- Jeszcze trochę, a mój brzuch eksploduje! –
skarżyła się Maxine swojej teściowej. – A Nick mówi, że to nic takiego!
- Mój syn nigdy nie był w stanie zrozumieć
jakie kobiety przechodzą cierpienia. Ale – uśmiechnęła się – usta zamyka mu
fakt, że rodziłam go pięć godzin.
Obie się zaśmiały. Maxine była w
ósmym miesiącu ciąży. Oboje z Nickiem nie chcieli poznać płci ich dziecka.
Miała to być dla nich niespodzianka.
- Nie wiem jak mama wytrzymała to dwa razy –
mruknęła Maxine, a ciocia tylko się uśmiechnęła w odpowiedzi.
- Rekompensatą za to był płacz moich syn, gdy
się narodzili – wyznała kobieta.
Nick był w pracy . Tego dnia miał
ważną konferencję w biurze, więc miał wrócić dopiero wieczorem. Dlatego też z
chęcią ciocia spędziła cały dzień w towarzystwie synowej, której ciążowy brzuch
i ciągłe kopnięcia dziecka, przeszkadzały coraz bardziej. Ciągle się śmiały,
popijając herbatę i jedząc babeczki z czekoladą. Wszystko grało, więc
postanowiłam je opuścić. Zamknęłam oczy i pomyślałam o pewnym balkonie.
Znalazłam się tam gdzie chciałam.
Przed sobą miałam podwórze. Pod dużym, wypielęgnowanym drzewem zawieszona była
huśtawka. Z dębowych desek, pomalowana na czerwono. Siedziała na niej
dziewczyna. Miała łagodną buzię i spokojny wyraz twarzy. Na lekkim wietrze
powiewały jej ładne, ciemne włosy, długie i zadbane. Na kolanach trzymała
książkę, którą czytała z zainteresowaniem. Na chwilę tylko unosiła wzrok, jak
gdyby w powieści był bardzo ciekawy fragment.
Usłyszałam jak trzaskają drzwi
tarasowe. Serce zabiło mi szybciej (tak mi się wydawało, ale w końcu nie
żyłam). Wiedziałam kogo zaraz zobaczę. I tak właśnie się stało. Po prostu szedł
w stronę siostry, ale te kroki były ospałe i przepełnione żalem.
Emily uniosła wzrok żeby popatrzeć
na brata. Uśmiechnęła się życzliwie. Ta mała dziewczynka, która miała naprawdę
trudne dzieciństwo, wyrosła na dojrzałą, jak na swój wiek, nastolatkę, która
zadziwiała mnie za każdym razem swoim spokojem i opanowaniem.
- Co czytasz? – zapytał ją kiedy był już obok.
Dziewczyna pokazała jemu okładkę
powieści.
- Uważam, że jesteś za młoda na te
psychologiczne bzdety – zaśmiał się. – Ale fajnie by było jakbyś została tym
psychologiem, może miałbym zniżkę.
Emily
zaśmiała się perliście. Od kiedy skończyła trzynaście lat, jej największym
marzeniem było zostanie psychologiem. Logan był tego świadom, więc z chęcią na
to przystawał.
Zmienił
się. To nie ulegało wątpliwością. Jego włosy były dłuższe, niżeli
kiedykolwiek. Ciągle zgarniał je z
czoła, ze zdenerwowaniem przesuwając je długimi palcami. Wiedziała też, ze potrafił całą noc nie spać.
Męczyły go koszmary, kiedy tylko zamknął oczy. Dlatego też oczy miał
podkrążone, a na czole wystąpiło mu wiele zmarszczek od ciągłego marszczenia
czoła. Miał dwadzieścia cztery lata, a wyglądał co najmniej na trzydzieści
pięć. Rzadko się uśmiechał. Głównie przy siostrze, która przez ostatni czas
często mieszkała w jego małym domku, w którym zaszył się po mojej śmierci i
wyjściu ze szpitala. Kiedy się denerwował wyciągał spod kołnierzyka koszuli,
swetra czy koszulki, naszyjnik. Małe, srebrne serduszko chowało się pomiędzy
jego palcami, a jego oddech zawsze wracał do normy.
- Co u taty? – zapytała Emily.
Od kilku tygodni ich ojciec skarżył
się na bóle pleców. Ciągła praca, przesiadywanie po nocach w biurze i
gabinecie, już dawało o sobie znać. Zaczął więc różne kuracje i rehabilitacje,
aby na starość całkowicie go nie złamały. Dlatego od jakiś dwóch miesięcy
mieszkała z nim Emily, która miała od niego nawet bliżej do szkoły. Po za tym
Logan cieszył się z jej obecności.
Emily
wyciągnęła rękę i pogładziła jego policzek, oszpecony zarostem. Chłopak – a
może już mężczyzna – dał sobie spokój z goleniem. Po za tym zarost zasłaniał
blizny, które zostały po wypadku. Wiedziałam, że sprawiały mu ból, każdego
dnia, gdy na nie patrzył.
- Mógłbyś się ogolić – zaśmiała się
dziewczyna. – Zaczynasz zmieniać się w goryla.
Logan lekko się odsunął. Zamykał się
w sobie coraz bardziej. Bałam się, że pewnego dnia całkiem zniknie.
- O której przyjdzie Sibylle? – zmieniła
temat.
- Nie wiem – mruknął w odpowiedzi. – Nie za
bardzo mnie to obchodzi.
Sibylle Caster. Kojarzycie?
Pracowała z Loganem jako ratowniczka. Dopięła swego. Czy mogłabym być zazdrosna
o dziewczynę, która figurowała jako jego narzeczona, ale on miał ją gdzieś?
Taka była prawda. Na jakieś imprezie sama podsunęła mu pierścionek i, że niby
to on go kupił. Wiedziałam po co z nią był. Wcale sobie tego nie wmawiałam.
Naprawdę to wiedziałam.
Co wieczór wychodził na balkon.
Zawsze patrzył na gwiazdy i cicho, ledwo dosłyszalnie szeptał.
- Boże, tak strasznie chciałbym, żeby ona
wróciła. Dał bym wszystko, żeby budzić się obok niej.
Wiedziałam, że nie chciał dotykać
Sibylle. Ona zdawała sobie z tego sprawę. Nie rozmawiali. Mieszkali razem,
,,spali’’ w jednym łóżku, o ile Logan w ogóle wchodził do sypialni. Spał prawie
zawsze na kanapie, bo nie chciał przez przypadek jej dotknąć. Ona na początku
myślała, że wygrała. Z czasem jednak zaczęła zdawać sobie sprawę, że miała być
dla niego zapomnieniem, które nie działa. Ale za bardzo podobały się jej
uznania koleżanek, aby po prostu zakończyć tą znajomość. Czasem chłopak był dla
niej miły – przynosił kwiaty, proponował wspólne obejrzenie filmu. Ale był przy
tym tak sztuczny, że nawet mi było szkoda Sibylle.
- Mógłbyś chociaż udawać, że cię ona
interesuje – wytknęła mu Emily.
Spojrzał na nią wzrokiem, który mógł
wiele zasugerować. Był twardy i zimny, przypomniał trochę oczy kogoś martwego.
- Obiad już gotowy – warknął, odwracając się
od niej. – Jak chcesz to jedz.
I odszedł. Widziałam u niego takie
ataki. Często. Zamykał się nawet na własną siostrę. Gdyby tylko wiedział, że
właśnie ze względu na nią wrócił do życia.
Emily zamknęła książkę i ciężko
westchnęła.
- Och, Even – wyszeptała. – Musiałaś odejść?
Wzdrygnęłam się na dźwięk własnego
imienia. Namieszałam w jej życiu, które potencjalnie miało być takie
szczęśliwe.
Siedziała właśnie w kuchni, jedząc
przygotowany przez Logana obiad (czyli odmrożonego w piekarniku kurczaka z
warzywami) kiedy przyszła Sibylle. Trzeba jej było przyznać, że potrafiła o
siebie zadbać. Miała mocny makijaż, który zamiast nadać jej wyglądu sztucznej
dziuni z przedmieścia, sprawiał, że wyglądała dojrzalej. Idealnie dopasowane do
siebie ubrania, jasna, matowa szminka. Położyła torebkę i zdjęła płaszcz.
- Witaj skarbie – przywitała Sibylle. –
Smacznego.
- Dziękuję – odparła beznamiętnie Emily, która
nie przepadała za kobietą.
- Logan u siebie? – wyćwierkała.
Dziewczyna odpowiedziała kiwnięciem
głową. Jednak kiedy Sibylle pokierowała się w stronę gabinetu narzeczonego,
Emily ponownie się odezwała.
- Nie radziłabym. Ma zły humor.
- Jak zawsze – wycedziła Sibylle.
Powędrowałam za nią do gabinetu
Logana. Było to starannie urządzone miejsce, z dobranymi do siebie meblami w
odcieniu ciemnej wiśni, z dużym biurkiem. O ile Logan był strasznie zaniedbany,
jego biuro było starannie zagospodarowane, kurze starte, a dokumenty poukładane
w idealne kupki.
Stało tam coś, zasłonięte
kalendarzem i pudełkiem chusteczek, zdjęcie oprawione w pozłacaną ramkę. Moje
zdjęcie. Patrzył na nie tak często, że byłam pewna iż nie zapomni mojej twarzy.
Miałam przynajmniej taką nadzieję.
- Cześć, kochanie! – Sibylle bezceremonialnie
weszła do gabinetu.
Zamiast słodkiej odpowiedzi,
otrzymała tylko znudzone spojrzenie. Logan jakby spróbował się uśmiechnąć, ale
zaraz wrócił do kartki, którą wypełniał.
- Co znowu się stało? – westchnęła teatralnie,
podchodząc do niego.
Chciała cmoknąć go w policzek, ale
się odsunął. Na jej policzki wystąpiły czerwone plamy. Zacisnęła dłoń i ją
rozluźniła.
- Tina zaprosiła nas na kolacje. Kończy
dwadzieścia pięć lat. – Powiedziała dobitnie, opierając się o biurko.
Logan nawet nie podniósł wzroku. W
końcu, czując nadal jej obecność, uniósł głowę.
- Nie. Mam. Ochoty – mówił głośno i dobitnie.
Sibylle zrobiła się jeszcze bardziej
czerwona. Odsunęła się, ramiona zwiesiła po bokach. Zaciskała i rozluźniała
palce.
- Znowu jest jakaś cholerna rocznica?! –
wrzasnęła. – Znowu przez tydzień będziesz się tylko ślinił do dziewczyny, która
nie żyje?!
Logan wstał. Tym razem nie mógł
wytrzymać. Instynktownie się odsunęłam, ale przecież nic nie mogli mi zrobić.
- Zachowujesz się jakby ta szczeniacka miłość
była najcudowniejsza na świcie! Tylko ona się liczy!
Patrzyli na siebie przez chwilę.
Widziałam jak w oczach Logana pojawiają się ogniki gniewu. Sibylle nawet nie
wiedziała z czym zadziera.
- Nie rozmawiasz ze mną. Nie dotykasz mnie.
Nie wychodzisz – wyliczała. – Ciągle muszę tłumaczyć się znajomym, że jesteś
chory, że masz dużo pracy…
- Mam w dupie twoich znajomych – przerwał jej.
- Mnie również?! – wrzasnęła.
Logan jakby się skurczył. Chciał
wyjść, ale złapała go za ramię. Wzdrygnął się i odwrócił w jej kierunku.
- Puść. Mnie. – Wycedził.
- Nie – mówiła podniesionym głosem. – Teraz
mnie posłuchasz. Cały czas jestem dla ciebie jakąś zabawką. Liczy się tylko
martwa dziewczyna, z którą nic cię nie łączyło. Znosiłam ją, bo była dla ciebie
ważna. Ale jest ważniejsza od wszystkiego.
Puściła go, ale wzięła w dłonie moje
oprawione zdjęcie.
- Oddaj mi to – warknął Logan.
- To jest wszystko co się liczy! Jakaś nie
żyjąc dziewucha!
Rzuciła ramkę w ścianę. Ta odbiła
się od niej i spadła na podłogę. Szkło poleciało w różnych kierunkach. Logan nie
był już zły. On był smutny. W jego oczach pojawiły się łzy. Ramiona mu opadły.
Naprawdę mógł zaraz zniknąć.
- Wynoś się – powiedział cicho. – Idź stąd.
Sibylle podeszła do niego. Chciała
go objąć, ale on odepchnął ją gwałtownie, tak że poleciała na biurko.
- Wynoś się! – wrzasnął.
Ona wyglądała jakby nie wiedziała,
co ma zrobić. Trochę jakby była nieświadoma tego, co właśnie zrobiła. Spojrzała
na niego zszokowana.
- Logan, misiu – wyszeptała.
- Won! – krzyczał głośno. Bardzo głośno.
Sibylle podeszła do drzwi. Wyglądała
jakby to on zranił ją.
- Powinieneś o niej zapomnieć. Ja tu jestem.
Ona nie.
Wziął książkę z biurka i rzucił
wprost w nią. Udało jej się uchylić. Dalej stała w drzwiach, patrząc na niego z
żalem. Kilka łez wypłynęło jej z oczu.
- Powiedziałem: SPIERDALAJ!
Tym razem wyszła. Pobiegła do drzwi
wyjściowych, złapała za torebkę i płaszcz, i ze łzami w oczach spojrzała na
Emily, która z niepokojem podbiegła do niej.
- Co się stało? – zapytała przerażona.
- Ja już nie wiem co robić – odpowiedziała
bezradnie, wychodząc.
Emily szybko ruszyła do gabinetu
brata. Zastała go, klęczącego nad szczątkami ramki. Zobaczyła krew na jego
rękach, przerażona szybko pobiegła do łazienki, wzięła apteczkę i wróciła do
Logana.
- Coś ty zrobił? – rzuciła do niego, klękając
obok.
On
nic nie powiedział. Zaczął płakać. Emily tylko raz widziała jak jej brat
płakał. Chciała do niego wejść, w pierwszą rocznicę mojej śmierci, i zobaczyła
jak Logan tonie we łzach. Zawsze starał się to ukryć. Ale tego dnia już nie dał
rady.
- Chciałem zapomnieć. Ona tego chciała. Ale
nie potrafię. Nie umiem sobie wybaczyć, że to ona mnie ocaliła, a nie ja ją.
Gdy zamykam oczy widzę jak umiera. Śnię o tym jak tylko zasnę. – Łkał. – Przez
ostatnie siedem lat pokochałem ją tylko mocniej.
Emily przytuliła go do piersi,
kołysząc brata lekko, niczym małe dziecko. Ciągle płakał. Ciągał nosem, nie
wiedząc jak zapomnieć. O mnie. Chciał zapomnieć, ale nie mógł. Znałam ten ból.
Mogłam odejść, zapomnieć. Ale zostałam. Bo na Ziemi zostali ludzie, których tak
kochałam.
Długo jeszcze Emily kołysała Logana.
Nawet kiedy już przestał płakać, dalej go tuliła. Mijały może minuty, a może
godziny. Dalej wtulał się w nią, szukając wsparcia kogoś, kto go
bezinteresownie kochał.
Siedziałam na barierce balkonu,
opierając się o ścianę domu. Duchy mogły się na tyle zmaterializować, że
spokojnie mogłam siedzieć na czymś, bez strachu, że przez to przeniknę. Każdego
wieczoru, przez ostatnie pięć lat, kiedy wszyscy zasypiali, siadałam tam i
patrzyłam na gwiazdy. Tak ładnie było je stamtąd widać. Przez dwa lata nie
chciałam wiedzieć co się z nim działo; za bardzo bolało. Jednak pewnego
wieczoru, kiedy właśnie tam się pojawiłam, stał na balkonie i również patrzył
na gwiazdy. Kiedy usiadłam na barierce, przez moment patrzył prosto na mnie.
Wydawało mi się, że nawet się uśmiecha. Jednak po kilku sekundach odwracał
wzrok. Działo się tak każdego następnego dnia. Nie wiem czy coś przyciągało
jego spojrzenie na mnie, ale czułam się jakby naprawdę patrzył na mnie. Dlatego
też zawsze tam najbardziej lubiłam być. Mówił coś. Zawsze o mnie. Wygłaszał
długie monologi o tęsknocie do mnie. Czasami jego słowa sugerowały, że pamięta
co się wydarzyło przez czas, który spędziliśmy razem, jako duchy. Ale nie byłam
tego pewna. Coś jednak musiało pozostać mu w głowie, bo wiedział, że go kocham.
- Even, tak strasznie mi ciebie brakuje –
szepnął do nieba tamtego wieczoru. – Tak bardzo tęsknie.
Po jego policzkach już spływały
pierwsze łzy. Nienawidziłam patrzeć jak płacze z mojego powodu. Przecież
zależało mi na jego szczęściu, a on tylko rozpaczał przez moją osobę. Bolało
mnie to niemiłosiernie, ale nie mogłam tego zmienić.
Tak chciałam go dotknąć! Ale nic by
nie poczuł. Może lekki dreszcz, który powiązałby z wieczorną pogodą.
- Och, Even.
Podszedł do ściany i osunął się na
nią. Otulił się ramionami i płakał. To nie był Logan, którego pokochałam – ten
sarkastyczny chłopak, z idealnym nieładem na włosach i szarmanckim uśmiechem.
Tamten znał ripostę na każde moje zdanie, uśmiechał się do obcych dziewczyn,
rozmawiał ze mną jak z kumplem. Potem był ten Logan, który wyznał mi prawdę o
sobie, pokazał swój niesamowity tatuaż. Następnie poznałam Chrisa – chłopaka,
którego musiałam uratować. I mi się udało. Ten Logan nie był żadnym z nich. Był
kimś kogo po prostu nie umiałam uratować.
Podniósł głowę. Miał czerwone oczy,
całkowicie rozczochrane włosy. Spojrzał prosto na mnie. Jego wzrok był
przesycony smutkiem i bólem. Nikt nigdy tak na mnie nie patrzył. Chciałam uciec
od tego spojrzenia. Przeszywało mnie na wskroś.
Przez przypadek coś zrobiłam i
spadłam z barierki. Rzecz jasna nic nie mogło mi się stać, a wystarczyła
sekunda, bym znalazła się tam z powrotem. Kiedy znikałam zobaczyłam Logana,
który gwałtownie wstał i rzucił się w moim kierunku. Pomyślałam o balkonie i
pojawiłam się zaraz za nim. Od razu jednak rozszerzyłam oczy ze zdziwienia.
Musiał mnie widzieć…
Odwrócił się i odskoczył. Byłam już
pewna.
- Widzisz mnie – pisnęłam.
Staliśmy tam. Wpatrzeni w siebie. Na chwilę
zamknęłam oczy. Nie mogłam uwierzyć w to, co malowała przede mną rzeczywistość.
Widział mnie. Logan mnie widział.
Otworzyłam więc oczy. Miałam go
przed sobą. Chociaż w wielu czynnikach nie przypominał mojego Logana, to nadal
był on. Miał jego spojrzenie – tych ciemnoniebieskich tęczówek, o barwie
rozgwieżdżonego nieba. Uśmiechnął się, tak smutno i żałośnie, że jedyne o czym
marzyłam, to go dotknąć.
- Jak… jak? – wyszeptałam.
Pokręcił głową. On też nie wiedział.
Dopiero po moich słowach wypuścił powietrze. Mój głos się nie zmieniał. Siedem
lat, a ja nadal byłam tą samą osobą, którą opuścił tyle miesięcy temu.
- Even – powiedział tak po prostu, jakby nie
wierzył własnym oczom.
- Przez ten cały czas? – zapytałam niepewnie.
Tym razem przytaknął niepewnie.
Każde jego spojrzenie na mnie, nie było przypadkowe. Widział mnie, ale bał się
do tego przyznać.
- Co ty ze sobą robisz? – rzuciłam w końcu.
Jego spojrzenie stwardniało. Dalej
patrzył wprost na mnie, chłonąc każdą cząstkę moje nierzeczywistego ciała.
Byłam duchem. Jakimś dymem. Mogłam uciec w każdym momencie. Mogłam zniknąć
kiedy i gdzie chciałam.
Patrząc na niego w tamtej chwili,
coś we mnie pękło. Tak bardzo chciałam móc go wesprzeć, rozmawiać z nim,
powrócić do czasów, kiedy oboje byliśmy nastolatkami, chcącymi znaleźć cel w
życiu. Nieraz fantazjowałam na temat tego jak potoczyłoby się nasze życie,
gdybym nie umarła. Jednak nie mogłam cofnąć czasu. Nie było to w żaden sposób
możliwe.
- Even – powtórzył.
Wyciągnął dłoń w moim kierunku, jak
gdyby chciał mnie dotknąć. Zamknęłam oczy i znalazłam się za nim.
Odwrócił się do mnie. Na jego twarzy
nadal malował się smutek, tym razem jeszcze większy.
- Nie sądzę, by dotykanie mnie było dobrym
pomysłem – mruknęłam.
Podeszłam do barierki balkonu.
Skupiłam się na swoim ,,ciele’’ dzięki czemu nie przeniknęłam przez niego.
Logan zrobił to samo. Patrzeliśmy jak gwiazdy mrugają do nas z nieba. I chociaż
żadne z nas nie oczekiwało takiego rozwoju wydarzeń, żadne z nas się nie
odzywało. Po prostu staliśmy, patrząc.
- Dlaczego nie powiedziałeś mi o tym
wcześniej? – zapytałam spokojnie, nadal przyglądając się niebu . Czułam na sobie jego wzrok. To było
tak dziwne – w końcu poczuć, że w jakiś sposób istniejesz w tym świecie.
Marzyłam tylko o tym, by zatopić się w jego objęciach.
- Bałem się – zaczął. Jego głos był
zachrypnięty. Całkowicie zapomniałam o tym ile czasu płakał. – że kiedy tylko
ci o tym powiem, znikniesz. Że jesteś tworem mojej wyobraźni. Że jedynie
chciałbym by tak było.
Pokiwałam głową. Rozumiałam go.
- Czy ty…
Ponownie przytaknęłam.
- Obłęd.
- Z tym się zgodzę – powiedziałam spokojnie.
Podeszłam do niego. Chociaż
obiecałam sobie, że go nie dotknę, nie potrafiłam się powstrzymać. Uniosłam
dłoń i pogładziłam go lekko po zaroście, zakrywający jego policzek.
- Nienawidzę bród – mruknęłam. – Te blizny
zaistniały dzięki mnie. W jakiś sposób to pamiątka po mnie.
Uśmiechnął się, przykrywając moją dłoń swoją
ręką. Czułam ciepło bijące od jego nagrzanej skóry. Mogło się to wydawać
abstrakcyjne – takie właściwie było – ale chciałam trwać w tym uczuciu
wieczność.
- Nie jestem tobą – rzucił, przykładając sobie
moją dłoń do ust. Powoli całował każdy z moich palców, jakby chcąc się
przekonać, że naprawdę w jakiś sposób tam stoję. – Nie pokazuje się publicznie
z rozharataną twarzą. Źle wychodziłbym na zdjęciach.
Przez moment przypominał mi dawnego
Logana – przystojnego chłopaka, niedbale uczesanego z ciemnym, sportowym autem,
który jednym spojrzeniem wywracał w głowach wszystkim dziewczynom.
- Zawsze wyglądasz czarująco – westchnęłam,
dość blisko jego twarzy. – Ale te włosy już dawno wyszły z mody.
I chociaż nie był to najcudowniejszy
żart świata, oboje się roześmialiśmy. Jego perlisty śmiech sprawiał, że
poczułam motylki łopoczące w brzuchu. Była szansa na to by był szczęśliwy.
- Tak bardzo za tobą tęsknie. Wszystko mi
ciebie przypomina. Wszystko.
Pomyślałam o brudnych, zniszczonych
domach w okolicy mojej szkoły. Albo o śmietnikach na obrzeżach miasta. To
raczej nie było miłe. Szybko otrząsnęłam się z tych myśli.
- Ja nie wrócę. – Powiedziałam. – Wiesz o tym.
Cała radość odpłynęła z jego twarzy.
To co zbudowaliśmy wciągu tych kilki minut, zburzyłam jednym zdaniem.
- Czy ty pamiętasz co się tam stało? –
zapytałam cicho, patrząc na jego niespokojną twarz.
Nie odpowiedział od razu. Nie
wiedziałam jakie słowa padną z jego ust. Nie mogłam nawet się domyślać o czym
myślał.
- Kiedy się obudziłem nie pamiętałem niczego.
Kompletna pustka. Trwało to jednak kilka sekund. W końcu wziąłem pierwszy
głęboki oddech. A wszystko wróciło. Każdy szczegół. Moje pierwsze słowa, były
tylko jednym imieniem; Even.
Zamknęłam oczy. Nie chciałam tego
słyszeć. Byłam przekonana, że niczego nie pamiętał. A tutaj proszę, okazuję
się, że doskonale wiedział, co nas łączyło.
Przez
chwilę żadne z nas nic nie mówiło. Ja nadal zaciskałam powieki, chcąc poczuć
się chociaż trochę żywo. Kiedy je otworzyłam, zobaczyłam, że Logan patrzy na
niebo. Ciemne, rozjaśnione tylko gwiazdami, migoczącymi srebrnym blaskiem.
Miesiąc mienił się najbardziej, prawie całą postacią. Chociaż widok mnie
cieszył – przypominał te kilka momentów w życiu, gdy byłam naprawdę szczęśliwa
– wiedziałam, że moje słowa zniszczą całą radość, jaka zapanowała w naszych
sercach.
Moje życie wydawało mi się czymś
strasznym – głupia, samolubna dziewczyna, o czerwonych włosach i niewyparzonym
języku. Nienawidziłam tego jak żyłam; matki, która tak naprawdę nigdy nie była
moją prawdziwą rodzicielką, ojca, który zmarł na długo przed moim narodzeniem,
wszystkich ludzi wokoło, duchów. Lecz wtedy, stojąc na balkonie domu Logana,
jedynym o czym marzyłam było tylko to, by stać tam jako żywa osoba, nie jako
duch, którym byłam.
- Logan… - wyszeptałam.
Przeniósł wzrok na moją postać.
Uśmiechnął się łagodnie. Przez ten jeden moment wyglądał cudownie – młodo i
radośnie. Ale moje słowa starły jego uśmiech.
- Chciałabym odjeść – powiedziałam cicho i
powoli.
Gwałtowanie zbladł. Otworzył usta
jakby chciał coś powiedzieć, lecz po chwili je zamknął. Nie skomentował mojego
wyznania, ale cała nikła radość w jego oczach, która pojawiła się wraz ze mną,
całkowicie wyparowała.
- Wszyscy otrzymali od życia to, co im się
należało. Nick i Maxine będą świetnymi rodzicami. Twoja siostra psychologiem,
do którego każdy będzie chciał się dostać. A ty… ty musisz sobie poradzić. Dla
mnie. – Chciał już coś powiedzieć, lecz powstrzymał go mój wzrok. – Jestem
zmęczona patrzeniem na ludzkie istnienie. Żyjecie, marnując to, czego ja już
nie mam.
Nic nie odpowiedział. Właśnie takiej
reakcji się bałam. Położył swoją ciepłą dłoń, pełną życia, na mojej widmowej
ręce, przykrywając ją całkowicie. Byłam gotowa na wrzaski, smutek, a nawet to,
że wypomniałby mi, iż chcę go zostawić. Ale nie byłam gotowa na pozwolenie.
- Dni były dla mnie udręką – wyszeptał, nie
patrząc na mnie. – Tylko wieczorami stałem tutaj i patrzyłem. Patrzyłem na
kobietę, która b y ł a , j e s t i b ę
d z i e dla mnie wszystkim.
Zamrugał szybko. Zauważyłam jak spod
powieki umyka mu łza. Stoczyła się po policzku, naznaczając jego skórę smugą.
Zniknęła w gęstym zaroście, spływając po bliznach.
- Jeśli właśnie tego chcesz, będzie to dla
mnie dar. Bo wiem, że ja też się liczyłem w twoim życiu.
Uśmiechnęłam się. Te słowa wywary na
mnie ogromną radość. Logan naprawdę mnie kochał i nic, a nikt tego nie
zmieniło. Minęło siedem lat – siedem lat udręki, bólu i żalu.
- Chcesz, żebym im też powiedział? – zapytał
cicho.
Spokojnie pokiwałam głową. Strach,
że mój ukochany nie będzie chciał pogodzić się z moją strata, zniknął,
ustępując radości wzbierającej się w mojej piersi. Nadal z uśmiechem,
przyglądałam się Loganowi.
- Nie mogę ciebie o to prosić – powiedziałam.
– Wiem, że Nick ciągle cię obwinia. To tak, jakbym wepchała cię w paszczę lwa.
Przez ułamek sekundy jego usta
wygięły się w półuśmiechu, jednak zaraz to zniknęło, a wyraz twarzy, jaki Logan
ostatnimi latami przybierał, wrócił nagle.
- Dla ciebie zrobię nawet to – mruknął, w
końcu patrząc na mnie.
Znowu przesunęłam palcem po jego
zaroście, czując blizny. Pamiętałam jak czule on to robił, kiedy ogromna szmara
zdobiła moją twarz. Zamknął oczy, czując mój dotyk. Jeśli bardzo się starałam,
był on naprawdę rzeczywisty, mógł w pełni czuć moje palce.
Zręcznie przysunął mnie do siebie.
Oparłam się o jego pierś. Wydawałoby się to bezsensowne, ale naprawdę czułam
jego zapach, a on mój dotyk. Liv wielokrotnie tłumaczyła mi, że jako duchy mamy
naprawdę wielką moc. Większą niż się wydaje.
- Tak strasznie za tobą tęskniłem – szepnął w
moje włosy.
- Ja też. Nawet nie wiesz jak bardzo.
Stałam za Maxine, która
bezskutecznie próbowała naciągnąć na siebie spodnie. Maleństwo zbyt mocno ją
rozepchało, bo nie było szansy, by się zapięła.
- Kolejne spodnie – mruknęła pod nosem.
Szybko zrzuciła je z siebie i
sięgnęła do szafy. Wyjęła długą sukienkę, sięgającą jej do kostek. Z łatwością
się w nią wsunęła.
Właśnie miała złożyć dżinsy, kiedy
rozległ się dzwonek do drzwi. Doskonale wiedziałam kto za nimi stoi. Zamknęłam
oczy i już stałam przy portalu, czekając, aż Maxine otworzy drzwi wejście.
- Już, już – krzyknęła, docierając do klamki.
Otworzyła drzwi na rozcież,
trzymając dłoń na brzuchu. Jej pogodny wyraz twarzy od razu zniknął, ujrzawszy
Logana.
Ja sama mało nie otworzyłam oczu z
zadumy. Miałam przed sobą całkiem inną osobą, niż tą, którą widziałam
poprzedniego dnia.
Logan stał wyprostowany. Jego włosy
nie opadały już tak gęsto na czoło. Ostrzygł się dokładnie tak, jak wtedy, gdy
miał siedemnaście lat. Na twarzy nigdzie nie było już zarostu, a zamiast tego z
dumą prezentował jasnoróżowe szlaczki, wijące się na jego skórze. Chociaż
smutek i pustka nie zniknęła całkowicie z jego oczu, były to już oczy mojego
Logana.
- Logan? – powiedziała speszona Maxine.
Ten uśmiechnął się delikatnie.
- Jak widać – mruknął. – Moje najszczersze
gratulacje. Jak to się mówi – szczęśliwego rozwiązania.
Niepewnie odpowiedziała. Nadal
przypatrywała się jemu, jakby zobaczyła ducha. Nie wiem czy to za sprawą jego
wyglądu czy poharatanej twarzy.
- Kochanie? Wszystko w porządku? – dobiegł nas
głos Nicka.
Po chwili pojawił się przed
drzwiami. Nie ubrał się jeszcze do końca,
a jego koszula była krzywo zapięta.
- Ma… - zaczął, ale przeniósł wzrok na Logana.
– A on co tu robi?
Maxine niepewnie pokręciła głową.
Wyglądała na równie zszokowaną jak i z resztą jej mąż. Nick zacisnął dłonie na
oparciach wózka, tak, że aż zbladły.
- Mówiłem ci, że masz tutaj nie przychodzić… -
warknął.
- Nick! – rzuciła w jego stronę Maxine.
Opierała się o drzwi, jakby ciężko
było jej nawet stać. Patrzyła intensywnie na męża, chcąc przekazać mu wiadomość
samym spojrzeniem.
- O co chodzi? – zapytała kobieta.
- O Even – rzucił.
Uśmiechnął się i przeniósł wzrok na
mnie. Odpowiedziałam mu tym samym. Oczywiście od razu młoda para spojrzała za
siebie, jednak nic nie zobaczyli.
- Co? – zapytał Nick, przerywając ciszę.
Logan nawet na niego nie patrzył.
Zamiast tego z błyskiem w oczach przyglądał się mnie.
- Od czego zaczynamy? – zapytał mnie.
Nick i Maxine spojrzeli na siebie z
przerażeniem w oczach. – Logan? – wybąkała przerażona kobieta.
- Od początku. – Odpowiedziałam.
- Even uważa, że powinniście dowiedzieć się
wszystkiego od początku. Zaprosicie mnie do środka?
Nie ruszali się. Żadne z nich nawet
nie drgnęło. Więc wzięłam sprawy w swoje ręce. Podeszłam do Nicka od tyłu i
złapałam za rączki wózka. Kiedy go przesuwałam, odwrócił się w moją stronę, z
szokiem, malującym się na całej jego twarzy.
- Co? Jak?! – wykrzyknął, a ja ciągnęłam go,
aż do salonu, gdzie zatrzymałam wózek przy stoliku do kawy.
Następnie znalazłam się w kuchni,
gdzie włączyłam gaz pod czajnikiem.
Maxine wsunęła głowę do mieszkania,
a ujrzawszy zaistniałą sytuację, uśmiechnęła się, po czym wpuściła Logana do
domu.
- Skoro tak uważa Even – mruknęła.
Siedzieli przy stoliku. Małżeństwo
trawiło słowa Logana. Nick nerwowo zaciskał dłonie, Maxine ciągle wpatrywała
się w sok w trzymanej przez siebie szklance. A ich gość wcale nie zwracał uwagi
na ich reakcję. Cały czas uparcie patrzył na mnie, jakby chcąc wyrysować sobie
mój obraz w głowie.
Nick coś właśnie do niego
powiedział, lecz ten zatapiał we mnie rozmarzony wzrok. Przewróciłam więc
oczami.
- Te, kochaś, mój kuzyn coś mówi –
westchnęłam.
On się wzdrygnął i przeniósł
spojrzenie na Nicka.
- Przepraszam, co mówiłeś? – zapytał Logan.
- Jak to możliwe, że przez siedem lat nie
powiedziałeś nam o tym co się tam stało?
Logan uśmiechnął się, lecz po chwili
przeszło to w grymas. Spojrzał na Nicka, jakby zadał mu najgłupsze pytanie
świata.
- No co tak patrzysz? – warknął.
- Nick! – zganiła go Maxine. – Sam
powiedziałeś, że ma się do ciebie nie zbliżać. Czy uważasz, że był na tyle
głupi, by to zlekceważyć.
- Mimo to tu jest – zauważył Nick.
W tym momencie Logan odnalazł moje
spojrzenie. Mrugnął, jakby hamując łzy, po czym ciężko wciągnął powietrze.
- Teraz jedyne co przeze mnie przemawia to
miłość do Even – wyszeptał.
Wszyscy na niego spojrzeliśmy. Jego
słowa wstrząsnęły mną do głębi. Uśmiechnęłam się delikatnie, mając nadzieję, że
może chociaż to da mu trochę odwagi.
- Musicie w końcu dowiedzieć po co tutaj
przyszedłem. Nie chodziło tylko o opowiedzenie całej historii. Bo – i tutaj po
raz pierwszy się zająknął. – Even chce, żebyście wiedzieli… ona chce odejść
dalej.
Po raz pierwszy od bardzo dawna
poczułam poczucie winy. Patrzyłam jak szczęśliwy obrazek, z moimi przyjaciółmi
i ich życiem w tle, rozmazuje się. Ich radość, wszystko co łączyło się na ich
egzystencję, zrujnowało to jedno zdanie.
Maxine nie chciała płakać. Widziałam
to w jej oczach. Z całych sił zaciskała wargi i szybko mrugała. Nick nie był
tak silny. Po prostu po jego policzku spłynęła pojedyncza łza, jakby
przypieczętowanie wszystkiego.
- Ja… nie chciałam – jąknęłam, cofając się w
stronę ściany.
Wpadłam na kredens, zwalając na
ziemię zdjęcie, moje i Nicka. Była tam też Monique, która z uśmiechem
obejmowała mojego kuzyna. Nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Oni przenieśli
wzrok na mnie. A raczej tylko Logan, bo Maxine i Nick czuje wpatrywali się
gdzieś w pobliże miejsca, gdzie stałam.
- Chwila…
Otworzyłam szufladę i tak jak się
spodziewałam, znalazłam tam notes, wraz z masą długopisów. Wyrwałam jedną
kartkę, po czym zaczęłam niechlujnie pisać po papierze, starając się ująć
wszystko dokładnie i bezpośrednio.
- Co się dzieje? – spytała przerażona Maxine.
- Even? – zawtórował Nick.
Skończyłam swoje dzieło. Podeszłam
do moich przyjaciół i położyłam kartkę na stole, wcześniej zginając ją w pół.
Spojrzałam na Logana.
- Niech to przeczytają. Razem.
- Macie to przeczytać. Razem – powtórzył za
mną Logan, patrząc na oboje.
Pokiwali niepewnie głowami. Maxine
wzięła kartkę i otworzyła. Położyła sobie na kolanach. Prawie nie zauważyłam
jak Nick łapię ją za rękę i trzyma, kiedy oboje przesuwają oczy po słowach,
które pozostawiłam na papierze.
Czas
wiele zmienił. Was w szczególności. Macie cudowne życie, którego szczerze Wam
zazdroszczę. W bliskiej przyszłości urodzi się Wam dziecko. Maleńka istotka,
dla której macie być wszystkim.
To
nie czas ma wspominanie tego co było. Wy chcecie iść dalej i ja również. Kocham
Was całym sercem i tak będzie już na zawsze. Musicie pozwolić mi odejść, tak
jak my, Ty i ja, Maxine, pozwoliłyśmy Nickowi, lata temu.
Żyjcie
dalej. Trwajcie. Wychowajcie swoje dziecko z myślą, że jego ciocia była kimś
wyjątkowym. Kochajcie się na zawsze i odwiedzajcie mój grób.
Kocham
Was,
Even
PS
– zostawcie Logana w spokoju. On nie jest niczemu winny. Tak zdecydowałam ja;
właśnie ty powinniście to pojąć.
- Czy… mogę ci coś
powiedzieć? – zapytała niepewnie Maxine, podnosząc wzrok znad kartki. – Tamtego
dnia, kiedy Nick był w szpitalu, pokłóciłyśmy się. Tak naprawdę to nigdy się
nie pogodziłyśmy. Nie pożegnałyśmy się, a kiedy się dowiedziałam, że ty… ty…
nie potrafiłam sobie wybaczyć, że nawet z tobą normalnie nie rozmawiałam. Nawet
wczoraj, dzisiaj i zapewne jutro, będę cholernie tęsknić. Proszę wybacz mi to.
Uśmiechnęłam się. Zamknęłam oczy.
Policzyłam do dziesięciu. Sztuczki, które odkryłam będąc duchem, zaskakiwały
mnie nie raz.
Przypomniałam
sobie te dni, kiedy Maxine była dla mnie oparciem. Najlepszą przyjaciółką.
Widziałam jak wiele zmieniło się we mnie dzięki niej. Przełknęłam łzy i smutek.
Pomyślałam o tym, jak chciałabym aby spłynął na nią spokój ducha.
Kiedy otworzyłam oczy, ukazał mi się
widok Maxine, która z nieskrywanym szokiem patrzyła wprost w miejsce, gdzie
stałam. Jeśli moja ,,sztuczka ‘’ zadziałała, zobaczyła mnie. Nie całkiem, ale
jako jasną poświatę wokoło mojej postaci. Coś takiego działało tylko za
pierwszym i ostatnim razem.
- Oh, Even – wyszeptała.
Przesunęłam wzrok na Nicka, kręcąc
głową.
- A ty mógłbyś przestać być nadętym dupkiem,
braciszku – mrugnęłam.
Dla odmiany Logan zaczął się śmiać.
Nikt nie spiorunował go wzrokiem – było to potrzebne rozładowanie nastroju.
Zamiast tego zaczęłam chichotać wraz z nim.
- Z czego się tak cieszysz? – dopytywał Nick.
- Even, powiesz mu sama? – rzucił.
Pokiwałam głową. Podeszłam do okna,
wychodzącego na podwórze i dotknęłam je ręką. Zaparowało całe, jakbym na niego
pochuchała. Z uśmiechem błąkającym się na wargach, napisałam palcem na szybie
słowa, które wypowiedziałam wcześniej.
Spodziewałam
się tylko jakiegoś warknięcia, wybuchu czy czegoś, co byłoby w stylu tego
Nicka. Ten jednak skitował to słowami:
- Ależ ty subtelna.
Tak właśnie chciałam by to wyglądało
– wszystko miało być piękne, kolorowe. Bez łez i smutku. Pragnęłam, by moi
bliscy byli szczęśliwi. Może mi się to udało, może nie.
- No to chyba czas na mnie – powiedziałam
cicho.
Logan
spojrzał na mnie przerażony.
- Mógłbyś wyjść na zewnątrz? Koło tego drzewa
o tam – wskazałam na drzewo na oknem.
Pokiwał głową, ale najpierw zapytał
o zgodę Nicka. Ten tylko pokiwał głową.
Wyszliśmy na dwór. Wiał łagodny
wietrzyk, który bardziej widziałam niżeli czułam. Logan stanął naprzeciw mnie,
bardzo, ale to bardzo, blisko.
- Dopiero co się dostałem, a teraz znowu
znikniesz – wymruczał pod nosem.
- Dobrze się dzieje – szepnęłam.
Patrzyłam na blizny na jego twarzy.
One z nim zostaną i nigdy nie znikną. Tak samo jak pamięć o mnie. Na zawsze
będzie wypełniać jego cząstkę, nieważne jak głęboko. I chociaż odejdę, nadal
będzie o mnie pamiętać.
- Nigdy nie lubiłem pożegnać.
- Ja też nie.
Odsunęłam się. Nie chciałam tego
przeciągać.
- Muszę jeszcze porozmawiać z Liv. Ale kiedy
to się w końcu stanie, poczujesz. Wszyscy poczujecie.
Pokiwał ze smutkiem w głowie.
Delikatnie uniósł dłoń i dotknął nią miejsca, gdzie jak podejrzewałam, znajdowało
się jego serce.
- Każda linia mego życia jest ważna. Lecz ta,
która prowadzi prosto do serce, to ty.
Poczułam piekące łzy. Zamknęłam
oczy. Na moment zapomniałam dlaczego chciałam odejść. Dlaczego chciałam to
zrobić. Jednak wszystko wróciło do mnie szybko. Nie mogłam zostać.
- Żegnaj, Logan. Już na zawsze.
- Kocham cię, Even. Już do końca moich dni.
- Ja ciebie też – szepnęłam, po czym się
rozmyłam.
Szłam do bramy, ubrana w
śnieżnobiałą sukienkę. Tak właśnie wyobrażałam sobie kiedyś śmierć – łagodną i
niewinną.
Liv stała niedaleko. Uważała, że
podjęłam słuszną decyzję, ale jeśli nie mam jeszcze odwagi, mogę poczekać. Nie
chciałam jednak jeszcze tego odwlekać.
Kiedyś cała ta ,,brama’’ wydawała
się łukiem z metalu, pięknie ozdobionego. Jednak kiedy podeszłam do niej, z
bliska dostrzegłam szczegóły – pnącza roślin, kwiaty i owoce. Uschnięte,
przeplatające się z żywymi. Bo symbolizowały śmierć i życie. To był prawdziwy
pogrzeb, rzeczywista śmierć. Pogodzenie się ze swym losem.
Obejrzałam się tylko za siebie,
niepewna tego co mnie czeka. Śmierć była trudna. Jednak strach minął.
Zamknęłam oczy i postawiłam, być
może, ostatni krok.
Poczułam się naprawdę dziwnie.
Trochę jakbym sunęła w powietrzu – łagodnie, porywana przez wiatr. Nic nie
ciążyło mi na piersi, a ból związany z każdym nieszczęściem całkowicie zniknął.
Jasność. Ciepło. Nawet nie potrafię tego w pełni poczuć.
Otworzyłam oczy. Nad sobą zobaczyłam
szpitalne lampy, zmartwionych lekarzy ubranych w białe fartuchy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz