czwartek, 18 sierpnia 2016

Rozdział dwudziesty siódmy


            W sumie zwolnienie lekarskie mi się skończyło, ale nie miałam większej ochoty, żeby chodzić do szkoły. Więc poszłam do szpitala, żeby powiedzieć mojemu lekarzowi prowadzącemu, że nadal średnio się czuje. Dało mi to jakieś dwa tygodnie wolności.
            Moja mama nieszczególnie była zainteresowana faktem, że nie chodzę do szkoły. Ale dzięki temu miałam więcej czasu, na załatwienie swoich spraw.
            Pierwszą z nich był duch Niny. Wsiadłam więc w samochód, kierując się na jezioro, przy którym cała nasza ostatnia „przygoda” się zaczęła.
            W momencie, gdy stanęłam na mostu, od razu pojawiła się Nina. Nadal jej oczy były dziwnie puste. Porównywałam je z tymi dużymi, błękitnymi oczami Maggie, pełnymi smutku, lecz i jakiegoś rodzaju szczęścia. Nina patrzyła na mnie tylko z żalem. I niczym po za tym.
 - No i co zadowolona? Teraz jesteś szczęśliwa, po tym jak ukazałaś prawdę światu?
 - Tak, też się cieszę, że cię widzę – uśmiechnęłam się bez krzty radości. – Najpierw zazwyczaj się wita.
 - Jesteś śmieszna. Pozbawiona sensu – skrzywiła się z odrazą.
 - Dzięki. Zdecydowanie wolę to od stwierdzenia, że jestem szalona czy coś.
            Odwróciła się do mnie plecami. Wpatrywała się w jezioro. Ja zaś zastanawiałam się jak zimna może być woda. Mieliśmy jeszcze marzec, a pogodna ostatnio wcale nie była zbyt przyjemna. Przez ostatnie dni chodziłam w grubych bluzach, a Maxine cały czas pokazywała się w kurtce.
 - Teraz już możesz odejść dalej? – zagadnęłam ją.
 - Co?! – gwałtownie pojawiła się zaraz obok mnie. – O czym ty mówisz?
 - Sądzisz, że po szesnastu latach widzenia duchów, nie jestem obeznana w temacie? – odparłam spokojnie.
            Odsunęła się ode mnie. Wpatrywała się w moją twarz, szukając jakiś podpowiedzi.
 - Kim ty jesteś? – zadała mi po raz kolejny to samo pytanie.
 - Jak będę wiedzieć, dam ci znać.   
            W sumie nie bardzo zależało mi na tym, aby odeszła. Ale byłam pewna, że duchy powinny odchodzić. Co jeśli Bóg się wkurzy i wyśle mi list, takiego na przykład Wyjca, jak w Harrym Potterze?
 - Jak już będziesz w tym piekle, wyślij pocztówkę. Zaznajomię się z moim przyszłym miejscem zamieszkania.
            Posłała mi groźny wzrok. Nadal była niewzruszona. Nie tak łatwo było mnie przerazić.
 - Co ty z tego masz?
 - Cudowną czystość duszy i serce – ponownie uśmiechnęłam się bez śmiechu.
 - Boże jedyny – mruknęła, mrużąc oczy. – Czy ty chociaż przez jedyną minutę nie możesz rozmawiać ze mną normalnie.
 - Taka taktyka rozmowy – wytłumaczyłam.
  - Odpowiesz więc na moje pytanie?
            Przez chwilę rozważałam odpowiedź. Mogłam znowu coś palnąć i serio ją wkurzyć. A nie chciałam denerwować ducha, na środku jakiegoś mostku, przy totalnym pustkowiu.
 - Skoro już widzę duchy, to chyba coś muszę z nimi robić – w sumie nie była to odpowiedź na jej pytanie
            Nie byłam pewna czy to do końca prawda. Gdy byłam dzieckiem sporo rozmawiałam z duchami. Teraz pomogłam zaledwie jednemu załatwić swoje sprawy, by ruszył ku nieznanemu. Czy miałam coś z tego? Chyba święty spokój.
 - Zanim przejdziesz przez tą całą magiczną bramę, pójdź, poleć czy jak ty się tam przemieszczasz, do swojej mamy. Zobacz co z niej zostało – mój głos był suchy i bezbarwny. Nie wiedziałam skąd się u mnie nagle wziął brak emocji.
            Tak naprawdę było mi szkoda pani Linday. Była cudowną osobą. Taką prawdziwie kochającą matką, mającą tylko jedno dziecko. Tęskniła przez lata za swoją córeczką, a ta odebrała sobie życie.
 - Zachowałaś się samolubnie, nie myśląc o niej. Kiedy zmarł twój tata, nie miała nikogo.
            Całe dotychczasowe życie byłam egoistyczna. Aż tu koniec końców pouczam kogoś. I to na dodatek ducha dziewczyny, która się zabiła.
 - Żegnaj Even – powoli się rozmywała. Zdawało mi się, że chyba się dogadałyśmy. – Do zobaczenia w piekle.
            Przeszły mnie ciarki na te słowa. No ale cóż, sama na to wpadłam.

            Nie wiedziałam czy taśmy policyjne są nadal w lesie. Po zabraniu ciał i zbadaniu sprawy raczej nic już tam nie było. W sumie las okalający jezioro stał się państwowy, bo jak mówili w wiadomościach, właściciel zmarł pięć lat temu, nie zapisując ich nikomu.
            W głowie miałam drogę do miejsca ich śmierci. Trzymałam twardo kierownicę, podskakując na wybojach. Ciągle widziałam moment, gdy trafiliśmy na ich ciała.
            Resztki taśmy walały się jeszcze na ziemi. Niby tacy super policjanci, a jednak nie sprzątają po sobie. Ehh. Gdybym trafiła tu przypadkiem, nawet nie wiedziałabym jaka odbyła się tu tragedia.
            Na pniu, o który się przewróciłam kilka dni wcześniej siedział Kevin – znaczy się jego duch. Smętny, zgarbiony kształt, wpatrujący się w pustkę.
 - Kevin – powiedziałam.
            Duch zniknął. Byłam przygotowana na to, że zaraz pojawił się przede mną.
 - Even – jego oczy były podobne do oczu Niny. Puste. Martwe. – Miło cię widzieć.      
            Usłyszałam sarkazm w jego głosie. Nie chciałam wyciągać błędnych wniosków co do niego. W końcu zabiła go jego dziewczyna.
 - Co u ciebie, piękna? Jak się żyje? – jego głos był szorstki. Jak papier ścierny. – Fajnie szuka się zwłok?
 - Miewałam lepsze zajęcia.
            Nie rozpoznawałam go. Serio. Nie takiego Kevina pamiętałam.
 - Zmieniłeś się – zauważyłam.
 - Co cóż. Umarłem.
            Zaczęłam analizować wnioski. Oboje bardzo się zmienili. Nie byli sobą, ale raczej bardziej wrednymi wersjami siebie. Ale Kevin nie bywał wredny. Spróbowałam więc zwalczyć ogień ogniem.
 - Wiesz, przyszłam ci tylko powiedzieć, że fajnie jest. Siedzisz sobie tutaj, jak u babci na herbatce. Wspominasz i tak dalej. No. A twój ojciec bawi się gdzieś na Hawajach czy coś – gadałam jak totalna debilka. Ale działało. Mina mu zrzedła. – Pewnie ma jakoś dziunie na boku. I świetnie się bawią. Może masz już siostrzyczkę? Albo kolejnego braciszka? E tam. Twoja mama pewnie bawi się jeszcze lepiej. Leżenie w psychiatryku to zarąbiście cudowne zajęcie co? No wiesz gapienie się w ściany i w ogóle. A i Nick też się nie skarży. Ostatnio dostaje same pały, bo cały dzień prześladuje go obraz zwłok jego braciszka. Cud, miód, malina.
            Wiedziałam jak bardzo przegięłam. Widziałam to po jego minie. Oczy mu się rozszerzyły. Otworzył usta, patrząc na mnie cielęcym wzrokiem.
 - Zamknij usta, bo ci mucha wleci – parsknęłam.
            Nie dałam mu za wiele czasu na pojęcie moich słów. Po prostu złapałam go za rękę. W głowie przypomniałam sobie pierwszą kłótnię jego rodziców. I każdą kolejną. Krzyki wypełniały moją głowę. Przeplotłam te wspomnienia z obrazem pani Sailes w szpitalu. Z obrazem Nicka, stulonego w kącie pokoju, gdy słyszał krzyki. Jego smutek, gdy Kevin nie wrócił do domu. Oczy zaczęły mnie piec, gdy pokazałam mu siebie patrzącą się na rozpadającą rodzinę Sailes’ów, którą niegdyś uważałam za idealną.
            Puściłam go. W głowie mi huczało. Nie przejmowałam się tym zbytnio. Kevin zasłużył naprawdę. Bolesną. Taką, która sprowadziłaby go na ziemię.
 - Co? Tata odszedł? To…to przecież…
 - Niemożliwe? To chciałeś powiedzieć? Że twój idealny tatuś zostawił żonę i syna, bo tak mu się podobało?
            Zniknął. Pojawił się koło drzewa, w które uderzył pięścią. Ani sobie, ani roślinie nie wyrządził krzywdy.
 - Przestań użalać się nad sobą. Pomyśl o swojej rodzinie – byłam zła na siebie, że tak mu o tym mówię – Twoi bliscy cierpią.
 - Even…- zaczął się do mnie zbliżać.
 - Nie, nie Even – chciał coś powiedzieć, ale zrezygnował. – Musisz odejść dalej, żeby twoja mama wyzdrowiała.
            Stanął przede mną jak wryty. Poczułam gorąco na twarzy. Przejechałam po niej dłonią. Musiałam mieć wypieki od mówienia czy coś. Zaczęłam więc mu tłumaczyć co miałam na myśli.
 - Może jeżeli pójdziesz dalej, coś drgnie w twojej mamie. Może nie będzie już zombie. A jeśli sprawi to, że powróci dawna Clara?
            Wpatrywał się we mnie. Bardzo chciałam mieć rację. Sam fakt, że pani Sailes mogłaby wyzdrowieć był niezmiernie fantastyczny.
 - To wszystko jest takie dziwne – uśmiechnął się ze smutkiem. Wtedy to zauważyłam.
            Coś drgnęło w jego oczach. Niby nic, ale ten uśmiech sprawił, że stały się mniej puste. Jakby na chwile padł na nie blask słońca, a potem pozostał na nich, sprawiając, że stały się bardziej ludzkie. Nagle patrzyłam na ducha, odrobinkę zbliżonego do Kevina, którego znałam.
  - Jest szansa, że to dla niej zrobisz – poczułam się zmęczona. Mój głos to zdradził. – I tak przebywanie tutaj jako duch nic ci nie da. Będziesz patrzeć jak inni żyją własnymi sprawami. Może jeśli odejdziesz czeka cię coś nowego?
            Żadne z nas nic więcej na ten temat nie powiedziało. Wpatrywaliśmy się w miejsce, gdzie dwa życia zostały zabrane. Za sprawą jedną osoby.
 - Masz jej to za złe?
 - Zachowałem się jak idiota, strasząc ją. Sam sobie to zrobiłem – wskazał na swoją głowę, gdzie paskuda rana pozostała z nim na wieczność. – Szkoda tylko, że sama się zabiła. Mogła uszanować fakt, że już jedna osoba jest przez nią martwa.
            Wyglądał tak jakby chciał coś jeszcze powiedzieć. Jednak zamilkł. Było jeszcze bardziej widać jego ranę, gdy marcowe słońce przebiło się przez korony drzew, oświetlając jego twarz.
 - Pojawisz się tam? Mogę przyjść z Nickiem…
 - On wie? – zapytał z nienacka.
 - O tym, że widzę duchy? – przytaknął. – Tak, wie.
            Ponownie kiwnął głową. Spojrzał na mnie przelotnie. Nie wiem czy byłam przewrażliwiona, ale chyba do jego oczu powoli wracały kolory.
            Zniknął. Poszłam więc do auta. Tam znowu czułam to uporczywe gorącą. Stwierdziłam, że im szybciej znajdę się w domu, tym lepiej. Przejechałam rękoma po policzkach. Zapięłam pas, przekręciłam kluczyk w stacyjce. Wtedy spostrzegłam, że mam coś na dłoniach. Przyglądając się szkarłatnym plamom, zdałam sobie sprawę, że to krew. Spojrzałam w lusterko. Z nosa ciekła mi krew.
            Zaczynałam coraz mnie rozumieć co mi jest.

            Zaraz po tym jak doprowadziłam się do porządku, przyciśniętą chusteczką do nosa, zadzwoniłam do Nicka. Wcale się nie zdziwiłam, kiedy odebrała Maxine.
 - Hej – przywitała mnie. – Nick bierze prysznic. Dopiero co się obudził.  
            Pozer. Była czwarta czternaście po południu, a on śmiał się ze mnie, że śpię do czwartej.
 - Mogę wpaść? Muszę mu coś powiedzieć – nie chciałam zabierać Maxine. Sama moja obecność w takiej chwili nie była moim zadaniem zbyt pocieszająca. – Sądzisz, że uda mi się go wyciągnąć z domu?
 - Dobrze by było.
            Rozłączyłam się. Jechałam ponownie po tej strasznej drodze, aż wyjechałam na asfalt. Spokojnie jechałam, patrząc jak świry wyprzedzają mnie, jadąc z ponad stówę w zabudowanym.
            Do domu Nicka dojechałam prawie o piątej. Popołudnie okazywało się w miarę pogodne, z czego już wszyscy korzystali, wychodząc z domów. Wtarłam buty o wycieraczkę, ale zanim weszłam sprawdziłam swoją twarz w komórce. Chciałam być pewna, że nie ma na mojej twarzy krwi. Jeszcze tego brakowało, żeby martwili się o mnie.
            W mieszkaniu panował porządek. Nie żeby coś, ale Nick dbał o dom. Z kuchni czuć było aromat parzonej kawy. Tęskniłam za zapachem ciastek dochodzącym z tamtego pomieszczenia. Miałam nadzieję, że jeszcze kiedyś poczuję tę woń.
            W salonie spotkałam Maxine. Siedziała na sofie, przeglądając album ze zdjęciami. Piła coś z czerwonego kubka, z którego nigdy nikt nie pił, bo w domu Sailes’ów jakoś nikt nie lubił czerwieni.
 - Wyglądałaś słodko, w czasie dzieciństwa – właśnie otworzyła na stronie, gdzie znajdowało się moje wspólne zdjęcie z Nickiem, gdy mieliśmy po osiem lat.
 - Jak Nick? – usiadłam obok niej, wpatrując się w zdjęcie, gdzie jej chłopak nie miał górnej jedynki.
 - Zaniosłam mu właśnie zimny obiad. Ostatnio prawie nic nie mówi. Chyba pogrzeb dobił go ostatecznie – zamknęłam album, po czym położyła go na stoliku do kawy. – Na początku podstawiałam mu wszystko pod nos, co pięć minut zapewniałam go, że wszystko będzie dobrze. Ale wiem, że to całkiem bez sensu, bo każdego dnia i tak było gorzej.
 - A co ze szkołą? – byłam zdziwiona niechodzeniem przez Maxine do szkoły.
 - Rodzice rozumieją, że ktoś musi przy nim być. Lubią go. Usprawiedliwiają mnie pod warunkiem, że to nadrobię.
            Faktycznie, na fotelu pana Sailes’a, leżał stos podręczników.
 - Dobra, ja nie będę za delikatna – wstałam. – Zabieram go do szpitala. Do mamy.
 - Po co? – zapytała zdziwiona. – Oboje średnio kontaktują.
            Wciągnęłam powietrze. Zastanawiałam się co mu powiem.
 - Kevin – odparłam tylko, kierując się do pokoju mojego przyjaciela.
            Pozostawiłam Maxine samą, z czerwonym kubkiem przyłożonym do warg.
            Nicka zaś zastałam wpatrującego się w ścianę.
            Jeszcze kilka dni temu, normalnie ze mną rozmawiał. Mówił o tym, że nie może uwierzyć, że zapomniał jak nazywała się dziewczyna Kevina. Nie płakał za wiele. Przeżywał po cichu. Na to mu pozwalałam. Ale nie mogłam dopuścić do tego, by skończył jak jego mama.
 - Wstawaj! – krzyknęłam, zrzucając z niego koc.
            Leżał na łóżku, ubrany w spodnie od dresu i starą podkoszulkę. Spojrzał na mnie zdezorientowany.  Bez słów wyjaśnienia, otworzyłam jego szafę szukając jakiś normalnych ciuchów. Wzięłam pierwsze z brzegu dżinsy i koszulkę z nazwą jakiegoś zespołu. Dzięki ci Boże, że Nick słucha normalnej muzyki.
 - Jedziesz ze mną do szpitala – wyjaśniłam, rzucając mu w twarz ubrania.
            Nadal miał jakiś szok w oczach. Policzki miał zapadnięte, na całe szczęście nie zdążył jeszcze makabrycznie schudnąć. Dokładnie w tym momencie, kiedy zauważyłam w jakim starszym jest stanie, przypomniałam sobie mnie po śmierci Monique.
 - Nick, wiem o tym, że jest ci trudno – usiadłam na brzegu łóżka. – Pamiętasz co było, gdy zmarła nasza pani idealna aka Monique? Też mi było trudno. Ale jakoś się zebrałam. Wszyscy na ciebie liczymy. Nie po to Maxine siedzi tu całymi dniami, byś ty leżał i płakał. A teraz marsz do łazienki. Masz się doprowadzić do takiego stanu, żebym nie wstydziła się z tobą wyjść.
            Posłuchał mnie. Wziął ubrania jakie mu przyszykowałam, grzecznie idąc w kierunku łazienki.
 - Masz dwadzieścia minut! Czekam na dole! – krzyknęłam za nim.
            Wyrobił się w dziewiętnaście minut, schodząc do nas na dół.

            Nie pytał mnie o szczegóły. Po prostu wyszedł z domu za mną. Wsiadł do auta. Nie zapytał o nic, kiedy zobaczył stosik zakrwawionych chusteczek. Jechałam jak zawsze wolno, a on nie skomentował tego. Był jak nie Nick.
            W szpitalu jak zawsze uśmiechnięte pielęgniarki powitały nas miło. Przy samym pokoju pani Sailes, popchałam Nicka na ścianę. Przyparłam go, choć i tak wiedziałam, że nie pryśnie. Spojrzałam mu w oczy.
 - Posłuchaj, razem z Kevinem chcemy sprawdzić co się stanie jeśli on pójdzie dalej. Mamy nadzieję, że z waszą mamą będzie lepiej.
            Kiwnął głową.
 - Nie bądź taki! Zacznij zachowywać się normalnie. Teraz liczy się fakt czy twoja mama wyzdrowieje czy nie!
            Delikatnie mnie odepchnął. Zerknął w stronę korytarza, ale ten był pusty.
 - Role często się zmieniają – rzucił.
            Złapał za gałkę od drzwi. Wszedł do sali powolnym krokiem. Stanął obok łóżka. Pani Sailes leżała w tej samej pozycji jak zawsze, wpatrując się pusto w ścianę. Nick cmoknął ją w policzek.
 - Dzień doby, mamą.
            Zdałam sobie sprawę, iż po raz pierwszy jestem świadkiem wizyty Nicka u mamy. Przychodził tam przynajmniej raz w tygodniu, ale nigdy nie widziałam co wtedy robił.
            Usiadł na stołku. Dla mnie wcześniej wysunął spod łóżka drugi.
 - Kevin – mruknęłam pod nosem.
            Zamknęłam oczy. Wyobraziłam sobie ducha chłopaka. Powoli zaczął docierać do mnie jego głos, sposób jak się śmiał, czy to jak czasem nie mógł wymówić ”r”. Gdy zamrugałam, naprzeciw mnie majaczyła jego postać.
  - Coraz lepiej mi idzie – pochwaliłam sama siebie.
            Kevin podszedł do łóżka. Spojrzał na mnie. Zatrzymał wzrok na mojej twarz, niepokrytej teraz krwią. Przesunął spojrzenie na swojego brata. Dotknął jego dłoni. Wzdrygnął się delikatnie, ale doskonale wiedział co się dzieje.
 - Bracie? – rzucił w pustkę pokoju. Kevin spokojnie pokiwał głową, mimo że Nick tego nie widział. – Cieszę się, że jesteś.
 - Ja też – odparł starszy syn Sailes’ów.
            W końcu jego oczy pochwyciły niewzruszony wzrok matki. Patrzył na nią długo. A gdy w końcu uniósł głowę, tak że mogłam zobaczyć jego oczy, były one takie prawdziwe. Ludzkie.
            Zdałam sobie sprawę, że duchy nie stają się duchami z oczami jak za życia. One je zdobywają z czasem, gdy towarzyszą im ludzkie emocje.
 - Mamo – wyszeptał Kevin. Po jego widmowym policzku stoczyła się łza. – Tak mi przykro.
            Miałam ochotę wyjść. Chciałam zostawić tutaj tę rodzinę. Ale tylko ja widziałam tego jej członka, który odszedł już od nich. Dlatego też siedziałam spokojnie, patrząc w okno.
 - Even – wzdrygnęłam się. Nie byłam pewna który z chłopców to powiedział. – Chyba jestem gotów zaryzykować.
 - Twój wybór – rzuciłam.
            Nick spojrzał na mnie. Zaczął szukać jakieś podpowiedzi na mojej twarzy.
 - On chce odejść – wyjaśniłam mu.
            Kevin stanął przed ścianą, w którą wpatrywała się jego mama.
 - Jak to wygląda? – spytał mój przyjaciel.
 - Nie chcę zdradzać szczegółów. Ale to dla zmarłego cudowne przeżycie. Całe dotychczasowe życie w minutę.
            Brat Nicka kiwnął głową. Skierował swoje oczy na chłopaka, ściskającego dłoń pani Sailes. W jego oczach pojawił się podziw, szacunek. I miłość. Mimo, że Nick nie mógł znaleźć wzrokiem swojego starszego brata, byłam pewna, że coś poczuje. Na pewno.
 - Żegnaj braciszku – wyszeptali oboje w tym samym momencie.
            Kevin spojrzał na okno za mną. Ja zaś rejestrowałam jego oczy. Były takie podobne do tych, które widziałam za jego życia. Nie widziałam już rany na skroni czy pobrudzonych ubrań. Dostrzegałam oczy. Bo jak się okazuje one nawet po śmierci się nie zmieniają.
 - Żegnaj, Even – pożegnał mnie.
 - Pa Kevin.
            Skupił się na swojej mamie. Nic nie powiedział. Ale dostrzegłam jak jej dłoń drgnęła. Nie podzieliłam się swoim spostrzeżeniem, bo liczyłam na cud. Taki prawdziwy, niesamowity cud.
            Postać Kevina zaczęła znikać. Jego obraz zaczął blednąć. Widziałam to co widział właśnie on. Bramę. Ogromną. Piękną. Oznaczającą coś nowego.
            Czułam radość, jaka go przepełniła, gdy ją przeszedł. Miałam przed oczami jego, dopiero co narodzonego Kevina. Pierwszy rower. Masa siniaków. Zdarte kolana. Czułam pasję jaka go przepełniała, w dniu gdy dostał się do szkolnej drużyny. Cieszyły go drobne rzeczy; dobra ocena w szkole, poprawny rzut, uśmiech matki na twarzy, śmiech Niny. Pełno wspomnień z Niną. Narodziny Nicka. Wiadomość o tym, że będzie miał brata lub siostrzyczkę. Pierwsza dziewczyna. Wypad z kolegami. Prawdziwi przyjaciele.            
            Jego wspomnienia mieszały się z moimi wspomnieniami, które go dotyczyły. Jak zawsze się nad nami wywyższał. Jak pomagał w nauce bratu. Jak przychodził z Niną do domu. Jaki był szczęśliwy po wygranym meczu. Byłam w trzech miejscach – w szpitalu, widząc coraz to bledszego ducha, stałam przed bramą, błądziłam po wspomnieniach.
            Spojrzałam na Nicka. Wpatrywał się we mnie zszokowany. Przeżywałam złość, radość, smutek, miłość, rozczarowanie, satysfakcję należącą do kogoś innego. A czułam się jakby te wspomnienia były też moje.
            Wszystko zniknęło w jednym momencie. Nie czułam już lekkości. Wiedziałam tylko, że głowa mi pęka, z nosa znowu leci mi krew. Spojrzałam przed siebie. Nick ściskał dłoń mamy, a ona oddychała płytko. Zamknęła oczy. Kiedy je otworzyła, patrzyła na Nicka, nie na ścianę.
            A ja, co było do przewidzenia, zemdlałam. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz