sobota, 16 lipca 2016

Rozdział dwudziesty pierwszy

`           Wcisnęłam głowę w poduszkę, ale i tak słyszałam dźwięki dobiegające z dołu; śmiech, rozmowy. Mimo starań, by tego nie słyszeć, to i tak irytował mnie miły głos mojej mamy, która z taką dobrocią zwracała się do jakiś ludzi. Wychwyciłam nawet jakieś dziecko. Jeszcze tego brakowało.
            Ręce bolały mnie od wczorajszego sprzątania. Rozciągnęłam się na łóżku, czując zakwasy w mięśniach. Poszłam pod prysznic. Strasznie się spociłam w nocy. Potem zaczęłam przebierać ubrania w szafie. Wyjrzałam przez okno; trochę mżyło. Wzięłam więc długie spodnie.
            Włożyłam czarne spodnie, trampki, biało-czarną bluzkę do pępka i skórę. Włosy związałam w luźny kok. W sumie nie wiedziałam co chciałam robić, lecz wiedziałam, że nie będę siedzieć w domu. Wrzuciłam telefon i pieniądze do kieszeni, po czym zeszłam na dół do kuchni. W salonie siedziała moja mama, ubrana w idealnie prostą niebieską sukienkę z jakoś kobietą. Na kanapie siedział chłopiec, na oko ośmioletni, zapatrzony w telefon. Przed telewizorem siedziała – może siedmioletnia – dziewczynka z dwoma kucykami z blond włosów.
            Jak gdyby nigdy nic, zaczęłam robić sobie śniadanie. Zerknęłam na zegarek, po czym  zdałam sobie sprawę, że to raczej obiad.
            W sumie najchętniej zjadłabym kolejną zapiekankę, no ale nie miałam na to szans. Coś już piekło się w piekarniku, a z mikrofali zawsze są gumowate. Wzięłam miskę, nasypałam do niej płatków (kupionych przez mamę, więc mających 0% cukru) zalałam to jogurtem naturalnym. Dosypałam cukru, po czym zaczęłam jeść, oparta o blat.
            Dziewczynka w salonie zaczęła się wyraźnie nudzić. Kręciła się, zaglądała do wszystkich kątów. W końcu, gdy już chciała sobie iść pozwiedzać, jej *chyba* mama, złapała ją w pasie i powiedziała:
 - Skarbie, nie możesz sama się kręcić po czyimś domu.
 - Ach, to nic takiego – wtrąciła moja mama i dziewczynka już sobie poszła.
            Jadłam dalej. Oczywiście zaraz w kuchni pojawiła się owa dziewczynka. Stanęła w progu, patrząc na mnie. Ja skończyłam, umyłam talerz. Wyjęłam sok z lodówki, napiłam się. Cały czas mnie obserwowała.
 - Jesteś śliczna – rzuciła, po czym zarumieniła się. Uciekła szybko do salonu.
            A ja stanęłam jak wryta. Nigdy, PRZENIGDY, Nikt mi nic takiego nie powiedział. Poczułam się dziwnie. Z moimi włosami, nierówno przyciętymi, w kolorze błota, z moją bladą skórą i ciemnymi oczami, dla kogoś mogłam wydawać się śliczna?
            Poszłam do łazienki, żeby umyć zęby. Wyszorowałam je dokładnie. Przyjrzałam się sobie w lustrze. Kok mi się przekrzywił. Nie miałam makijażu. Ale nic mi to nie przeszkadzało. Zeszłam z powrotem na dół. Wyszłam głośno trzaskając drzwiami.
            Spadały na mnie małe krople. Obok przejeżdżały auta, rozbryzgując wodę. Odsuwałam się jak najdalej od jezdni, żeby mnie nie ochlapały.
            Ruszyłam na most. Miałam nadzieję spotkać Maggie. Dawno jej nie widziałam.
 - Even – uśmiechnęła się duch dziewczyny, gdy stanęłam obok niej.
            Nie do końca wiedziałam o czym z nią rozmawiać. Raczej nie wypada powiedzieć ,,Jak życie’’.
 - Jak twoi przyjaciele? – spytała.
 - Jakoś – rzuciłam.
            Przez chwilę maznęłam, czując jak woda przemaka moje ubranie. Oczy Maggie wydawały się nadal żywe, ale jakby trochę przygaszone.
 - Co jest? – zagadnęłam.
 - Byłam u brata – uśmiechnęła się. – To znaczy, wiesz w jaki sposób.
            Kiwnęłam tylko głową.
 - Odwiedziłam mamę, tatę. Jamesa – z rozmarzeniem spojrzała w dal. – Widzisz Even, bycie duchem to nie jedyna opcja.
 - Jak to? – przełknęłam ślinę.
 - Można być duchem w dwóch miejscach – tłumaczyła. – W świecie, w którym żyjesz ty i inni, oraz w innym miejscu. My duchy, mówimy sobie, że to coś w rodzaju czyśćca. Ale to nie jest jedyna opcja. Możemy…możemy, jak gdyby iść dalej, ku nieznanemu. My wybieramy kiedy to robimy.
            Przed oczami mam ducha mojego taty, który idzie tak zwanie ,,dalej’’.
 - Co się wtedy dzieje? – wybąkałam.
 - Nikt tego nie wie – odpowiedziała. – Dlatego to taka trudna decyzja. Nie wiemy co się z nami stanie. Nikt już nie wróci, nikt nic nie opowie.
 - Przez cały czas patrzę na życie innych z boku. Patrzę jak ludzie żyją pełnią życia - uśmiechnęła się smutno. - Widzę dzieci bawiące się ze sobą. Mam przed sobą młodych ludzi, którzy pierwszy raz się zakochują. Nie raz ktoś właśnie tutaj powiedział pierwsze kocham cię - spojrzała tęsknie na most. - Właśnie tutaj oświadczył mi się James. Stało się to tutaj - przerwała, ale czekałam, aż jeszcze coś powie. - Ja...zostałam bo bałam się o nich. Troszczyli się o mnie cały czas. Rodzice poświęcali się dla mnie od chwili kiedy dowiedzieli się, że przyjdę na świat. Nauczyli mnie chodzić, mówić, marzyc. Mój brat bronił mnie, dokuczał, bawił się ze mną. A James...byłam pewna, że to miłość na zawsze.
            Woda skapywała mi z twarzy i włosów. Nie byłam pewna czy to przypadkiem nie łzy. Patrzyłam w twarz Maggie. Chciałabym, by żyła. Tak wiele cudownych osób nie żyje.
 - To dlaczego odeszłaś wcześniej? Nie wiadomo - pozbierałam myśli - może znaleźli by lekarstwo?
 - Wyobraź sobie, że każdego dnia budzisz się z bólem. Obok ciebie płacze twoja mama, tata szuka lekarzy, brat zaczyna szukać pocieszenia w dziwnych miejscach. A narzeczony widzi jak włosy wychodzą ci garściami, patrzy jak zwijasz się z bólu i wymiotujesz? Chciałam by nie cierpieli. 
            Przez chwilę stałam i patrzyłam na nią. Stała się moją przyjaciółką. Wiele wycierpiała. Za wiele. 
 - Chcesz odejść? – spytałam.
 - Moi bliscy są szczęśliwi. Wszyscy ułożyli sobie życie. A ja…ja już nie chcę tak żyć, to nawet nie jest życie – w jej oczach połyskiwały łzy.
            Wiedziałam, że bycie tutaj, przypatrywanie się życiu ludzi, wcale nie może być fajne.
 - To twoja decyzja – powiedziałam. – Twój wybór, który musimy zaakceptować.
 - Czekałam tylko na ciebie – podsumowała.
            Rzuciła się na mnie. Poczułam lekkie zimno. Mogła mnie dotknąć, co z jednej strony było fascynujące, z drugiej przerażające. Odsunęła się ode mnie. Usta jej drżały, a oczy wypełniały łzy.
 - Będę za tobą tęsknic – uśmiechnęła się.
 - Ja za tobą też. Pożegnam się z nim od ciebie.
            Kiwnęła głową. Trzymała mnie za rękę, a jej duch zaczął blednąc.
            Przed moimi oczami spostrzegłam obrazy, które umykały zdecydowanie za szybko. Jakaś łąka, tłumy ludzi, piękną kobietę, ubraną w ciuchy z kilku stuleci wstecz. Ujrzałam bramę z mosiądzu, srebra, złota, wysadzaną kamieniami szlachetnymi. Widziałam twarze rodziców Maggie, jej brata i Jamesa. W ostatnim przypadku widziałam moment, gdy chłopak się jej oświadczał. Widziałam nagrobek z jej nazwiskiem i imieniem.
            Puściła mnie. Zaczęła znikać. Byłam jednocześnie z nią, ale też na moście. Widziałam tą bramę. Przewijały mi się obrazy małej Maggie. Jej pierwsze kroki. Pierwszy rower. Pierwszy dzień w szkole.  Widziałam jak chowała mleczaki pod poduszkę. Dostrzegłam jak się przewraca, jak zdziera kolana. Pierwsza miłość. Pierwszy dzień okresu. Pierwszy pocałunek. Wymarzona sukienka na imprezę zakończenia szkoły. Poznanie Jamesa. Pierwszy łyk alkoholu. Choroba. Potem most i ciemność, chłód i pustka, gdy umarła.
            Czułam jej wspomnienia. Strach, ból, radość, miłość. Nie umiem tego opisać. Widziałam jej  życie. Ale byłam sobą. Byłam Even, choć jakoś byłam Maggie.
            Czułam dotyk słońca, gdy wyszła ze szpitala po diagnozie. Czułam ból, kiedy wspomniała, jak dowiedziała się, że ma raka. Ale dominująca była ulga, iż już koniec. Radość, że już nie cierpi.
            Wszystko przeminęło. Poczułam zimno. Wiedziałam, że jej już nie ma ze mną. Odeszła dalej. Poszła ku nieznanemu.
            Zanim zdążyłam cokolwiek zrobić, obraz mi się zamazał. Ze imieniem Maggie, poleciałam ku ziemi.

            

2 komentarze: