Kiedy się obudziłem, pierwsze o czym pomyślałem, było
jedno zdanie:
* R. M. Rilke - Księga godzin (1905)
Żyję.
Szpital mnie przytłaczał. Ściany o chorobliwie jasnych odcieniach, rażące
światła, zapach sterylności i środków odkażających. Dni się dłużyły. Lecz we
mnie buzowała energia. Miałem przed sobą życie, podarowane przez inną osobę.
Nie wiem co sprawiło, że stało się inaczej. Chciałem cieszyć się z tego co mi
podarowała. Lecz po prostu nie potrafiłem. Miałem wyjść ze szpitala i żyć
pełnią. Ale mi się nie udało.
Po kilku dniach samodzielnie wstałem z łóżka. W łazience oparłem się o umywalkę
i uniosłem ciężki wzrok na taflę szkła. Widziałem swoją twarz, lecz prawie jej
połowę pokrywały bandaże. Mimo, że nie powinienem, ściągnąłem je.
Rany rozrastały się po moich policzkach. Pokrywały skórę, szpeciły wszystko.
Przypomniały mi o każdym słowie, które wypowiadałem, nie chcąc od niej
odchodzić.
Kiedy wyszedłem ze szpitala, poszedłem na cmentarz. Wiem, że był to zły pomysł,
zważywszy na to w jakim stanie się znajdowałem. Moje rozchwianie emocjonalne
było na całkowitej granicy. Mimo to sam pojechałem pod miejsce spoczynku
różnych osób i tam właśnie stanąłem twarzą w twarz z prawdą.
Znalazłem grób w głębi cmentarza. Z dala od innych, ukryty przed wzrokiem. Było
wiele kwiatów. Przykrywały siebie wzajemnie. Dostrzegłem ich więcej, niż
przypuszczałem. Sam trzymałem w dłoni jedną, małą różę. Widziałem, jak Even
kładła jedną na grobach bliskich.
Stałem. I patrzyłem. Nie umiałem przemóc samego siebie, by schylić się i
położyć tego marnego kwiatka tam, gdzie było jego miejsce. Zwyczajnie nie
potrafiłem – zbyt ciężko było mi się uporać z łzami, które już zbierały się pod
moimi powiekami.
Poczułem dotyk na ramieniu. Nie wiem, ile mogłem tam stać; minuty czy godziny.
Nie odwracałem się jednak, czekając w spokoju.
- Ciężko jest pogodzić się ze śmiercią,
szczególnie, kiedy wiedziało się, jaka zmarła osoba była naprawdę – usłyszałem
za plecami.
Powoli się odwróciłem. Zobaczyłem mężczyznę – ubranego w jasną koszulę, z
podwiniętymi do łokci rękawami. W ciemnych włosach dostrzegłem liczne pasemka o
jasnym kolorze. Na czole, policzkach i przy oczach widać było pokaźną ilość
zmarszczek. Jednak ciepło, które płynęło z oczu nieznajomego, mówiło mi, iż
jest on spokojnym i miłym człowiekiem. Nigdy wcześniej go nie widziałem,
chociaż wzrok napotkany za szkłem małych okularów coś mi przypominał.
- Przepraszam… ale kim pan jest? – wybąkałem.
Mężczyzna uśmiechnął się tajemniczo, schylając się, by położyć mały bukiecik na
stosie wiązanek.
- Eric Startton – przedstawił się, wyciągając do
mnie dłoń. – Podejrzewam, że może słyszałeś o mojej córce, Monique.
- Ach, tak. – Mruknąłem, wytarłem dłonie o
spodnie. – Christopher UnderVarpol.
Uścisnęliśmy sobie dłonie. Zaraz po tym, wskazał na ławkę, ustawioną nieopodal.
- Może usiądziemy? – zaproponował.
Z początku perspektywa rozmowy z obcym mężczyzną, w dodatku na cmentarzu,
wydawała mi się bezsensowna. Lecz mimo to skorzystałem z propozycji Erica,
siadając wraz z nim na ławce.
- Słyszałem o tym co się stało… ja… bardzo ci
współczuję.
Przez chwilę ogarnęła nas cisza. Nie potrafiłem na to nic odpowiedzieć. Każdy,
kto usłyszał o wypadku, raczej pytał jak się czuję, czy wszystko w porządku.
Nawet mój własny ojciec, nie pomyślał, ile straciłem tego jednego wieczoru.
- Znałem Even. Lepiej, niż może się wydawać. –
Wyjaśnił. – Lubiłem ją. Była inna niż te wszystkie koleżaneczki, jakie
znajdowała dla naszej córki moja żona. Miała charakterek. Jej śmierć, była dla
mnie bardzo trudna. Czasem, kiedy wsłuchiwałem się w jej głos, przypominała mi
moją córkę.
Pokiwałem głową, niepewny co do tego, jak mam mu odpowiedzieć. Nie znałem
Monique. Słyszałem o niej tylko kilka razy o Even, byłem z nią nad jej grobem.
Ale zorientowałem się przynajmniej skąd znałem spojrzenie Erica – widziałem je
na nielicznych zdjęciach, na jakich dostrzegłem jego córkę.
- Byłeś z nią blisko, prawda? – zapytał nagle.
Wzdrygnąłem się. Nigdy nie lubiłem rozprawiać o własnych uczuciach. Lecz w
obliczu tragedii, która spotkała tego mężczyznę lata temu, postanowiłem być z
nim szczerzy.
- Kochałem ją.
Mężczyzna pokiwał w skupieniu głową. Wyjął coś z kieszeni. Było to zawinięte w
małą, płócienną chusteczkę, jaką czasem widywałem w dłoniach starszych ludzi.
Powoli odwinął z niej przedmiot – naszyjnik, z małym serduszkiem.
- Wiele miesięcy temu poprosiłem o zrobienie go
dla mojej córki na urodziny. Nie zdążyłem go jej dać. Podarowałem go zaś Even.
Nie chciała go wziąć, lecz w późniejszych okresach nosiła go ze sobą, a to było
dla mnie wielką radością. Kilka dni po jej śmierci dostałem to.
Wraz z tymi słowami wyjął z kieszeni jeszcze jedną rzecz. Trochę pożółkłą
kartkę, starannie złożoną w mały kwadrat. Podał mi ją.
Wziąłem papier, po czym powoli go rozkładałem. Cała kartka nie była duża –
mieściły się na niej tylko trzy zdania:
Dziękuję
Panu. Za wszystko. Niech będzie Pan szczęśliwy.
Even.
- Nie wiem o co chodziło – mruknął mężczyzna. –
Skąd ona mogła wiedzieć, że umrze?
- Była bardzo niezwykła – wyjaśniłem tajemniczo.
- Owszem. Lecz czasem nie daje mi to spokoju.
Dzięki tej kartce moje życie się zmieniło. Wyjechałem na wakacje, spędziłem
miło czas. Chcę wierzyć, że strata jaką ponosiłem w życiu, może zostać w końcu
zrekompensowana. Mam przynajmniej taką nadzieję.
Położył dłoń na mojej. Miał szorstkie ręce, które bardzo przypominały dotyk
mojego ojca, kiedy byłem dzieckiem.
- Wiem, że może być ciężko, ale trzeba się z tym
pogodzić.
Poczułem zimno, kiedy zabrał rękę i powoli wstał. Spojrzał na mnie, lekko
zbolałym wzrokiem.
- Even była kimś innym niż wszystkim się
wydawało – rzuciłem, kiedy odchodził, ze zdławionym gardłem.
Odwrócił się do mnie. Słaby uśmiech na jego twarzy, sprawił, że na chwilę
zapomniałem o troskach swojego życia.
- Wiem – odparł spokojnie i odszedł.
Rozprostowałem palce. Na mojej dłoni leżał naszyjnik. Małe serduszko zdawało
się pulsować ciepłem. Zacisnąłem powrotem rękę w pieść, po czym wstałem.
Zmieniłem
się. Każdy mi to powtarzał, dobitnie, po przyjacielsku. Dawni znajomi mijali
mnie na ulicy, dopiero po chwili zauważając, że to ja. Niby w żartach
sugerowali, że dawny Logan zniknął. Chociaż nigdy nie mówiłem tego na głos -
mieli rację. Dawny ja umknął. Zdawało mi się, iż zwyczajnie zmieniam się w
Chrisa, tego, którego Even obiecała się uratować.
Ciągle
przeprowadzanie z miejsca na miejsce zmieniło moje poglądy. Nigdzie nie miałem
przyjaciół; jedynie znajomych, z którymi chodziłem na szkolne ''imprezy''
podczas których wszyscy ćpali i pili. Miałem dziewczyny, ale związki te trwały
może z miesiąc. Czasami bałem się, że na zawsze pozostanę samotny. Zmiany
szkół, znikanie z życia innych. Całą tablicę na Facebooku zaśmiecały mi twarze
ludzi, których prawdopodobnie nigdy nie zobaczę. Owszem, zapraszali mnie na
urodziny, wczesne śluby. Dziewczyny prosiły, abym był ich parą na balu. Wszyscy
chcieli bym o nich nie zapominał. Jako dziecko przejmowałem się tym potwornie.
Nie chciałem, aby moi kumple z podwórka bezpowrotnie przepadli.
Mieszkaliśmy
z tatą w różnych miejscach. Jeśli zatrzymaliśmy się gdzieś tylko chwilowo -
były wakacje, ferie czy święta - zakwaterowaliśmy się w pensjonatach i
pięciogwiazdkowych hotelach. Domy, które tata wybierał były zawsze ładne, bez
zbędnego przepychu. Mimo to, każdy kto wchodził do domu, widział iż należy on
do Varpola.
Chciałem
mieć życie jak inni - świecić uśmiechem, markowymi butami i najlepszym autem,
wprost z salonu. Mając siedemnaście lat osiągnąłem to do precyzji. Uśmiechałem
się idealnie, przez co udawało mi sie nawet udobruchać nauczycielki. Każdy
rozpoznawał mój samochód z kilometra, a mój styl ,,od niechcenia'' był
niezwykle lubiany przez młode dziewczyny. O pieniądze nigdy się nie prosiłem -
miałem własne konto, na którym znajdowała się pokaźna suma. Byłem tym
doskonałym nastolatkiem, bogatym dzieciakiem w prywatnej szkole.
Kiedy w
końcu trafiliśmy z powrotem do rodzinnego miasta, używałem swojej maski nawet
wobec własnego ojca. Byłem popularny, z idealnymi stopniami, taki ''złoty
chłopak'', z którego tata jest dumny i nie ingeruje w jego życie.
Myślałem, że
będę tak żyć już zawsze. W sumie mi pasowało - każdy łapał moje dowcipy,
dziewczęta trzepotały rzęsami i gadały jak najęte. A kiedy spotkałem Even, nie
potrafiłem jej rozgryźć. Wyglądała trochę jak emo, a mówiła raczej jak ludzie
ze sfer ,,niższych'', jak to nazywano osoby z biedniejszych domów. To w jaki
sposób mnie odpychała, pokazywała, że ma mnie gdzieś, pociągał mnie.
Z początku
starałem się jakby dowieść swego - że każda dziewczyna ulegnie niesamowitemu
Loganowi Christopherowi Dominikowi UnderVarpolowi. Szczerze w to wierzyłem. Ale
każdego dnia, myśląc o niej, widziałem kogoś innego. wyjątkowego.
Kiedy za szybko
prowadziłem, miałem przed oczami jej twarz, usta opowiadające o wypadku ojca.
Zwalniałem, myśląc o tym, że któryś z jadących obok mężczyzn też może być
ojcem. Była inna - dzięki temu nie oceniałem już każdego tak, jak nauczono mnie
w szkole.
Każdego dnia
chłonąłem jej osobowość jak gąbka wodę. Uwielbiałem jej szczerość, brak
sztuczności. To inność jaką wytwarzała, przyciągała mnie. Chciałem ją poznać,
obnażyć siebie przed nią, pokazać, że jestem inny niż jej się zdawało. Z czasem
tylko ona miała dla mnie sens w życiu. Wydawała mi się wyjątkowa. Woziłem ją do
szkoły nie z poczucia winy czy obowiązku - robiłem to, by nie stracić z nią
kontaktu.
W końcu się
przed nią otworzyłem - inaczej niż planowałem. Nie pociągała mnie już tylko
fizycznie. Stanowiła dla mnie zagadkę. Lecz tamtego wieczoru, który
ochrzciliśmy nazwą Wieczór Bez Masek. Tamtego dnia potrafiłem się otworzyć,
pokazać innego Logana, całkiem odmiennego w stosunku do poznanego przez Even
chłopca. Chciałem się zmienić, dla niej.
- Chyba mogę umrzeć – powiedziałem wówczas.
- Dlaczego? – spytała.
- Zobaczyłem Even Alians, w kuszącej sukience, na wysokich butach,
wirującą na parkiecie. To niczym ujrzenie wampira, który nie zmienia się w
proch, mimo że stoi na pełnym słońcu.
- Poetycki jak zawsze – mruknęła pod nosem.
Tamtego wieczoru wyglądała
naprawdę pięknie. Inaczej niż zawsze. Zaskoczyła mnie tym. Była jedyną osobą na
świecie, która potrafiła mnie zrozumieć. Zrozumieć mój tatuaż, moje życie,
osobowość. Poznała mnie od innej strony, ale sama delikatnie uchyliła prawdę o
sobie. Wiedziałem, że mogę jej w pełni zaufać. To sprawiło, że zacząłem ją
kochać.
Zgaś
moje oczy: ja Cię widzieć mogę
Uszy zatrzaśnij: ja Ciebie usłyszę –
I ja do Ciebie bez nóg znajdę drogę
I bez ust krzyk mój cisnę w Twoją Ciszę.*
Kiedy odeszła, wiersz ten
zdawał się idealnym odzwierciedleniem tego co czuję. Chciałem jej go
powiedzieć. Marzyłem, by usłyszała jak szeptem, z oczami pełnymi łez, mówię
jego treść nocom, ku gwiazdom, które jako jedyne dzieliły mój smutek.
Chciałbym powiedzieć, że przez następny rok
wszystko szło dobrze. Lecz tak nie było – wstawałem, odprowadzałem siostrę do
szkoły, chodziłem z nią na spacery. Ale nie widziałem w tym większego sensu, po
za motywacją, by wstawać każdego dnia.
Dwudziestego trzeciego sierpnia otworzyłem oczy i nie byłem do końca pewny, co
robię ani gdzie jestem. Mimo to powoli udało mi się zwlec z łóżka i
pomaszerować, niczym skazaniec do łazienki. Tak jak w szpitalu, oparłem się o
umywalkę, patrząc na swoje odbicie w lustrze.
Moja twarz się nie zmieniła. Dalej przecinały ją blizny, długie, grube,
nierówne i tak bardzo rzucające się w oczy, że aż bolało. Uniosłem dłoń i
potarłem po pierwszej z brzegu. Śliska powierzchnia skóry wręcz paliła, kiedy
ją dotknąłem.
- Czym ja się stałem? – zapytałem samego siebie,
ale nikt mi nie odpowiedział.
Tego dnia po raz pierwszy płakałem. Wcześniej starałem się zrobić wszystko,
opanować. Ale nie udało mi się.
Byłem na cmentarzu. Siedziałem na ławce, naprzeciw nowego grobu. Codziennie
kładłem tam nowe kwiaty. Patrzyłem na tablicę nagrobną. Czasem wmawiałem sobie,
że ona wcale nie umarła. W końcu nie widziałem jak ją chowali. Nie ujrzałem jej
twarzy w trumnie. Ktoś po prostu napisał na twardym kamieniu jej imię, a ja musiałem
wierzyć, że jej nie ma.
Chciałem wierzyć w tę wersję. Ale tamtego dnia, pierwszy raz od roku,
zwątpiłem. Zaciskałem dłonie na kolanach, z całych sił powstrzymując łzy, które
kuły mnie w oczy.
Mały medalik, który miałem na szyi, nagle zaczął mi ciążyć. Moje serce obijało
się o żebra, a ja czułem tylko ból.
- Ciebie naprawdę nie ma – wybąkałem.
I zacząłem płakać. Miałem do wypłakania trzysta sześćdziesiąt sześć dni, kiedy
ukrywałem w sobie tęsknotę za jedyną kobietą, która nadała sens mojemu życiu.
Łzy przełamały we mnie tamę, która uwolniła wszystko.
Pomiędzy wdechami, łzy coraz szybciej wylatywały z moich oczu. Bolała mnie
każda część ciała.
Żyłem w kłamstwie. Oszukiwałem sam siebie, że jest dobrze. Myślałem, iż
potrafię żyć z bliznami, które znaczyły moją twarz. Udawałem przed ludźmi i
sobą samym. Bo kiedy patrzyli na mnie ze zdziwieniem, żalem i wstrętem, ja się
tylko uśmiechałem. Miałem być wzorem dla innych – człowiekiem, który wbrew tragedii,
ułożył sobie życie. Tego właśnie potrzebowałem.
Rocznica jej śmierci była czymś wyjątkowym. Dniem, w którym otworzyłem oczy.
Ale dowiedziałem się o niej też czegoś więcej.
Ktoś popukał mnie w ramię. Kiedy się odwróciłem, przede mną stanął chłopak,
możliwe, że w moim ówczesnym wieku. Przyglądał się mnie inaczej niż ludzie
spotykani na mieście – w jego wzroku dostrzegałem tylko zaniepokojenie.
- Wszystko OK? – zapytał mnie, wyjmując z
kieszeni paczkę chusteczek higienicznych.
Przyjąłem je z wdzięcznością, której pozwoliłem odmalować się na twarzy.
Zastanawiałem się jak strasznie muszę wyglądać – z czerwonymi oczami, ze
śladami łez na twarzy. Otarłem więc skórę, przyglądając się, jak nieznajomy
kładzie kwiaty na grobie. Przez chwilę patrzył na napis, który głosił, że
właśnie tam spoczywa Even. Uśmiechnął się łagodnie, po czym usiadł obok mnie.
Zabawne, że Even obracała się w towarzystwie, raczej niewielu osób, a każda
którą spotykałem, była życzliwa i skora do pomocy.
- Ty zapewne jesteś Logan, jeśli się nie mylę –
powiedział bezceremonialnie.
Postanowiłem się przyjrzeć mojemu towarzyszowi. Po chwili mogłem już
stwierdzić, że jest trochę starszy ode mnie. Ciemne włosy miał ułożone prawie
idealnie, jakby spędził co najmniej godzinę na czesaniu. Zastanawiało mnie
tylko kim mógł być, skoro wiedział jak mam na imię.
- Wybacz, ale ja ciebie nie poz…
- To bardzo możliwe – przerwał mi. Uśmiechnął
się lekko, tylko kącikiem ust. – Jestem James. Jeśli naprawdę znałeś Even, to
doskonale wiesz też o Maggie.
Spojrzałem na niego lekko zdziwiony. Przeszukałem swoją pamięć szukając osoby o
imieniu Maggie. W końcu przypomniałem sobie, jak Even odpowiadała mi o tej
dziewczynie. Popełniła samobójstwo, przez to, że chorowała na raka. A James był
jej chłopakiem.
- Ach, tak, James. – Przetarłem ponownie oczy. –
Wybacz, nie jestem dzisiaj zbyt ogarnięty.
Chłopak pokiwał głową. Przez moment wyglądał trochę tak, jakby sam miał się
popłakać, a podejrzewam, że widok dwóch facetów, siedzących na cmentarzu,
płaczących w głos, nie wyglądało zbyt ciekawie. Mimo to przełknął narastający
smutek.
- Wiesz, wydaję mi się, że fakt, iż to właśnie
ona tam była i cię uratowała, musiał oznaczać, że raczej byliście blisko. Nie
sądzę, aby Even była w stanie poświęcać się dla obcego faceta.
Sposób w jaki mówił o Even, łagodnym głosem, jakby się łamiącym, utwierdzał
mnie w przekonaniu, że wiele zmieniła w jego życiu.
- Dobrze ci się wydaje – mruknąłem. – Nie chcę
być niedelikatny, ale chciałbym o coś zapytać.
James wzruszył ramionami. – Mów, co chcesz wiedzieć.
- Jak dałeś radę… po jej śmierci?
Chociaż nie powiedziałem na głos jej imienia, James jakby się skurczył. Może i
się pogodził, ale nadal cierpiał. Było to widać.
- Przez dwa lata żyłem w kłamstwach. Oszukiwałem
się, że mogę żyć bez niej jak normalny człowiek – wyznał spokojnie. – Kiedy
pojawiła się Even, uwierzyłem jej tylko i wyłącznie dlatego, że chciałem
wierzyć, że nasze życie nie kończy się tylko na śmierci i Maggie dobrze
wybrała. – Przez moment z zainteresowaniem oglądał swoje paznokcie. – Ona…
umarła. Właściwie nie potrafiłem się z tym pogodzić. Nadal nie potrafię.
Budzenie się bez niej rankiem, chociaż mógłbym to robić, gdyby nie ten cholerny
rak, boli bardziej niż myśl, że jej nie ma. Nadal tęsknie. I nic tego nie
zmieni.
Westchnąłem. Fakt, że James nie pogodził się ze śmiercią Maggie po takim
czasie, ostudził mój zapał co do ,,szczęśliwego’’ życia.
- Dzisiaj mija rok – rzuciłem, aby przerwać
ciszę, chociaż wiedziałem, że właśnie dlatego i on tutaj przyszedł.
Trzymałem w dłoni różę. Wyciągnąłem ją z bukietu, który leżał na płycie
nagrobnej. Obracałem łodygę spokojnie w rękach, gładząc kciukiem delikatny
płatek. Jego czerwień bezwzględnie przypominała mi usta Even, w które tak
często się wpatrywałem, nie mając odwagi dotknąć ich własnymi wargami.
- Życie jest kruche – powiedział cicho James,
wstając. – Zbyt kruche.
I odszedł. Tak samo jak się pojawił – bez zbędnych słów, powitań i pożegnań.
Nie byłem pewien czy jeszcze kiedykolwiek w życiu go spotkam.
Poczułem ból w palcu. Zauważyłem, że przebiłem skórę kolcem róży. Moja krew
powoli, maleńkimi kropelkami spadała na ziemię, wsiąkając w nią i nie
pozostawiając ani śladu. Tym właśnie byłem dla świata – niczym. Nie pozostawię
po sobie nic, za co będzie się mnie pamiętać.
Tego wieczoru siedziałem w swoim pokoju,
sam, w ciemnościach. Płakałem. Łzy leciały i leciały, jakbym miał w swoim
organizmie ich nieskończoną ilość. Nie wiedziałem, że jedna osoba zauważyła mój
ból – moja mała siostrzyczka, która jako jedyna zasłużyła na radość w życiu.
Drugą rocznicę jej śmierci spędziłem w
jakimś obskurnym barze, pełnym motocyklistów w skórach, którzy żłopali piwo z
wielkich kufli. Siedziałem sam, pochylony nad wieloma kieliszkami. Upiłem się
tak bardzo, że zadzwonili do taty. Nie pamiętałem wiele – ktoś wspomniał o
bójce z jakimś natarczywym pijaczkiem. Chociaż byłem pełnoletni, czułem się jak
nieupilnowane dziecko. Mój tata nigdy o tym nie mówił. Potraktował to jak jakiś
zły sen.
Tamtego dnia na cmentarzu spotkałem jakoś
straszą kobietę, która skomentowała mój nieukrywany ból, jako coś
niepotrzebnego, bo ta cała Even Alians nie była tego warta. Kiedy wydarłem się
na nią, a spojrzenia obcych ludzi przeszyły mnie i moje blizny, poczułem
wstręt. Do samego siebie.
Każdego dnia staczałem się coraz bardziej.
Piłem wiele, opróżniając barek taty wieczorami, aby łatwiej zasnąć.
Trzeciego roku tata zaproponował mi
spotkanie z Sibylle, która rzekomo z chęcią by się spotkała. Oboje uznaliśmy,
że znalezienie dziewczyny, która w jakiś sposób zastąpiłaby Even, było świetnym
pomysłem. Tak też zacząłem spotykać się z dziewczyną, do której nie czułem nic,
a nic.
W czwartą rocznicę zdałem sobie sprawę, że
moja siostra jest już zbyt duża, na zabawę lalkami. Czytała książki, spotykała
się z koleżankami. Zaczęła stawać się nastolatką, a ja zapomniałem spędzić z
nią dzieciństwo, które bezpowrotnie minęło. Chodziłem z nią do kina,
podziwiając jakie ciekawe filmy wybierała, zawodziłem ją do biblioteki, z
której wracała z pokaźną kupką lektur.
Równocześnie się wyprowadziłem. Wraz z
tatą postanowiliśmy, że to najlepszy pomysł. Znalazłem sobie dom, trochę na
obrzeżach, dzięki któremu mogłem mieć spokój od wścibskich zachowań. Kontakt z
Sybille utrzymywałem, ale tylko po to, by mieć z kim wyjść na drogiego drinka w
piątkowy wieczór. Wiedziałem jednak, że mimo wszelkich starań nadal się staczałem
– nie odwiedzałem fryzjera, a zarost pokrywający twarz mnie satysfakcjonował.
Kieliszek rzadko kiedy był pusty, a trwanie w ciągłym zamroczeniu przez alkohol
sprawiało, że mogłem oderwać się od myśli.
Po pięciu latach od wypadku tata zaczął
poważnie chorować. Jak najszybciej rozpoczął poszukiwania przyczyny złego stanu
zdrowia. Moja już czternastoletnia siostra na jakiś czas zamieszkała ze mną.
Uczyła się gotować, więc oboje mieliśmy każdego dnia porządny obiad. Jednak
więcej siedziała w swoim pokoju, aniżeli ze mną. Ja miałem swój gabinet, w
którym rzekomo pracowałem. Miałem swoje zatrudnienie, które wymagało chodzenie
do firmy ojca trzy- cztery razy w tygodniu.
Nie wyglądałem jak ja. To raczej było
oczywiste. Tylko kiedy musiałem iść do pracy, zakładałem garnitur, czarny i
ciasny, przypominający mi jakiś rodzaj mentalnej klatki. W domu jednak
paradowałem w dresach, z nagim torsem i na boso. Rankami wstawałem tylko dla
Emily, wiedząc, że potrzebuje móc do kogoś otworzyć usta. Nie chciałem być
wyrodnym bratem. W złą pogodę albo kiedy spóźniał się autobus, wziąłem ją do
szkoły i z niej odbierałem. W domu opowiadała mi jak to pokłóciła się z
przyjaciółką, bądź wtajemniczała mnie w szczegóły zauroczenia pewnym chłopakiem
ze szkolnego kółka dyskusyjnego. Pytała mnie o zdanie co do koloru bluzki, jaką
ma ubrać na wycieczkę.
To właśnie dla niej przestałem pić i
względnie zacząłem ponownie spotkać się z Sibylle. Chciałem dalej widzieć
radość w jej oczach, kiedy ją pocieszałem. Gdy gdzieś szła, jechała na
wycieczkę klasową, zawsze mówiła to samo.
- Kocham Cię, braciszku.
Jakby bała się, że kiedy wróci, znajdzie mnie martwego na podłodze. Dla niej
walczyłem.
Kiedy Sybille wówczas się wprowadziła, robiłem wszystko co w mojej mocy, by ją
od siebie odgonić. Nie dałem się dotykać, a wszelkie próby bliższych relacji
zwalczałem bólem głowy albo złym samopoczuciem. Jednak jej to nie
przeszkadzało. Sam fakt, że wszystkie koleżaneczki zazdrościły jej bogatego
chłopaka, o którym tyle się nasłyszały, fascynował ją bardziej niżeli moja
postać.
Starałem się spędzać jeszcze więcej czasu z moją siostrą. Tylko to miało dla
mnie większy sens. Z prawie nikim nie rozmawiałem, jeśli nie liczyć jej.
Miała piętnaście lat, stawała się już kobietą. Dorosła szybciej niż koleżanki w
jej wieku. Wszystko miało dla niej znaczenie: czy to do siebie pasuje, czy nie
za wysoko związała koka. Kochałem ją i w sumie to ona utrzymywała mnie na
powierzchni.
Latem, gdy zbliżała się szósta rocznica jej śmierci, siedzieliśmy na dworze.
Ona czytała, a ja wpatrywałem się w błękitne niebo, nieskażone nawet jedną
białą chmurką. Sibylle poszła się spotkać z przyjaciółeczkami, której dalej
przeżywały fakt, że jej się oświadczyłem. A raczej zostałem do tego zmuszony.
Ale od początku.
Byliśmy na jakimś bankiecie. Niekoniecznie chciałem tam być, toteż czas umilały
mi kolejne drinki i kieliszki, lądujące przed moim nosem. W końcu moja
,,dziewczyna’’ wykorzystała okazję, podsuwając mi pierścionek. Każdy patrzył w
naszą stronę, a jej wzrok, mogący zabić tłum, świadczył o tym, że mnie zabije,
jeśli teraz zniszczę jej idealną chwilę. Więc alkohol dobił mi do głowy, dzięki
czemu klęknąłem i w magiczny sposób wyszedłem z sali z narzeczoną. Fajnie, nie?
Kiedy tak patrzyłem na niebo, przypomniałem sobie dzień, w którym zabrałem Even
do parku, który pokazała mi mama. Pod dłońmi czułem jej miękką skórę, widziałem
bliznę na twarzy, z która tak dumnie się obnosiła. Nie to co ja, wiecznie
zakrywając ją pod zarostem.
- Logan? – powiedziała cicho Emily.
Powoli się podniosłem, po czym spojrzałem na siostrę. Była naprawdę ładną
dziewczyną. Lata pozwoliły jej dorosnąć. Miała piękne, długie włosy, o które
dbała godzinami. Już zapowiedziała, że za kilka tygodni ścina je i oddaje do
fundacji, aby zrobili z nich peruki. Byłem dumny z siostry. Wiele osób
traktowało ją nadal jak dziecko, a ja widziałem w niej równą sobie.
- Tak? – mruknąłem w odpowiedzi.
Usiadłem tak, aby na nią patrzeć. Kiedy z delikatnością krzyżowała na huśtawce
nogi, przypominała mi naszą mamę. Jej twarz miała wiele z tej kobiety – podobne
nosy, lekko przyozdobione piegami, duże oczy, obwodzone gęstymi rzęsami.
- Nigdy nie chcesz mi powiedzieć prawdy –
zaczęła spokojnie, trzymając w dłoniach zamkniętą książkę. – Ale jeśli powie
się komuś o swoich problemach, czasem łatwiej to zaakceptować. Szczególnie
jeśli mamy zaufanie do potencjalnego towarzysza rozmowy.
- Czyli nadal chcesz być psychologiem? –
zapytałem ironicznie.
Uśmiechnęła się, prychając. Od kilku już miesięcy zarzekała się, że to jej plan
na przyszłość: zostanie psychologiem. Chciała pomagać ludziom.
- Pytałam tatę - bo akurat tata dużo
wiedział. – Powiedział mi, że to tak naprawdę dzięki Even się tutaj znalazłam.
Opowiadał mi o niej. Bardzo dużo. Że była naprawdę ładna, a jej czerwone włosy
wywarły na nim dziwne wrażenie. Ale wyznał mi również, że pomogła mu ona
zrozumieć, co tak naprawdę oznacza nieocenianie książki po okładce. Bo Even
była całkiem inna niż się spodziewał. Naprawdę ładnie o niej mówił.
- To świetnie – burknąłem. Nie chciałem słuchać
jak mój ojciec mówił o dziewczynie, którą naprawdę kochałem.
Emily wstała. Miała na sobie szarą sukienkę, z bladoniebieskim paskiem, którą
sam jej kupiłem.
- Chodzi mi o to, że… - zaczęła, lecz
bezceremonialnie jej przerwałem.
- Jak tam ten chłopak… niech sobie przypomnę…
Zayn! Ten, z którym byłaś w operze. Coś poważnego?
- Logan… - pokręciła głową. – Wiesz, że mnie nie
oszukasz. Nie jestem Sibylle. Ani nawet tatą.
Wiedziałem to. Każdego potrafiłem zbyć, całkowicie uciszyć zwykłą uwagą, która
sugerowała, że rozmawiamy na temat, którego ja nie chciałbym poruszać. Inni
przejmowali się tym, jakby moje słowa mogły parzyć. Lecz Emily była całkiem
odmienna – puszczała moje uwagi mimochodem.
- Nigdy jej nie poznałam – wyszeptała,
znajdując się obok mnie. – Ale widzę, że znaczyła dla ciebie więcej, niż
wszyscy wkoło sądzą.
Delikatnie dotknęła mojego ramienia. Nie chciałem płakać, więc zerwałem się i
zacząłem chodzić w kółko, aż nie zebrałem myśli.
- Uratowała mnie – wymigiwałem się od
odpowiedzi.
- Tak samo jak Jack uratował Rose?
- W naszym przypadku wyglądało to całkiem
inaczej.
Cisza zabrzęczała w mojej głowie. Miałem przed sobą własną siostrę.
- Logan… - powiedziała z kamienną miną. -
Śmierć tej dziewczyny zmieniła się całkowicie. Chyba mam prawo wiedzieć,
dlaczego odebrała mi brata.
Przez chwilę czułem jak staje mi serce. Jej słowa zapiekły mnie i zabolały,
niczym ostry policzek prosto w twarz. Stanąłem w miejscu, zaciskając pięści.
Byłem świadom faktu, że gdybym stał bliżej Emily, mogło by się to źle skończyć.
Emily wstała i podeszła do mnie. Ledwo czułem jak kładzie dłoń na moim
ramieniu. Strąciłem ją szybko, oddalając się jeszcze bardziej o siostry – i
fizycznie, i mentalnie.
- Nigdy więcej tak nie mów – warknąłem w jej
kierunku.
Ona głośno przełknęła ślinę. Byłem zły. Bardzo zły. Była jedyną osobą, która
gdzieś w środku obwiniała Even. I chociaż powinienem nie mieć jej tego za złe,
nie potrafiłem tak po prostu ominąć tych słów. Za bardzo raniły.
- Kochałem ją – wyszeptałem.
Stała za moimi plecami. Czułem jej obecność. Mimo to nie chciałem, by mnie
przepraszała i próbowała pocieszyć. Poszedłem więc do domu, gdzie po raz
pierwszy od dawna zacząłem ostro pić. Nie wychodziłem ze swojego gabinetu,
pijąc i pijąc.
Emily przepraszała. Ale ani razu nie weszła do środka. Nawet kiedy zacząłem
wymiotować i cicho łkać. Dopiero kiedy wyszedłem odetchnęła głęboko, ale już
nigdy nie zapytała o Even.
Tamtego dnia, kiedy postanowiła, że odejdzie, wyszedłem z domu Sailes’ów, pełen
obaw. Mimo to ruszyłem do domu. Pomyślałem o jednym głębszym kieliszku, ale
myśl o piciu napawała mnie obrzydzeniem. Ruszyłem więc do sypialni, gdzie
rzadko kiedy spałem. Położyłem się w miękkim łożu, rozkoszując się delikatną
pościelą. Od miesięcy spałem na twardej kanapie, albo z głową na biurku. Tego
dnia, zamykając oczy miałem pod powiekami wyryty obraz uśmiechniętej Even.
Obudziło mnie dziwne odczucie. W sypialni panowała cisza. Otwarłem szeroko
oczy, wpatrując się w ciemność. Niczego tam nie było. Ale moje serce nadal
waliło jak oszalałe. Towarzyszyło temu przyjemne uczucie, jakby łaskotania
motyli.
Wstałem. Poszedłem na balkon, gdzie oparłem się o barierkę. Patrzyłem w
gwiazdy, a była to pierwsza noc bez niej. Podziwiając te małe punkciki
pomyślałem o pewnej legendzie, o której kiedyś słyszałem. Że człowiek po
śmierci staje się gwiazdą.
Czułem pewną rozkosz, która rozlewała się po moim ciele. Na jeden moment, który
mógł być godziną albo sekundą, widziałem przed oczami jej twarz. Słyszałem jej
głos i radosny śmiech. Żyłem całą jej osobą. Uczucie to wypełniało mnie, lecz
wszystko trwało zbyt krótko. Uświadomiłem sobie co właśnie się stało – ona
naprawdę odeszła. Tym razem na zawsze.
Wszystko zniknęło. Czułem już tylko pustkę. Przeciwne uczucie osamotnienia.
Przeniosłem spojrzenie na gwiazdy. Długo szukałem tej najjaśniejszej, której
blask oświetlał niebo. W końcu znalazłem ją. Lśniła daleko od innych gwiazd,
ale była duża i ładna. Jeżeli ta legenda była prawdziwa, to tam mogła być dusza
mojej ukochanej. Wśród małych latarenek, kryjących swoje własne sekrety.
- Kocham cię. – Wyszeptałem w ciemność.
Miałem nadzieję, że wiatr zaniesie do niej moje słowa. Nastąpił koniec. Zniknęła
już na zawsze. Miałem wiele lat, aby się z tym pogodzić. Lata by ze spokojem
przyjąć to zdanie, które dla mnie miało inny sens, które dotarło do mnie po
siedmiu latach.
Even
Alians umarła.
* R. M. Rilke - Księga godzin (1905)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz