poniedziałek, 17 października 2016

Rozdział trzydziesty piąty

                Gdyby spojrzeć na moje życie od innej strony, można by było pomyśleć, że to jeden wielki kawał, na który składa się głownie cała ja.

            Najpierw moi rodzice. Mój brat. Duchy. Moja najlepsza przyjaciółka. I cholerna choroba spowodowana duchami.
            Trzeba było przyznać – było gorzej niż zawsze. Wszystko co zjadłam, zwracałam. Wystarczyły dwa kroki i mdlałam. Rany spowodowane odmrożenio-opażeniem nie chciały się goić. Wyglądałam z nimi tragicznie.
            Chudłam. Jeszcze bardziej niż wcześniej. Choć wydawało się to niemożliwe, prawie wcale mnie nie było. Widzący mnie ludzie myśleli, że mam anoreksję. I choć jadłam, nic to nie dawało. Wymiotowałam krwią, regularnie krwawiłam z nosa. Wszystko powoli się sypało.
            Pani Sailes, ciocia, przychodziła do mnie codziennie. Przynosiła domowe obiadki, których wcale nie ruszałam. Nick siedział cały dzień obok mnie, przynosząc mi jakieś drobiazgi; gazety, filmy, MP3. Chciał bym miała jakieś zajęcia.
            To Maxine zauważyła, że wypadają mi włosy, bardziej niż to normalne. Bolało mnie to. Wyglądałam strasznie i nic nie mogło tego ukryć. Właśnie to sprawiało, że nie chciałam by widziałam mnie w tym stanie Logan.
            Udawałam, że śpię. Prawie zawsze, gdy przychodził. Przykrywałam się po czubek głowy kołdrą, by nie widział moich bandaży. Maxine wiązała mi chusty na głowie, by moja utrata włosów nie była tak widoczna.
            Tamtego dnia też udawałam, iż jestem pogrążona w śnie. Wiedziałam też, że Logan siedział w pokoju już od jakiś dwudziestu minut. W końcu usłyszałam kroki, potem trzaśnięcie drzwiami. Uchyliłam powieki. Jednak tam gdzie powinna być otwarta przestrzeń, majaczyła czarna dziura. Wyglądała jak ludzka sylwetka. Przyjrzałam się dokładniej; stał tam Logan.
            Uśmiechnął się szelmowsko. Koszulkę miał w połowie wetkniętą w spodnie od dresu. Nie wyglądał najlepiej.
 - Byłem wręcz pewien, że nie można tyle spać – zauważył.
            Podszedł do mnie. Usiadł na stołku obok. Złapał mnie za rękę. Nie miałam siły mówić czy się poruszać. Mimo to spojrzałam na niego karcąco.
 - Nie powinieneś mnie oglądać w tym stanie – wychrypiałam.
            Podniósł dłoń. Lekkimi opuszkami palców pogłaskał mnie po policzku. Dotyk sprawił, że poczułam się bezpiecznie. Delikatnie się odsunęłam.
 - Nie chce żebyś mnie teraz widział.
            Pokręcił głową.
 - Mam dość tego, że mnie oszukujesz. Nie możesz mnie całe życie unikać.
            Spróbowałam usiąść. Logan mnie przytrzymał, potem lekko podniósł łóżko. Ułożył mi poduszki pod plecami. Patrzyłam w jego ciemne oczy, bojąc się tego co powie.
 - Wiem, że ty, Nick i Maxine wiecie o co chodzi w twojej chorobie.
            Wgapiłam się w ścianę. Nie mogłam mu powiedzieć. Nie jemu. Co by sobie o mnie pomyślał.
 - Even, spójrz na mnie – powiedział.
            Choć miałam oczy pełne łez, przeniosłam wzrok na niego. Patrzył na mnie z troską w oczach. Nie było w nich sarkazmu czy nonszalancji, która zawsze tam majaczyła. To był całkiem inny Logan.
            A przed nim była całkiem inna Even.
 - Even – wymówił moje imię inaczej niż ktokolwiek do tej pory.
 - Even.
            Patrzyłam na niego, lecz widziałam tylko czerń, zajmującą całe moje pole widzenia. Bałam się mówić o duchach. Logan wydawał się ostatnią osobą, której mogłam o tym powiedzieć.
 - Even, proszę – wyszeptał.
            Łza spłynęła mi po policzku. Dopłynęła do warg, a gdy na nie wpłynęła, poczułam metaliczny smak krwi. Jasne było, że płakałam krwawymi łzami.
 - Loga…- nie dokończyłam.
            Pochłonęła mnie ciemność.
             Dobra. Dobra. Nie umarłam. To jest plus. Tak samo pozytywem było to, że Logan dowiedział się, że go ignorowałam. Nie. Chwila. Może to jednak minus? Dobra, nie ważne.
            Gdy się obudziłam czułam się na siłach. Wiecie co mi podali? Morfinę. Zabawne, że coś dała. Po kolejnych badaniach dowiedzieli się tyle samo co nic. Jedyne co mogli robić to czekać. Ja jednak nie chciałam czekać.
            W czasie, kiedy ja byłam w szpitalu Nick i Maxine sprawdzali okoliczne wypadki, by wiedzieć czy może tajemniczy Chris nie umarł. Więc jakieś trzynaście dni po tych wszystkich wydarzeniach, wyszłam z szpitala na własne żądanie.
            W domu czułam się jednak niczym porcelanowa lalka, o którą trzeba tak dbać, aby się nie stłukła. Pani Sailes (nadal nie mogłam się przyzwyczaić do miana ciocia) nie pozwalała mi wychodzić z łóżka. Nick prawie całymi dniami pracował, czasem przychodziła jego dziewczyna. Generalnie marnowałam się w pokoju, nawet nie wiedząc co powinnam z sobą robić.
 - Dzień dobry – zaśmiał się Logan, wchodząc do pokoju.
 - Dzień dobry.
            Był to jeden z tych dni, gdy czułam się lepiej. Nie żebym od razu mogła skakać, śpiewać i cieszyć się życiem, ale na tylko bym miała siła na rozmowę czy uśmiech. - Jaka dziś pogoda? – zapytałam.
            Rolety miałam zaciągnięte, więc Logan poszedł w stronę okna. Otworzył je szeroko, wpuszczając do pokoju świeże powietrze, blask słońca i jasność.
 - Jest mega ciepło – odparł. – Idealny dzień na basen. Mieliśmy dzisiaj niezłą pracę.
            Dopiero po tych słowach spostrzegłam, że miał jeszcze mokre włosy, przez co sterczały mu na wszystkie strony. Krótkie spodenki w kolorze khaki doskonale wpasowały się do jego czarnej koszulki. Przyglądałam mu się zbyt długo i za bardzo uważnie, na co on zareagował tylko śmiechem.  - Sądzę, że powinnaś więcej wychodzić – zaczął spokojnie. – Jest lato. Słoneczko świeci, dzieci biegają ulicami.
 - Fu. Dzieci.
            Znowu się zaśmiał. Denerwowało mnie to. Śmiał się jakby od tego zależało moje życie. Był zadowolony i spokojny.
            Usiadł w nogach łóżka. Zrobił to ostrożnie, by nie usiąść mi na nogach. Poprawił się delikatnie, a po chwili wgapiania się w pościel, jakby nagle zrozumiał, że jestem obok.
 - Nie chcesz mieć dzieci? – zdziwił się.
 - Jedno, nie wrzeszczące, dobrze wychowane dziecko – powiedziałam poważnie. – Żaden mały człowieczek, co tylko krzyczy i biega gdzie się da.
            Nie wiem czemu, ale od razu przypomniała mi się dziewczyna, córka przyjaciółki mojej ,,mamy’’, która kiedy mnie zobaczyła, powiedziała że jestem ładna. Wiedziałam, że dzieci są szczere, dlatego też owy komplement dość mocno zakorzenił się w moim umyśle.
 - Współczuje twojemu mężowi. Dzieciom też – skomentował.
            Posłałam mu słaby, lekko wymuszony uśmiech. Naprawdę nie miałam na nic siły.
 - Dobra. Zróbmy to inaczej – wstał.
            Obrócił się i ruszył ku szafie z moimi ubraniami. Otworzył ją jakby był u siebie, po czym zaczął w niej grzebać. Wyjął coś z niej, zwinął to w kulkę. Zaraz po tym w twarz trafił mnie miękki pocisk, stworzony z moich spodni, koszulki i bluzy. Położyłam to na kolanach, lekko się prostując.
 - Nie dam ra… - Zamknij się i słuchaj – przerwał mi. Zanim zdążyłam poczuć się urażona jego słowami, kontynuował. – Nie wiemy co się z tobą stanie za rok. A co dopiero jutro. Nie możesz cały dzień siedzieć w tym domu, bo nie wiesz czy jutro nie umrzesz.
            Stanął obok mnie. Wyglądał na zmartwionego. Przykucnął obok łóżka. Złapał mnie za dłoń. Powoli, z wyczuciem ścisnął ją delikatnie.
 - Nie mogę pozwolić być zapomniała jak wygląda słońce.
            Kiwnęłam głową. Zgarnęłam ciuchy i rzuciłam je na drugą stronę łóżka. Odkryłam nogi, następnie resztę ciała. Uniosłam się do pozycji siedzącej, opierając tułów o poduszki. Powoli przerzuciłam nogi na bok łóżka. Usiadłam, podpierając się rękoma o materac. Wstałam. Nogi mnie zabolały, czułam się trochę tak jakby były z waty. Mimo to dumnie pomaszerowałam do szafy. Logan schodził mi z drogi. Stanęłam naprzeciw mebla, otwarłam drzwi, przeszukując wnętrze. Dopiero wyjmując z niej czarne legginsy i granatową, koronkową bluzkę, zdałam sobie sprawę, że mam na sobie tylko długą koszulkę, bez jakichkolwiek spodenek. Gdy się odwróciłam, Logan patrzył się na mnie z głupkowatym uśmiechem.
            Podniosłam podbródek, kierując się do drzwi. Stanęłam w progu, patrząc na chłopaka. Uniósł prawą brew. Parsknęłam śmiechem.
 - Daj mi może tak z pół godziny – zaznaczyłam i wyszłam.
             Kiedy po ponad dwóch tygodniach dziewczyna dorwie się do łazienki, każdy zna efekt tego wydarzenia. Spędziłam dobrą godzinę, jeśli nie więcej, Umyłam włosy, wyprostowałam je. Więzłam prysznic. Pomalowałam się, dość podobnie jak malowałam się jeszcze rok wcześniej. Mocno podkreślone oczy sprawiały wrażenie, że nie jestem aż tak chuda. Udało mi się zakryć ranę na twarzy, tak że była ledwie widoczna.
            Gdy w końcu dotarłam do pokoju, zastałam Logana patrzącego się w ścianę. Wstał w momencie mojego pojawienia się w pokoju. Uśmiechnął się.
 - Na to właśnie liczyłem.
            Pomógł mi wyjść z domu, potem powoli zaprowadził mnie do auta. Cioci nie było, miała spotkanie zbiórki charytatywnej z salce kościelnej. Żeby się nie martwiła, zostawiłam jej karteczkę w kuchni. Tak więc rozsiadłam się na siedzeniu, obok mając Logana. Spojrzał na mnie, po czym się uśmiechnął, ale tylko kącikami ust. Oczy nadal miał dziwnie smutne… i puste.
 - Gdzie jedziemy? – zapytałam. – Byle nie na cmentarz. Mam już dość cmentarzy.
 - Chce ci coś pokazać – odparł, bez zbędnych komentarzy. – Będzie ci się podobać, gwarantuje.
            Kiwnęłam głową. Zapięłam się pasami. Oparłam głowę o szybę, a jej dotyk na czole chłodził moją skórę. Patrzyłam jak domy mijają, dzieci biegają, parki się zielenią. Cały świat wyglądał tak samo jak wcześniej. Ale duchów było dużo. Aż ciężko rozróżnić, które to zjawy, a które ludzie.
            Logan zwalniał za każdym razem, gdy zdarzyło mu się przyśpieszać. Chyba pamiętał o moim strachu przez autami. Spojrzałam na niego przelotnie; jedną ręką trzymał kierownicę, zaś drugą obejmował rączkę od biegów. Wpatrywał się wprost przed siebie.
 - Nie martw się prędkością – powoli usiadłam na siedzeniu. – Prawdziwą ironią losu, była by śmierć na drodze.
            Tylko na mnie zerknął. Mocniej ścisnął dłońmi kierownicę, kierując obiema rękoma. Knykcie mu zbladły, zaś usta ścisnął w prostą krechę.
 - Co jest? – dopytywałam.
            Znowu spojrzał na mnie. Lekko zwolnił, niby niezauważalnie. Wrzucił mniejszy bieg, jadąc powoli i ostrożnie. Wyprzedziły nas trzy samochodu, zanim westchnął i zjechał na pobocze.
 - Even – popatrzył na mnie. – Dzieje się z tobą coś złego. A ja nie umiem pojąć co.
            Położył dłonie na kolanach. Paznokcie, tak jak zawsze, miał poobgryzane do krwi. Przejechał palcem po materiale napiętym na kolanie. Szlaczki, które rysował nie pozostawały na nim. Mimo to robił tak wiele razy. Całkowicie bez celu.
 - Widzę, że zarówno ty wiesz o co chodzi, jak i Nick, i jego dziewczyna. Dlaczego mi tego nie powiesz? Martwię się o ciebie równie mocno jak oni. Też zasługuję na prawdę.
            Wciągnęłam powietrze. Gdybym powiedziała mu w tamtym momencie prawdę, zapewne uznałby mnie za wariatkę. Nie mogłam się też przemóc, by w tej chwili wyznać mu jaki mam dar. Nie mogłam tego zrobić. Wiedziałam o tym. Jednak nie potrafiłam go okłamywać.
 - Logan. Nie ma żadnej prawdy. Ja też nie wiem, co mi jest.
            Wyjął coś z kieszeni. Była to biała chusteczka higieniczna. Zaczął ją składać, tak jak kiedyś serwetkę w kafejce. Powoli przysunęłam się no niego. Wyciągnęłam ramię i położyłam dłoń na jego rękach. Czułam jak drżały.
 - To taki tik – wyjaśnił, choć nie musiał. – Gdy jestem zły, smutny, nie wiem co myśleć, muszę coś robić z rękoma. Inaczej nie umiem się skupić.
            Uścisnęłam jego dłoń. Choć miałam lodowate dłonie, nie wzdrygnął się od ich dotyku. Uśmiechnął się smutno, lekko wyciągając swoje ręce spod moich. Schował chusteczkę do kieszeni.
 - Przyjdzie jeszcze czas, gdy wszystko ci wyjaśnię – wyszeptałam.
            Przytaknął. Odpalił silnik, dając mi znak, że na chwilę obecną, żadnych rozmów. Włączył kierunkowskaz, powoli wjechał na drogę. Jechaliśmy dalej, w dziwnej ciszy, przerwanej tylko przez dźwięki dochodzące z radia.
            Usłyszałam piosenkę, którą znałam. Podkręciłam głośność. Zaczęłam wtrącać się w słowa, całkiem przekręcając zdania. Logan zerkał na mnie, jakbym już zwariowała. Po tym jak szturchnęłam go z trzy razy w ramię, sam włączył się w koncert, co zakończyło się tym, że śpiewaliśmy głupie piosenki przez następne trzy kilometry, a potem jeszcze dwa. W końcu zaczęłam kaszleć, a chłopak ściszył, bym mogła odpocząć.
            W końcu dojechaliśmy. Logan pomógł mi wysiąść. Razem, ja podpierająca się na jego ramieniu, ruszyliśmy jakimiś alejkami, otoczonymi wielobarwnymi kamieniczkami. W końcu dotarliśmy do jakieś bramy. Lecz zanim ją przekroczyłam, stanął przede mną.
 - Zamknij oczy – polecił.
            Spojrzałam na niego krzywo. – Nie ma mowy. Jeszcze mnie uprowadzisz czy coś.
            Zaśmiał się sucho.
 - Nie, nie uprowadzę.
            Posłusznie zamknęłam oczy. Złapał mnie za rękę i powoli gdzieś prowadził. Omijał górki, ostrzegał przed przeszkodami. Nie puszczał ani na moment. W końcu przystanął. Wciągnęłam powietrze. Czułam miłą dla nosa woń. Uśmiechnęłam się, oczekując komendy do otwarcia oczu.
 - Nie lubię niespodzianek – wyznałam.
 - Ta ci się spodoba – odparł.
            Obrócił mnie delikatnie. Strasznie kusiło mnie, by w końcu spojrzeć, ale nie chciałam psuć jego intencji.
 - Dobra, otwórz oczy – polecił chłopak.
            Zgodnie z jego komendą, otworzyłam oczy. Mrugnęłam kilka razy, rozpraszając ciemność.
            Dopiero po chwili zarejestrowałam, gdzie jestem. Starałam w środku jakiegoś parku. Jednak był on zdecydowanie najpiękniejszym miejscem, jakie widziałam w życiu.
            Wszędzie otaczała mnie zieleń. Ale nie taka zwykła. Po prostu odcienie tej zieleni były takie różne… jaśniejsze, ciemniejsze, dwa połączone w jeden. Drzewa rosły wokoło nas, gęsto i równo obok siebie. Liście ledwo dostrzegalnie drżały pod ciepłym wiatrem, który nas owiewał.  W przerwach pomiędzy koronami drzew, słońce prześwitywało, rzucając blask na ziemię. Co kilka metrów, na granicy ścieżki, która biegła w głąb ,,lasu’’, poustawiane były drewniane ławki, z czarnymi obramowaniami. Dalej, na granicy drzew, stały misternie zdobione posągi, przedstawiające różne postacie. W zasięgu mojego wzroku widziałam anioła, diabła, rycerza i jakiegoś potwora.
            Liście wydawały się lśnić. Ławki zachęcały by na nich usiąść. Wszystko wyglądało tak, jakby było żywcem wyciągnięte z kart książki.
            Pomiędzy ławkami zasadzone były rabatki z kwiatami. Żółte, fioletowe, czerwone, pomarańczowe. Wszystkie kusząco wyglądały, idealnie skomponowane.
 - Boże, jak tu pięknie – powiedziałam cicho, powoli podchodząc w stronę najbliższego posągu. – Niczym w bajce.
            Przejechałam palcami po wyrzeźbionej twarzy. Rysy, w tym wypadku anioła, były tak idealne, że wyglądały jakby jego oblicze zastygło w kamieniu. Miał skrzydła wykute w kamieniu, uniesione w górę.
            Odwróciłam się do Logana. Chłopak stał w wręcz idealnym miejscu. Padało na niego światło, przepuszczane przez korony drzew. Dłonie wsadził do kieszeni spodni. Mimo to, zamiast wykazywać się wyluzowaniem, patrzył wprost na mnie. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. Zbliżył się do mnie powoli. W ciszy jaka nas otaczała, słyszałam szelest jego butów na trawie. Stanął naprzeciw mnie. Czułam jego oddech na twarzy.
 - Chciałbyś powtórzyć Wieczór Bez Masek? – zapytałam żartobliwie.
            Uniosły mu się kącki ust.
 - Tym razem będzie to popołudnie – zaznaczył.
            Pokiwałam głową. To było jasne, ale w jego ustach wydało mi się takie ważne.
 - Tu jest naprawdę niesamowicie – wyszeptałam.
            Tym razem to on przytaknął. Stał już tak blisko. Nie wiedziałam co mam mówić. Serce biło mi strasznie szybko, obijając się o żebra. Uśmiechnęłam się delikatnie. Odpowiedział mi tym samym.
            Przysunął się jeszcze bliżej. Widziałam jego oczy. Przyglądały mi się. Rejestrowałam te cudownie niebieskie kolory, jakie składały się na jego oczy. Przeniosłam wzrok na ciemne włosy, lekko rozczochrane. Stał tak blisko…
            Uniósł dłoń. Stałam jak sparaliżowana. Dotknął delikatnie mojego policzka. Przejechał palcem po ranie, ledwie widocznej pod makijażem.
 - Za niedługo zniknie – zapewniłam go.
            Dalej wodził opuszkiem po ranie. Nie powiedziałam tego na głos, ale jego dotyk trochę bolał. Rana nadal była paskudna, więc okłamywałam sama siebie, twierdząc że może się zabliźnić szybko.         
            Może mi się tylko wydawało, ale kątem oka dostrzegłam ruch. Nie przejęłam się nim zbytnio. A powinnam. Mimo to rejestrowałam bicie swojego serca oraz bliskość Logana.
            Jego twarz znalazła się strasznie blisko mojej. Nie wiem jakim cudem ani kiedy. Może wszystko potoczyło by się inaczej, gdyby przez jego ciało nie przeszedł duch, wkraczając prosto we mnie.
            Co rzecz jasna sprawiło, że po raz kolejny tamtego lata, prawie umarłam.
 

3 komentarze: