Kiedyś
dotarłam do domu. Padłam na łóżko, nawet nie zdejmując sukienki. Byłam tak
padnięta, że mogli by mnie wynieść z łóżkiem.
Gdy się obudziłam, było już
południe. Nogi mnie bolały, a makijaż zrobiony przez Maxine, rozmazał mi się na
całej twarzy. Do tego ta efektowna, sztuczna róża, wyplątała mi się we włosy,
tak że musiałam ją wyciąć nożyczkami. Sukienka była cała pognieciona, a rajstopy w kilku miejscach puściły oczka.
Była niedziela. Maxine siedziała w
domu razem z gośćmi, którzy mieli zostać na dłużej, a Nick coś mówił o tym, że
sam też do niej pojedzie. Nie miałam kontaktu z Loganem, a żadna inna osoba nie
przychodziła mi do głowy.
Gdy rozsunęłam szafę, w oczy od razu
rzuciła mi się sukienka w kwiaty. W sumie miała tam wisieć i się niszczyć.
Mogły ją zawsze zjeść mole czy coś w tym stylu. Więc postanowiłam ją
wykorzystać.
Ubrałam ją, doprowadziłam swoją
głowę i twarz do porządku. Zgarnęłam portfel do torebki, którą znalazłam w
łazience, w środku umywalki.
Pani Sailes zawsze się denerwowała,
gdy czegoś brakowało do niedzielnego obiadu, przez co trzeba było iść do
sklepu. Powtarzała, iż niedziele nie są od zakupów. A ja w tamtą niedziele,
spokojnie lawirowałam między półkami, szukając mąki, brązowego cukru, proszku
do pieczenia i mleka. Załadowałam cały koszyk, aż zakupy wylewały mi się z
niego. Spokojnie wyrzuciłam to wszystko na taśmę, potem pakując to do
płóciennych toreb.
Pojechałam do domu Sailes’ów. Pani
Clara czuła się zdecydowanie lepiej, ale nie wiedziałam czy powinnam była ją
odwiedzić. Korzystając z okazji, pojechałam do niej.
Kobieta przywitała mnie radośnie,
otwierając drzwi.
- Och, Even, Skarbie. Jak się cieszę! –
ucałowała mnie w policzek. – Nareszcie mnie odwiedziłaś!
Wniosłam do kuchni zakupy. Postawiłam
je na kuchennej wyspie. Pani Sailes spojrzała na mnie zdezorientowana.
- O co chodzi? – zapytała.
- Dawno nie jadłam pani ciastek czekoladowych.
Więc pomyślałam, że czas aby sama się nauczyła je piec, ale potrzebny mi nauczyciel.
Zaczęłam wypakowywać zakupy,
ustawiając je w dwuszeregu. Pani Sailes patrzyła na mnie jakbym czarowała.
Złożyłam torby i oparłam się o blat.
- No więc jak? – dopytywałam.
W oczach kobiety zalśniły łzy. Pani
Sailes otarła je kawałkiem swojej koszuli (która dość mocno na niej wisiała,
mimo że przed laty była dobra). Ze smutkiem spojrzała na zakupy. Miała zmęczony
wyraz twarzy. Zmarszczki jakby pojawiły się znikąd. Po chwili, jej jasne usta
rozciągnęły się w uśmiechu.
- To naprawdę świetny pomysł.
Razem wyciągałyśmy zakupy z drugiej torby torby.
Byłam wręcz zaskoczona faktem, iż udało mi się kupić wszystko. Nadal pamiętałam
swoje dzieciństwo.
Nigdy nie gotowałam ani nie piekłam
z panią Sailes. Tylko patrzyłam. Podziwiałam jak złocista masa falami opada na
blaszkę, jak babeczki rosną w swoich foremkach, a omlet się ścina. Tamtego
dnia, gdy pani Clara stała obok mnie, zdrowa i rześka, razem z nią odmierzałam
składniki, wybierałam odpowiednie śmigła do miksera. Nagle coś co było takie
trudne, stało się banalne. Tak jak dawnej w kuchni unosił się zapach cynamonu.
A ja znowu widziałam magię wypełniającą ten dom. Dom, który tak bardzo kojarzył
mi się z dzieciństwem, radością i miłością.
Gdy pojawił się wystraszony Nick,
niewiedzący dlaczego tam byłam, popijałyśmy sobie gorącą czekoladę z bitą
śmietaną, a nasze ciasteczka piekły się powoli, nabierając koloru.
- Coś się stało? – pani Sailes wycierała blat,
który i tak już lśnił. – Masz minę jakbyś oczekiwał tutaj duchów.
Nick posłał mi zdenerwowane spojrzenie.
Na mnie raczej nie działa tak słowo ,,duchy’’, więc tylko upiłam łyk.
- Piękne, niedziele popołudnie –
odpowiedziałam.
Chłopak uniósł brwi. Zerknął na
piec, potem na mnie, następnie na mamę, a po chwili znowu na mnie. W tym czasie
pani Sailes próbowała zetrzeć plamę z koszuli.
- Poczekajcie tutaj na mnie – mruknęła. –
Muszę to zaprać.
Wyszła
z kuchni. Nick od razu przeszedł do rzeczy, opierając się o meble.
- Co ty najlepszego robisz? Co jeśli dostała
by jakiegoś… - Była ze mną – przerwałam mu. – Nie możesz
traktować jej jak dziecka. Im szybciej wszyscy będą ją traktować jak dorosłą
kobietę, tym lepiej.
Podeszłam do piekarnika. Rzuciłam
okiem na ciastka. Zarumieniły się już. Spojrzałam na Nicka. Miał umęczony wyraz
twarzy. Zapewne był zmęczony imprezą.
- Ona jest zdrowa, Nick. Musisz przede
wszystkim w to wierzyć.
Zerknął
na korytarz, gdzie w każdej chwili mogła się pojawić jego mama. Wciągnął
głęboko powietrze, po czym przeniósł wzrok na mnie.
- Nie możemy jej pozwolić, aby odczuła brak
Kevina czy waszego taty – powiedziałam mu. Ze smutkiem i ociąganiem, pokiwał
głową.
- On jest dorosła Nick. Traktując ją jak
dziecko, tylko sprawiasz jej krzywdę.
Pani Sailes wróciła. Przebrała bluzkę
na ciemnofioletową. Uśmiechnęła się do nas promiennie, po czym zerknęła na
minutnik, nastawiony na czas pieczenia. Wzięła swój kubek. W milczeniu
siedzieliśmy, popijając napoje.
- Jak udała się wczorajsza uroczystość? –
zapytała pani Sailes, po długiej chwili milczenia.
Opowiedzieliśmy jej wszystko ze
szczegółami. Przedrzeźnialiśmy się, przepychaliśmy i przerywaliśmy sobie
nawzajem. Mama Nicka tylko się śmiała i kiwała głową. Od czasu do czasu
powtarzała swoją formułkę ,,Jak dzieci’’, uśmiechając się przy tym. Kiedy nasze
ciastka były już gotowe, zajadaliśmy się nimi, gadając o całkowitych bzdetach.
Pani Sailes wypytywała nas o wszystko – szkołę, znajomych, oceny i nasze
przygody w czasie, gdy jej nie było. W tym czasie poczułam się jak dawniej,
tylko była odrobinkę starsza.
- A jak wasza przyjaciółka Monique? – zadała
nam pytanie pani Clara. – Dawno jej nie widziałam. Co u niej?
Nick zerknął na mnie. Ja zwiesiłam
głowę. W głowie przeleciał mi tylko obraz, jak moja przyjaciółka wpada pod koła
ciężarówki.
- Ona nie żyje, mamo – odparł Nick.
Pani Sailes zakryła usta dłonią.
- Ale jak to?
Wiele panią ominęło. Oj wiele.
- Zginęła w wypadku. Została potrącona przez
ciężarówkę – strzepałam okruszki z sukienki.
Zapadła krępująca cisza (znowu). Zerknęłam na duży zegar, zawieszony nad
drzwiami. Podobnie jak ja, Nick, nagle zaczął szczególnie interesować się drewnianą
łyżką, leżącą na blacie. Ścierał z niej palcem resztkę mąki. Zaś pani Sailes,
jakby nie zauważyła naszego zachowania, spokojnie układała ciastka na
talerzyku.
- Nick, wpadłam na pomysł, że w następny
weekend, moglibyśmy odwiedzić ciocię Clarisse. Na pewno już się stęskniła –
rzuciła spokojnie do syna.
Postanowiłam
wykorzystać okazję do rozmowy. Zaczęłam razem z panią Sailes nawijać o całej
tej ciotce, którą w sumie widziałam dwa razy w życiu. Nick od czasu, do czasu
coś wtrącał.
- Even, a jak ty się czujesz? Słyszałam, że
ostatnio coś ci dolega.
Mało
nie wyplułam resztki czekolady, którą miałam w buzi. Przetarłam usta dłonią,
zastanawiając się co dokładnie odpowiedzieć, aby trochę ją zmylić albo zmienić
temat.
- To nic takiego – odparłam, po czym dopiłam
napój.
Pani Sailes przyjrzała mi się krytycznie. Miała na twarzy
ten swój uparty wyraz, jednak po chwili uśmiechnęła się.
- Ja słyszałam inaczej – zaparła się. – Oby na
pewno wszystko okej?
Pokiwałam
głową, udając entuzjazm.
- Tak, tak – wstałam, obróciłam się wokoło
własnej osi. – Wszystko ze mną jest na tyle dobrze, jak może być dobrze na
mnie. Leki działają, a ja czuję się świetnie.
Pani Sailes już zaczęła nowy temat, ja zaś cieszyłam się,
że nie było tam żadnego ducha, który pokazałby jak nieudolnie kłamie. Na
szczęście krew z nosa nie leciała, a ja nie mdlałam.
Pożegnałam się z Nickiem, jego mamą, kiedy zegar
wskazywał prawie osiemnastą. Jednak zamiast skierować się w stronę domu (gdzie
niechybnie czekała na mnie pustka), pojechałam na cmentarz. Od pogrzebu pani
Linday tam nie byłam, więc postanowiłam odwiedzić groby wszystkich tych, którzy
odeszli.
Usadowiłam się na ławce naprzeciw nagrobka, gdzie grubymi
literami wypisane było imię i nazwisko mojego taty. Wpatrzyłam się w ledwo
tlący się znicz oraz zeschłą różę. Czy ktokolwiek, oprócz mnie, go odwiedza?
Miałam jego uśmiechniętą twarz przed
sobą, na medalionie. Ludzie, którzy go znali – a takich było strasznie mało, w
moim otoczeniu – mówili mi, że mam po nim oczy. Faktycznie, na wszystkich
zdjęciach, na jakich go widziałam, miał głęboko brązowe oczy. Jednak moje
zawsze wydawały się takie nijakie, w porównaniu do jego.
Miałam po nim nos oraz kształt ust.
Gdy byłam mniejsza nie zwracałam na to uwagi. Wtedy, jako szesnastolatka, dostrzegałam
swoje podobieństwo do taty. Pani Sailes zawsze mi powtarzała, że jestem do
niego podobna kropka, w kropkę. Nie zdawałam sobie sprawy, że nie jest to wcale
prawda.
Wpatrywałam się w jego twarz, przez
co nie usłyszałam jak za mną ktoś się pojawił. Była to kobieta, wyglądająca na
jakoś po siedemdziesiątce. Miała taki typowy babciny makijaż oraz brązową
garsonkę. Siwe włosy, jakby tłuste zaczesała do tyłu, a za uszy wepchnęła końcówki od okularów. Przez ci szkła jej oczy wyglądały strasznie.Spojrzała na grób taty, po czym pokręciła głową.
- Ach, ten Rob – rzuciła kobieta. – Niby taki
złoty człowiek.
Ponownie pokręciła głową. Przysiadła
koło mnie na ławce.
- Coś ci powiem, dziecko. Ten mężczyzna był
niezłym ziółkiem – wyciągnęła pomarszczony palec, wskazując na miejsce
spoczynku taty. – Żona taka cudowna. A córka istny diabeł.
Pewnie wyobrażacie sobie moją minę.
Coś typu szok, niedowierzanie i nieodparta złość. Kobieta jednak dalej,
wczuwając się w temat, mówiła, nie dając mi dojść do słowa.
- Ta jego córka to wręcz pomiot szatana.
Pewnie ma to po tatusiu – poprawiła chustę na szyi. – Moja wnuczka chodzi z nią
do szkoły. Wie, że zachowuje się jakby podpisała jakiś pakt z szatanem. Pewnie
nie będzie gorsza od Roba. To jakiś potwór.
Wiedziałam, że ta kobieta nie
wiedziała, że to ja jestem tym ,,pomiotem’’. Wychudłam, nie pomalowałam się
wtedy za ostro, no i miałam to całą sukienkę w kwiatki. Jej słowa naprawdę mnie
zabolały. Chciałam na nią krzyczeć, chciałam być zła, wściekła. Jednak moje
oczy wyglądały jak lód, a głos był tak ostry, że mógłby coś przeciąć.
- Nie znała pani mojego ojca. Nie zna pani
mnie.
I odeszłam. Kobieta patrzyła się na
mnie z zażenowaniem. Ja jednak nic więcej nie powiedziałam. Wsiadłam do auta.
Było w nim zimno, ale nie włączyłam ogrzewania. Oparłam głowę o kierownicę.
Wbijała mi się w czoło, jednak jej nie podnosiłam. Spodziewałam się łez, może
jakiegoś krzyku. Zadziwiałam sama siebie. Nic nie robiłam. Tylko wpatrywałam
się w czerń, która mnie ogarnęła, kiedy wpatrywałam się w kierownicę. W głowie
miałam tylko jedne pytanie; Jak mam się zmienić, jeżeli ludzie, którzy nawet
mnie nie znają, uważają mnie za potwora?
Zamknęłam oczy. Oparłam głowę o zagłówek.
Patrzyłam jak ludzie przechodzą przez przejście dla pieszych, mijając obojętnie
moje auto. Mamy ciągnęły za ręce dzieci, nastolatkowe przepychali się między
sobą. Jakaś para szła, trzymając się za ręce. Wszyscy żyli sobie radośnie,
ciesząc się życiem. A ja miałam w głowie myśli, które kłębiły się niczym chmury
na niebie.
,,To jakiś potwór’’.
‘’Nick, ja widzę duchy. ‘’
‘’Monique umarła. ‘’
Wszyscy ci,
którzy byli mi choć trochę bliscy, umarli. Ludzie, którzy byli dla mnie opoką,
zmienili się.
‘’Ale ty jesteś psychiczną, egoistyczną świnią chorą umysłowo!’’
‘’Jesteś jakąś psychopatką!'' '' To była dla mnie
prawdziwa szansa na sukces, ale ty - potworze - zniszczyłaś ją!’’
Własna matka, mająca mnie
gdzieś.
Martwa przyjaciółka.
Martwy ojciec. Inny Nick. Inna ja.
Nie
umiem być sobą. Bo nie wiem, kim tak naprawdę jestem.
A tak bardzo chciałabym być kimś,
kto byłby dobry. Ale nie w tym życiu. Nie z taką przeszłością.
*
haha xD Pięknie wcisnęłaś farbowanie :D
OdpowiedzUsuńKurwisty czerwony ♥
Usuń