Prawie
wszystko układało się pomyślnie. Prawie.
Mama Nicka dostała jakiegoś ataku.
Na szczęście mój przyjaciel szybko zareagował, wołają pielęgniarki. Okazało się
potem, że pani Sailes dostawała zbyt silne leki, które w bardzo dużym stopniu
wywołały jej stan. Na całe szczęście szybko opanowali sytuacje, a kobieta
zaczęła reagować.
Kevin
odszedł. Gdziekolwiek się odchodziło. Nick nagle zapomniał, że zaczynał popadać
w coś na rodzaj depresji. Pani Linday była szczęśliwa, bo jej córeczka spoczęła
obok ojca. Tylko jedyna osoba na świecie jak się sypała, tak się sypała.
Oczywiście tą osobą byłam ja.
Zaraz potem jak Kevin odszedł na
zawsze, dopadł mnie jeszcze gorszy ból głowy niż zazwyczaj. W ekspresowym
tempie zaczęłam tracić krew, która lała mi się z nosa i z głowy, po tym jak
spadłam ze stołka, uderzając głową w kafelki. Musieli przytoczyć mi krew, żebym
w ogóle mogła funkcjonować. Nawet mnie nie przewieźli do normalnego szpitala,
tylko położyli na wolnym łóżku w psychiatryku. Gdy przyjechał mój lekarz
prowadzący, zauważył, że to chyba jednak nie anemia.
Po tym jak mój stan choć odrobinkę
się poprawił, dostałam się karetką do szpitala. Tam zaczęła się masa badań; od
sprawdzenia krwi i moczu, do tomografii. Nikt nadal nie miał pojęcia co mi
jest.
Tylko ja wiedziałam.
Wszystko zaczęło się od nowa, gdy
poczułam odejście Niny. Dostałam ataku padaczki. Serce waliło mi tak szybko, że
wyczekiwałam momentu, aż wyskoczy prosto w ręce pielęgniarki. W końcu dostałam
taką ilość leków, która sprawiła, że wiedziałam jedenaście palców w lewej dłoni
i tylko trzy u prawej.
Przyszła Maxine. Nick z Mattew. Mamy ani śladu, ale tego nikt się nie
spodziewał. Nawet zajrzała pani Linday, która zadzwoniła na moją komórkę.
Odebrał Nick, a potem zaproponował, że ją do mnie przywiezie.
W sumie nie wiem ile tam leżałam. Czułam
się trochę tak, jakby ktoś rozbił mnie na milion kawałeczków, potem poskładał,
tylko że nie miał instrukcji, więc wszystko było nie na swoim miejscu.
Kiedy mnie wypuścili, spędzałam całe
dnie w domu. Skulona na kanapie w salonie, owinięta kocem, pozwalałam Elizie,
aby robiła mi gorącą herbatę. Nick na zmianę z Maxine dzwonili do mnie, pytając
co u mnie, czy biorę leki albo zwyczajnie dopytywali się jak się czuję. Mama
mijała mnie każdego dnia, rejestrując tylko, że z dnia na dzień wyglądałam
gorzej.
Spędziłam sporo czasu zapisując
sobie co wydarzyło się po spotkaniu różnych duchów. Za każdym razem, gdy
dochodziło między nami do kontaktu wzrokowego, nic mi nie było. Jednak kiedy
dzieli ze mną wspomnienia, mdlałam, dostawałam krwotoku, problemów z głową
przez kilka następnych tygodni, a ostatnią atak ,,padaczki’’. W sumie to na
pewno nie była epilepsja. To po prostu duchy.
Miałam też czas, by poszukać czegoś
o Chrisie.
W sumie niczego nie znalazłam, ale
miałam co robić. Siedzenie całymi dniami w domu, nie ruszając się z miejsca
przez kilka godzin, nie było fascynującym zajęciem. Nawet nie spałam w nocy.
Jeśli już to robiłam to nad ranem lub popołudniu.
Z
kwietniem nadeszły naprawdę ładne dni. Słońce nieśmiało świeciło, a na dworze
robiło się ciepło. Ludzie wychodzili na świeże powietrze jak mrówki, a ja
patrzyłam na nich z okna, zasłaniając rolety. Siedziałam w domu już bite trzy
tygodnie. Miałam dość murów.
Zabrałam więc kluczyki od auta,
torbę ora telefon. Wysłałam Nickowi wiadomość, informując go, że jadę do pani
Linday. Jakby coś się działo, obiecałam zadzwonić.
Miałam nadzieję choć odrobinkę
posprzątać, aby wypełnić moje prace społeczne. Kiedy zaparkowałam samochód na
zarośniętym podjeździe, wcale nie spodziewałam się widoku pogotowia. Wysiadłam,
powoli idąc w kierunku domu. W torbie znalazłam identyfikator, który miał
poinformować ratowników medycznych o tym, kim jestem.
W domu, w miejscach, które
posprzątałam, osiadł się kurz. W salonie słyszałam cichą rozmowę jakiś trzech
osób. Pokierowałam się w tamtym kierunku. Pierwsze co zobaczyłam to fotel, w
którym siadywała pani Linday, odwrócony w stronę okna, mimo iż wcześniej stał
do kominka. Rzucili mi się w oczy mężczyźni, którzy pakowali sprzęt medyczny.
Jedyna kobieta, jaką zauważyłam, stała obok kominka z książką telefoniczną,
ostro ją przeszukując.
- Dzień dobry – cicho przywitałam osoby
zgromadzone w pokoju.
- Dzień dobry – odparł starszy z mężczyzn,
patrząc na mnie lekko podejrzliwie. – Nie sądzę, że powinna pani tu być.
- Gdzie pani Linday? Coś się stało? – rzuciłam
okiem po salonie. Ani śladu niczego szczególnie innego.
- Kim pani jest?
- Pracuję tu społecznie – wskazałam na
dokument zawieszony na mojej szyi. – Sprzątam w domu pani Linday. Albo raczej
próbuje doprowadzić go do znośnego wyglądu.
- Nie powinniśmy pani o tym imformować, jeśli
nie jest pani z rodziny – odezwała się kobieta. – Ale ktoś musi o tym wiedzieć.
Kiwnęłam głową. Owa kobieta podeszła
do mnie. Miała krótkie włosy do ramion, ostre rysy twarzy i przenikające oczy.
Położyła mi dłoń na ramieniu. Miała lodowate ręce.
- Pani Sadie
Linday nie żyje.
Spojrzałam
na nią zdezorientowana. Czekałam przez kilka sekund, aż matka Niny podniesie
się z fotela z uśmiechem na twarzy, mówiąc ,,żarcik’’. Nie doczekałam się tego
jednak.
Ratowniczka
patrzyła na mnie z wyczekiwaniem. Ja zaś ruszyłam ku małej kanapie w rogu
pokoju. Była obdrapana i pokryta kurzem. Nikt na niej długo nie siedział.
Usiadłam na niej, zanurzając twarz w dłonie. Czułam jak do oczu napływają mi
łzy. Przejechałam ręką po twarzy, w nadziei że zgarnę je wszystkie z policzków.
Wciągałam gwałtownie powietrze. Ile jeszcze osób umrze? – pytałam sama siebie.
- Ale…jak? –
wybąkałam, patrząc na zgromadzone osoby w pokoju.
- Przed kilkoma
sekundami przyjechały tu odpowiednie służby. Zmarła dziś w nocy. We śnie.
Nie chciałam
w to wierzyć. Siedząc tak myślałam dlaczego tak się stało. Dopiero patrząc na
rodziną fotografię zdałam sobie sprawę, że tylko czekała, aż jej córka się
znajdzie.
- Jest szczęśliwa z
rodziną…- wyszeptałam.
Tamci ludzie o nic nie pytali. Tylko
patrzyli na mnie z współczuciem.
- Znała ją pani
dobrze? – usłyszałam kroki kobiety, kucnęła przede mną. Rysy na jej twarzy
złagodniały.
Kiwnęłam
tylko głową. Nie do końca ją znałam, ale wiedziałam że była dobrą kobietą.
Która zbyt wiele wycierpiała.
- Może wie pani czy
miała jakieś dzieci. Osoby, które trzeba by o tym powiadomić?
Tym razem
pokręciłam spokojnie głową.
- Jej jedyna córka
została odnaleziona martwa kilka tygodni temu, po latach poszukiwań. Maż zmarł
wiele lat temu, na zawał serce – wytłumaczyłam.
- Pewnie nie
wytrzymała emocji – domyślała się kobieta.
- Nie –
zaprotestowałam. – Po prostu tęskniła za rodziną.
Napotkałam
pytające spojrzenia zgromadzonych osób.
- Tylko oni oboje się
liczyli. Kiedy wiedziała, że oboje są u góry, chyba zechciała do nich dołączyć.
Nie chciałam
wspominać o tym, że to ja znalazłam ciało Niny. Nie mówiłam o duchach, ale też
nie szczególnie chciałam zaznaczać, że pani Linday była gotowa na śmierć, tylko
czekała aż jej córka się odnajdzie.
- Możliwe – kobieta
wstała. Podeszła do fotela, podnosząc jakoś kartkę. – Napisała list do jakieś
dziewczyny. Znasz może Even Alians?
Uśmiechnęłam się, mimo nadal lecących
z moich oczu łez.
- To ja.
Kobieta
posłała mi uśmiech. Podała mi kopertę. Ładnym, starannym pismem, była ona
zaadresowana do mnie.
- Nie sądzę, że mamy
tu coś jeszcze do roboty – zauważył młodszy ratownik, przewieszając sobie przez
ramię torbę. – Zwijajmy się. Pani też nie powinna tutaj przebywać.
Przytaknęłam.
Nadal trzymając w dłoniach list, ruszyłam do wyjścia, chcąc zrobić miejsce do
wyjechania dla karetki. Jednak kiedy tamci odjechali, ponownie wjechałam na
podjazd. Zaciągnęłam hamulec. Powoli odkleiłam kopertę. Wyjęłam z niej list,
starannie napisany, delikatnie pochylonym pismem. Zaczęłam czytać, a łzy
spadały na kartkę. W głowie miałam głos pani Linday.
Droga Even!
Przez ostatnie
wydarzenia nie miałam jak ci podziękować, za odnalezienie mojej córki. Uważałam
ją za martwą, ale wierzyłam w to, że żyje. Po tylu latach, potrzebna mi byłaś
tylko ty. Dziękuję Ci za to, moja droga.
Teraz, gdy już na
świcie nie ma mojego ukochanego, który nie doczekał odnalezienie naszej
córeczki, wierzę że już się z nią widział. Nie mam już czego szukać na Ziemi.
Potrzebuje odpoczynku. Ujrzenia córki i męża.
Widziałam w Tobie
ogromny potencjał. Nie bił z twojej mowy ani gestów, ubrań czy wyglądu.
Dostrzegłam go w Twoich oczach. Jesteś wyjątkową dziewczyną. Nie możesz o tym
zapomnieć. Przed Tobą wiele lat życia, miłości, szczęścia, wzlotów i upadków.
Życzę Ci cudownych lat. Jak najwięcej cudownych lat.
Sadie Linday
W kopercie znalazłam jeszcze mój dokument, który pani Linday
podpisała, zatwierdzając, że odpracowałam wszystkie godziny prac
społecznych.
Udało się
nawiązać kontakt z jakąś kuzynką pani Linday. Była to starsza kobieta, nie za
bardzo wiedząca jak ma zorganizować pogrzeb kuzynki. Zaproponowałam jej pomoc.
Załatwiliśmy skromną uroczystość, z mnóstwem żywych kwiatów, miłych słów i dużą
ilością Boga. Nie było wiele osób. Ale cieszył mnie fakt, że przyszły osoby,
którą znały kobietę.
Duchowny
naprawdę pięknie mówił o zmarłej. Przytaczał wiele cytatów z Biblii. Wspomniał
kilka razy o panu Linday i ich córce. Tak jak księża zawsze mnie denerwowali,
tak tego dnia ze łzami słuchałam jego słów.
Po pogrzebie
spacerowałam po cmentarzu, odwiedzając wszystkich tych, którzy odeszli. Jak
zawsze nic nie wskazywało na to, by ktoś był na grobie taty. Przy miejscu
spoczynku Maggie było pełno świeżych kwiatów. Gdy sama kładłam tam różę,
natknęłam się chyba na jej rodziców. Grzecznie powiedziałam im dzień dobry, a
oni z uśmiechem mi odpowiedzieli. Chyba jakoś da się pozbierać po czyjeś
śmierci. Groby Niny oraz Kevina nadal były usłane świeżymi kwiatami. Monique
zostawiłam sobie na koniec.
Siedziałam
na ławce, wpatrując się w jej zdjęcie przytwierdzone do płyty nagrobnej. Była
na nim uśmiechnięta i beztroska. Gdy już chciałam odejść zobaczyłam coś, czego
całkiem nie spodziewałam się zobaczyć. No ale cóż, ostatnio ciągle wszystko
mnie zaskakuje.
Monique
stała spokojnie, trzymając dłonie splecione za sobą. Patrzyła na mnie
całkowicie nieświadoma tego, że ją widzę. Wzrok miała spokojny. A oczy takie
jak zawsze. Ludzkie.
- Monique –
wyszeptałam.
Jej wzrok
był spokojny. Patrzyła na mnie ciepło, kręcąc głową z niedowierzaniem.
- Czyli mnie widzisz –
powiedziała tylko.
Odwróciłam
się od niej. Zaczęłam iść szybko w stronę kaplicy. Obracałam się tylko by
sprawdzić, czy zrozumiała, że ma pójść za mną. Stanęłam w jakimś ustronnym
miejscu, gdzie byłam pewna, iż mnie nie widać.
- Jak to możliwe? –
zapytała chwilę po tym jak się pojawiła obok mnie.
- Nie mam pojęcia –
wyznałam. – Też chciałabym wiedzieć.
Widziałam
znajomą twarz przyjaciółki. Cały czas w głowie miałam obraz tego jak ciężarówka
wjeżdżała prosto w nią. Jednak jej oczy były takie prawdziwie. Nie zamglone jak
w chwili śmierci. Widziałam ducha mojej Monique, mimo że tak niedawno
opłakiwałam jej stratę.
- Boże, Monique –
jęknęłam. Czułam już napływające łzy. Ile jeszcze razy będę musiała płakać?! –
Tak strasznie mi przykro.
Bałam się,
że przyjaciółka mi nie wybaczy. Przerażało mnie dalsze życie z ciążącym
sumieniem, które od czasu do czasu się odzywało.
- Even – powiedziała
miękko Monique.
Uśmiechała
się lekko. Na twarzy widziałam tylko ciepło i radość. Zero złości. Nic a nic.
- To nie twoja wina –
uniosła widmową dłoń, kiedy chciałam coś powiedzieć. – Umarłam. Nic tego nie
zmieni. Jestem szczęśliwa, że mogę z tobą rozmawiać. To mi wystarczy.
Na jej
twarzy malowało się błogie uczucie. Myślałam o tym jak zacznie na mnie
krzyczeć, żałować, że to nie ja umarłam. Pomyliłam się. Moja przyjaciółka była
całkowicie spokojna, zapatrzona we mnie, jakby fakt, że widzę ją po śmierci,
nie robił różnicy.
- Monique – jedna łza
stoczyła się po moim policzku. – Tak bardzo za tobą tęsknie.
Nie ścierałam spływających po mojej
twarzy łez. Powoli zaczynałam rozumieć, że nie są wcale oznaką słabości. Są
przykładem uczuć. Człowieczeństwa.
- Nie tylko ty –
dotknęła mojego ramienia. Delikatnie, niczym motyl.
Patrzyłam na
nią. Czułam się tak jakbym widziała anioła. Emanowała od niej przyjazna
energia, była prawie jak żywa. Nie widziałam w jej wzroku żalu. Mimo, że miała
ranę na głowie, to nadal była tą idealną Monique. Moją Monique.
Oparłam się o ścianę. Płakałam,
śmiejąc się. Po raz pierwszy w życiu, łzy wydały mi się tutaj na zbyt
naturalne. Cieszyłam się widząc ducha. Wreszcie mój dar nie był, aż taki
straszny.
- Odejdziesz? – nie
chciałam tego.
- Jeszcze nie teraz –
wydawała mi się taka poważna. Inna. Zmieniona. – Zbyt wiele osób mnie teraz
potrzebuje.
Powoli
pokiwałam głową. Rozumiałam co miała na myśli. W sumie miała chyba wieczność na
tą decyzję.
- Kocham cię, Even.
Bez względu na wszystko.
- Ja ciebie też
Monique – te słowa nie były wcale takie oklepane jak mi się wcześniej zdawało.
Rozmyła się.
Pomachała mi dłonią, przez którą wszystko prześwitywało. Znikała powoli, a ja
wiedziałam, że gdy tylko zapragnę jej obok, wystarczy o niej pomyśleć. Bo
zawsze była gdzieś obok.
Dotknęłam
zimnego łańcuszka. Medalik, który był przeznaczony dla mojej przyjaciółki,
połyskiwał na mojej szyi. Zawsze miałam go o sobie. Przypominał mi o niej. O
każdej osobie, która odeszła.
,,Każdy dzień jest
wyjątkowy, magiczny. A ty musisz dbać, by było tak zawsze.’’
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz