poniedziałek, 13 lutego 2017

Rozdział czterdziesty ósmy

            Kiedy się obudziłem, pierwsze o czym pomyślałem, było jedno zdanie:
            Żyję.
            Szpital mnie przytłaczał. Ściany o chorobliwie jasnych odcieniach, rażące światła, zapach sterylności i środków odkażających. Dni się dłużyły. Lecz we mnie buzowała energia. Miałem przed sobą życie, podarowane przez inną osobę.
            Nie wiem co sprawiło, że stało się inaczej. Chciałem cieszyć się z tego co mi podarowała. Lecz po prostu nie potrafiłem. Miałem wyjść ze szpitala i żyć pełnią. Ale mi się nie udało.
            Po kilku dniach samodzielnie wstałem z łóżka. W łazience oparłem się o umywalkę i uniosłem ciężki wzrok na taflę szkła. Widziałem swoją twarz, lecz prawie jej połowę pokrywały bandaże. Mimo, że nie powinienem, ściągnąłem je.
            Rany rozrastały się po moich policzkach. Pokrywały skórę, szpeciły wszystko. Przypomniały mi o każdym słowie, które wypowiadałem, nie chcąc od niej odchodzić.
            Kiedy wyszedłem ze szpitala, poszedłem na cmentarz. Wiem, że był to zły pomysł, zważywszy na to w jakim stanie się znajdowałem. Moje rozchwianie emocjonalne było na całkowitej granicy. Mimo to sam pojechałem pod miejsce spoczynku różnych osób i tam właśnie stanąłem twarzą w twarz z prawdą.
            Znalazłem grób w głębi cmentarza. Z dala od innych, ukryty przed wzrokiem. Było wiele kwiatów. Przykrywały siebie wzajemnie. Dostrzegłem ich więcej, niż przypuszczałem. Sam trzymałem w dłoni jedną, małą różę. Widziałem, jak Even kładła jedną na grobach bliskich.
            Stałem. I patrzyłem. Nie umiałem przemóc samego siebie, by schylić się i położyć tego marnego kwiatka tam, gdzie było jego miejsce. Zwyczajnie nie potrafiłem – zbyt ciężko było mi się uporać z łzami, które już zbierały się pod moimi powiekami.
            Poczułem dotyk na ramieniu. Nie wiem, ile mogłem tam stać; minuty czy godziny. Nie odwracałem się jednak, czekając w spokoju.
 - Ciężko jest pogodzić się ze śmiercią, szczególnie, kiedy wiedziało się, jaka zmarła osoba była naprawdę – usłyszałem za plecami.
            Powoli się odwróciłem. Zobaczyłem mężczyznę – ubranego w jasną koszulę, z podwiniętymi do łokci rękawami. W ciemnych włosach dostrzegłem liczne pasemka o jasnym kolorze. Na czole, policzkach i przy oczach widać było pokaźną ilość zmarszczek. Jednak ciepło, które płynęło z oczu nieznajomego, mówiło mi, iż jest on spokojnym i miłym człowiekiem. Nigdy wcześniej go nie widziałem, chociaż wzrok napotkany za szkłem małych okularów coś mi przypominał.
 - Przepraszam… ale kim pan jest? – wybąkałem.
            Mężczyzna uśmiechnął się tajemniczo, schylając się, by położyć mały bukiecik na stosie wiązanek.
 - Eric Startton – przedstawił się, wyciągając do mnie dłoń. – Podejrzewam, że może słyszałeś o mojej córce, Monique.
 - Ach, tak. – Mruknąłem, wytarłem dłonie o spodnie. – Christopher UnderVarpol.
            Uścisnęliśmy sobie dłonie. Zaraz po tym, wskazał na ławkę, ustawioną nieopodal.
 - Może usiądziemy? – zaproponował.
            Z początku perspektywa rozmowy z obcym mężczyzną, w dodatku na cmentarzu, wydawała mi się bezsensowna. Lecz mimo to skorzystałem z propozycji Erica, siadając wraz z nim na ławce.
 - Słyszałem o tym co się stało… ja… bardzo ci współczuję.
            Przez chwilę ogarnęła nas cisza. Nie potrafiłem na to nic odpowiedzieć. Każdy, kto usłyszał o wypadku, raczej pytał jak się czuję, czy wszystko w porządku. Nawet mój własny ojciec, nie pomyślał, ile straciłem tego jednego wieczoru.
 - Znałem Even. Lepiej, niż może się wydawać. – Wyjaśnił. – Lubiłem ją. Była inna niż te wszystkie koleżaneczki, jakie znajdowała dla naszej córki moja żona. Miała charakterek. Jej śmierć, była dla mnie bardzo trudna. Czasem, kiedy wsłuchiwałem się w jej głos, przypominała mi moją córkę.
            Pokiwałem głową, niepewny co do tego, jak mam mu odpowiedzieć. Nie znałem Monique. Słyszałem o niej tylko kilka razy o Even, byłem z nią nad jej grobem. Ale zorientowałem się przynajmniej skąd znałem spojrzenie Erica – widziałem je na nielicznych zdjęciach, na jakich dostrzegłem jego córkę.
 - Byłeś z nią blisko, prawda? – zapytał nagle.
            Wzdrygnąłem się. Nigdy nie lubiłem rozprawiać o własnych uczuciach. Lecz w obliczu tragedii, która spotkała tego mężczyznę lata temu, postanowiłem być z nim szczerzy.
 - Kochałem ją.
            Mężczyzna pokiwał w skupieniu głową. Wyjął coś z kieszeni. Było to zawinięte w małą, płócienną chusteczkę, jaką czasem widywałem w dłoniach starszych ludzi. Powoli odwinął z niej przedmiot – naszyjnik, z małym serduszkiem.
 - Wiele miesięcy temu poprosiłem o zrobienie go dla mojej córki na urodziny. Nie zdążyłem go jej dać. Podarowałem go zaś Even. Nie chciała go wziąć, lecz w późniejszych okresach nosiła go ze sobą, a to było dla mnie wielką radością. Kilka dni po jej śmierci dostałem to.
            Wraz z tymi słowami wyjął z kieszeni jeszcze jedną rzecz. Trochę pożółkłą kartkę, starannie złożoną w mały kwadrat. Podał mi ją.
            Wziąłem papier, po czym powoli go rozkładałem. Cała kartka nie była duża – mieściły się na niej tylko trzy zdania:

Dziękuję Panu. Za wszystko. Niech będzie Pan szczęśliwy.
Even.

 - Nie wiem o co chodziło – mruknął mężczyzna. – Skąd ona mogła wiedzieć, że umrze?
 - Była bardzo niezwykła – wyjaśniłem tajemniczo.
 - Owszem. Lecz czasem nie daje mi to spokoju. Dzięki tej kartce moje życie się zmieniło. Wyjechałem na wakacje, spędziłem miło czas. Chcę wierzyć, że strata jaką ponosiłem w życiu, może zostać w końcu zrekompensowana. Mam przynajmniej taką nadzieję.
            Położył dłoń na mojej. Miał szorstkie ręce, które bardzo przypominały dotyk mojego ojca, kiedy byłem dzieckiem.
 - Wiem, że może być ciężko, ale trzeba się z tym pogodzić.
            Poczułem zimno, kiedy zabrał rękę i powoli wstał. Spojrzał na mnie, lekko zbolałym wzrokiem.
 - Even była kimś innym niż wszystkim się wydawało – rzuciłem, kiedy odchodził, ze zdławionym gardłem.
            Odwrócił się do mnie. Słaby uśmiech na jego twarzy, sprawił, że na chwilę zapomniałem o troskach swojego życia.
 - Wiem – odparł spokojnie i odszedł.
            Rozprostowałem palce. Na mojej dłoni leżał naszyjnik. Małe serduszko zdawało się pulsować ciepłem. Zacisnąłem powrotem rękę w pieść, po czym wstałem.
           
            Zmieniłem się. Każdy mi to powtarzał, dobitnie, po przyjacielsku. Dawni znajomi mijali mnie na ulicy, dopiero po chwili zauważając, że to ja. Niby w żartach sugerowali, że dawny Logan zniknął. Chociaż nigdy nie mówiłem tego na głos - mieli rację. Dawny ja umknął. Zdawało mi się, iż zwyczajnie zmieniam się w Chrisa, tego, którego Even obiecała się uratować. 
            Ciągle przeprowadzanie z miejsca na miejsce zmieniło moje poglądy. Nigdzie nie miałem przyjaciół; jedynie znajomych, z którymi chodziłem na szkolne ''imprezy'' podczas których wszyscy ćpali i pili. Miałem dziewczyny, ale związki te trwały może z miesiąc. Czasami bałem się, że na zawsze pozostanę samotny. Zmiany szkół, znikanie z życia innych. Całą tablicę na Facebooku zaśmiecały mi twarze ludzi, których prawdopodobnie nigdy nie zobaczę. Owszem, zapraszali mnie na urodziny, wczesne śluby. Dziewczyny prosiły, abym był ich parą na balu. Wszyscy chcieli bym o nich nie zapominał. Jako dziecko przejmowałem się tym potwornie. Nie chciałem, aby moi kumple z podwórka bezpowrotnie przepadli. 
            Mieszkaliśmy z tatą w różnych miejscach. Jeśli zatrzymaliśmy się gdzieś tylko chwilowo - były wakacje, ferie czy święta - zakwaterowaliśmy się w pensjonatach i pięciogwiazdkowych hotelach. Domy, które tata wybierał były zawsze ładne, bez zbędnego przepychu. Mimo to, każdy kto wchodził do domu, widział iż należy on do Varpola. 
            Chciałem mieć życie jak inni - świecić uśmiechem, markowymi butami i najlepszym autem, wprost z salonu. Mając siedemnaście lat osiągnąłem to do precyzji. Uśmiechałem się idealnie, przez co udawało mi sie nawet udobruchać nauczycielki. Każdy rozpoznawał mój samochód z kilometra, a mój styl ,,od niechcenia'' był niezwykle lubiany przez młode dziewczyny. O pieniądze nigdy się nie prosiłem - miałem własne konto, na którym znajdowała się pokaźna suma. Byłem tym doskonałym nastolatkiem, bogatym dzieciakiem w prywatnej szkole. 
            Kiedy w końcu trafiliśmy z powrotem do rodzinnego miasta, używałem swojej maski nawet wobec własnego ojca. Byłem popularny, z idealnymi stopniami, taki ''złoty chłopak'', z którego tata jest dumny i nie ingeruje w jego życie. 
            Myślałem, że będę tak żyć już zawsze. W sumie mi pasowało - każdy łapał moje dowcipy, dziewczęta trzepotały rzęsami i gadały jak najęte. A kiedy spotkałem Even, nie potrafiłem jej rozgryźć. Wyglądała trochę jak emo, a mówiła raczej jak ludzie ze sfer ,,niższych'', jak to nazywano osoby z biedniejszych domów. To w jaki sposób mnie odpychała, pokazywała, że ma mnie gdzieś, pociągał mnie. 
            Z początku starałem się jakby dowieść swego - że każda dziewczyna ulegnie niesamowitemu Loganowi Christopherowi Dominikowi UnderVarpolowi. Szczerze w to wierzyłem. Ale każdego dnia, myśląc o niej, widziałem kogoś innego. wyjątkowego. 
            Kiedy za szybko prowadziłem, miałem przed oczami jej twarz, usta opowiadające o wypadku ojca. Zwalniałem, myśląc o tym, że któryś z jadących obok mężczyzn też może być ojcem. Była inna - dzięki temu nie oceniałem już każdego tak, jak nauczono mnie w szkole. 
            Każdego dnia chłonąłem jej osobowość jak gąbka wodę. Uwielbiałem jej szczerość, brak sztuczności. To inność jaką wytwarzała, przyciągała mnie. Chciałem ją poznać, obnażyć siebie przed nią, pokazać, że jestem inny niż jej się zdawało. Z czasem tylko ona miała dla mnie sens w życiu. Wydawała mi się wyjątkowa. Woziłem ją do szkoły nie z poczucia winy czy obowiązku - robiłem to, by nie stracić z nią kontaktu. 
            W końcu się przed nią otworzyłem - inaczej niż planowałem. Nie pociągała mnie już tylko fizycznie. Stanowiła dla mnie zagadkę. Lecz tamtego wieczoru, który ochrzciliśmy nazwą Wieczór Bez Masek. Tamtego dnia potrafiłem się otworzyć, pokazać innego Logana, całkiem odmiennego w stosunku do poznanego przez Even chłopca. Chciałem się zmienić, dla niej. 
- Chyba mogę umrzeć – powiedziałem wówczas.
 - Dlaczego? – spytała.
 - Zobaczyłem Even Alians, w kuszącej sukience, na wysokich butach, wirującą na parkiecie. To niczym ujrzenie wampira, który nie zmienia się w proch, mimo że stoi na pełnym słońcu.
 - Poetycki jak zawsze – mruknęła pod nosem.
            Tamtego wieczoru wyglądała naprawdę pięknie. Inaczej niż zawsze. Zaskoczyła mnie tym. Była jedyną osobą na świecie, która potrafiła mnie zrozumieć. Zrozumieć mój tatuaż, moje życie, osobowość. Poznała mnie od innej strony, ale sama delikatnie uchyliła prawdę o sobie. Wiedziałem, że mogę jej w pełni zaufać. To sprawiło, że zacząłem ją kochać.

 Zgaś moje oczy: ja Cię widzieć mogę
Uszy zatrzaśnij: ja Ciebie usłyszę –
I ja do Ciebie bez nóg znajdę drogę
I bez ust krzyk mój cisnę w Twoją Ciszę.*

            Kiedy odeszła, wiersz ten zdawał się idealnym odzwierciedleniem tego co czuję. Chciałem jej go powiedzieć. Marzyłem, by usłyszała jak szeptem, z oczami pełnymi łez, mówię jego treść nocom, ku gwiazdom, które jako jedyne dzieliły mój smutek.

 Chciałbym powiedzieć, że przez następny rok wszystko szło dobrze. Lecz tak nie było – wstawałem, odprowadzałem siostrę do szkoły, chodziłem z nią na spacery. Ale nie widziałem w tym większego sensu, po za motywacją, by wstawać każdego dnia.
            Dwudziestego trzeciego sierpnia otworzyłem oczy i nie byłem do końca pewny, co robię ani gdzie jestem. Mimo to powoli udało mi się zwlec z łóżka i pomaszerować, niczym skazaniec do łazienki. Tak jak w szpitalu, oparłem się o umywalkę, patrząc na swoje odbicie w lustrze.
            Moja twarz się nie zmieniła. Dalej przecinały ją blizny, długie, grube, nierówne i tak bardzo rzucające się w oczy, że aż bolało. Uniosłem dłoń i potarłem po pierwszej z brzegu. Śliska powierzchnia skóry wręcz paliła, kiedy ją dotknąłem.
 - Czym ja się stałem? – zapytałem samego siebie, ale nikt mi nie odpowiedział.
            Tego dnia po raz pierwszy płakałem. Wcześniej starałem się zrobić wszystko, opanować. Ale nie udało mi się.
            Byłem na cmentarzu. Siedziałem na ławce, naprzeciw nowego grobu. Codziennie kładłem tam nowe kwiaty. Patrzyłem na tablicę nagrobną. Czasem wmawiałem sobie, że ona wcale nie umarła. W końcu nie widziałem jak ją chowali. Nie ujrzałem jej twarzy w trumnie. Ktoś po prostu napisał na twardym kamieniu jej imię, a ja musiałem wierzyć, że jej nie ma.
            Chciałem wierzyć w tę wersję. Ale tamtego dnia, pierwszy raz od roku, zwątpiłem. Zaciskałem dłonie na kolanach, z całych sił powstrzymując łzy, które kuły mnie w oczy.
            Mały medalik, który miałem na szyi, nagle zaczął mi ciążyć. Moje serce obijało się o żebra, a ja czułem tylko ból.
 - Ciebie naprawdę nie ma – wybąkałem.
            I zacząłem płakać. Miałem do wypłakania trzysta sześćdziesiąt sześć dni, kiedy ukrywałem w sobie tęsknotę za jedyną kobietą, która nadała sens mojemu życiu. Łzy przełamały we mnie tamę, która uwolniła wszystko.
            Pomiędzy wdechami, łzy coraz szybciej wylatywały z moich oczu. Bolała mnie każda część ciała.
            Żyłem w kłamstwie. Oszukiwałem sam siebie, że jest dobrze. Myślałem, iż potrafię żyć z bliznami, które znaczyły moją twarz. Udawałem przed ludźmi i sobą samym. Bo kiedy patrzyli na mnie ze zdziwieniem, żalem i wstrętem, ja się tylko uśmiechałem. Miałem być wzorem dla innych – człowiekiem, który wbrew tragedii, ułożył sobie życie. Tego właśnie potrzebowałem.
            Rocznica jej śmierci była czymś wyjątkowym. Dniem, w którym otworzyłem oczy. Ale dowiedziałem się o niej też czegoś więcej.
            Ktoś popukał mnie w ramię. Kiedy się odwróciłem, przede mną stanął chłopak, możliwe, że w moim ówczesnym wieku. Przyglądał się mnie inaczej niż ludzie spotykani na mieście – w jego wzroku dostrzegałem tylko zaniepokojenie.
 - Wszystko OK? – zapytał mnie, wyjmując z kieszeni paczkę chusteczek higienicznych.
            Przyjąłem je z wdzięcznością, której pozwoliłem odmalować się na twarzy. Zastanawiałem się jak strasznie muszę wyglądać – z czerwonymi oczami, ze śladami łez na twarzy. Otarłem więc skórę, przyglądając się, jak nieznajomy kładzie kwiaty na grobie. Przez chwilę patrzył na napis, który głosił, że właśnie tam spoczywa Even. Uśmiechnął się łagodnie, po czym usiadł obok mnie.
            Zabawne, że Even obracała się w towarzystwie, raczej niewielu osób, a każda którą spotykałem, była życzliwa i skora do pomocy.
 - Ty zapewne jesteś Logan, jeśli się nie mylę – powiedział bezceremonialnie.
            Postanowiłem się przyjrzeć mojemu towarzyszowi. Po chwili mogłem już stwierdzić, że jest trochę starszy ode mnie. Ciemne włosy miał ułożone prawie idealnie, jakby spędził co najmniej godzinę na czesaniu. Zastanawiało mnie tylko kim mógł być, skoro wiedział jak mam na imię. 
 - Wybacz, ale ja ciebie nie poz…
 - To bardzo możliwe – przerwał mi. Uśmiechnął się lekko, tylko kącikiem ust. – Jestem James. Jeśli naprawdę znałeś Even, to doskonale wiesz też o Maggie.
            Spojrzałem na niego lekko zdziwiony. Przeszukałem swoją pamięć szukając osoby o imieniu Maggie. W końcu przypomniałem sobie, jak Even odpowiadała mi o tej dziewczynie. Popełniła samobójstwo, przez to, że chorowała na raka. A James był jej chłopakiem.
 - Ach, tak, James. – Przetarłem ponownie oczy. – Wybacz, nie jestem dzisiaj zbyt ogarnięty.
            Chłopak pokiwał głową. Przez moment wyglądał trochę tak, jakby sam miał się popłakać, a podejrzewam, że widok dwóch facetów, siedzących na cmentarzu, płaczących w głos, nie wyglądało zbyt ciekawie. Mimo to przełknął narastający smutek.
 - Wiesz, wydaję mi się, że fakt, iż to właśnie ona tam była i cię uratowała, musiał oznaczać, że raczej byliście blisko. Nie sądzę, aby Even była w stanie poświęcać się dla obcego faceta.
            Sposób w jaki mówił o Even, łagodnym głosem, jakby się łamiącym, utwierdzał mnie w przekonaniu, że wiele zmieniła w jego życiu.
 - Dobrze ci się wydaje – mruknąłem. – Nie chcę być niedelikatny, ale chciałbym o coś zapytać.
            James wzruszył ramionami. – Mów, co chcesz wiedzieć.
 - Jak dałeś radę… po jej śmierci?
            Chociaż nie powiedziałem na głos jej imienia, James jakby się skurczył. Może i się pogodził, ale nadal cierpiał. Było to widać.
 - Przez dwa lata żyłem w kłamstwach. Oszukiwałem się, że mogę żyć bez niej jak normalny człowiek – wyznał spokojnie. – Kiedy pojawiła się Even, uwierzyłem jej tylko i wyłącznie dlatego, że chciałem wierzyć, że nasze życie nie kończy się tylko na śmierci i Maggie dobrze wybrała. – Przez moment z zainteresowaniem oglądał swoje paznokcie. – Ona… umarła. Właściwie nie potrafiłem się z tym pogodzić. Nadal nie potrafię. Budzenie się bez niej rankiem, chociaż mógłbym to robić, gdyby nie ten cholerny rak, boli bardziej niż myśl, że jej nie ma. Nadal tęsknie. I nic tego nie zmieni.
            Westchnąłem. Fakt, że James nie pogodził się ze śmiercią Maggie po takim czasie, ostudził mój zapał co do ,,szczęśliwego’’ życia.
 - Dzisiaj mija rok – rzuciłem, aby przerwać ciszę, chociaż wiedziałem, że właśnie dlatego i on tutaj przyszedł.
            Trzymałem w dłoni różę. Wyciągnąłem ją z bukietu, który leżał na płycie nagrobnej. Obracałem łodygę spokojnie w rękach, gładząc kciukiem delikatny płatek. Jego czerwień bezwzględnie przypominała mi usta Even, w które tak często się wpatrywałem, nie mając odwagi dotknąć ich własnymi wargami.
 - Życie jest kruche – powiedział cicho James, wstając. – Zbyt kruche.
            I odszedł. Tak samo jak się pojawił – bez zbędnych słów, powitań i pożegnań. Nie byłem pewien czy jeszcze kiedykolwiek w życiu go spotkam.
            Poczułem ból w palcu. Zauważyłem, że przebiłem skórę kolcem róży. Moja krew powoli, maleńkimi kropelkami spadała na ziemię, wsiąkając w nią i nie pozostawiając ani śladu. Tym właśnie byłem dla świata – niczym. Nie pozostawię po sobie nic, za co będzie się mnie pamiętać.
Tego wieczoru siedziałem w swoim pokoju, sam, w ciemnościach. Płakałem. Łzy leciały i leciały, jakbym miał w swoim organizmie ich nieskończoną ilość. Nie wiedziałem, że jedna osoba zauważyła mój ból – moja mała siostrzyczka, która jako jedyna zasłużyła na radość w życiu.

Drugą rocznicę jej śmierci spędziłem w jakimś obskurnym barze, pełnym motocyklistów w skórach, którzy żłopali piwo z wielkich kufli. Siedziałem sam, pochylony nad wieloma kieliszkami. Upiłem się tak bardzo, że zadzwonili do taty. Nie pamiętałem wiele – ktoś wspomniał o bójce z jakimś natarczywym pijaczkiem. Chociaż byłem pełnoletni, czułem się jak nieupilnowane dziecko. Mój tata nigdy o tym nie mówił. Potraktował to jak jakiś zły sen.
Tamtego dnia na cmentarzu spotkałem jakoś straszą kobietę, która skomentowała mój nieukrywany ból, jako coś niepotrzebnego, bo ta cała Even Alians nie była tego warta. Kiedy wydarłem się na nią, a spojrzenia obcych ludzi przeszyły mnie i moje blizny, poczułem wstręt. Do samego siebie.
Każdego dnia staczałem się coraz bardziej. Piłem wiele, opróżniając barek taty wieczorami, aby łatwiej zasnąć.
Trzeciego roku tata zaproponował mi spotkanie z Sibylle, która rzekomo z chęcią by się spotkała. Oboje uznaliśmy, że znalezienie dziewczyny, która w jakiś sposób zastąpiłaby Even, było świetnym pomysłem. Tak też zacząłem spotykać się z dziewczyną, do której nie czułem nic, a nic.
W czwartą rocznicę zdałem sobie sprawę, że moja siostra jest już zbyt duża, na zabawę lalkami. Czytała książki, spotykała się z koleżankami. Zaczęła stawać się nastolatką, a ja zapomniałem spędzić z nią dzieciństwo, które bezpowrotnie minęło. Chodziłem z nią do kina, podziwiając jakie ciekawe filmy wybierała, zawodziłem ją do biblioteki, z której wracała z pokaźną kupką lektur.
Równocześnie się wyprowadziłem. Wraz z tatą postanowiliśmy, że to najlepszy pomysł. Znalazłem sobie dom, trochę na obrzeżach, dzięki któremu mogłem mieć spokój od wścibskich zachowań. Kontakt z Sybille utrzymywałem, ale tylko po to, by mieć z kim wyjść na drogiego drinka w piątkowy wieczór. Wiedziałem jednak, że mimo wszelkich starań nadal się staczałem – nie odwiedzałem fryzjera, a zarost pokrywający twarz mnie satysfakcjonował. Kieliszek rzadko kiedy był pusty, a trwanie w ciągłym zamroczeniu przez alkohol sprawiało, że mogłem oderwać się od myśli.
Po pięciu latach od wypadku tata zaczął poważnie chorować. Jak najszybciej rozpoczął poszukiwania przyczyny złego stanu zdrowia. Moja już czternastoletnia siostra na jakiś czas zamieszkała ze mną. Uczyła się gotować, więc oboje mieliśmy każdego dnia porządny obiad. Jednak więcej siedziała w swoim pokoju, aniżeli ze mną. Ja miałem swój gabinet, w którym rzekomo pracowałem. Miałem swoje zatrudnienie, które wymagało chodzenie do firmy ojca trzy- cztery razy w tygodniu.
Nie wyglądałem jak ja. To raczej było oczywiste. Tylko kiedy musiałem iść do pracy, zakładałem garnitur, czarny i ciasny, przypominający mi jakiś rodzaj mentalnej klatki. W domu jednak paradowałem w dresach, z nagim torsem i na boso. Rankami wstawałem tylko dla Emily, wiedząc, że potrzebuje móc do kogoś otworzyć usta. Nie chciałem być wyrodnym bratem. W złą pogodę albo kiedy spóźniał się autobus, wziąłem ją do szkoły i z niej odbierałem. W domu opowiadała mi jak to pokłóciła się z przyjaciółką, bądź wtajemniczała mnie w szczegóły zauroczenia pewnym chłopakiem ze szkolnego kółka dyskusyjnego. Pytała mnie o zdanie co do koloru bluzki, jaką ma ubrać na wycieczkę.
To właśnie dla niej przestałem pić i względnie zacząłem ponownie spotkać się z Sibylle. Chciałem dalej widzieć radość w jej oczach, kiedy ją pocieszałem. Gdy gdzieś szła, jechała na wycieczkę klasową, zawsze mówiła to samo.
 - Kocham Cię, braciszku.
            Jakby bała się, że kiedy wróci, znajdzie mnie martwego na podłodze. Dla niej walczyłem.
            Kiedy Sybille wówczas się wprowadziła, robiłem wszystko co w mojej mocy, by ją od siebie odgonić. Nie dałem się dotykać, a wszelkie próby bliższych relacji zwalczałem bólem głowy albo złym samopoczuciem. Jednak jej to nie przeszkadzało. Sam fakt, że wszystkie koleżaneczki zazdrościły jej bogatego chłopaka, o którym tyle się nasłyszały, fascynował ją bardziej niżeli moja postać.
            Starałem się spędzać jeszcze więcej czasu z moją siostrą. Tylko to miało dla mnie większy sens. Z prawie nikim nie rozmawiałem, jeśli nie liczyć jej.
            Miała piętnaście lat, stawała się już kobietą. Dorosła szybciej niż koleżanki w jej wieku. Wszystko miało dla niej znaczenie: czy to do siebie pasuje, czy nie za wysoko związała koka. Kochałem ją i w sumie to ona utrzymywała mnie na powierzchni.
            Latem, gdy zbliżała się szósta rocznica jej śmierci, siedzieliśmy na dworze. Ona czytała, a ja wpatrywałem się w błękitne niebo, nieskażone nawet jedną białą chmurką. Sibylle poszła się spotkać z przyjaciółeczkami, której dalej przeżywały fakt, że jej się oświadczyłem. A raczej zostałem do tego zmuszony. Ale od początku.
            Byliśmy na jakimś bankiecie. Niekoniecznie chciałem tam być, toteż czas umilały mi kolejne drinki i kieliszki, lądujące przed moim nosem. W końcu moja ,,dziewczyna’’ wykorzystała okazję, podsuwając mi pierścionek. Każdy patrzył w naszą stronę, a jej wzrok, mogący zabić tłum, świadczył o tym, że mnie zabije, jeśli teraz zniszczę jej idealną chwilę. Więc alkohol dobił mi do głowy, dzięki czemu klęknąłem i w magiczny sposób wyszedłem z sali z narzeczoną. Fajnie, nie?
            Kiedy tak patrzyłem na niebo, przypomniałem sobie dzień, w którym zabrałem Even do parku, który pokazała mi mama. Pod dłońmi czułem jej miękką skórę, widziałem bliznę na twarzy, z która tak dumnie się obnosiła. Nie to co ja, wiecznie zakrywając ją pod zarostem.
 - Logan? – powiedziała cicho Emily.
            Powoli się podniosłem, po czym spojrzałem na siostrę. Była naprawdę ładną dziewczyną. Lata pozwoliły jej dorosnąć. Miała piękne, długie włosy, o które dbała godzinami. Już zapowiedziała, że za kilka tygodni ścina je i oddaje do fundacji, aby zrobili z nich peruki. Byłem dumny z siostry. Wiele osób traktowało ją nadal jak dziecko, a ja widziałem w niej równą sobie.
 - Tak? – mruknąłem w odpowiedzi.
            Usiadłem tak, aby na nią patrzeć. Kiedy z delikatnością krzyżowała na huśtawce nogi, przypominała mi naszą mamę. Jej twarz miała wiele z tej kobiety – podobne nosy, lekko przyozdobione piegami, duże oczy, obwodzone gęstymi rzęsami.
 - Nigdy nie chcesz mi powiedzieć prawdy – zaczęła spokojnie, trzymając w dłoniach zamkniętą książkę. – Ale jeśli powie się komuś o swoich problemach, czasem łatwiej to zaakceptować. Szczególnie jeśli mamy zaufanie do potencjalnego towarzysza rozmowy.
 - Czyli nadal chcesz być psychologiem? – zapytałem ironicznie.
            Uśmiechnęła się, prychając. Od kilku już miesięcy zarzekała się, że to jej plan na przyszłość: zostanie psychologiem. Chciała pomagać ludziom.
 - Pytałam tatę  - bo akurat tata dużo wiedział. – Powiedział mi, że to tak naprawdę dzięki Even się tutaj znalazłam. Opowiadał mi o niej. Bardzo dużo. Że była naprawdę ładna, a jej czerwone włosy wywarły na nim dziwne wrażenie. Ale wyznał mi również, że pomogła mu ona zrozumieć, co tak naprawdę oznacza nieocenianie książki po okładce. Bo Even była całkiem inna niż się spodziewał. Naprawdę ładnie o niej mówił.
 - To świetnie – burknąłem. Nie chciałem słuchać jak mój ojciec mówił o dziewczynie, którą naprawdę kochałem.
            Emily wstała. Miała na sobie szarą sukienkę, z bladoniebieskim paskiem, którą sam jej kupiłem.
 - Chodzi mi o to, że… - zaczęła, lecz bezceremonialnie jej przerwałem.
 - Jak tam ten chłopak… niech sobie przypomnę… Zayn! Ten, z którym byłaś w operze. Coś poważnego?
 - Logan… - pokręciła głową. – Wiesz, że mnie nie oszukasz. Nie jestem Sibylle. Ani nawet tatą.
            Wiedziałem to. Każdego potrafiłem zbyć, całkowicie uciszyć zwykłą uwagą, która sugerowała, że rozmawiamy na temat, którego ja nie chciałbym poruszać. Inni przejmowali się tym, jakby moje słowa mogły parzyć. Lecz Emily była całkiem odmienna – puszczała moje uwagi mimochodem.
  - Nigdy jej nie poznałam – wyszeptała, znajdując się obok mnie. – Ale widzę, że znaczyła dla ciebie więcej, niż wszyscy wkoło sądzą.
            Delikatnie dotknęła mojego ramienia. Nie chciałem płakać, więc zerwałem się i zacząłem chodzić w kółko, aż nie zebrałem myśli.
 - Uratowała mnie – wymigiwałem się od odpowiedzi.
 - Tak samo jak Jack uratował Rose?
 - W naszym przypadku wyglądało to całkiem inaczej.
            Cisza zabrzęczała w mojej głowie. Miałem przed sobą własną siostrę.
 - Logan… - powiedziała z kamienną miną. -  Śmierć tej dziewczyny zmieniła się całkowicie. Chyba mam prawo wiedzieć, dlaczego odebrała mi brata.
            Przez chwilę czułem jak staje mi serce. Jej słowa zapiekły mnie i zabolały, niczym ostry policzek prosto w twarz. Stanąłem w miejscu, zaciskając pięści. Byłem świadom faktu, że gdybym stał bliżej Emily, mogło by się to źle skończyć.
            Emily wstała i podeszła do mnie. Ledwo czułem jak kładzie dłoń na moim ramieniu. Strąciłem ją szybko, oddalając się jeszcze bardziej o siostry – i fizycznie, i mentalnie.
 - Nigdy więcej tak nie mów – warknąłem w jej kierunku.
            Ona głośno przełknęła ślinę. Byłem zły. Bardzo zły. Była jedyną osobą, która gdzieś w środku obwiniała Even. I chociaż powinienem nie mieć jej tego za złe, nie potrafiłem tak po prostu ominąć tych słów. Za bardzo raniły.
 - Kochałem ją – wyszeptałem.
            Stała za moimi plecami. Czułem jej obecność. Mimo to nie chciałem, by mnie przepraszała i próbowała pocieszyć. Poszedłem więc do domu, gdzie po raz pierwszy od dawna zacząłem ostro pić. Nie wychodziłem ze swojego gabinetu, pijąc i pijąc.
            Emily przepraszała. Ale ani razu nie weszła do środka. Nawet kiedy zacząłem wymiotować i cicho łkać. Dopiero kiedy wyszedłem odetchnęła głęboko, ale już nigdy nie zapytała o Even.

            Tamtego dnia, kiedy postanowiła, że odejdzie, wyszedłem z domu Sailes’ów, pełen obaw. Mimo to ruszyłem do domu. Pomyślałem o jednym głębszym kieliszku, ale myśl o piciu napawała mnie obrzydzeniem. Ruszyłem więc do sypialni, gdzie rzadko kiedy spałem. Położyłem się w miękkim łożu, rozkoszując się delikatną pościelą. Od miesięcy spałem na twardej kanapie, albo z głową na biurku. Tego dnia, zamykając oczy miałem pod powiekami wyryty obraz uśmiechniętej Even.
            Obudziło mnie dziwne odczucie. W sypialni panowała cisza. Otwarłem szeroko oczy, wpatrując się w ciemność. Niczego tam nie było. Ale moje serce nadal waliło jak oszalałe. Towarzyszyło temu przyjemne uczucie, jakby łaskotania motyli.
            Wstałem. Poszedłem na balkon, gdzie oparłem się o barierkę. Patrzyłem w gwiazdy, a była to pierwsza noc bez niej. Podziwiając te małe punkciki pomyślałem o pewnej legendzie, o której kiedyś słyszałem. Że człowiek po śmierci staje się gwiazdą.
            Czułem pewną rozkosz, która rozlewała się po moim ciele. Na jeden moment, który mógł być godziną albo sekundą, widziałem przed oczami jej twarz. Słyszałem jej głos i radosny śmiech. Żyłem całą jej osobą. Uczucie to wypełniało mnie, lecz wszystko trwało zbyt krótko. Uświadomiłem sobie co właśnie się stało – ona naprawdę odeszła. Tym razem na zawsze.
            Wszystko zniknęło. Czułem już tylko pustkę. Przeciwne uczucie osamotnienia. Przeniosłem spojrzenie na gwiazdy. Długo szukałem tej najjaśniejszej, której blask oświetlał niebo. W końcu znalazłem ją. Lśniła daleko od innych gwiazd, ale była duża i ładna. Jeżeli ta legenda była prawdziwa, to tam mogła być dusza mojej ukochanej. Wśród małych latarenek, kryjących swoje własne sekrety.
 - Kocham cię. – Wyszeptałem w ciemność.
            Miałem nadzieję, że wiatr zaniesie do niej moje słowa. Nastąpił koniec. Zniknęła już na zawsze. Miałem wiele lat, aby się z tym pogodzić. Lata by ze spokojem przyjąć to zdanie, które dla mnie miało inny sens, które dotarło do mnie po siedmiu latach.

            Even Alians umarła. 



* R. M. Rilke - Księga godzin (1905) 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz