środa, 8 lutego 2017

Rozdział czterdziesty siódmy

 - Jeszcze trochę, a mój brzuch eksploduje! – skarżyła się Maxine swojej teściowej. – A Nick mówi, że to nic takiego!
 - Mój syn nigdy nie był w stanie zrozumieć jakie kobiety przechodzą cierpienia. Ale – uśmiechnęła się – usta zamyka mu fakt, że rodziłam go pięć godzin.
            Obie się zaśmiały. Maxine była w ósmym miesiącu ciąży. Oboje z Nickiem nie chcieli poznać płci ich dziecka. Miała to być dla nich niespodzianka.
 - Nie wiem jak mama wytrzymała to dwa razy – mruknęła Maxine, a ciocia tylko się uśmiechnęła w odpowiedzi.
 - Rekompensatą za to był płacz moich syn, gdy się narodzili – wyznała kobieta.
            Nick był w pracy . Tego dnia miał ważną konferencję w biurze, więc miał wrócić dopiero wieczorem. Dlatego też z chęcią ciocia spędziła cały dzień w towarzystwie synowej, której ciążowy brzuch i ciągłe kopnięcia dziecka, przeszkadzały coraz bardziej. Ciągle się śmiały, popijając herbatę i jedząc babeczki z czekoladą. Wszystko grało, więc postanowiłam je opuścić. Zamknęłam oczy i pomyślałam o pewnym balkonie.
            Znalazłam się tam gdzie chciałam. Przed sobą miałam podwórze. Pod dużym, wypielęgnowanym drzewem zawieszona była huśtawka. Z dębowych desek, pomalowana na czerwono. Siedziała na niej dziewczyna. Miała łagodną buzię i spokojny wyraz twarzy. Na lekkim wietrze powiewały jej ładne, ciemne włosy, długie i zadbane. Na kolanach trzymała książkę, którą czytała z zainteresowaniem. Na chwilę tylko unosiła wzrok, jak gdyby w powieści był bardzo ciekawy fragment.
            Usłyszałam jak trzaskają drzwi tarasowe. Serce zabiło mi szybciej (tak mi się wydawało, ale w końcu nie żyłam). Wiedziałam kogo zaraz zobaczę. I tak właśnie się stało. Po prostu szedł w stronę siostry, ale te kroki były ospałe i przepełnione żalem.
            Emily uniosła wzrok żeby popatrzeć na brata. Uśmiechnęła się życzliwie. Ta mała dziewczynka, która miała naprawdę trudne dzieciństwo, wyrosła na dojrzałą, jak na swój wiek, nastolatkę, która zadziwiała mnie za każdym razem swoim spokojem i opanowaniem.
 - Co czytasz? – zapytał ją kiedy był już obok.
            Dziewczyna pokazała jemu okładkę powieści.
  - Uważam, że jesteś za młoda na te psychologiczne bzdety – zaśmiał się. – Ale fajnie by było jakbyś została tym psychologiem, może miałbym zniżkę.
            Emily zaśmiała się perliście. Od kiedy skończyła trzynaście lat, jej największym marzeniem było zostanie psychologiem. Logan był tego świadom, więc z chęcią na to przystawał.
            Zmienił się. To nie ulegało wątpliwością. Jego włosy były dłuższe, niżeli kiedykolwiek.  Ciągle zgarniał je z czoła, ze zdenerwowaniem przesuwając je długimi palcami.  Wiedziała też, ze potrafił całą noc nie spać. Męczyły go koszmary, kiedy tylko zamknął oczy. Dlatego też oczy miał podkrążone, a na czole wystąpiło mu wiele zmarszczek od ciągłego marszczenia czoła. Miał dwadzieścia cztery lata, a wyglądał co najmniej na trzydzieści pięć. Rzadko się uśmiechał. Głównie przy siostrze, która przez ostatni czas często mieszkała w jego małym domku, w którym zaszył się po mojej śmierci i wyjściu ze szpitala. Kiedy się denerwował wyciągał spod kołnierzyka koszuli, swetra czy koszulki, naszyjnik. Małe, srebrne serduszko chowało się pomiędzy jego palcami, a jego oddech zawsze wracał do normy.
 - Co u taty? – zapytała Emily.
            Od kilku tygodni ich ojciec skarżył się na bóle pleców. Ciągła praca, przesiadywanie po nocach w biurze i gabinecie, już dawało o sobie znać. Zaczął więc różne kuracje i rehabilitacje, aby na starość całkowicie go nie złamały. Dlatego od jakiś dwóch miesięcy mieszkała z nim Emily, która miała od niego nawet bliżej do szkoły. Po za tym Logan cieszył się z jej obecności.
            Emily wyciągnęła rękę i pogładziła jego policzek, oszpecony zarostem. Chłopak – a może już mężczyzna – dał sobie spokój z goleniem. Po za tym zarost zasłaniał blizny, które zostały po wypadku. Wiedziałam, że sprawiały mu ból, każdego dnia, gdy na nie patrzył.
 - Mógłbyś się ogolić – zaśmiała się dziewczyna. – Zaczynasz zmieniać się w goryla.
            Logan lekko się odsunął. Zamykał się w sobie coraz bardziej. Bałam się, że pewnego dnia całkiem zniknie.
 - O której przyjdzie Sibylle? – zmieniła temat.
 - Nie wiem – mruknął w odpowiedzi. – Nie za bardzo mnie to obchodzi.
            Sibylle Caster. Kojarzycie? Pracowała z Loganem jako ratowniczka. Dopięła swego. Czy mogłabym być zazdrosna o dziewczynę, która figurowała jako jego narzeczona, ale on miał ją gdzieś? Taka była prawda. Na jakieś imprezie sama podsunęła mu pierścionek i, że niby to on go kupił. Wiedziałam po co z nią był. Wcale sobie tego nie wmawiałam. Naprawdę to wiedziałam.
            Co wieczór wychodził na balkon. Zawsze patrzył na gwiazdy i cicho, ledwo dosłyszalnie szeptał.
 - Boże, tak strasznie chciałbym, żeby ona wróciła. Dał bym wszystko, żeby budzić się obok niej.
            Wiedziałam, że nie chciał dotykać Sibylle. Ona zdawała sobie z tego sprawę. Nie rozmawiali. Mieszkali razem, ,,spali’’ w jednym łóżku, o ile Logan w ogóle wchodził do sypialni. Spał prawie zawsze na kanapie, bo nie chciał przez przypadek jej dotknąć. Ona na początku myślała, że wygrała. Z czasem jednak zaczęła zdawać sobie sprawę, że miała być dla niego zapomnieniem, które nie działa. Ale za bardzo podobały się jej uznania koleżanek, aby po prostu zakończyć tą znajomość. Czasem chłopak był dla niej miły – przynosił kwiaty, proponował wspólne obejrzenie filmu. Ale był przy tym tak sztuczny, że nawet mi było szkoda Sibylle.
 - Mógłbyś chociaż udawać, że cię ona interesuje – wytknęła mu Emily.
            Spojrzał na nią wzrokiem, który mógł wiele zasugerować. Był twardy i zimny, przypomniał trochę oczy kogoś martwego.
 - Obiad już gotowy – warknął, odwracając się od niej. – Jak chcesz to jedz.
            I odszedł. Widziałam u niego takie ataki. Często. Zamykał się nawet na własną siostrę. Gdyby tylko wiedział, że właśnie ze względu na nią wrócił do życia.
            Emily zamknęła książkę i ciężko westchnęła. 
 - Och, Even – wyszeptała. – Musiałaś odejść?
            Wzdrygnęłam się na dźwięk własnego imienia. Namieszałam w jej życiu, które potencjalnie miało być takie szczęśliwe.
           
            Siedziała właśnie w kuchni, jedząc przygotowany przez Logana obiad (czyli odmrożonego w piekarniku kurczaka z warzywami) kiedy przyszła Sibylle. Trzeba jej było przyznać, że potrafiła o siebie zadbać. Miała mocny makijaż, który zamiast nadać jej wyglądu sztucznej dziuni z przedmieścia, sprawiał, że wyglądała dojrzalej. Idealnie dopasowane do siebie ubrania, jasna, matowa szminka. Położyła torebkę i zdjęła płaszcz.
 - Witaj skarbie – przywitała Sibylle. – Smacznego.
 - Dziękuję – odparła beznamiętnie Emily, która nie przepadała za kobietą.
 - Logan u siebie? – wyćwierkała.
            Dziewczyna odpowiedziała kiwnięciem głową. Jednak kiedy Sibylle pokierowała się w stronę gabinetu narzeczonego, Emily ponownie się odezwała.
 - Nie radziłabym. Ma zły humor.
 - Jak zawsze – wycedziła Sibylle.
            Powędrowałam za nią do gabinetu Logana. Było to starannie urządzone miejsce, z dobranymi do siebie meblami w odcieniu ciemnej wiśni, z dużym biurkiem. O ile Logan był strasznie zaniedbany, jego biuro było starannie zagospodarowane, kurze starte, a dokumenty poukładane w idealne kupki.
            Stało tam coś, zasłonięte kalendarzem i pudełkiem chusteczek, zdjęcie oprawione w pozłacaną ramkę. Moje zdjęcie. Patrzył na nie tak często, że byłam pewna iż nie zapomni mojej twarzy. Miałam przynajmniej taką nadzieję.
 - Cześć, kochanie! – Sibylle bezceremonialnie weszła do gabinetu.
            Zamiast słodkiej odpowiedzi, otrzymała tylko znudzone spojrzenie. Logan jakby spróbował się uśmiechnąć, ale zaraz wrócił do kartki, którą wypełniał.
 - Co znowu się stało? – westchnęła teatralnie, podchodząc do niego.
            Chciała cmoknąć go w policzek, ale się odsunął. Na jej policzki wystąpiły czerwone plamy. Zacisnęła dłoń i ją rozluźniła.
 - Tina zaprosiła nas na kolacje. Kończy dwadzieścia pięć lat. – Powiedziała dobitnie, opierając się o biurko.
            Logan nawet nie podniósł wzroku. W końcu, czując nadal jej obecność, uniósł głowę.
 - Nie. Mam. Ochoty – mówił głośno i dobitnie.
            Sibylle zrobiła się jeszcze bardziej czerwona. Odsunęła się, ramiona zwiesiła po bokach. Zaciskała i rozluźniała palce.
 - Znowu jest jakaś cholerna rocznica?! – wrzasnęła. – Znowu przez tydzień będziesz się tylko ślinił do dziewczyny, która nie żyje?!
            Logan wstał. Tym razem nie mógł wytrzymać. Instynktownie się odsunęłam, ale przecież nic nie mogli mi zrobić.
 - Zachowujesz się jakby ta szczeniacka miłość była najcudowniejsza na świcie! Tylko ona się liczy!
            Patrzyli na siebie przez chwilę. Widziałam jak w oczach Logana pojawiają się ogniki gniewu. Sibylle nawet nie wiedziała z czym zadziera.
 - Nie rozmawiasz ze mną. Nie dotykasz mnie. Nie wychodzisz – wyliczała. – Ciągle muszę tłumaczyć się znajomym, że jesteś chory, że masz dużo pracy…
 - Mam w dupie twoich znajomych – przerwał jej.
 - Mnie również?! – wrzasnęła.
            Logan jakby się skurczył. Chciał wyjść, ale złapała go za ramię. Wzdrygnął się i odwrócił w jej kierunku.
 - Puść. Mnie. – Wycedził.
 - Nie – mówiła podniesionym głosem. – Teraz mnie posłuchasz. Cały czas jestem dla ciebie jakąś zabawką. Liczy się tylko martwa dziewczyna, z którą nic cię nie łączyło. Znosiłam ją, bo była dla ciebie ważna. Ale jest ważniejsza od wszystkiego.
            Puściła go, ale wzięła w dłonie moje oprawione zdjęcie.
 - Oddaj mi to – warknął Logan.
 - To jest wszystko co się liczy! Jakaś nie żyjąc dziewucha!
            Rzuciła ramkę w ścianę. Ta odbiła się od niej i spadła na podłogę. Szkło poleciało w różnych kierunkach. Logan nie był już zły. On był smutny. W jego oczach pojawiły się łzy. Ramiona mu opadły. Naprawdę mógł zaraz zniknąć.
 - Wynoś się – powiedział cicho. – Idź stąd.
            Sibylle podeszła do niego. Chciała go objąć, ale on odepchnął ją gwałtownie, tak że poleciała na biurko.
 - Wynoś się! – wrzasnął.
            Ona wyglądała jakby nie wiedziała, co ma zrobić. Trochę jakby była nieświadoma tego, co właśnie zrobiła. Spojrzała na niego zszokowana.
 - Logan, misiu – wyszeptała.
 - Won! – krzyczał głośno. Bardzo głośno.
            Sibylle podeszła do drzwi. Wyglądała jakby to on zranił ją.
 - Powinieneś o niej zapomnieć. Ja tu jestem. Ona nie.
            Wziął książkę z biurka i rzucił wprost w nią. Udało jej się uchylić. Dalej stała w drzwiach, patrząc na niego z żalem. Kilka łez wypłynęło jej z oczu.
 - Powiedziałem: SPIERDALAJ!
            Tym razem wyszła. Pobiegła do drzwi wyjściowych, złapała za torebkę i płaszcz, i ze łzami w oczach spojrzała na Emily, która z niepokojem podbiegła do niej.
 - Co się stało? – zapytała przerażona.
 - Ja już nie wiem co robić – odpowiedziała bezradnie, wychodząc.
            Emily szybko ruszyła do gabinetu brata. Zastała go, klęczącego nad szczątkami ramki. Zobaczyła krew na jego rękach, przerażona szybko pobiegła do łazienki, wzięła apteczkę i wróciła do Logana.
 - Coś ty zrobił? – rzuciła do niego, klękając obok.
            On nic nie powiedział. Zaczął płakać. Emily tylko raz widziała jak jej brat płakał. Chciała do niego wejść, w pierwszą rocznicę mojej śmierci, i zobaczyła jak Logan tonie we łzach. Zawsze starał się to ukryć. Ale tego dnia już nie dał rady.
 - Chciałem zapomnieć. Ona tego chciała. Ale nie potrafię. Nie umiem sobie wybaczyć, że to ona mnie ocaliła, a nie ja ją. Gdy zamykam oczy widzę jak umiera. Śnię o tym jak tylko zasnę. – Łkał. – Przez ostatnie siedem lat pokochałem ją tylko mocniej.
            Emily przytuliła go do piersi, kołysząc brata lekko, niczym małe dziecko. Ciągle płakał. Ciągał nosem, nie wiedząc jak zapomnieć. O mnie. Chciał zapomnieć, ale nie mógł. Znałam ten ból. Mogłam odejść, zapomnieć. Ale zostałam. Bo na Ziemi zostali ludzie, których tak kochałam.
            Długo jeszcze Emily kołysała Logana. Nawet kiedy już przestał płakać, dalej go tuliła. Mijały może minuty, a może godziny. Dalej wtulał się w nią, szukając wsparcia kogoś, kto go bezinteresownie kochał.

            Siedziałam na barierce balkonu, opierając się o ścianę domu. Duchy mogły się na tyle zmaterializować, że spokojnie mogłam siedzieć na czymś, bez strachu, że przez to przeniknę. Każdego wieczoru, przez ostatnie pięć lat, kiedy wszyscy zasypiali, siadałam tam i patrzyłam na gwiazdy. Tak ładnie było je stamtąd widać. Przez dwa lata nie chciałam wiedzieć co się z nim działo; za bardzo bolało. Jednak pewnego wieczoru, kiedy właśnie tam się pojawiłam, stał na balkonie i również patrzył na gwiazdy. Kiedy usiadłam na barierce, przez moment patrzył prosto na mnie. Wydawało mi się, że nawet się uśmiecha. Jednak po kilku sekundach odwracał wzrok. Działo się tak każdego następnego dnia. Nie wiem czy coś przyciągało jego spojrzenie na mnie, ale czułam się jakby naprawdę patrzył na mnie. Dlatego też zawsze tam najbardziej lubiłam być. Mówił coś. Zawsze o mnie. Wygłaszał długie monologi o tęsknocie do mnie. Czasami jego słowa sugerowały, że pamięta co się wydarzyło przez czas, który spędziliśmy razem, jako duchy. Ale nie byłam tego pewna. Coś jednak musiało pozostać mu w głowie, bo wiedział, że go kocham.
 - Even, tak strasznie mi ciebie brakuje – szepnął do nieba tamtego wieczoru. – Tak bardzo tęsknie.
            Po jego policzkach już spływały pierwsze łzy. Nienawidziłam patrzeć jak płacze z mojego powodu. Przecież zależało mi na jego szczęściu, a on tylko rozpaczał przez moją osobę. Bolało mnie to niemiłosiernie, ale nie mogłam tego zmienić.
            Tak chciałam go dotknąć! Ale nic by nie poczuł. Może lekki dreszcz, który powiązałby z wieczorną pogodą.
 - Och, Even.
            Podszedł do ściany i osunął się na nią. Otulił się ramionami i płakał. To nie był Logan, którego pokochałam – ten sarkastyczny chłopak, z idealnym nieładem na włosach i szarmanckim uśmiechem. Tamten znał ripostę na każde moje zdanie, uśmiechał się do obcych dziewczyn, rozmawiał ze mną jak z kumplem. Potem był ten Logan, który wyznał mi prawdę o sobie, pokazał swój niesamowity tatuaż. Następnie poznałam Chrisa – chłopaka, którego musiałam uratować. I mi się udało. Ten Logan nie był żadnym z nich. Był kimś kogo po prostu nie umiałam uratować.
            Podniósł głowę. Miał czerwone oczy, całkowicie rozczochrane włosy. Spojrzał prosto na mnie. Jego wzrok był przesycony smutkiem i bólem. Nikt nigdy tak na mnie nie patrzył. Chciałam uciec od tego spojrzenia. Przeszywało mnie na wskroś.
            Przez przypadek coś zrobiłam i spadłam z barierki. Rzecz jasna nic nie mogło mi się stać, a wystarczyła sekunda, bym znalazła się tam z powrotem. Kiedy znikałam zobaczyłam Logana, który gwałtownie wstał i rzucił się w moim kierunku. Pomyślałam o balkonie i pojawiłam się zaraz za nim. Od razu jednak rozszerzyłam oczy ze zdziwienia. Musiał mnie widzieć…
            Odwrócił się i odskoczył. Byłam już pewna.
 - Widzisz mnie – pisnęłam.
           
             Staliśmy tam. Wpatrzeni w siebie. Na chwilę zamknęłam oczy. Nie mogłam uwierzyć w to, co malowała przede mną rzeczywistość. Widział mnie. Logan mnie widział.
            Otworzyłam więc oczy. Miałam go przed sobą. Chociaż w wielu czynnikach nie przypominał mojego Logana, to nadal był on. Miał jego spojrzenie – tych ciemnoniebieskich tęczówek, o barwie rozgwieżdżonego nieba. Uśmiechnął się, tak smutno i żałośnie, że jedyne o czym marzyłam, to go dotknąć.
 - Jak… jak? – wyszeptałam.
            Pokręcił głową. On też nie wiedział. Dopiero po moich słowach wypuścił powietrze. Mój głos się nie zmieniał. Siedem lat, a ja nadal byłam tą samą osobą, którą opuścił tyle miesięcy temu.
 - Even – powiedział tak po prostu, jakby nie wierzył własnym oczom.
 - Przez ten cały czas? – zapytałam niepewnie.
            Tym razem przytaknął niepewnie. Każde jego spojrzenie na mnie, nie było przypadkowe. Widział mnie, ale bał się do tego przyznać.
 - Co ty ze sobą robisz? – rzuciłam w końcu.
            Jego spojrzenie stwardniało. Dalej patrzył wprost na mnie, chłonąc każdą cząstkę moje nierzeczywistego ciała. Byłam duchem. Jakimś dymem. Mogłam uciec w każdym momencie. Mogłam zniknąć kiedy i gdzie chciałam.
            Patrząc na niego w tamtej chwili, coś we mnie pękło. Tak bardzo chciałam móc go wesprzeć, rozmawiać z nim, powrócić do czasów, kiedy oboje byliśmy nastolatkami, chcącymi znaleźć cel w życiu. Nieraz fantazjowałam na temat tego jak potoczyłoby się nasze życie, gdybym nie umarła. Jednak nie mogłam cofnąć czasu. Nie było to w żaden sposób możliwe.
 - Even – powtórzył.
            Wyciągnął dłoń w moim kierunku, jak gdyby chciał mnie dotknąć. Zamknęłam oczy i znalazłam się za nim.
            Odwrócił się do mnie. Na jego twarzy nadal malował się smutek, tym razem jeszcze większy.
 - Nie sądzę, by dotykanie mnie było dobrym pomysłem – mruknęłam.
            Podeszłam do barierki balkonu. Skupiłam się na swoim ,,ciele’’ dzięki czemu nie przeniknęłam przez niego. Logan zrobił to samo. Patrzeliśmy jak gwiazdy mrugają do nas z nieba. I chociaż żadne z nas nie oczekiwało takiego rozwoju wydarzeń, żadne z nas się nie odzywało. Po prostu staliśmy, patrząc.
 - Dlaczego nie powiedziałeś mi o tym wcześniej? – zapytałam spokojnie, nadal przyglądając się niebu .             Czułam na sobie jego wzrok. To było tak dziwne – w końcu poczuć, że w jakiś sposób istniejesz w tym świecie. Marzyłam tylko o tym, by zatopić się w jego objęciach.
 - Bałem się – zaczął. Jego głos był zachrypnięty. Całkowicie zapomniałam o tym ile czasu płakał. – że kiedy tylko ci o tym powiem, znikniesz. Że jesteś tworem mojej wyobraźni. Że jedynie chciałbym by tak było.
            Pokiwałam głową. Rozumiałam go.
 - Czy ty…
            Ponownie przytaknęłam.
 - Obłęd.
 - Z tym się zgodzę – powiedziałam spokojnie.
            Podeszłam do niego. Chociaż obiecałam sobie, że go nie dotknę, nie potrafiłam się powstrzymać. Uniosłam dłoń i pogładziłam go lekko po zaroście, zakrywający jego policzek.
 - Nienawidzę bród – mruknęłam. – Te blizny zaistniały dzięki mnie. W jakiś sposób to pamiątka po mnie.
             Uśmiechnął się, przykrywając moją dłoń swoją ręką. Czułam ciepło bijące od jego nagrzanej skóry. Mogło się to wydawać abstrakcyjne – takie właściwie było – ale chciałam trwać w tym uczuciu wieczność.
 - Nie jestem tobą – rzucił, przykładając sobie moją dłoń do ust. Powoli całował każdy z moich palców, jakby chcąc się przekonać, że naprawdę w jakiś sposób tam stoję. – Nie pokazuje się publicznie z rozharataną twarzą. Źle wychodziłbym na zdjęciach.
            Przez moment przypominał mi dawnego Logana – przystojnego chłopaka, niedbale uczesanego z ciemnym, sportowym autem, który jednym spojrzeniem wywracał w głowach wszystkim dziewczynom.
 - Zawsze wyglądasz czarująco – westchnęłam, dość blisko jego twarzy. – Ale te włosy już dawno wyszły z mody.
            I chociaż nie był to najcudowniejszy żart świata, oboje się roześmialiśmy. Jego perlisty śmiech sprawiał, że poczułam motylki łopoczące w brzuchu. Była szansa na to by był szczęśliwy.
 - Tak bardzo za tobą tęsknie. Wszystko mi ciebie przypomina. Wszystko.
            Pomyślałam o brudnych, zniszczonych domach w okolicy mojej szkoły. Albo o śmietnikach na obrzeżach miasta. To raczej nie było miłe. Szybko otrząsnęłam się z tych myśli.
 - Ja nie wrócę. – Powiedziałam. – Wiesz o tym.
            Cała radość odpłynęła z jego twarzy. To co zbudowaliśmy wciągu tych kilki minut, zburzyłam jednym zdaniem.
 - Czy ty pamiętasz co się tam stało? – zapytałam cicho, patrząc na jego niespokojną twarz.
            Nie odpowiedział od razu. Nie wiedziałam jakie słowa padną z jego ust. Nie mogłam nawet się domyślać o czym myślał.
 - Kiedy się obudziłem nie pamiętałem niczego. Kompletna pustka. Trwało to jednak kilka sekund. W końcu wziąłem pierwszy głęboki oddech. A wszystko wróciło. Każdy szczegół. Moje pierwsze słowa, były tylko jednym imieniem; Even.
            Zamknęłam oczy. Nie chciałam tego słyszeć. Byłam przekonana, że niczego nie pamiętał. A tutaj proszę, okazuję się, że doskonale wiedział, co nas łączyło.
            Przez chwilę żadne z nas nic nie mówiło. Ja nadal zaciskałam powieki, chcąc poczuć się chociaż trochę żywo. Kiedy je otworzyłam, zobaczyłam, że Logan patrzy na niebo. Ciemne, rozjaśnione tylko gwiazdami, migoczącymi srebrnym blaskiem. Miesiąc mienił się najbardziej, prawie całą postacią. Chociaż widok mnie cieszył – przypominał te kilka momentów w życiu, gdy byłam naprawdę szczęśliwa – wiedziałam, że moje słowa zniszczą całą radość, jaka zapanowała w naszych sercach.
            Moje życie wydawało mi się czymś strasznym – głupia, samolubna dziewczyna, o czerwonych włosach i niewyparzonym języku. Nienawidziłam tego jak żyłam; matki, która tak naprawdę nigdy nie była moją prawdziwą rodzicielką, ojca, który zmarł na długo przed moim narodzeniem, wszystkich ludzi wokoło, duchów. Lecz wtedy, stojąc na balkonie domu Logana, jedynym o czym marzyłam było tylko to, by stać tam jako żywa osoba, nie jako duch, którym byłam.
 - Logan… - wyszeptałam.
            Przeniósł wzrok na moją postać. Uśmiechnął się łagodnie. Przez ten jeden moment wyglądał cudownie – młodo i radośnie. Ale moje słowa starły jego uśmiech.
 - Chciałabym odjeść – powiedziałam cicho i powoli.
            Gwałtowanie zbladł. Otworzył usta jakby chciał coś powiedzieć, lecz po chwili je zamknął. Nie skomentował mojego wyznania, ale cała nikła radość w jego oczach, która pojawiła się wraz ze mną, całkowicie wyparowała.
 - Wszyscy otrzymali od życia to, co im się należało. Nick i Maxine będą świetnymi rodzicami. Twoja siostra psychologiem, do którego każdy będzie chciał się dostać. A ty… ty musisz sobie poradzić. Dla mnie. – Chciał już coś powiedzieć, lecz powstrzymał go mój wzrok. – Jestem zmęczona patrzeniem na ludzkie istnienie. Żyjecie, marnując to, czego ja już nie mam.
            Nic nie odpowiedział. Właśnie takiej reakcji się bałam. Położył swoją ciepłą dłoń, pełną życia, na mojej widmowej ręce, przykrywając ją całkowicie. Byłam gotowa na wrzaski, smutek, a nawet to, że wypomniałby mi, iż chcę go zostawić. Ale nie byłam gotowa na pozwolenie.
 - Dni były dla mnie udręką – wyszeptał, nie patrząc na mnie. – Tylko wieczorami stałem tutaj i patrzyłem. Patrzyłem na kobietę, która  b y ł a , j e s t  i  b ę d z i e  dla mnie wszystkim.
            Zamrugał szybko. Zauważyłam jak spod powieki umyka mu łza. Stoczyła się po policzku, naznaczając jego skórę smugą. Zniknęła w gęstym zaroście, spływając po bliznach.
 - Jeśli właśnie tego chcesz, będzie to dla mnie dar. Bo wiem, że ja też się liczyłem w twoim życiu.
            Uśmiechnęłam się. Te słowa wywary na mnie ogromną radość. Logan naprawdę mnie kochał i nic, a nikt tego nie zmieniło. Minęło siedem lat – siedem lat udręki, bólu i żalu.
 - Chcesz, żebym im też powiedział? – zapytał cicho.
            Spokojnie pokiwałam głową. Strach, że mój ukochany nie będzie chciał pogodzić się z moją strata, zniknął, ustępując radości wzbierającej się w mojej piersi. Nadal z uśmiechem, przyglądałam się Loganowi.
 - Nie mogę ciebie o to prosić – powiedziałam. – Wiem, że Nick ciągle cię obwinia. To tak, jakbym wepchała cię w paszczę lwa.
            Przez ułamek sekundy jego usta wygięły się w półuśmiechu, jednak zaraz to zniknęło, a wyraz twarzy, jaki Logan ostatnimi latami przybierał, wrócił nagle.
 - Dla ciebie zrobię nawet to – mruknął, w końcu patrząc na mnie.
            Znowu przesunęłam palcem po jego zaroście, czując blizny. Pamiętałam jak czule on to robił, kiedy ogromna szmara zdobiła moją twarz. Zamknął oczy, czując mój dotyk. Jeśli bardzo się starałam, był on naprawdę rzeczywisty, mógł w pełni czuć moje palce.
            Zręcznie przysunął mnie do siebie. Oparłam się o jego pierś. Wydawałoby się to bezsensowne, ale naprawdę czułam jego zapach, a on mój dotyk. Liv wielokrotnie tłumaczyła mi, że jako duchy mamy naprawdę wielką moc. Większą niż się wydaje.
 - Tak strasznie za tobą tęskniłem – szepnął w moje włosy.
 - Ja też. Nawet nie wiesz jak bardzo.

            Stałam za Maxine, która bezskutecznie próbowała naciągnąć na siebie spodnie. Maleństwo zbyt mocno ją rozepchało, bo nie było szansy, by się zapięła.
 - Kolejne spodnie – mruknęła pod nosem.
            Szybko zrzuciła je z siebie i sięgnęła do szafy. Wyjęła długą sukienkę, sięgającą jej do kostek. Z łatwością się w nią wsunęła.
            Właśnie miała złożyć dżinsy, kiedy rozległ się dzwonek do drzwi. Doskonale wiedziałam kto za nimi stoi. Zamknęłam oczy i już stałam przy portalu, czekając, aż Maxine otworzy drzwi wejście.
 - Już, już – krzyknęła, docierając do klamki.
            Otworzyła drzwi na rozcież, trzymając dłoń na brzuchu. Jej pogodny wyraz twarzy od razu zniknął, ujrzawszy Logana.
            Ja sama mało nie otworzyłam oczu z zadumy. Miałam przed sobą całkiem inną osobą, niż tą, którą widziałam poprzedniego dnia.
            Logan stał wyprostowany. Jego włosy nie opadały już tak gęsto na czoło. Ostrzygł się dokładnie tak, jak wtedy, gdy miał siedemnaście lat. Na twarzy nigdzie nie było już zarostu, a zamiast tego z dumą prezentował jasnoróżowe szlaczki, wijące się na jego skórze. Chociaż smutek i pustka nie zniknęła całkowicie z jego oczu, były to już oczy mojego Logana.
 - Logan? – powiedziała speszona Maxine.
            Ten uśmiechnął się delikatnie.
 - Jak widać – mruknął. – Moje najszczersze gratulacje. Jak to się mówi – szczęśliwego rozwiązania.
            Niepewnie odpowiedziała. Nadal przypatrywała się jemu, jakby zobaczyła ducha. Nie wiem czy to za sprawą jego wyglądu czy poharatanej twarzy.
 - Kochanie? Wszystko w porządku? – dobiegł nas głos Nicka.
            Po chwili pojawił się przed drzwiami. Nie ubrał się jeszcze do końca,  a jego koszula była krzywo zapięta.
 - Ma… - zaczął, ale przeniósł wzrok na Logana. – A on co tu robi?
            Maxine niepewnie pokręciła głową. Wyglądała na równie zszokowaną jak i z resztą jej mąż. Nick zacisnął dłonie na oparciach wózka, tak, że aż zbladły.
 - Mówiłem ci, że masz tutaj nie przychodzić… - warknął.
 - Nick! – rzuciła w jego stronę Maxine.
            Opierała się o drzwi, jakby ciężko było jej nawet stać. Patrzyła intensywnie na męża, chcąc przekazać mu wiadomość samym spojrzeniem.
 - O co chodzi? – zapytała kobieta.
 - O Even – rzucił.
            Uśmiechnął się i przeniósł wzrok na mnie. Odpowiedziałam mu tym samym. Oczywiście od razu młoda para spojrzała za siebie, jednak nic nie zobaczyli.
 - Co? – zapytał Nick, przerywając ciszę.
            Logan nawet na niego nie patrzył. Zamiast tego z błyskiem w oczach przyglądał się mnie.
 - Od czego zaczynamy? – zapytał mnie.
            Nick i Maxine spojrzeli na siebie z przerażeniem w oczach. – Logan? – wybąkała przerażona kobieta.
 - Od początku. – Odpowiedziałam.
 - Even uważa, że powinniście dowiedzieć się wszystkiego od początku. Zaprosicie mnie do środka?
            Nie ruszali się. Żadne z nich nawet nie drgnęło. Więc wzięłam sprawy w swoje ręce. Podeszłam do Nicka od tyłu i złapałam za rączki wózka. Kiedy go przesuwałam, odwrócił się w moją stronę, z szokiem, malującym się na całej jego twarzy.
 - Co? Jak?! – wykrzyknął, a ja ciągnęłam go, aż do salonu, gdzie zatrzymałam wózek przy stoliku do kawy.
            Następnie znalazłam się w kuchni, gdzie włączyłam gaz pod czajnikiem.
            Maxine wsunęła głowę do mieszkania, a ujrzawszy zaistniałą sytuację, uśmiechnęła się, po czym wpuściła Logana do domu.
 - Skoro tak uważa Even – mruknęła.
           
           
            Siedzieli przy stoliku. Małżeństwo trawiło słowa Logana. Nick nerwowo zaciskał dłonie, Maxine ciągle wpatrywała się w sok w trzymanej przez siebie szklance. A ich gość wcale nie zwracał uwagi na ich reakcję. Cały czas uparcie patrzył na mnie, jakby chcąc wyrysować sobie mój obraz w głowie.
            Nick coś właśnie do niego powiedział, lecz ten zatapiał we mnie rozmarzony wzrok. Przewróciłam więc oczami.
 - Te, kochaś, mój kuzyn coś mówi – westchnęłam.
            On się wzdrygnął i przeniósł spojrzenie na Nicka.
 - Przepraszam, co mówiłeś? – zapytał Logan.
 - Jak to możliwe, że przez siedem lat nie powiedziałeś nam o tym co się tam stało?
            Logan uśmiechnął się, lecz po chwili przeszło to w grymas. Spojrzał na Nicka, jakby zadał mu najgłupsze pytanie świata.
 - No co tak patrzysz? – warknął.
 - Nick! – zganiła go Maxine. – Sam powiedziałeś, że ma się do ciebie nie zbliżać. Czy uważasz, że był na tyle głupi, by to zlekceważyć.
 - Mimo to tu jest – zauważył Nick.
            W tym momencie Logan odnalazł moje spojrzenie. Mrugnął, jakby hamując łzy, po czym ciężko wciągnął powietrze.
 - Teraz jedyne co przeze mnie przemawia to miłość do Even – wyszeptał.
            Wszyscy na niego spojrzeliśmy. Jego słowa wstrząsnęły mną do głębi. Uśmiechnęłam się delikatnie, mając nadzieję, że może chociaż to da mu trochę odwagi.
 - Musicie w końcu dowiedzieć po co tutaj przyszedłem. Nie chodziło tylko o opowiedzenie całej historii. Bo – i tutaj po raz pierwszy się zająknął. – Even chce, żebyście wiedzieli… ona chce odejść dalej.
            Po raz pierwszy od bardzo dawna poczułam poczucie winy. Patrzyłam jak szczęśliwy obrazek, z moimi przyjaciółmi i ich życiem w tle, rozmazuje się. Ich radość, wszystko co łączyło się na ich egzystencję, zrujnowało to jedno zdanie.
            Maxine nie chciała płakać. Widziałam to w jej oczach. Z całych sił zaciskała wargi i szybko mrugała. Nick nie był tak silny. Po prostu po jego policzku spłynęła pojedyncza łza, jakby przypieczętowanie wszystkiego.
 - Ja… nie chciałam – jąknęłam, cofając się w stronę ściany.
            Wpadłam na kredens, zwalając na ziemię zdjęcie, moje i Nicka. Była tam też Monique, która z uśmiechem obejmowała mojego kuzyna. Nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Oni przenieśli wzrok na mnie. A raczej tylko Logan, bo Maxine i Nick czuje wpatrywali się gdzieś w pobliże miejsca, gdzie stałam.
 - Chwila…
            Otworzyłam szufladę i tak jak się spodziewałam, znalazłam tam notes, wraz z masą długopisów. Wyrwałam jedną kartkę, po czym zaczęłam niechlujnie pisać po papierze, starając się ująć wszystko dokładnie i bezpośrednio.
 - Co się dzieje? – spytała przerażona Maxine.
 - Even? – zawtórował Nick.
            Skończyłam swoje dzieło. Podeszłam do moich przyjaciół i położyłam kartkę na stole, wcześniej zginając ją w pół. Spojrzałam na Logana.
 - Niech to przeczytają. Razem.
 - Macie to przeczytać. Razem – powtórzył za mną Logan, patrząc na oboje.
            Pokiwali niepewnie głowami. Maxine wzięła kartkę i otworzyła. Położyła sobie na kolanach. Prawie nie zauważyłam jak Nick łapię ją za rękę i trzyma, kiedy oboje przesuwają oczy po słowach, które pozostawiłam na papierze.

Czas wiele zmienił. Was w szczególności. Macie cudowne życie, którego szczerze Wam zazdroszczę. W bliskiej przyszłości urodzi się Wam dziecko. Maleńka istotka, dla której macie być wszystkim.
To nie czas ma wspominanie tego co było. Wy chcecie iść dalej i ja również. Kocham Was całym sercem i tak będzie już na zawsze. Musicie pozwolić mi odejść, tak jak my, Ty i ja, Maxine, pozwoliłyśmy Nickowi, lata temu.
Żyjcie dalej. Trwajcie. Wychowajcie swoje dziecko z myślą, że jego ciocia była kimś wyjątkowym. Kochajcie się na zawsze i odwiedzajcie mój grób.

Kocham Was,
Even

PS – zostawcie Logana w spokoju. On nie jest niczemu winny. Tak zdecydowałam ja; właśnie ty powinniście to pojąć.


 - Czy… mogę ci coś powiedzieć? – zapytała niepewnie Maxine, podnosząc wzrok znad kartki. – Tamtego dnia, kiedy Nick był w szpitalu, pokłóciłyśmy się. Tak naprawdę to nigdy się nie pogodziłyśmy. Nie pożegnałyśmy się, a kiedy się dowiedziałam, że ty… ty… nie potrafiłam sobie wybaczyć, że nawet z tobą normalnie nie rozmawiałam. Nawet wczoraj, dzisiaj i zapewne jutro, będę cholernie tęsknić. Proszę wybacz mi to.
            Uśmiechnęłam się. Zamknęłam oczy. Policzyłam do dziesięciu. Sztuczki, które odkryłam będąc duchem, zaskakiwały mnie nie raz.
            Przypomniałam sobie te dni, kiedy Maxine była dla mnie oparciem. Najlepszą przyjaciółką. Widziałam jak wiele zmieniło się we mnie dzięki niej. Przełknęłam łzy i smutek. Pomyślałam o tym, jak chciałabym aby spłynął na nią spokój ducha.
            Kiedy otworzyłam oczy, ukazał mi się widok Maxine, która z nieskrywanym szokiem patrzyła wprost w miejsce, gdzie stałam. Jeśli moja ,,sztuczka ‘’ zadziałała, zobaczyła mnie. Nie całkiem, ale jako jasną poświatę wokoło mojej postaci. Coś takiego działało tylko za pierwszym i ostatnim razem.
 - Oh, Even – wyszeptała.
            Przesunęłam wzrok na Nicka, kręcąc głową.
 - A ty mógłbyś przestać być nadętym dupkiem, braciszku – mrugnęłam.
            Dla odmiany Logan zaczął się śmiać. Nikt nie spiorunował go wzrokiem – było to potrzebne rozładowanie nastroju. Zamiast tego zaczęłam chichotać wraz z nim.
 - Z czego się tak cieszysz? – dopytywał Nick.
  - Even, powiesz mu sama? – rzucił.
            Pokiwałam głową. Podeszłam do okna, wychodzącego na podwórze i dotknęłam je ręką. Zaparowało całe, jakbym na niego pochuchała. Z uśmiechem błąkającym się na wargach, napisałam palcem na szybie słowa, które wypowiedziałam wcześniej.
            Spodziewałam się tylko jakiegoś warknięcia, wybuchu czy czegoś, co byłoby w stylu tego Nicka. Ten jednak skitował to słowami:
 - Ależ ty subtelna.
            Tak właśnie chciałam by to wyglądało – wszystko miało być piękne, kolorowe. Bez łez i smutku. Pragnęłam, by moi bliscy byli szczęśliwi. Może mi się to udało, może nie.
 - No to chyba czas na mnie – powiedziałam cicho.
            Logan spojrzał na mnie przerażony.
 - Mógłbyś wyjść na zewnątrz? Koło tego drzewa o tam – wskazałam na drzewo na oknem.
            Pokiwał głową, ale najpierw zapytał o zgodę Nicka. Ten tylko pokiwał głową.
            Wyszliśmy na dwór. Wiał łagodny wietrzyk, który bardziej widziałam niżeli czułam. Logan stanął naprzeciw mnie, bardzo, ale to bardzo, blisko.
 - Dopiero co się dostałem, a teraz znowu znikniesz – wymruczał pod nosem.
 - Dobrze się dzieje – szepnęłam.      
            Patrzyłam na blizny na jego twarzy. One z nim zostaną i nigdy nie znikną. Tak samo jak pamięć o mnie. Na zawsze będzie wypełniać jego cząstkę, nieważne jak głęboko. I chociaż odejdę, nadal będzie o mnie pamiętać.
 - Nigdy nie lubiłem pożegnać.
 - Ja też nie.
            Odsunęłam się. Nie chciałam tego przeciągać.
 - Muszę jeszcze porozmawiać z Liv. Ale kiedy to się w końcu stanie, poczujesz. Wszyscy poczujecie.
            Pokiwał ze smutkiem w głowie. Delikatnie uniósł dłoń i dotknął nią miejsca, gdzie jak podejrzewałam, znajdowało się jego serce.
 - Każda linia mego życia jest ważna. Lecz ta, która prowadzi prosto do serce, to ty.
            Poczułam piekące łzy. Zamknęłam oczy. Na moment zapomniałam dlaczego chciałam odejść. Dlaczego chciałam to zrobić. Jednak wszystko wróciło do mnie szybko. Nie mogłam zostać.
 - Żegnaj, Logan. Już na zawsze.
 - Kocham cię, Even. Już do końca moich dni.
 - Ja ciebie też – szepnęłam, po czym się rozmyłam.
           
            Szłam do bramy, ubrana w śnieżnobiałą sukienkę. Tak właśnie wyobrażałam sobie kiedyś śmierć – łagodną i niewinną.
            Liv stała niedaleko. Uważała, że podjęłam słuszną decyzję, ale jeśli nie mam jeszcze odwagi, mogę poczekać. Nie chciałam jednak jeszcze tego odwlekać.
            Kiedyś cała ta ,,brama’’ wydawała się łukiem z metalu, pięknie ozdobionego. Jednak kiedy podeszłam do niej, z bliska dostrzegłam szczegóły – pnącza roślin, kwiaty i owoce. Uschnięte, przeplatające się z żywymi. Bo symbolizowały śmierć i życie. To był prawdziwy pogrzeb, rzeczywista śmierć. Pogodzenie się ze swym losem.
            Obejrzałam się tylko za siebie, niepewna tego co mnie czeka. Śmierć była trudna. Jednak strach minął.
            Zamknęłam oczy i postawiłam, być może, ostatni krok.
           
            Poczułam się naprawdę dziwnie. Trochę jakbym sunęła w powietrzu – łagodnie, porywana przez wiatr. Nic nie ciążyło mi na piersi, a ból związany z każdym nieszczęściem całkowicie zniknął. Jasność. Ciepło. Nawet nie potrafię tego w pełni poczuć.


            Otworzyłam oczy. Nad sobą zobaczyłam szpitalne lampy, zmartwionych lekarzy ubranych w białe fartuchy. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz