wtorek, 23 sierpnia 2016

Rozdział dwudziesty ósmy

            Prawie wszystko układało się pomyślnie. Prawie. 
            Mama Nicka dostała jakiegoś ataku. Na szczęście mój przyjaciel szybko zareagował, wołają pielęgniarki. Okazało się potem, że pani Sailes dostawała zbyt silne leki, które w bardzo dużym stopniu wywołały jej stan. Na całe szczęście szybko opanowali sytuacje, a kobieta zaczęła reagować.
            Kevin odszedł. Gdziekolwiek się odchodziło. Nick nagle zapomniał, że zaczynał popadać w coś na rodzaj depresji. Pani Linday była szczęśliwa, bo jej córeczka spoczęła obok ojca. Tylko jedyna osoba na świecie jak się sypała, tak się sypała.
            Oczywiście tą osobą byłam ja.
            Zaraz potem jak Kevin odszedł na zawsze, dopadł mnie jeszcze gorszy ból głowy niż zazwyczaj. W ekspresowym tempie zaczęłam tracić krew, która lała mi się z nosa i z głowy, po tym jak spadłam ze stołka, uderzając głową w kafelki. Musieli przytoczyć mi krew, żebym w ogóle mogła funkcjonować. Nawet mnie nie przewieźli do normalnego szpitala, tylko położyli na wolnym łóżku w psychiatryku. Gdy przyjechał mój lekarz prowadzący, zauważył, że to chyba jednak nie anemia.
            Po tym jak mój stan choć odrobinkę się poprawił, dostałam się karetką do szpitala. Tam zaczęła się masa badań; od sprawdzenia krwi i moczu, do tomografii. Nikt nadal nie miał pojęcia co mi jest.
            Tylko ja wiedziałam.
            Wszystko zaczęło się od nowa, gdy poczułam odejście Niny. Dostałam ataku padaczki. Serce waliło mi tak szybko, że wyczekiwałam momentu, aż wyskoczy prosto w ręce pielęgniarki. W końcu dostałam taką ilość leków, która sprawiła, że wiedziałam jedenaście palców w lewej dłoni i tylko trzy u prawej.
            Przyszła Maxine. Nick z  Mattew. Mamy ani śladu, ale tego nikt się nie spodziewał. Nawet zajrzała pani Linday, która zadzwoniła na moją komórkę. Odebrał Nick, a potem zaproponował, że ją do mnie przywiezie.
            W sumie nie wiem ile tam leżałam. Czułam się trochę tak, jakby ktoś rozbił mnie na milion kawałeczków, potem poskładał, tylko że nie miał instrukcji, więc wszystko było nie na swoim miejscu.
            Kiedy mnie wypuścili, spędzałam całe dnie w domu. Skulona na kanapie w salonie, owinięta kocem, pozwalałam Elizie, aby robiła mi gorącą herbatę. Nick na zmianę z Maxine dzwonili do mnie, pytając co u mnie, czy biorę leki albo zwyczajnie dopytywali się jak się czuję. Mama mijała mnie każdego dnia, rejestrując tylko, że z dnia na dzień wyglądałam gorzej.
            Spędziłam sporo czasu zapisując sobie co wydarzyło się po spotkaniu różnych duchów. Za każdym razem, gdy dochodziło między nami do kontaktu wzrokowego, nic mi nie było. Jednak kiedy dzieli ze mną wspomnienia, mdlałam, dostawałam krwotoku, problemów z głową przez kilka następnych tygodni, a ostatnią atak ,,padaczki’’. W sumie to na pewno nie była epilepsja. To po prostu duchy.
            Miałam też czas, by poszukać czegoś o Chrisie.
            W sumie niczego nie znalazłam, ale miałam co robić. Siedzenie całymi dniami w domu, nie ruszając się z miejsca przez kilka godzin, nie było fascynującym zajęciem. Nawet nie spałam w nocy. Jeśli już to robiłam to nad ranem lub popołudniu.

            Z kwietniem nadeszły naprawdę ładne dni. Słońce nieśmiało świeciło, a na dworze robiło się ciepło. Ludzie wychodzili na świeże powietrze jak mrówki, a ja patrzyłam na nich z okna, zasłaniając rolety. Siedziałam w domu już bite trzy tygodnie. Miałam dość murów.
            Zabrałam więc kluczyki od auta, torbę ora telefon. Wysłałam Nickowi wiadomość, informując go, że jadę do pani Linday. Jakby coś się działo, obiecałam zadzwonić.
            Miałam nadzieję choć odrobinkę posprzątać, aby wypełnić moje prace społeczne. Kiedy zaparkowałam samochód na zarośniętym podjeździe, wcale nie spodziewałam się widoku pogotowia. Wysiadłam, powoli idąc w kierunku domu. W torbie znalazłam identyfikator, który miał poinformować ratowników medycznych o tym, kim jestem.
            W domu, w miejscach, które posprzątałam, osiadł się kurz. W salonie słyszałam cichą rozmowę jakiś trzech osób. Pokierowałam się w tamtym kierunku. Pierwsze co zobaczyłam to fotel, w którym siadywała pani Linday, odwrócony w stronę okna, mimo iż wcześniej stał do kominka. Rzucili mi się w oczy mężczyźni, którzy pakowali sprzęt medyczny. Jedyna kobieta, jaką zauważyłam, stała obok kominka z książką telefoniczną, ostro ją przeszukując.
 - Dzień dobry – cicho przywitałam osoby zgromadzone w pokoju.
 - Dzień dobry – odparł starszy z mężczyzn, patrząc na mnie lekko podejrzliwie. – Nie sądzę, że powinna pani tu być.
 - Gdzie pani Linday? Coś się stało? – rzuciłam okiem po salonie. Ani śladu niczego szczególnie innego.
 - Kim pani jest?
 - Pracuję tu społecznie – wskazałam na dokument zawieszony na mojej szyi. – Sprzątam w domu pani Linday. Albo raczej próbuje doprowadzić go do znośnego wyglądu.
 - Nie powinniśmy pani o tym imformować, jeśli nie jest pani z rodziny – odezwała się kobieta. – Ale ktoś musi o tym wiedzieć.
            Kiwnęłam głową. Owa kobieta podeszła do mnie. Miała krótkie włosy do ramion, ostre rysy twarzy i przenikające oczy. Położyła mi dłoń na ramieniu. Miała lodowate ręce.
 - Pani Sadie Linday nie żyje.
            Spojrzałam na nią zdezorientowana. Czekałam przez kilka sekund, aż matka Niny podniesie się z fotela z uśmiechem na twarzy, mówiąc ,,żarcik’’. Nie doczekałam się tego jednak.
            Ratowniczka patrzyła na mnie z wyczekiwaniem. Ja zaś ruszyłam ku małej kanapie w rogu pokoju. Była obdrapana i pokryta kurzem. Nikt na niej długo nie siedział. Usiadłam na niej, zanurzając twarz w dłonie. Czułam jak do oczu napływają mi łzy. Przejechałam ręką po twarzy, w nadziei że zgarnę je wszystkie z policzków. Wciągałam gwałtownie powietrze. Ile jeszcze osób umrze? – pytałam sama siebie.
 - Ale…jak? – wybąkałam, patrząc na zgromadzone osoby w pokoju.
 - Przed kilkoma sekundami przyjechały tu odpowiednie służby. Zmarła dziś w nocy. We śnie.
            Nie chciałam w to wierzyć. Siedząc tak myślałam dlaczego tak się stało. Dopiero patrząc na rodziną fotografię zdałam sobie sprawę, że tylko czekała, aż jej córka się znajdzie.
 - Jest szczęśliwa z rodziną…- wyszeptałam.
            Tamci ludzie o nic nie pytali. Tylko patrzyli na mnie z współczuciem.
 - Znała ją pani dobrze? – usłyszałam kroki kobiety, kucnęła przede mną. Rysy na jej twarzy złagodniały.
            Kiwnęłam tylko głową. Nie do końca ją znałam, ale wiedziałam że była dobrą kobietą. Która zbyt wiele wycierpiała.
 - Może wie pani czy miała jakieś dzieci. Osoby, które trzeba by o tym powiadomić?
            Tym razem pokręciłam spokojnie głową.
 - Jej jedyna córka została odnaleziona martwa kilka tygodni temu, po latach poszukiwań. Maż zmarł wiele lat temu, na zawał serce – wytłumaczyłam.
 - Pewnie nie wytrzymała emocji – domyślała się kobieta.
 - Nie – zaprotestowałam. – Po prostu tęskniła za rodziną.
            Napotkałam pytające spojrzenia zgromadzonych osób.
 - Tylko oni oboje się liczyli. Kiedy wiedziała, że oboje są u góry, chyba zechciała do nich dołączyć.
            Nie chciałam wspominać o tym, że to ja znalazłam ciało Niny. Nie mówiłam o duchach, ale też nie szczególnie chciałam zaznaczać, że pani Linday była gotowa na śmierć, tylko czekała aż jej córka się odnajdzie.
 - Możliwe – kobieta wstała. Podeszła do fotela, podnosząc jakoś kartkę. – Napisała list do jakieś dziewczyny. Znasz może Even Alians?
            Uśmiechnęłam się, mimo nadal lecących z moich oczu łez.
 - To ja.
            Kobieta posłała mi uśmiech. Podała mi kopertę. Ładnym, starannym pismem, była ona zaadresowana do mnie.
 - Nie sądzę, że mamy tu coś jeszcze do roboty – zauważył młodszy ratownik, przewieszając sobie przez ramię torbę. – Zwijajmy się. Pani też nie powinna tutaj przebywać.
            Przytaknęłam. Nadal trzymając w dłoniach list, ruszyłam do wyjścia, chcąc zrobić miejsce do wyjechania dla karetki. Jednak kiedy tamci odjechali, ponownie wjechałam na podjazd. Zaciągnęłam hamulec. Powoli odkleiłam kopertę. Wyjęłam z niej list, starannie napisany, delikatnie pochylonym pismem. Zaczęłam czytać, a łzy spadały na kartkę. W głowie miałam głos pani Linday.

Droga Even!

Przez ostatnie wydarzenia nie miałam jak ci podziękować, za odnalezienie mojej córki. Uważałam ją za martwą, ale wierzyłam w to, że żyje. Po tylu latach, potrzebna mi byłaś tylko ty. Dziękuję Ci za to, moja droga.

Teraz, gdy już na świcie nie ma mojego ukochanego, który nie doczekał odnalezienie naszej córeczki, wierzę że już się z nią widział. Nie mam już czego szukać na Ziemi. Potrzebuje odpoczynku. Ujrzenia córki i męża.

Widziałam w Tobie ogromny potencjał. Nie bił z twojej mowy ani gestów, ubrań czy wyglądu. Dostrzegłam go w Twoich oczach. Jesteś wyjątkową dziewczyną. Nie możesz o tym zapomnieć. Przed Tobą wiele lat życia, miłości, szczęścia, wzlotów i upadków. Życzę Ci cudownych lat. Jak najwięcej cudownych lat.

Sadie Linday
W kopercie znalazłam jeszcze mój dokument, który pani Linday podpisała, zatwierdzając, że odpracowałam wszystkie godziny prac społecznych. 

            Udało się nawiązać kontakt z jakąś kuzynką pani Linday. Była to starsza kobieta, nie za bardzo wiedząca jak ma zorganizować pogrzeb kuzynki. Zaproponowałam jej pomoc. Załatwiliśmy skromną uroczystość, z mnóstwem żywych kwiatów, miłych słów i dużą ilością Boga. Nie było wiele osób. Ale cieszył mnie fakt, że przyszły osoby, którą znały kobietę.
            Duchowny naprawdę pięknie mówił o zmarłej. Przytaczał wiele cytatów z Biblii. Wspomniał kilka razy o panu Linday i ich córce. Tak jak księża zawsze mnie denerwowali, tak tego dnia ze łzami słuchałam jego słów.
            Po pogrzebie spacerowałam po cmentarzu, odwiedzając wszystkich tych, którzy odeszli. Jak zawsze nic nie wskazywało na to, by ktoś był na grobie taty. Przy miejscu spoczynku Maggie było pełno świeżych kwiatów. Gdy sama kładłam tam różę, natknęłam się chyba na jej rodziców. Grzecznie powiedziałam im dzień dobry, a oni z uśmiechem mi odpowiedzieli. Chyba jakoś da się pozbierać po czyjeś śmierci. Groby Niny oraz Kevina nadal były usłane świeżymi kwiatami. Monique zostawiłam sobie na koniec.
            Siedziałam na ławce, wpatrując się w jej zdjęcie przytwierdzone do płyty nagrobnej. Była na nim uśmiechnięta i beztroska. Gdy już chciałam odejść zobaczyłam coś, czego całkiem nie spodziewałam się zobaczyć. No ale cóż, ostatnio ciągle wszystko mnie zaskakuje.
            Monique stała spokojnie, trzymając dłonie splecione za sobą. Patrzyła na mnie całkowicie nieświadoma tego, że ją widzę. Wzrok miała spokojny. A oczy takie jak zawsze. Ludzkie.
 - Monique – wyszeptałam.
            Jej wzrok był spokojny. Patrzyła na mnie ciepło, kręcąc głową z niedowierzaniem.
 - Czyli mnie widzisz – powiedziała tylko.        
            Odwróciłam się od niej. Zaczęłam iść szybko w stronę kaplicy. Obracałam się tylko by sprawdzić, czy zrozumiała, że ma pójść za mną. Stanęłam w jakimś ustronnym miejscu, gdzie byłam pewna, iż mnie nie widać.
 - Jak to możliwe? – zapytała chwilę po tym jak się pojawiła obok mnie.
 - Nie mam pojęcia – wyznałam. – Też chciałabym wiedzieć.
            Widziałam znajomą twarz przyjaciółki. Cały czas w głowie miałam obraz tego jak ciężarówka wjeżdżała prosto w nią. Jednak jej oczy były takie prawdziwie. Nie zamglone jak w chwili śmierci. Widziałam ducha mojej Monique, mimo że tak niedawno opłakiwałam jej stratę.
 - Boże, Monique – jęknęłam. Czułam już napływające łzy. Ile jeszcze razy będę musiała płakać?! – Tak strasznie mi przykro.
            Bałam się, że przyjaciółka mi nie wybaczy. Przerażało mnie dalsze życie z ciążącym sumieniem, które od czasu do czasu się odzywało.
 - Even – powiedziała miękko Monique.
            Uśmiechała się lekko. Na twarzy widziałam tylko ciepło i radość. Zero złości. Nic a nic.
 - To nie twoja wina – uniosła widmową dłoń, kiedy chciałam coś powiedzieć. – Umarłam. Nic tego nie zmieni. Jestem szczęśliwa, że mogę z tobą rozmawiać. To mi wystarczy.
            Na jej twarzy malowało się błogie uczucie. Myślałam o tym jak zacznie na mnie krzyczeć, żałować, że to nie ja umarłam. Pomyliłam się. Moja przyjaciółka była całkowicie spokojna, zapatrzona we mnie, jakby fakt, że widzę ją po śmierci, nie robił różnicy.
 - Monique – jedna łza stoczyła się po moim policzku. – Tak bardzo za tobą tęsknie.
            Nie ścierałam spływających po mojej twarzy łez. Powoli zaczynałam rozumieć, że nie są wcale oznaką słabości. Są przykładem uczuć. Człowieczeństwa.
 - Nie tylko ty – dotknęła mojego ramienia. Delikatnie, niczym motyl.
            Patrzyłam na nią. Czułam się tak jakbym widziała anioła. Emanowała od niej przyjazna energia, była prawie jak żywa. Nie widziałam w jej wzroku żalu. Mimo, że miała ranę na głowie, to nadal była tą idealną Monique. Moją Monique.
            Oparłam się o ścianę. Płakałam, śmiejąc się. Po raz pierwszy w życiu, łzy wydały mi się tutaj na zbyt naturalne. Cieszyłam się widząc ducha. Wreszcie mój dar nie był, aż taki straszny.
 - Odejdziesz? – nie chciałam tego.
 - Jeszcze nie teraz – wydawała mi się taka poważna. Inna. Zmieniona. – Zbyt wiele osób mnie teraz potrzebuje.
            Powoli pokiwałam głową. Rozumiałam co miała na myśli. W sumie miała chyba wieczność na tą decyzję.
 - Kocham cię, Even. Bez względu na wszystko.
  - Ja ciebie też Monique – te słowa nie były wcale takie oklepane jak mi się wcześniej zdawało.
            Rozmyła się. Pomachała mi dłonią, przez którą wszystko prześwitywało. Znikała powoli, a ja wiedziałam, że gdy tylko zapragnę jej obok, wystarczy o niej pomyśleć. Bo zawsze była gdzieś obok.
            Dotknęłam zimnego łańcuszka. Medalik, który był przeznaczony dla mojej przyjaciółki, połyskiwał na mojej szyi. Zawsze miałam go o sobie. Przypominał mi o niej. O każdej osobie, która odeszła.

            ,,Każdy dzień jest wyjątkowy, magiczny. A ty musisz dbać, by było tak zawsze.’’

            

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz