niedziela, 14 sierpnia 2016

Rozdział dwudziesty szósty

            Jeśli ciekawi Was, co takiego stało się, gdy Nick zobaczył ciało Kevina to nie liczcie na mnie w tej sytuacji. Czy Maxine coś opowiada, gdzieś w Internetach to nie wiem, żadnych linków Wam nie podeśle. Niestety, gdy doszło do tego kompromitującego spotkania, zemdlałam jak długa, po tym jak poczułam ostre mdłości i zawroty głowy. Gdy się ocknęłam, pochylał się nade mną nawet przystojny ratownik medyczny. Kiedy uświadomiłam mu, że na pewno nic mi nie jest, pozwolił mi usiąść, podając mi dożylnie leki. W międzyczasie podszedł do mnie Nick.

             Był strasznie blady, a wory pod oczami jakby wyrosły znikąd. Podał mi mój telefon (ogólnie to nie wiem skąd go wziął).
 - Mama dzwoniła. Pytała się czemu nie ma nas tak długo i czy wszystko dobrze. Wyślij jej jakiegoś SMS-a chociaż.
            Spojrzałam na niego zszokowana, ale niestety nic już więcej nie powiedział. Odszedł smętnie w stronę Maxine.
 - Poczekaj tutaj jeszcze chwilk zaraz będziesz mogła iść do brata – ratownik ruszył w kierunku karetki.
            Nie wiedziałam za bardzo o co chodzi, bo przecież nie miałam brata. Odblokowałam więc telefon, by sprawdzić o czym mówił Nick. Jedyne co mi się wyświetliło to wiadomość od wyżej wymienionego.
 Jesteś moją siostrą. Mieszkasz w naszym domu, razem z jakoś ciotką (żeby się nie czepiali, że nie letnia mieszka sama) opiekujesz się mamą. Ja wyjechałem do szkoły, gdzie poznałem Maxine. Teraz przyjechałem do domu z nią, a ty chciałaś pokazać nam to jezioro. Mamy udawać, że się zgubiliśmy, bo nie do końca wiedziałaś gdzie jechać. Wymyśl coś.
            Gdy już lekarz pozwolił mi pójść do Nicka, jego dziewczyny oraz policjanta, który coś zapisywał, w głowie zaczęłam układać co im powiem. Musiałam dowiedzieć się dokładnie co im powiedział Nick, aby nie pomieszać za bardzo.
 - Dzień dobry – policjant wyciągnął do mnie rękę. – Nazywam się Joshua McBescter.
 - Dzie…dobry – specjalnie się zająknęłam, chcąc dodać do efektu – Jestem Even… zerknęłam na Nicka, który ledwo zauważalnie kiwnął głową. – Even Sailes.
            Policjant kiwnął głową, po czym coś zanotował. Ja już układałam swoją wersję wydarzeń.
 - No dobrze, według pani brata– wskazał końcówką długopisu na Nicka – To pani brata? Tak? Świetnie. Tak więc według Nicka, chciałaś pokazać im jezioro, te niedaleko. Zdajesz sobie sprawę, że to jezioro prywatne?
 - Tak, oczywiście – przetarłam oczy dłonią, tak żeby wyglądało na to, że płakałam. Potem zaczęłam kłamać jak z nut. – Należy ono do naszej cioci Sadie Linday. Jeszcze za nim nasza kuzynka Nina zaginęła, przyjeżdżałam tutaj z nią, ale to było dość dawno temu.
            Zaczęłam ostro myśleć. Skoro ja i Nicka to rodzeństwo, to Kevin był też moim bratem. Zaś jeśli Nina była moją kuzynką – Kevin nie mógł być jej chłopakiem. Warto to zapamiętać, żeby nie palnąć jakieś głupoty. - Więc w takim razie jak znaleźliście się w lesie, a w szczególności, w tym miejscu?
            Podejrzliwe spojrzenie policjanta zbiło mnie z nóg. Głowa dalej mnie bolała, a przed oczami zaczęły mi latać czarne plamki. Złapałam się za głowę, a zanim zdążyłam zemdleć, dobiegł do mnie Nick. Raczej średnio idzie mi udawanie zszokowanej, co?
  - Proszę pani? Wszystko dobrze? – zapytał policjant.
 - To musiał być dla niej szok, rozumie pan – odezwała się Maxine za jego plecami. Podeszła do mnie i przykucnęła obok mnie. – Ma problemy zdrowotne. Jeszcze to co dzisiaj odnaleźliśmy...
            Wyjęła z kieszeni chusteczkę, którą otarła oczy. Dopiero wtedy zauważyłam, że płakała.
 - Chcieliśmy dojechać szybciej, bo źle się poczułam – wyjaśniłam łamiącym się głosem. Tępy ból, nie pozwalał mi myśleć. – Chcieliśmy jechać na skróty. Ale…ale się zgubiliśmy.
            Wszyscy, włącznie z moimi przyjaciółmi, patrzyli na mnie z wyczekiwaniem. Ja sama zbierałam siły na to by mówić. W usta mi zaschło, a w oczach coraz bardziej ciemniało. Starałam się jednak patrzeć przytomnie na policjanta.
 - My wyszliśmy z auta. Mieliśmy nadzieję, że natkniemy się w lesie może na jakąś strasz leśną. Szliśmy, szliśmy i wtedy….wtedy…          
  
Serce waliło mi w piersi, kiedy przed oczami miałam ducha Niny. Za sobą słyszałam czyjeś kroki. Chyba kryminalni przyjechali. Wciągnęłam powietrze, które mnie parzyło. Słyszałam głos Maxine, która dokończyła moją wypowiedź. Docierał do mnie oddech Nicka, który nadal mnie przytrzymywał. A ja byłam na granicy świadomości.
            Marzyłam tylko o tym, by wiedzieć co mi jest.
             Chcieli mnie zabrać do szpitala. Ja nie chciałam. Byłam wręcz pewna, że jedyne co mi dadzą to kolejne, nic nie dające leki. Wiedziałam też, że mój stan w jakiś sposób jest powodowany przez duchy. Mimo to, nadal nie wiedziałam dlaczego tak jest i jak temu zapobiec.
            Po tym jak policjant zauważył: mnie, popadającą w jakoś nieznaną chorobę, prawie nie mogąca utrzymać świadomości oraz Nicka, głęboko zranionego odkryciem, jakiego dokonaliśmy, postanowił puścić nas do domu. Nie było mowy, aby mój ,,brat’’ prowadził, więc zrobiła to Maxine. Jako jedyna była na tyle opanowana, aby jechać autem. Nick usiadł na tylnim siedzeniu. Nie chciał z nami rozmawiać.
            Maxine pojechała najpierw pod mój dom. Uparłam się, żeby nie jechać znowu do szpitala. Wysiadłam, otworzyłam tylnie drzwi, po czym od tak uściskałam mocno Nicka, szepcząc mu do ucha:
 - Będzie dobrze.
            Nie wiedziałam skąd wzięła się u mnie taka litość, no ale cóż poradzić.
            Kiedy stałam przy drzwiach wejściowych, podbiegła do mnie Maxine.
 - Zostanę z nim – miała miękkie spojrzenie. – Martwię się o niego.
            Złapałam ją za rękę. Uścisnęłam ją delikatnie, dając znak, że ma też mnie.
 - Jest twardy. Da radę – po chwili zastanowienia, dodałam. – Ma dla kogo żyć.
            Puściłam jej dłoń. Zanim jednak poszła do samochodu, spojrzała na mnie niepewnie.
 - Pójdziesz do jego mamy? Wiem, że ciebie lubi, a mnie nawet nie zna.
            Uśmiechnęłam się. Złapałam za klamkę drzwi. Kiedy wylało się na nas światło z korytarza, zobaczyłam jakie zmartwienie maluje się na jej twarz. Martwiła się o swojego chłopaka. Martwiła się tak samo jak ja.
 - Jasne.
            Weszłam do domu. Skopałam buty. Maxine w tym czasie zamykałam furtkę. Spojrzałam na nią.
 - Wszystko będzie dobrze. Uwierz mi – powiedziałam jej. 
`           Chciałam w to wierzyć.
         
            Następnego dnia czułam się jakbym lunatykowała. Zmusiłam się do wzięcia leków, choć nawet nie wiedziałam kto przyniósł je z auta Nicka. Jadłam, nawet nie czując smaku jedzenia. Miałam potwornie bladą twarz, a ręce mi się trzęsły przy byle zajęciu.
            Nie do końca wiedziałam co chce robić tego dnia. Miałam zwolnienie lekarskie, więc nie musiałam iść do szkoły. Ale wiedziałam, że czeka na mnie zbyt wiele zajęć.            Rano wysłałam do Nicka wiadomość z pytaniem jak się ma. Nie odpisał. Jednak, gdy zadzwoniłam do Maxine, dowiedziałam się, że jej chłopak odsypia wczoraj. Rodzice Maxine przywieźli jej ubrania na zmianę i obiad. Oznaczało to, że będzie ona z nim przez następne parę godzin. Z czystej uprzejmości (hahahah ja i uprzejmość) zapytałam czy jej nie zmienić. Jednak kategorycznie mi zabroniła. Wiedziała, że mam jeszcze sporo do załatwienia.
            Najpierw pani Sailes.
            Do szpitala psychiatrycznego nie było aż tak daleko. Dlatego też, kiedy wsiadłam do auta, nie przekręciłam kluczyków. Obawiałam się, iż w pewnym momencie zemdleje, pozbawiając kogoś życia, tak jak ten palant co zabił mojego ojca. A ja nie chciałam nikogo zabijać (jeszcze).
            Poszłam więc na pieszo. Droga nie była najgorsza, ból wszystkiego nieco ulżył. Leki i sen w miarę dobrze mi zrobiły.
            Kiedy dotarłam do szpitala, przywitała mnie chorobliwa żółć ścian i miłe pielęgniarki w niebieskich uniformach. Trafiłam akurat na poranne zajęcia grupowe, w których Clara Sailes nie uczestniczyła. Zapytałam się tylko jednej z pielęgniarek czy mogę do niej wejść. Po sprawdzeniu mnie jako osób odwiedzających (byłam na liście), mogłam spokojnie odwiedzić kobietę.
            Pani Sailes nadal była w pokoju numer 21. Leżała na swoim regulowanym łóżku, wpatrując się w niezapalony telewizor. Ściany w tym pokoju miały przyjemny kolor, nie rażący oczu trudnych pacjentów.
            Od kiedy Kevin zaginął, a jej mąż od niej odszedł, powoli traciliśmy z nią kontakt. Ja na przykład zorientowałam się, że coś z nią jest nie tak, po tym jak pewnego dnia przyszłam do ich domu. Dawniej chodziłam do nich każdego dnia. Razem z Nickiem byłam nierozłączna, a jego mamę traktowałam jak własną. Tamtego też dnia, weszłam do domu. Jedyny zapach jaki poczułam to spalenizna. Pani Sailes siedziała w kuchni wpatrując się w ścianę, a pieczeń w piekarniku przybrała już węgielny kolor. Niedługo po tym niestety wylądowała w szpitalu, pozostając w nim do tegoż dnia, o którym dzisiaj opowiadam.
            Usiadłam na stołku obok niej.
 - Cześć – powiedziałam, ale wiedziałam, że moje słowa trafiają w pustkę. – Nie musi się pani martwić mną czy Nickiem. Z nami wszystko w porządku.
            No pomijając fakt mojego mdlenia co kilka godzin i załamania Nicka.
 - Znaleźliśmy Kevina – wyszeptałam. – On nie żyje. Ale jestem pewna, że jest szczęśliwy. Tam, u góry.
            Pani Sailes zawsze była wierząca. Co niedzielę chodziła do kościoła. Nie obnosiła się ze swoją wiarą. Po prostu, jak to zawsze mawiała: ,,Lubię Boga. Od czasu do czasu trzeba z nim pogawędzić.”
            Kobieta leżąca przede mną nie do końca była panią Sailes. Tą kobietą, dzięki której moje dzieciństwo wydawało się znośne. Tamta Clara Sailes pachniała ciastkami czekoladowymi i miętą. Pytała zawsze mnie jak minął mi dzień w szkole, choć wiedziała, że nienawidzę szkoły. Pamiętała o moich urodzinach. Dawała mi prezenty na święta.
            Wchodziłam do ich domu. Pani Sailes uśmiechała się cały czas, co piątek piekąc te swoje ciasteczka. Czasem zabierała mnie do kościoła. Ostatni raz byłam w nim jak miałam jakieś czternaście lat. Byłam tam właśnie razem z nią.
 - Nick, ubrałeś się już? – zapytała wtedy swojego syna.
 - Nie chcę mi się dzisiaj iść! – rzucił ze swojego pokoju.
            Pani Clara spojrzała wymownie na swojego męża, siedzącego w swoim ulubionym fotelu. W niedziele czytał zawsze gazetę, którą kupował w sobotę. Nigdy nie chodził z żoną do kościoła.
 - Even, może ty? – podała mi jajecznicę. Zawsze robiła świetną.
 - Ja? Przecież ja nawet nie jestem normalnie ubrana!
            W sumie nie chodziłam jeszcze całkiem na czarno. Tego dnia miałam po prostu dżinsy i czarną bluzkę. Moja szafa była pełna kolorowych ubrań.
 - Wiesz co, skarbie? – tylko ona mówiła tak na mnie. – Do kościoła chodzi się dla Boga. A Bóg nieszczególnie patrzy na to co masz na sobie.       
            Przyniosła mi tylko swój sweter. Tamtego dnia poszłam z nią.
            Leżąca przede mną pani Sailes, ubrana w szpitalną koszulę, z nieobecnym wzorkiem, nie była tą kobietą, którą podziwiałam każdego dnia. Z chorobliwie blado-żółtą twarzą i przetłuszczonymi włosami, zebranymi w kitkę, nie przypominała kobiety, z którą czasem chodziłam do kościoła. Tamta pani Sailes miała ładną, czerwoną sukienkę. Chodziła w butach na obcasie, które stukały, gdy kroczyła w nich po drewnianej podłodze w jej kuchni. Gotowała i piekła niczym anioł. Potrafiła grać na fortepianie, który stał w salonie ich domu. Zawsze kupowała idealne prezenty, jak czapka drużyny futbolowej, z autografem jakieś gracza, z którą Kevin się nie rozstawał.
            Dotknęłam jej ręki. Była chłodna, z nabrzmiałymi żyłami. Mój dotyk nic nie zmienił w wyrazie na jej twarzy.
 - Nick pani potrzebuje – szepnęłam. Drugą rękę szybko starłam łzę, która wyślizgnęła mi się spod powieki. – I ja chyba też.
            Zaczęłam płakać. Kiedy byłam młodsza, wiele razy chciałam powiedzieć tej kobiecie o tym, że widzę duchy. Ale bałam się jej reakcji.
 - Chciałabym, żeby była pani zdrowa – uścisnęłam jej dłoń, wstając.
            Stojąc w drzwiach, marzyłam tylko o tym, aby ta kobieta chociaż na mnie spojrzała. Ale niestety, pozostała nieruchoma. Niczym porcelanowa lalka.

             Pogrzeby mają to do siebie, że są dobijające. Patrzysz jak opuszczają trumnę do głębokiego dołu. Widzisz obce ci twarze i zastanawiasz się kim byli dla zmarłego.
            Maxine pożyczyła mi najzwyczajniejszą sukienkę jaka istniała. Wpakowałam się w nią. Kiedy schodziłam pod schodach, usłyszałam tylko jak mama myszkuje w kuchni.
            W przedpokoju stanęłam naprzeciw lustra. Widziałam w nim całą siebie. Mój wygląd niewiele się zmienił przez ostatnie dni. Nawet makijaż nie pomagał. Miałam ciemne sińce pod oczami, których nie ukryłam pudrem. Zdecydowanie schudłam, ale to zauważyłam już dawno temu. Mimo to nadal była niska i szeroka w biodrach. Patrzyłam na siebie obcymi, a zarazem znajomymi, brązowymi oczami.
            Pojechałam po moich przyjaciół. Zostawiłam auto na podjeździe. Weszłam do domu Sailes’ów bez pukania. W łazience Maxine poprawiała swoje włosy. Poszłam więc do salonu, gdzie spodziewałam się spotkać Nicka.
            Stał przed oknem, w idealnie prostym, czarnym garniturze. Ręce trzymał w kieszeniach, a gdy się odwrócił, wyglądał równie marnie co ja. 
- Jak się masz? – spytałam.
            Nie dopowiedział od razu. Ostatnio często z nim rozmawiałam, ale widać było, że się zamknął w sobie. Po za tym nie był już moim Nickiem. Moim najlepszym przyjacielem, z którym spędzałam całe dzieciństwo. Ten Nick zginął wraz z zniknięciem Kevina, a chorobą ich mamy.
 - Jakoś się trzymam – wzruszył ramionami, poprawiając mankiety.
            Usiadłam na fotelu jego ojca. Czasem zastanawiałam się jaką świnią trzeba być, aby opuścić rodzinę w potrzebie.
 - Byłaś u mamy prawda? Co u niej?
 - Bez zmian – podsumowałam.
            Potem już nic nie powiedział. Nie odzywał się też w aucie. Nawet Maxine nie odezwała się ani słowem, mimo tego, że widziałam z jakim zażenowaniem patrzyła na radio, z którego dobiegały nas ostre dźwięki klasycznego rocka.
            Ksiądz miał problem z pochowaniem Kevina i Niny. Szczególnie z nią. Stwierdził, że samobójcy nie mają prawa spocząć na świętym miejscu czy coś tam. Bezsilna pani Linday już nie wiedziała co robić. Całe szczęście to ja zawiozłam ją, żeby to załatwiłam, więc powiedziałam gostkowi parę słów. Po kilku ciężkich stwierdzeniach, zgodził się z łaską na odprawienie pogrzebu.
            Ceremonia miała być wspólna. Było wiele osób, których nie znałam. Znajomi Nina i Kevina, starsi ode mnie albo chodzący jeszcze do mojej szkoły. Przybyła rodzina Nicka, której nie znałam. Jeśli chodzi o bliskich Niny, to tych osób było bardzo mało. Widziałam całe szeregi chłopaków z drużyny, w której grał Kevin. Cieszył mnie widok młodych osób, a nie starych babć, które nawet ich nie znały.
            Wypowiedziała się jakaś dziewczyna na temat Niny, ktoś dodał coś o jej chłopaku. Kiedy przyszła kolej na Nicka, bałam się, że nie da on rady. Mimo to stanął na wysokości zadania, mówiąc naprawdę miłe słowa o swoim bracie.
 - Jeśli marzył wam się cudowny i wzorowy brat, to na pewno nie kwalifikował się do tej funkcji Kevin – zebrani zaśmiali się przez łzy. – Często bił i kopał, jak to starszy brat. Ale w sumie nie było źle. Czasem się przydawał – znowu uśmiechy. – Pamiętam, że kiedy w szkole ktoś mi dokuczał, a ja w domu płakałem po kątach, Kevin się ze mnie nie śmiał. On zapytał co się stało, a jak mu wyjaśniłem, następnego dnia poszedł do mojej szkoły i groził chłopakowi, który mnie dręczył. Potrafił się przyznać do winy. Umiał wesprzeć. Wiadomo, był moim bratem, więc przepychanki były na porządku dziennym. Teraz stoję tutaj, aby go pożegnać. Nie dostał szansy na długie życie. Ale wiele zrobił, gdy żył. Był świetnym bratem…
Musiał przestać mówić, bo łzy nie chciały przestać kapać mu z oczu. Podszedł do Maxine, która go przytuliła, tuląc go tak długo, aż jego oczy były już suche. Nikt już nic nie mówił. Ksiądz rozejrzał się po zebranych.
- Ktoś jeszcze chciał by coś powiedzieć?
            W dłoni miętosiłam kartkę. Miałam w zamiarze powiedzenie, krótkiej, miłej mowy, ale nie umiałam się przemóc. Ostatnim razem przemawiałam na pogrzebie mojej najlepszej przyjaciółki. Wtedy mówiłam co mi ślina na język niosła, bo byłam na nią zła. Na siebie też. Na pogrzebie tej dwójki nie chciałam taka być. Nie byłam wcale na nich wściekła.
            Wstałam. Patrzyłam na ludzi, na twarze, których nie znałam. Widziałam łzy, smutek, malujący się na buziach. Dłonie trzymające chusteczki, którymi ocierali te słone kropelki, wypływające z oczu.
 - Nie znałam ich z tej strony, z której znali ich przyjaciele – zaczęłam. Zgniotłam kartkę w kulkę. Nie chciałam żadnej wymyślnej mowy. -  Ani z tej strony, z której znała ich rodzina. Kevin był dla mnie jak wkurzający, starszy brat. Ale go podziwiałam. Osiągnął wiele. Mimo, że dokuczał tej małej Even, gdy byliśmy dziećmi, to często pomagał. Nie dawał się długo prosić. Zawsze był. Ninę poznałam warunkowo niedawno. Od jej własnej matki, która tęskniła. Poznałam mądrą, pilną dziewczynę, która przypadkiem była tą samą dziewczyną, która trzymała dłoń Kevina, gdy jeszcze byłam za młoda by pojąć jak bardzo się kochają. Byli ode mnie o wiele starsi. Ale zmarli tak młodo. Nigdy nie wieli ślubu. Nie mieli dzieci. Podejrzewam, że gdyby dziś żyli, dokonali by czegoś wielkiego. Niestety, tak się nie stało. Nie dostali szansy. Ale cokolwiek dzieje się z człowiekiem po śmierci, ich spotka coś dobrego. Tego jestem pewna.
            Stanęłam obok moich przyjaciół. Byłam otoczona ludźmi, ale widziałam przed sobą duchy. Znudzone kolejnym pogrzebem. I wtedy ujrzałam też ducha Kevina. Smętnego, wpatrzonego prosto we mnie.
            Starałam się udawać, że go nie widzę. Ale byłam pewna, iż on wie.
            Potem były już tylko łzy.
            Kiedy opuszczali trumnę Kevina do dołu, Nick trzymał moją rękę. Wiedziałam, że to dla niego trudne. Każdy obok płakał. Tylko moje oczy pozostawały suche. Naprzeciw siebie miałam osobę, którą miałam opłakiwać. Właściwie nie umiałam za nim płakać, widząc jego twarz. Może to nawet dobrze.
            Przy Ninie było inaczej. Widziałam moment jej śmierci, rozmawiałam z nią, mimo że nie żyła. Czułam się tak, jakby jej odejście było fałszywe. Tak jak gdyby wcale nie umarła.
            Miałam więc od tamtego dnia więcej grobów do odwiedzania.  
        
             

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz