niedziela, 23 kwietnia 2017

Rozdział pięćdziesiąty czwarty

            Przeniosłam się na podłogę dobrą godzinę wcześniej, po czym jak tyłek wręcz odpadał mi od siedzenia na niewygodnych, szpitalnych krzesełkach.
            Opierałam głowę o ścianę, otwierając oczy za każdym razem, kiedy ktoś wychodził zza oszklonych drzwi, prowadzących na porodówkę. Minęło już wiele godzin, odkąd siedziałam z Nickiem na balkonie. Wówczas siedział z żoną, trzymając jej dłoń, podczas kiedy ona z całych sił modliła się, aby wszystko poszło dobrze.
            Postanowiłam udać się do szpitalnego baru, gdzie o tej porze nie było nikogo poza mną i panią sprzątaczką, która z rozleniwionym wyrazem twarzy przecierała szmatą stoliki. Podeszłam do automatu, z którego kupiłam sobie kawę (dość mocną, jak na moje priorytety), a następnie usiadłam do jednego ze stolików, który nadal miał mokry blat.
            Wyjęłam komórkę i po chwili namysłu wysłałam Scottowi wiadomość, zastanawiając się równocześnie czy może już nie śpi.
  Trafiłam idealnie. Moja przyjaciółka właśnie rodzi.
            Położyłam telefon na blacie, czekając na odpowiedź. Upiłam kilka łyków napoju, wpatrując się w ścianę, zastanawiając się kiedy ktoś ostatni raz ją malował.
            Nie minęło osiem minut, kiedy telefon zawibrował.
 Scott: No nieźle.
            Zabierałam się do odpisania, gdy dostałam kolejną wiadomość.
 Scott: Masz chwilę?
 Ja: Jasne.
            Zadzwonił. Odebrałam szybko. Przyłożyłam telefon do ucha.
 - Hej! – rzuciłam głośno. – Czemu nie śpisz?
 - Takie tam sprawy rodzinne.
            Uśmiech momentalnie spłynął z moich warg, a ja z przerażaniem zaczęłam go wypytywać co się stało.
 - Spokojnie. Wszystko gra. Po prostu mama potrzebuje czasu, aby przystosować się do dość szokującego faktu.
 - Jejciu, przepraszam, ja nie wiedziałam, że…
 - Jejciu? – zaśmiał się. – Od ile kojarzę jesteś szaloną wyrocznią, a nie blondi co mówi jejciu.
 - Humorek chyba ci dopisuje, co? – parsknęłam.
            Mimo to byłam zadowolona, że tak się to potoczyło. Może gdybym się nie pojawiła, to i Scott nie potrafiłby przezwyciężyć strachu? Teraz jego rodzina wiedziała i tylko to się dla mnie liczyło.
 - Chłopiec czy dziewczynka? – pyta radośnie Scott, przerywając moje przemyślenia.
 - Nie mamy pojęcia.
 - Jak to? – krzyknął. – Technologia się rozwinęła. Nie żyjemy w V w. kochanie.
 - Ha ha ha – mruknęłam. – To ma być niespodzianka.
            Scott przez moment rozczulał się na ten temat, w sumie dochodząc do wniosku, że taki pomysł jest świetny. Jego głos, spokojna, bezstresowa paplanina, sprawiła, że się uspokoiłam.
 - Na pewno u ciebie wszystko okej? – zapytałam go.
 - Jasne – rzucił. – Z początku tata był w takim szoku, że gotowy był wyrzucić mnie z domu.
 - Naprawdę?! – wrzasnęłam, po chwili uświadamiając sobie, że jestem w miejscu, gdzie każdy mnie widzi, więc ściszyłam głos. – Chyba nie mówisz prawdy…
 - Na początku, owszem, chciał mnie wyrzucić. Ale mama przemówiła mu do rozsądku, powołując się na to, że obiecywali mnie kochać mimo wszelkim przeciwnością.
            Odetchnęłam z ulgą. Na moment zapomniałam, że jestem w szpitalu, a moja najlepsza przyjaciółka właśnie rodzi. Przejęłam się losem ludzi, którzy znajdowali się setki kilometrów dalej. Pozwoliło mi to jednak w jakiś sposób się rozluźnić.
 - Pewnie i tak nigdy bym się nie odważył im powiedzieć – skwitował. – Dzięki tobie naprawdę mam mniej zmartwień.
            Uśmiechnęłam się. Upiłam ostatniego łyka kawy, a kiedy wstawałam, aby wyrzucić kubek, zobaczyłam ochroniarza, leniwie spacerującego korytarzem. Minęłam go, z cichym ,,dobry wieczór’’. W końcu znowu odezwałam się do Scotta, siadając na krześle przed porodówką.
 - Mam nadzieję, że w bliskiej przyszłości znajdziesz sobie kogoś, kto będzie ciebie warty.           
 - Też mam taką nadzieję.
            Porozmawialiśmy jeszcze chwilę. Scott wypytywał mnie o to, jak udało mi się zapewnić o swojej tożsamości moich przyjaciół. Opowiedziałam mu o ich reakcji, słuchając jego rewelacji, na temat mojej niebywale niskiej zdolności elokwencji.
 - Dobra, muszę cię zostawić – mruknął. – Ale jak maleństwo się urodzi, to koniecznie wyślij mi fotkę.
 - Jasne.
 - I pogratuluj rodzicom. Jeśli mnie ugościcie, jak najszybciej przylecę was odwiedzić.
 - Jasne. – powiedziałam. – To do usłyszenia.
 - Pa, skarbie.
            Kiedy się rozłączył, nie potrafiłam powstrzymać uśmiechu, który wpełzł mi na wargi. Stał się dla mnie takim bliskim przyjacielem, chociaż tak wiele nas różniło. Mogłam mu zaufać, mimo że prawie nic o nim nie wiedziałam.
            Telefon, który nadal trzymałam w dłoni, zawibrował dwukrotnie.
 Scott: Ale ze mnie gapa!
Scott: Zapomniałem wspomnień, że rodzice Natalie i jej brat już powoli zaczynają mi grozić, bylebym powiedział, gdzie jest ich ukochana córeczka.
 Ja: Nagle ukochana?
Scott: Owszem. Byli już nawet u Steve’a, który uznał, że była jakaś dziwna.
 Ja: Co im powiedziałeś?
Scott: Że nic jej nie jest. Wspomniałem też o tym, że mogli o niej myśleć troszkę wcześniej.
            Nie zdążyłam nic odpisać na ostatnią wiadomość. Za drzwi wyłonił się Nick – miał rozczochrane włosy i całą twarz w rumieńcach, jakby przebiegł maraton. Mimo to na jego twarz widniał uśmiech, szeroki i całkowicie szczerzy.
            Wpadł w moje ramiona, spazmatycznie płacząc i śmiejąc się. Wtulił się mocno.
 - Mam synka, Even!
            Uśmiechnęłam się szeroko. Mój najlepszy przyjaciel został tatą.
 - Jest taki piękny! I taki podobny do Maxine – rozczulał się.
 - To cudownie, Nick. Wspaniale.
            Złapał mnie za rękę i mocno ją ścisnął.
 - Nawet nie wiesz jak bardzo się cieszę… boże, Even, jestem ojcem – jęknął Nick.
 - Spokojnie – zaśmiałam się.
 - Chodź, go zobaczyć!
            Pociągnął mnie za ramię na salę. Otworzył przede mną drzwi, wpuszczając do pomieszczenia, gdzie Maxine leżała na łóżku. Wyglądała jeszcze gorzej, niż jej mąż. Włosy porozrzucane po całej twarzy, gdzieniegdzie poprzyklejane do twarzy mokrej od potu. Była blada, ale w jej oczach lśnił tak jasny blask, że mogłam śmiało uznać, iż był to najszczęśliwszy dzień w jej życiu. W dłoniach trzymała dziecko, które kwiliło głośno.
            Nick podszedł do Maxine śmiało, objął ją delikatnie, po czym pocałował w czoło. Parzył na maleństwo ze szczerą miłością, podobnie jak na jego mamę. Delikatnie musnął maleńki policzek niemowlęcia.
 - Chodź – kiwnęła do mnie Maxine.
            Miała zachrypnięty głos. Widać było po niej zmęczenie, ale ona dalej dzielnie trzymała się, patrząc na swoje nowo narodzone dziecko.
            Podeszłam do łóżka. Z pewnym strachem przysiadłam na jego końcu, kładąc głowę na ramieniu mojej przyjaciółki. Spojrzałam na dziecko. Zawsze, kiedy ktoś pokazywał mi zdjęcia niemowląt, uznawałam, że to tylko małe, zakrwawione maleństwa, z głową w kształcie ziemniaka. Jednak chyba dorosłam, bo patrząc na dzieciątko, spoczywające w ramionach Maxine, widziałam ich cząstkę.
 - Cześć, maleńki – szepnęłam. – Twój tatuś miał rację. Jesteś piękny.
            Młodzi rodzice uśmiechali się, patrząc na mnie. Mały dalej płakał, więc Maxine przygarnęła go do siebie.
 - Jest duży. Wyobrażacie sobie, że nosiłam takiego wielkoluda, przez ostatnie miesiące?!
            Zaśmiałam się.
 - I za to cię podziwiamy.
            Maxine wtuliła twarz w tors Nicka, jednak dalej pewnym objęciem utrzymywała swoje dziecko. Spojrzałam na niego – miał jeszcze nie do końca otwarte oczka oraz maleńką kępkę włosów, na czubku głowy.
 - Myśleliście już nad imieniem? – zapytałam cicho.
            Spojrzeli na siebie.
 - Wiele razy – odparł mój kuzyn. – Kiedy tylko się dowiedzieliśmy… naszą pierwszą myślą było to, jak nazwiemy dziewczynkę.
 - Kto by jednak pomyślał, że pierwsza Even do nas wróci – Maxine uśmiechnęła się delikatnie.
 - Ale dla chłopca też już mamy – dorzucił Nick.
            Zmrużyłam oczy i z uśmiechem spojrzałam na nich.
 - Więc?
            Oboje przenieśli na mnie swój wzrok. W tym samym momencie powiedzieli:
 - Evan.
            Uśmiech zniknął mi z twarzy.
 - Żartujecie?
 - Nie – uśmiechnęła się Maxine. – Imię na cześć dla nas najważniejszej osoby. Dzięki tobie zawdzięczamy naprawdę wiele.
 - Ale…
 - Nie ma żadnego ale, Even – przerwał mi Nick. – Możesz tylko przywitać się z Evanem.
            Pochyliłam się nad dzieckiem. Nie sądziłam, że będę mogła go zobaczyć, dotknąć. Słyszał mój głos, a w przyszłości będzie mnie widział i rozpoznawał.
 - Cześć Evan – szepnęłam, obejmując delikatnie jego rączkę i całując czubki jego maleńkich palców. – Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że mogę cię poznać.
            Mały zaszlochał. Uśmiechnęłam się delikatnie. Poczułam jak jedna łza spływa mi po policzku. Evan leżał przede mną – synek moich najlepszych przyjaciół.
            Przytuliłam się do Maxine.
 - Nie mogłam pragnąć nic lepszego – szepnęłam, patrząc na jej uśmiechniętą, ale i zmęczoną twarz.

            Patrzyłam na miasto, które budziło się do życia. Przypominało mi o tym, że chociaż moje życie zatrzymało się na siedem lat, inni funkcjonowali dalej. Rodzili się, brali śluby, pili alkohol, popełniali błędy. Każdy, kto teraz szedł ulicą, zapewne nigdy o mnie nie słyszał, a nawet jeżeli – umknęło to w jego pamięci.
            Stałam w miejscu, gdzie niegdyś spotkałam ducha, ducha, który z jeden strony pomógł uratować Nicka, ale z drugiej sprawił, że byłam bliżej śmierci, niżeli kiedykolwiek indziej.
            Evan przeszedł najważniejsze badania. Dostał dziewięć punktów w Skali Apgara. Położne nie mogły się nadziwić, jaki mały był duży i zdrowy. Wówczas Maxine na zmianę płakała i śmiała się, nie mogąc uwierzyć we własne szczęście.
            Tylko Nick zerkał na mnie, kiedy wychodziłam. Już chciał pójść moim śladem, gdy kiwnęłam na niego głową.
 - Zostań z żoną – powiedziałam bezgłośnie, opuszczając salę.
            Chciałam dać im wolność. Chwilę dla siebie – w końcu to właśnie się im należało. Mieli wszystko, czego mogli pragnąć. Stworzyli najprawdziwszą rodzinę.
            Coraz więcej aut jechało ulicą, kolejni ludzie wychodzili z domów. Patrzyłam na gasnące światła i otwierane sklepy. Cieszyłam się z narodzin Evana. Bardzo. Ale w moim sercu panował niepokój.
            Patrząc na szczęśliwych Nicka i Maxine, potrafiłam myśleć tylko o Loganie. O jego smutku, kiedy mnie nie było. Jakaś jego część zniknęła. Pozostały z niej blizny, które będą mu już zawsze przypominały o tym, co się stało.
            Chciałam znowu pojawić się w jego życiu. Ale czy potrafiłby mnie zaakceptować, taką mnie. Even, ale mimo wszystko nie Even. Nie byłam w swoim ciele. Nigdy nie byłabym zdolna wyglądać, tak samo jak przed wypadkiem. Nie ważne, czy zrobiłabym sobie operacje plastyczne. Nie mogłabym upodobnić się do prawdziwej siebie. Czy Logan uwierzyłby mi w to? Pokochał taką?

            Los chce nie tylko szczęścia zwrotu,
            On żąda męki i krzyku i potu. *

            Może poeta, którego on tak cenił, miał rację? Może właśnie tylko to mogłabym otrzymać – szczęście ze strony moich przyjaciół, ich maleństwa, a nawet Scotta, ale miałam nie otrzymać ciepła Logana, jedynego mężczyzny, którego gotowa byłam pokochać.
            Wyciągnęłam telefon. Nikt do mnie nie dzwonił. Nikt nie pamiętał.
            Za wiele zła obwiniałam innych. Dlaczego? Bo wszystko do czegoś prowadzi. Zabawne jest to, że gdyby nie mój tata, który postanowił zdradzić żonę, tego nigdy by nie było. Mojej historii. Miałabym kochającą matkę, a nie kobietę, która całe moje życie zmieniła w piekło.
 - Jak ja mam zacząć nowe życie, jak nie potrafię rzucić w cholerę przeszłości? – zapytałam samą siebie.
            Oczywiście odpowiedź była jasna. Powinnam zakończyć wszystko co mnie męczyło, a tego było naprawdę dużo.
            Wróciłam na dół. Po spojrzeniu przez szybę, zobaczyłam Nicka i Maxine, którzy nadal rozmawiali ze sobą, mając na twarzy szerokie uśmiechy.
 - Hej – przywitałam ich.
 - Gdzie byłaś? – zaniepokoił się Nick.
 - Przewietrzyć się – mruknęłam, przesuwając dłonią po włosach. – Nie chce wam przeszkadzać ani nic w tym rodzaju. Jeśli pozwolicie, pojadę do hotelu.
            Spojrzeli na siebie.
 - Even, jeśli chcesz, możesz na razie zamieszkać u nas – powiedziała Maxine. – Zawsze możesz mi pomóc z małym, kiedy Nick będzie w pracy.
 - Nie chciałabym się narzucać…
 - Nie przesadzaj – wtrącił Nick. – Mamy dużo miejsca. Dla ciebie zawsze się ono znajdzie w naszym domu.
            Uśmiechnęłam się.
 - Dziękuję. Naprawdę.
 - A teraz wracaj do domu. Wyglądasz gorzej ode mnie – parsknęła Maxine.
            Faktycznie, byłam zmęczona.
            Nick rzucił mi klucze od domu. Sama zadzwoniłam po taksówkę, która już po chwili czekała na mnie pod szpitalem. Udałam się do hotelu. Wzięłam szybki prysznic, nałożyłam nowy makijaż. Zabrałam wszystkie swoje rzeczy, a kiedy upewniłam się, że wszystkie rachunki są wyregulowane, pojechałam do domu Sailes’ów. Zostawiłam swoje rzeczy w salonie, niepewna tego, gdzie by je położyć.
            Do miejsca docelowego poszłam pieszo. Bałam się, że zabłądzę, ale dalej szłam przed siebie. Znalazłam szpital psychiatryczny, w tym samym miejscu, gdzie stał przed laty – wysoki, szary budynek, skrywający za swoimi murami tajemnice i smutki różnych osób.      
            W recepcji siedziała drobna kobieta. Odziana w zielony uniform, uśmiechała się szeroko. Spojrzała na mnie ciemnymi oczami, które uniosła znad całego stosu niebieskich teczek.
 - Dzień dobry – powitała mnie. – W tym mogę pomóc?
 - Dzień dobry – odparłam najuprzejmiej, jak potrafiłam. – Chciałabym kogoś odwiedzić.
 - Kogo takiego? – uniosła brwi. 
 - Amandę Alians.
            Jej uśmiech lekko zgasł. Poprosiła, aby poczekała chwilę. Poszła gdzieś i dopiero po paru minutach wróciła.
 - Przykro mi, ale panią Alians nikt nie odwiedzał od siedmiu lat.
 - Wiem – odparłam cicho. – Nie ma możliwości, abym mogła porozmawiać z nią chociaż chwilę?
 - Tylko rodzina może ją odwiedzać. Poza tym, ona z nikim nie rozmawia.
            Westchnęłam. Zaczęłam grzebać w torebce, wyjmując portfel, a następnie dowód osobisty. Wyciągnęłam go w jej stronę.
 - Amanda to moja ciocia. Utrzymywałyśmy bardzo dobre kontakty przed siedmioma laty, a kiedy się nam urwał, sądziłam, że to żałoba po mojej kuzynce, Even. Moja mama powtarzała, że ciocia potrzebuje czasu. Ja dużo się uczyłam, a poza tym mieszkam w Bostonie, przez co nie miałam chwili by ją odwiedzić. Dopiero niedawno moja mama wygadała się w jakim złym stanie jest ciocia. Wiem, że może to brzmieć niewiarygodnie, ale przez te siedem lat wierzyłam, że z ciocią jest dobrze.
 - Oh – zdziwiła się kobieta. – To naprawdę smutne, ale nie mogę wpuszczać każdej osoby, która tutaj się pojawi. – Oddała mi dowód. – Musiałabym zapytać lekarza, czy to dobry pomysł. 
 - Sądzę, że owszem – wtrąciłam szybko, czując, jak okazja wymyka mi się z rąk. – Może jeśli usłyszy znajomy głos będzie lepiej. Znam takie przypadki. Proszę mi pozwolić. Chociaż na pięć minut.
            Spojrzałam w jej oczy. Kobieta zacisnęła usta, jakby oczekując czyjeś podpowiedzi. Westchnęła, sprawdzając coś w komputerze. W końcu spojrzała na mnie.
 - No dobrze. Ale proszę się tym nie chełbić. W innym przypadku będę miała poważne problemy.
 - Oczywiście. Dziękuję.
            Kobieta wstała. Poprawiła swój kucyk, po czym poprowadziła mnie ciasnymi korytarzami. Idąc, widziałam różne osoby. Większość ubrana była podobnie – w jasne dresy. Gdzieniegdzie przechodziłyśmy przez otwarte sale, gdzie dorośli toczyli się wokoło stolików. Mieli te same stroje, spokojnie uśmiechy. Niektóre kobiety śmiały się do rozpuku, a inni malowali coś na kartkach, rozłożonych po blatach. W drugiej sali, która wyglądała identycznie jak poprzednia, większość grupy stanowiły osoby, prawdopodobnie jeszcze nieletnie.
            Później przeszłyśmy przez korytarz, wzdłuż którego były same drzwi, oznakowane numerami. Ciągnęły się one, aż w końcu, nieopodal zakrętu, pielęgniarka stanęła przed jednymi. Postukała w numer 314.
 - Tutaj jest twoja ciocia – wytłumaczyła. – Nie jest w najlepszym stanie. Prawie w ogóle się nie odzywa. Przyjmuje leki. Ciągle ma koszmary. Nie chce brać udziału w zbiorowych zajęciach. Mam nadzieję, że masz rację i kiedy usłyszy twój głos, może będzie bardziej otwarta.
            Pokiwała głową. Wzięłam głęboki oddech, po czym nacisnęłam klamkę.
            W pokoju było jasno. Z dużego okna, zakrytego białą firaną, padało wiele światła. Tyłem do mnie, na dużym fotelu, siedziała zgarbiona postać. Kiedy podeszłam do niej, ze strachem stwierdziłam, że nie jest to kobieta, która mnie wychowała. Miała rzadkie, prawie siwe włosy, przetłuszczone i niechlujnie związane. Schudła niesamowicie, a dres wręcz na niej wisiał.
            Przyklęknęłam obok niej, patrząc na twarz pozbawioną emocji. Przypomniałam sobie Clarę Sailes, która wyglądała podobnie. Zrozumiałam coś. Czas niszczy każdego. Ból zrujnuje nawet najtwardszych.
 - Tak skończyłaś – powiedziałam cicho. – To właśnie ciebie spotkało.
            Zdziwiłam się, kiedy kobieta spojrzała prosto na mnie. Tak jak sądziłam – rozumiała wszystko co do niej mówiono, ale nie chciała po prostu odpowiadać.
 - Kim jesteś? – wycharczała.
            Nie potrafiłam jej współczuć. Może wydaje wam się to bezlitosne. W końcu dała mi dach nad głową i tak dalej. Ale myśl, że tak strasznie rujnowała mi życie, bo nienawidziła moich rodziców, sprawiała mi ból. Ból, któremu nie chciałam pozwolić, aby mnie zrujnował.
 - Kimś, kogo nienawidzisz.
            Przełknęła głośno ślinę. Zmrużyła powieki, patrząc na moją twarz.
 - Kimś, kogo skreśliłaś.
            Spojrzałam w oczy kobiety, którą przez szesnaście lat nazywałam matką. Widziałam jej twarz, całą czerwoną ze złości, czułam ból, kiedy uderzała mnie w policzek. Przestała być dla mnie matką.
 - Mogłaś mnie wychować jak własne dziecko. Sprawić, że zaczęłabym nienawidzić swoich prawdziwych rodziców, za to, że cię skrzywdzili. Tyle razy zaczynałam wierzyć, że naprawdę mnie kochasz. Ale wtedy każdy raz w twarz był coraz to mocniejszym dowodem na to, że mnie nienawidzisz.
            Amanda spojrzała na mnie ze strachem w oczach. Ja – przemawiająca zimnym tonem – patrzyłam wyzbyta emocji, jak kobieta powoli się unosi z fotela, po czym bierze moją twarz w dłonie.
 - Nie.. to niemożliwe.
 - Życie nie zawsze kończy się na śmierci – szepnęłam, odsuwając się.
            Wstała z trudem. Z wielką niepewnością przywołałam w głowie obraz dawnej Amandy Alians. Pięknej, powściągliwej kobiecie, po której od góry do dołu było widać, jak wiele inwestowała w swój wygląd.
 - Ty nie możesz być nią – załkała.
 - Owszem, mogę – również wstała, stając naprzeciw skulonej postaci. – Powiedz, dlaczego to zrobiłaś? Chciałaś uwolnić się od poczucia winy? Tego jak strasznie mnie potraktowałaś? Czy może z radości, że się mnie pozbyłaś?            
            Objęła głowę ramionami. Dopiero po chwili dotarło do mnie, jaka bezduszna się okazałam. Całe to poczucie winy, dopiero się odezwało. Jednak nie mogłam już nic zmienić.
 - Ty nie żyjesz! NIE ŻYJESZ! – wrzeszczała, zatykając uszy.
 - Jasna cholera – zaklęłam pod nosem.
            Podbiegłam do kobiety, chwyciłam ją za ramiona. Spojrzałam w oczy, które mimo wszystko  doskonale znałam.
 - Ciii – szepnęłam, przytulając przerażoną Amandę do piersi.
            Co ja najlepszego zrobiłam?
 - Nie żyjesz – łkała. – Nie żyjesz.
            Poczułam słone łzy na twarzy. Nie należały one do niej, lecz do mnie samej. Mieszanka bezsilności i poczucia winy. Okazałam się bezduszna. Jak mogłam?
 - To niemożliwe – pokręciła głową. – Ciebie nie ma.
            Wrzasnęłam głośno, upadając na podłogę. Skuliła się na niej, a ja bałam się jej dotknąć. Zawaliłam sprawę, swoim egoizmem.
            Po chwili do pokoju wbiegła ta sama pielęgniarka, która mnie tam wprowadziła. Wraz z nią przyszły dwie inne, które pomogły Amandzie usiąść i zaczęły ją uspokajać.
            Ciemnowłosa kobieta wyprowadziła mnie na korytarz..
 - Co się stało? – dopytywała.
 - Chyba chodziło o moje podobieństwo do Even – szepnęłam ze strachem. – Jej… córki.
            Pielęgniarka pokiwała głową.
 - To nie był najlepszy pomysł. Musimy dać jej trochę czasu – przeniosła wzrok na moją przerażoną twarz. – Może za innym razem będzie lepiej.
            Uśmiechnęła się niemrawo, lecz ja nie potrafiłam się na to zdobyć.

            Było już całkowicie jasno, ludzie wylegli z domów. Każda z mijanych osób miała własne życie – dom, rodzinę, dzieci, pracę. Ja szłam wraz z tym tłumem, niesiona jednym rytmem, lecz w mojej głowie krążyła pustka.
            Nigdy nie powinnam podejmować decyzji pod wpływem emocji. To zawsze się źle kończyło.
            W końcu poniosło mnie tam, gdzie najbardziej w tamtej chwili chciałam być.
            Szłam przed siebie, aż dotarłam do miejsca, gdzie niegdyś wisiał nad wodą stary most. Tam spotkałam Maggie i tam właśnie ją pożegnałam. Spędziłam tam wiele godzin.    
            Miałam nadzieję, że będę mogła na nim usiąść i patrzeć jak pode mną płynie woda. Czułam już pod sobą stare deski, uginające się pod moim ciężarem. Jednak kiedy już zbliżałam się do mostu, miałam dziwne przeczucie. Okolica była dziwnie ruchliwa, pojawiła się nowo wylana droga i jasne chodniki, odgrodzone od trasy.
            Nogi się pode mną ugięły, kiedy zobaczyłam przed sobą nowy most, nietknięty przez żab czasu – bez grafity, pełen nowych, jasnych elementów. Poczułam kolejne skutki tego, iż nie było mnie tam przez siedem lat.
            Z bezsilności wyjęłam telefon. Wybrałam numer Scotta. Cofnęłam się, znalazłam jakoś ławkę, nie na widoku. Chłopak szybko odebrał.
 - Już się za mną stęskniłaś? – przywitał mnie.
            Pociągnęłam nosem i sam ten dźwięk wystarczył mu jako podpowiedź.
 - Oh, skarbie, co się stało? – zapytał zmartwiony.
 - Jestem okropna. Naprawdę jestem potworem. – załkałam.
            Przypomniałam sobie, jak kiedyś stałam przed grobem mojego taty i jakaś kobieta ochrzciła mnie takim mianem. Może miała rację?
            Powiedziałam mu co zrobiłam. Dotarło do mnie również, dlaczego zadzwoniłam do niego, a nie do Nicka. Scott bowiem nie znał mnie tak dobrze jak mój kuzyn. Nie wiedział, że w moim życiu takie epizody miały nie raz miejsce. Poza tym nie chciałam rujnować szczęścia Nicka. Zasłużył na nie – nie mogłam ich tak bezprawnie odebrać.
 - To po prostu emocje – skomentował chłopak. – Nie możesz tak na wszystko reagować, kochanie. Nie wytrzymasz w takim przypadku nawet tygodnia.
            Uśmiechnęłam się delikatnie. Chciałam cieszyć się życiem. Ale jak?
 - Podejrzewam, że nie jesteś w szpitalu – mruknął. – Więc weź się w garść. To tylko most. A ta twoja Amanda… ona w pewnym sensie zasłużyła. Może nie na coś takiego, ale na prawdę. Ale może teraz pojmie swój błąd. Jedź do przyjaciół. Ciesz się ich szczęściem, weź maleństwo na ręce…
 - To chłopiec – powiedziałam ze ściśniętym gardłem. – Evan.
 - To świetnie. Mogę się też założyć, że jego imię wcale nie przypadkiem jest podobne do ciebie.
            Nastąpiła cisza. Minęła mnie jakaś kobieta po sześćdziesiątce, w szykownym różowym dresie. Szła szybko, zapewne nawet mnie nie zauważyła.
 - Even – odezwał się Scott. – To naturalne, że popełniamy błędy. Na tym opiera się nasze istnienie. Powinniśmy po prostu czerpać z tego naukę. Nie podejmuj więcej decyzji w złości. Czasem lepiej ugryźć się w język.
            Westchnęłam. Miał naprawdę rację.
 - A i mam prośbę – dodał.
 - Co takiego?
 - Zadzwoń do rodziców Natalie. Należą im się wyjaśnienia. Wymyśl coś mądrego i daj mi znać.
 - Okej.
            Wstałam.
 - Dziękuję – szepnęłam.
 - Od tego tu jestem. Trzymaj się i leć do szpitala. Uważaj tylko na linie wysokiego napięcia.
 - Co? – stanęłam jak wyrywa.
 - Nieważne – zaśmiał się. – Powodzenia i tak dalej. Pamiętaj, że czekam na foteczki Evana.
 - Dobrze, Scott, pamiętam. Na razie.
 - Pa – i się rozłączył.
            Schowałam telefon do kieszeni. Uszłam kawałek i zatrzymałam się, śmiejąc. Dopiero do mnie dotarło o co chodziło Scottowi z tymi liniami.
            Mijająca mnie nastolatka zmierzyła mnie wzrokiem. Przyśpieszyła i zniknęła zza zakrętem. Ja tylko obejrzałam się, lecz nie było tam już mojego mostu.
            Nie powinniśmy się odwracać. Powinniśmy patrzeć przed siebie.    



*R. M. Rilke ‘’Pieśń wdowy’’


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz