kierunku Intensywnej Terapii. W końcu przeniósł na mnie wzrok. Powoli podszedł do mnie, tym razem siadając obok. Zakrył dłonią, moją rękę spoczywającą bezwładnie na moim kolanie.
 - Nie wolno ci się denerwować – zaczął niepewnie. – Skoki ciśnienia bardzo źle na ciebie działają… - Nie obchodzi mnie co źle na mnie działa – przerwałam mu. – Najważniejszy jest Nick. Co mu jest? – zapytałam dobitnie, patrząc na niego groźnym spojrzeniem.
 - Nick miał wypadek samochodowy. Jest diabetykiem prawda?
 - Tak – potwierdziłam.
 - Otóż, podczas prowadzenia auta, drastycznie spadł mu poziom cukru. Doszło do zaburzenia świadomości. W ostatnim momencie Nick zjechał na pobocze, niestety na jego nieszczęście trafił na drzewo. Moc uderzenia była dość mocna. Bogu dzięki nie doszło do uszkodzenia mózgu. Ma złamaną kość w dwóch miejscach w lewej kończynie górnej.
            Odetchnęłam z ulgą. Jeśli tylko to mu dolegało nie było o co się martwić. Już powoli się rozluźniałam, gdy zdałam sobie sprawę, że gdyby chodziło tylko o nędzne złamanie nie byłby na OIOMie. Poczułam jak wszystko mi się napina.
 - To nie wszystko prawda? – powiedziałam cicho.
            Lekarz pokręcił głową. On również wyglądał na zaniepokojonego. Potarł kark, unikając mojego wzroku.
 - Proszę pana?
            Westchnął. Odłożył dokumenty na sąsiednie krzesło, biorąc obie moją dłonie w swoje. Patrzył na mnie z autentycznym współczuciem. Zaczął mówić spokojnie i powoli, jednak każde kolejne zdanie coraz bardziej mnie dobijało.
 - Przyczyny spadku cukru, niedostarczenie insuliny na czas i zmniejszona produkcja glukozy we krwi, bardzo prawdopodobnie mogą wywołać śpiączką hipoglikemiczną. Nie ma zbyt wielu możliwości, aby zapanować nad nią, ponieważ trwa bardzo skomplikowana operacja. Podczas wypadku Nicka, doszło do uszkodzenia rdzenia kręgowego. Nie mam pewności na jakim odcinku do tego doszło, ale najbardziej skłaniam się ku szyjnemu. W najlepszym wypadku doszło do uszkodzenia poziomu C6, co może wywołać paraliż kończyn dolnych, miednicy, ale również niedowład w nadgarstku, śródręczu i palcach.
            Nagle przed oczami zatańczyło mi wspomnienie Nicka, kiedy wraz z nim wspinałam się na drzewo, rosnące u nich na podwórku. Widziałam każdy  szczegół tak, jakbym była tam znowu. Nick, boso, wspinał się gałąź, po gałęzi. Będąc kilka metrów nade mną, spojrzał w dół, z szerokim uśmiechem na twarzy.
 - Idziesz czy nie? – zapytał z nutką wyzwania w głosie. – Jeśli tak to się pośpiesz, bo w życiu mnie nie dogonisz.
            Zamiast coś odpowiedzieć, po prostu rzuciłam się na drzewo, wspinając się po wiotkich gałązkach. Zrównałam się z nim, gdyż dalej droga była trudna, z uwagi na jeszcze cieńsze gałązki.
 - Dałem ci fory – burknął pod nosem, siadając na grubszym z patyków.
 - Jasne – uśmiechnęłam się, siadając obok niego.
            Machając nogami, patrzyłam przed siebie. Z tamtej wysokości widziałam kościół, kilka ulic, ruchliwą drogę i kilka małych domków, w kilkunastu kolorach. Kiedy tak wpatrywałam się w obraz malujący się przede mną, Nick zerwał się, zgrabnie schodząc po drzewie. Będąc już pode mną, krzyknął:
 - Kto pierwszy na dole!
            Przewróciłam oczami. Mimo to pognałam za nim. W końcu prawie go dogoniłam, ale ten, z wysokości jakiś dwóch metrów, zeskoczył. Wylądował równo na nogach, jednak te nie wytrzymały jego ciężaru. Runął jak długi na trawę, trzymając się za kostkę, którą zwichnął.
            Do głowy przyszło mi inne wspomnienie. Kiedy mama, a raczej pani Alians, nakrzyczała na mnie za bardzo negatywna zachowanie w szkole, przez co była do niej wezwana, Nick zaproponował żebym została u niego na noc. Zbudowaliśmy w jego pokoju bazę, z koców, prześcieradeł i całej masy poduszek. Wtedy pani Sailes przejmowała się bardzo Kevinem, który przechodził akurat okres buntu, przez co miał problem o wszystko. Tak więc siedzieliśmy w tej bazie, z chipsami, popcornem i latarkami, oglądając na jego telefonie (który dał mu Kevin) jakąś mdłą komedię, której raczej nasze czy nie powinny były widzieć. Dopiero nad ranem przyszła moja ,,mama’’. Pamiętam, że wyglądała na autentycznie przerażoną, ale w końcu się uspokoiła, podziękowała cioci i zabrała mnie do domu.
            Gdy mieliśmy po czternaście lat, po raz pierwszy zostałam zawieszona w obowiązkach ucznia. Nadal w głowie miałam krzyk mamy, kiedy się o tym dowiedziała. Uciekłam wtedy z domu, zapłakana i czerwona ze wstydu. Razem z Colem i Mattew udało nam się zdobyć jakiś lewy alkohol i opijaliśmy moje smutki na jakimś starym, opuszczonym dworcu kolejowym.
            Ciągle dzwonił mój telefon. W większości była to moja mama, bądź ciocia. Nick wcale nie dzwonił. Był to czas, kiedy krążył pomiędzy domem, szkołą i biblioteką. Uczył się, od czasu do czasu przychodził na boisko, gdzie przypatrywałam się jak starsi ode mnie chłopcy grają w kosza. Nick był dla mnie niczym obcy człowiek. Mimo to on znalazł mnie wraz z chłopakami. Podniósł mnie, i choć ledwie szłam, zamroczona alkoholem, zaprowadził do autobusu. Pojechał ze mną, aż pod sam dom, gdzie zaprowadził mnie do pokoju i łóżka. Dopiero kiedy spojrzałam na niego, odezwał się po raz pierwszy tego wieczoru.
 - Jeśli tak dalej będziesz zachowywać, nigdy nie dowiesz się co to znaczy prawdziwe życie – wyszeptał, po czym wyszedł.
            Następnego dnia spotkałam go w szkole; był blady, zmęczony i ledwie miał otwarte oczy. Wsunął mi coś do ręki, co później okazało się szczegółową ściągą na najbliższy test. Nauczycielka przy wszystkich zagroziła mi, że jeżeli nie dostane z niego pozytywnej oceny, nie znam. Nick przejął się tym tak bardzo, że stworzył dla mnie ściągę idealną. Kiedy chciałam mu podziękować, rzucił tylko:
 - Czego się nie robi dla przyjaciół.
            Od tamtej pory rozmawialiśmy, bo tak. Rzadko kiedy nasze wymiany zdań były szersze, niżeli dwie minuty. Jednak mimo wszystko, nadal byliśmy blisko. Potem znacie wydarzenia: wypadek Maxine, moje umiejętności, ja sama i na koniec znalezienie Kevina i ozdrowienie cioci. Wszystko skumulowało się, a wiadomość o tym, że o to mój kuzyn, tylko nad do siebie przybliżyła.
            Przeszły mnie ciarki. Otrząsnęłam się z fali wspomnień. Nie był to jednak one – były to sny. Otworzyłam oczy, zając sobie sprawę, że leżałam na podłodze, opierając się o ścianę. Byłam przykryta jasnym kocem w szkocką kratkę. Rozejrzałam się dookoła. Zegarek informował mnie, że była piąta rano. Na krześle niedaleko siedziała ciocia, z zamkniętymi oczami, co mogło świadczyć o tym, że również spała. Zerknęłam na drugi rząd siedzisk – siedziała tam ta sama kobieta z mężczyzną, których widziałam, kiedy tam dotarłam. Właśnie wtedy zorientowałam się, dlaczego tam byłam. Przeniosłam wzrok na oszklone drzwi, prowadzące na oddział. Zrzuciłam z siebie koc, wstając. Podeszłam do nich, zaglądając na salę. Dostrzegłam dwa łóżka zajęte przez pacjentów. Na jednym leżała dziewczyna. Widziałam jak oddycha, równo i spokojnie. Zaś na drugim spoczywał Nick – miał obandażowaną twarz, usztywnioną rękę. Przeniosłam wzrok na jego nogi. Jeśli to co mówił lekarz było prawdą? Nick nie będzie chodził. Nigdy już nie będzie się wspinał ze mną na drzewa. Nigdy po mnie nie przyjdzie.
            Oparłam głowę o zimną szybę. Łzy już chyba się skończyły, bo nie płakałam. Patrzyłam tylko na niego, zastanawiając się czy z tego wyjdzie. Śpiączka, paraliż. Cały ten wypadek.
            Spojrzałam jeszcze raz na krzesło. Wiedziałam kogo mi brakuje. Maxine. Nikt jej nie powiadomił. Miała prawo wiedzieć. Nick w końcu ją kochał. A ona zapewne spała, niczego nieświadoma.
            Nie zabrałam telefonu, więc poszłam do pary. Kobieta unosiła na mnie wzrok, zaś mężczyzna przyjrzał mi się dokładnie. Uśmiechnęłam się, ledwie zmuszając obolałą od płaczu twarz, żeby wykonać ten gest.
 - Czy mogłoby państwo pożyczyć mi na chwilę telefon? – mój głos był zachrypnięty. – Muszę zadzwonić w bardzo ważnej sprawie.
            Kobieta od razu szybko pokiwała głową. Wyjęła z torebki komórkę, która mi podała. Podziękowałam skinieniem, obiecując, że rozmowa nie potrwa długo. Wyklepałam numer do Maxine, odeszłam od pary kawałek, by uzyskać odrobinę prywatność. Poczekałam, aż kilka sygnałów minie, aż w końcu połączenie zostało odebrane.
 - Tak? – usłyszałam głos Maxine. Nie brzmiał ani trochę jakby spała. A ona nigdy nie wstaje tak wcześnie. – Kto mówi.
 - Even – odpowiedziałam. Mój głos nie brzmiał jak mój. – Maxine… - jęknęłam.
 - Boże, co się stało? – zmartwiła się.
 - Jestem w szpitalu – wyjaśniłam płaczliwym głosem, świadoma, że para z korytarza przysłuchuje się rozmowie. – Nick miał wypadek. Zasłabł za kierownicą. Wszystko przez tą pieprzoną cukrzyce…            Przez chwilę słyszałam ciszę. Jakby Maxine się nie poruszała. Dopiero po kilku sekundach usłyszałam szloch.
 - Nie, nie. To nie możliwe. Nie Nick – płakała.
 - Musisz przyjechać – powiedziałam. – On jest na OIOMie. Jest bardzo źle.     
            Nie chciałam jej tego mówić przez telefon. Jednak powaga sytuacji była zbyt wielka, by to zbagatelizować.
 - Tak, już jadę – doszedł mnie jej głos. Nadal płakała. – Już jadę. – powtórzyła.
            Pokiwałam głową. Zdałam sobie sprawę, że ona tego nie widzi, więc rzuciłam w jej stronę krótkie ,,okej’’. Rozłączyłam się. Bałam się tylko, żeby nic jej się nie stało. Prowadzenie samochodu pod wpływem silnych emocji, nie jest dobre.
            Podeszłam do pary. Oddałam kobiecie telefon.
 - Dziękuję – westchnęłam i chciałam odejść, lecz ta lekko złapała mnie za nadgarstek.
 - Nick to ten chłopak od wypadku? – zapytała mnie.
            Przytaknęłam niepewnie. Kobieta spojrzała spokojnie na towarzyszącego jej mężczyznę.
 - Przepraszam, że pytam, ale co się stało?
            Nie chciałam tego opowiadać. Nie obcym ludziom na korytarzu.
 - Chodzi o to – zaczął mężczyzna łagodnym głosem – że nasza córka również ucierpiała. Prowadziła samochód, kiedy ten nagle zjechał. Teraz też jest na Oddziale.
            Ponownie skinęłam. Usiadłam niepewnie na krześle obok nich. Patrząc na moje dłonie, powiedziałam, cicho i powoli:
 - Nick jest diabetykiem. Przez spadek cukru, zaczął tracić przytomność. W ostatniej chwili zjechał. Starając się wyrządzić jak najmniej szkód, sam sobie zrobił ogromną krzywdę.
            Zrobiłam pauzę, ciągając nosem, i przecierając nos i oczy rękawem bluzy. Buzy Nicka, która tylko mi o nim przypominała.
 - Grozi mu śpiączka. Prawdopodobnie uszkodził sobie rdzeń kręgowy. Możliwe, że nie będzie chodził.
            Znowu zaczęłam płakać. Kobieta objęła mnie, kołysząc lekko. Byłam świadoma tego, że jej dziecko również ucierpiało. Ale chyba nie tak bardzo jak Nick. O nic więcej nie pytała. Po prostu niemo mnie pocieszała.
            W końcu podnosiłam głowę. Zobaczyłam niedaleko siebie Maxine. Choć ani trochę nie przypominała mi tej dziewczyny, którą znałam z perfekcji. Nawet przy mnie wyglądała strasznie.
            Miała wyraźne wory pod oczami. Pierwszy raz w życiu widziałam, jak jej piękne, ciemne włosy opadają na ramiona, poskręcane, poplątane. Ubrana była w jakieś spodnie, ni to dresowe, ni legginsy. Koszula, prawdopodobnie od pidżamy, była czymś splamiona i pognieciona. Złapała mój wzrok. Wstałam, a ona szybko podbiegła, wtulając się we mnie. Przez chwilę stałam wraz z nią, myślami błądząc po innym świcie. W końcu się odsunęła, patrząc na mnie ze smutkiem w oczach.
 - Co z nim? – spytała cicho.
            Pokręciłam głową, nie wiedząc co na to odpowiedzieć. Sama nie wiedziałam co mu jest. Nikt mi nie powiedział czy Nick będzie żył. Czy się obudzi… czy będzie chodził. - Ten wypadek? Co się tam stało?
            Chwyciłam ją za rękę i powoli podprowadziłam do krzeseł. Usiadła obok mnie, a ja nadal trzymałam jej dłoń.
 - Nie wiem co z nim będzie – wybąkałam. Spojrzałam w jej oczy szukając tam otuchy do mówienia. – Lekarz powiedział, że prawdopodobnie uszkodził sobie rdzeń. Maxine…
            Wpatrzyła się we mnie, chcąc poznać odpowiedź. Widziałam jak wstrzymuje oddech. Bałam się jej to powiedzieć. Jednak nie miałam wyjścia. Ona też musi wiedzieć. - Możliwe jest, że Nick nie będzie chodził – szepnęłam.
            Nie patrzyłam na nią, kiedy to mówiłam. Byłam pewna, że go kochała. Widziałam to w jej wzroku, ich ruchach i gestach. Miałam nadzieję, że będzie kochać Nicka mimo wszystko.
            Wstała. Zaczęła krążyć, a po jej policzkach toczyły się łzy. Zakryła twarz dłońmi. Ciągle mruczała pod nosem jakieś słowa, a para siedząca nieopodal wpatrywała się w nią z szczególnym zainteresowaniem.
 - Maxine – powiedziałam. Bez skutku. – Maxine!
            Spojrzała na mnie. W jej oczach widziałam dziwną pustkę.
 - Co? – burknęła.
            Wstałam, by rozmawiać z nią w twarzą w twarz.
 - Wyglądasz bardziej jakbyś była zła niż smutna – wytknęłam jej.
 - Ty byś nie była zła?! Nick może nie chodzić! – wykrzyknęła.
            Stanęłam w miejscu, zwieszając wzdłuż ciała ręce. Spojrzałam na nią zdezorientowana.
 - Maxine, czy ty słyszysz co mówisz? – mój głos był zimny i spokojny. Reszta smutku wyparowała. – Nie wiadomo czy Nick w ogóle się obudzi, a ty przejmujesz się tym czy będzie chodził. Jak możesz się tym teraz przejmować?

 - Nie wiesz jak to jest  - syknęła. – Jestem jego dziewczyną.
 - No i? – spytałam. – Jestem jego najlepszą przyjaciółką, kuzynką i kocham go nad życie. Gdybym mogła oddałabym mu co tylko by potrzebne. Dałabym mu własne nogi. Modlę się tylko by się obudził. A to czy będzie chodził to jeden czort. On dalej będzie Nickiem. Tym samym chłopakiem, który zawsze będzie najważniejszy.
            Jej wzrok wręcz mnie mordował. Zacisnęłam spokojnie palce, patrząc na nią.
 - Gdzie jest moja dawna Maxine? – wyszeptałam.
            Zmrużyła oczy, po czym wymaszerowała z korytarza. Ja opadłam na krzesło, łkając cicho w rękaw bluzy.
            Kiedy uniosłam lekko wzrok, ujrzałam ducha. Tylko przez chwilkę, bo gdy dostrzegł, że patrzę, już go nie było. Zdawało mi się, że się uśmiechał. Zmarszczyłam czoło. Kogoś mi przypominał…  


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz