czwartek, 1 grudnia 2016

Rozdział czterdziesty

            Trzymałam dłoń Nicka, zimną i nie czułą. On, zabandażowany i poraniony leżał na środku łóżka, niczym nieżywy. Patrząc na niego uśmiechałam się. Odgarnęłam mu kosmyk ciemnych włosów z czoła. Kiedy już obniżałam dłoń, jego wystrzeliła do góry, łapiąc mnie za nadgarstek. Próbowałam się wyrywać, jednak bezskutecznie. Uśmiechnął się szyderczo, otwierając oko – drugie skrywał bandaż.
 - Spójrz co się ze mną stało – wycharczał niskim głosem. – Chcesz ratować innych? Nie pomożesz mi. Nie znajdziesz Chrisa. Nigdy nie pomożesz sobie. Spłoniesz w piekle!
            Pociągnął mnie ku sobie. Wpadłam na niego, lecz jego ciało po chwili zniknęło. Stałam boso na zimnej ziemi, na którą powoli opadały płatki śniegu. Uniosłam głowę. Miałam przed sobą stary cmentarz, zdecydowanie starszy i bardziej zniszczony, niżeli ten, na którym pochowani byli moi rodzice. Ciemne nagrobki, zarośnięte mchem, ciągnęły się w nieskończoność, niczym śmiertelny korowód.
            Zobaczyłam kilkoro płaczących osób, ubranych na czarno, pochlipujących pod nosem. Powoli zbliżyłam się do grobu, wokoło którego stały. Stanęłam naprzeciw nagrobka. Nie mogłam przeczytać liter. Zamazywały mi się i plątały. Śnieg krążył przed oczami. W końcu mrugnęłam, po czym rozszyfrowałam co tam jest napisane. 
            Even Alians.
            Chciałam się cofnąć, lecz potknęłam się o własne stopy. Runęłam na ziemię, nie mogąc się podnieść. Zgromadzone osoby okrążyły mnie. Widziałam puste oczy ludzi, których kochałam – nawet mamę i tatę. Każdy miał ślady łez na twarzy.
            Otworzyli usta, lecz zamiast kilku głosów, usłyszałam jeden. Donośny, dudniący. Rozległ się nad nami, ścinając mi krew w żyłach.
 - Nie umiesz sobie pomóc!
            Chciałam wstać, ale ciągle upadałam. Uniosłam dłonie do twarzy i ujrzałam na nich krew. Ciemna ciesz spływała mi po nadgarstkach. Była wszędzie na ziemi. Zaczęłam krzyczeć, lecz krzyki te były nieme. Czułam dłonie na gardle. Krztusiłam się własną śliną.
 - Even? – poczułam czyjąś dłoń na ramieniu.
            Strząsnęłam ją. Jednak gwałtownie się obudziłam. Otworzyłam szeroko oczy, widząc zmartwioną twarz lekarza. Miałam przed sobą jasne ściany i świetlówki zawieszone na suficie. Ja sama siedziałam na tych strasznie niewygodnych krzesłach, w korytarzy przed Odziałem Intensywnej Terapii. Pokręciłam głową.
 - To tylko sen. Tylko sen – powtarzałam jak mantrę.
            Doktor spojrzał na mnie krytycznie. Nie miał na nosie swoich okularów, więc przyjrzałam się jego oczom. Ładne, o szarym odcieniu, patrzyły na mnie zmartwione.
 - Możemy przejść się do mojego gabinetu? – zapytał.
            Byłam w stanie tylko potrząsnąć głową. Zmroczona snem, stanęłam niepewnie na nogach. Mijając toaletę pozostawiłam lekarza samego, aby opłukać twarz zimną wodą. Kiedy opuściłam łazienkę, powoli poszłam za milczącym doktorem. W momencie gdy dotarliśmy do jego gabinetu, otworzył przede mną drzwi, zapraszając do środka. Usiadłam więc na przyjemnym fotelu, ustawionym przed biurkiem. Mężczyzna zajął swoje miejsce na obrotowym krześle po drugiej stronie. Oparł głowę na rękach, patrząc na mnie spokojnie.
 - Od trzech dni sypiasz na poczekalni. Podejrzewam, że nic nie jadłaś ani nie piłaś. Wyglądasz o wiele gorzej niż kiedy pojawiłaś się tu za pierwszy razem. Even, jeśli tak dalej pójdzie, będę zmuszony albo osadzić cię w jednej z sal, abyś tam regenerowała swoje siły, albo siłą wyproszę cię ze szpitala. Wykończysz się, dziewczyno.
            Wyprostowałam się, jednak od razu poczułam ból w plecach. Chciałam spojrzeć na niego krzywym wzrokiem, lecz nadal kleiły mi się oczy, od niespokojnego snu.
 - Nie ma pan prawa – zaprotestowałam słabo. – Jestem już dorosła i…
 - Nie jesteś nawet pełnoletnia – zauważył. – Do tego aktualnie nie mieszkasz nawet ze swoją matką, co pokierowane do odpowiednich władz, również mogłoby być przestępstwem.
 - Nie ośmieli się pan…
 - Otóż, tu się mylisz, młoda damo. – Wstał, powoli chadzając po gabinecie. - Jesteś poniekąd moją pacjentką, co oznacza, że muszę o ciebie dbać. Więc poproszę grzecznie: pojedź do domu, zjedz porządny posiłek, umyj się, wyśpij, a dopiero potem tu przyjedź. Wtedy zapomnę o wszystkim, co wiem.
            Pokiwałam głową. Nie chciałam opuszczać Nicka. Od trzech dni jego stan się nie poprawiał. Lekarze nie pozwalali nam do niego wchodzić, bardzo mało mówiąc, o jego stanie zdrowia. Bałam się, że jeśli go zostawię, coś się stanie.
 - Nie zmienisz tego co jest z Nickiem. Musisz przede wszystkim zadbać o siebie, bo będziesz mu potrzebna – stanął za biurkiem, patrząc na mnie. – Doszły mnie słuchy, że masz jakieś wiadomości o tym, co takiego ci dolega.
            Wytrzeszczyłam oczy, słysząc ostatnie zdanie. Kto do cholery?
 - Logan panu coś naopowiadał – westchnęłam. Czy on musiał wszystko komplikować?
 - Owszem.
 - Proszę pana, wiem o swojej chorobie tyle samo co pan – zapewniałam go.
 - Nie jestem głupi, Even. To naprawdę widać.
            Ponownie westchnęłam. Wstałam, z zamiarem odejścia. Kiedy już wyciągałam dłoń, by otworzyć sobie drzwi, dłoń mężczyzny je przytrzymała. Spojrzał na mnie z dezaprobatą.
 - Mówiłem całkowicie poważnie – powiedział spokojnie. – Masz jechać do domu. W razie czegokolwiek, zawiadomię cię.
            Przewróciłam oczami, jednak zgodziłam się. Znalazłam w kieszeni bluzy kluczki do samochodu. Lekarz odprowadził mnie na parking, cały czas patrząc jak z niego wyjeżdżam. Widziałam go w lusterku, nawet wtedy jak już opuściłam teren szpitala. W końcu zniknął mi z oczu, a ja z pokorą pojechałam do domu.
            Zdałam sobie sprawę, że budynek był cały ten czas otwarty. Na szczęście wszystko było na miejscu. Wspięłam się więc po schodach do swojego pokoju, gdzie tęsknym wzrokiem spojrzałam na łóżko. Miałam wielką ochotę położyć się i już nie wstawać, jednak najpierw zabrałam ręcznik, przewieszony przez ramę krzesła, a następnie pomaszerowałam do łazienki. Rozebrałam się i z prawdziwą rozkoszą wzięłam zimny prysznic.
            Nie miałam większej ochoty wychodzić. Zamiast tego oprałam się plecami o chłodną ścianę, a woda powoli spływała strużkami po moim ciele. Choć palce już się zmarszczyły, a na rękach i nogach miałam gęsią skórkę, nie opuszczałam prysznica. Zaczęłam intensywnie myśleć o moim śnie. Najbardziej bolał fakt, że wydawał mi się on boleśnie prawdziwy.
            Nie żebym wierzyła w jakieś zabobony związane ze snami. Byłam jednak śmiertelnie przerażona. Przejechałam dłonią po twarzy. Cała się trzęsłam, nie wiedząc czy to z zimna czy z strachu. Powoli odsłoniłam zasłonę od prysznica, stając na wycieraczce. Sięgnęłam po ręcznik, owinęłam się nim wokoło siebie. Następnie podeszłam do lustra.
            Spojrzałam na szkło. Patrząc na dziewczynę przed sobą, nie wiedziałam kogo widzę. Nie była to Even Alians – kiedyś byłam brunetką, z mocnym makijażem, niską dziewczyną, widocznie przy kości. Jedyne co tak naprawdę zostało ze starej mnie to oczy. Reszta w ogóle się nie zgadzała. Czerwone włosy (może już nie bardzo czerwone), zapadnięte policzki, wystające kości. Nigdy w swoim życiu, nie byłam chyba taka chuda. Mogłam spokojnie uchodzić za anorektyczkę. Nie pamiętałam kiedy ostatni raz coś jadłam. Jak na zawołanie mój brzuch zaczął wydawać niemiłosiernie głośne dźwięki. Ja jednak zbagatelizowałam je, idąc po podłodze boso, zostawiając mokre ślady na panelach. Zamknęłam drzwi od pokoju, rzuciłam ręcznik na krzesło, a sama zagrzebałam się w miękkim kocu, zasypiając prawie od razu.

            Chciałabym powiedzieć, że obudziłam się zregenerowana, wyspana i gotowa do życia. Zamiast tego, kiedy w końcu zwlekłam się z łóżka, jedyne co czułam to ból w plecach i szczypanie oczu. Z chęcią pospałabym jeszcze dłużej, jednak nie miałam na to czasu. Musiałam wracać do szpitala.
            Pogrzebałam w szafce, znajdując jakieś wygodne ubrania. Z uwagi na wysokie temperatury, w szpitalu cały czas działała klimatyzacja. Toteż wsunęłam nogi w długie spodnie, a na koszulkę zarzuciłam lekką bluzę. W łazience opryskałam twarz zimną wodą. Oparłam dłonie o umywalkę, wpatrując się w lusterko. Rana z dnia na dzień wyglądała lepiej. Wtedy lekko się zaróżowiła, przypominając już bliznę. Przejechałam ręką po włosach. Rozczochrane i zniszczone, wyglądały tragicznie. Wpadłam więc na pomysł, jednak wcześniej postanowiłam coś zjeść.  
            W kuchni znalazłam jakieś płatki, które z większą niechęcią wsunęłam w siebie siłą. Umyłam po sobie miskę, robiąc to nad wyraz dokładnie. Bardzo chciałam wrócić do szpitala, jednak bałam się, co mogę tam zobaczyć czy usłyszeć.
            Postanawiając zrealizować swój plan, wyszłam z domu, na oślepiające słońce. Było południe, masa ludzi tłumnie chodziła chodnikami. Każdy cieszył się pogodą, ja zaś z ponurą miną zamknęłam drzwi na klucz, a następnie, nadal posępna, ruszyłam w kierunku miasta.
            Mijani ludzie przypatrywali mi się z lekką ciekawością i widoczną niechęcią. No cóż, dość mocno odstawałam, grubo ubrana w upał, z miną mordercy na twarzy i wyglądem, jakby odkopali mnie po dwóch tygodniach leżenia w grobie. Wbiłam więc wzrok w ziemię, dłonie wciskając głęboko w kieszenie.
            Doszłam do salonu fryzjerskiego. Pamiętacie z jaką chęcią, zamieniłam swoje nudne, brązowe włosy na kurwistą czerwień? Powtórzyłam to z równą radością. Opuściłam budynek z pięknymi, ognistymi włosami. Jak szaleć to szaleć.
            Może udałoby mi się dość do domu niezauważona, gdyby nie fakt, że kiedy minęła mnie jakaś gruchająca para, usłyszałam swoje imię. Z niechęcią się odwróciłam, patrząc w twarz Alice Beharnt, szkolnej piękności, która przez dobry rok śliniła się do Nicka. Stała przede mną, zawieszona na ramieniu jednego z jego kolegów.
 - O mój Boże, Even to naprawdę ty? – zaświergotała swoim wysokim głosem. – Masz świetne włosy! Prawie cię nie poznałam.
            Czułam na sobie jej ilustrujący wzrok. Choć moje włosy wyglądały na zadbane i tak dalej, nadal byłam chodzącym zombie.
 - Ciebie też miło widzieć – rzuciłam. – Przykro mi cię martwić, ale trochę się śpieszę.
            Minęłam ich, ale cały ten kolega Nicka (imienia nie pamiętam) złapał mnie lekko za ramię. Był wysokim, barczystym chłopakiem, który wglądał na co najmniej pięć lat więcej niż miał. Jego brodę porastał młodzieńczy zarost, nie wyglądający zbyt pociągająco. Uśmiechnął się lekko, puszczając mnie. 
- Słyszałem o Nicku? Co się stało? – zapytał.
            Wzdrygnęłam się na jego głos. Mimo to pokręciłam głową.
 - Bez zmian.
            Alice dotknęła mojego ramienia. Nie wglądała specjalnie na zmartwioną, jednak uśmiechnęła się smutno.
 - To naprawdę przykre – zacmokała. – Ale słyszałam też o tych twoich wypadkach? To coś poważnego? – dociekała.
            Bezmyślnie przejechałam dłonią po policzku. Wzdrygnęłam się na wspomnienie dnia, kiedy rana na nim powstała. Chciałam ich jak najszybciej zbyć, lecz Alice była nie ugięta.
 - No przestań. Martwi mnie twój stan – powiedziała. – Oprócz tego doszły mnie słuchy, że mieszkasz z Nickiem. Maxine musiała bardzo przeżywać.
            Wytrzeszczyłam na nią oczy. Przez chwilę nie wiedziałam czy mam zacząć płakać czy się śmiać. Jednak stałam z grobową miną, co Alice chyba wzięła za przyznanie się do jej tezy.
 - Spokojnie, rozumiem to – mrugnęła do mnie jednym okiem, lekko ściszając głos. – Kto by nie chciał takiego ciacha jak Nick, dla siebie.
            Zaśmiałam się. Serio. Wyobrażacie sobie, że miałabym chodzić z własnym kuzynem?
 - Proszę cię – jęknęłam. – Nie interesuje mnie zbytnio kazirodztwo.
 - Co proszę? – teraz to ona miała dziwną minę.
 - Nick to mój kuzyn, Alice – wyjaśniłam spokojnie. – Maxine to moja przyjaciółka, która nadal jest z Nickiem.
            Była. Nie wiedziałam jakie są nasze stosunki od ostatniej rozmowy.
 - A teraz jeśli pozwolisz, wrócę do mojego kuzyna i najlepszego przyjaciela, który mnie potrzebuje. – Uśmiechnęłam się. – Cześć.
            Wyminęłam ich i wręcz pognałam przed siebie. Znalazłam się przed domem, szybciej niż oczekiwałam. Spakowałam kilka ubrań na zmianę, po czym, tym razem upewniając się, że zamknęłam dom, wyszłam, nie mając zamiaru wracać tam zbyt szybko.
            Pojechałam do szpitala. Wyskoczyła mi na rękach gęsia skórka, gdy przypomniałam sobie swoje wyczyny na drodze. Od razu zwolniłam, trzymać obie dłonie na kierownicy. Kiedy stanęłam na światłach, odetchnęłam z ulgą.
            Spojrzałam w bok. Najpierw rzucił mi się w oczy samochód. Później kierowca. Lekko się zaczerwieniłam, zdając sobie sprawę, że patrzę się na niego jak zahipnotyzowana. On tylko zerknął, po chwili wrócił do mnie spojrzeniem.
            Logan wyglądał zapewne nie lepiej ode mnie. Jego ciemne włosy były zmierzwione. Zwróciłam uwagę na to, że urosły od czasu, kiedy go poznałam. Boże to było tak dawno… kto by pomyślał, że tyle kłopotów, może powstać, od jednego złamania.
            Nagle gdzieś w schowku zaczął wyć mój telefon. Rzuciłam się do niego, przypominając sobie, iż go tam schowałam. Sprawdziłam na wyświetlaczu kto dzwoni. Oczywiście. Logan.
 - Halo? – odebrałam, patrząc na niego.
 - Hej – przywitał się. – Cóż za ciekawe spotkanie.
 - Tak – mruknęłam.
            Zerknęłam na światła. Całe szczęście zawsze trzeba było tam długo czekać. Z ukrywanym szczęściem kontynuowałam rozmowę.
 - Świetnie wyglądasz – pochwalił mnie.
            Policzki znowu mi się zarumieniły. Przejechałam dłonią po twarzy. Robiłam to tak często, od kiedy on zrobił to pierwszy raz. Przypominało mi to jego delikatny dotyk na bliźnie. Czułam jego miękkie palce. Tak bardzo chciałam móc patrzeć w te jego oczy, bez dzielących nas szyb.
 - Ja wiem, że trochę jakby się pokłóciliśmy, ale nie możemy się unikać. Proszę cię, Even – jego głos brzmiał płaczliwie. Patrzył na mnie. – Musimy pogadać.
            Pokiwałam głową ze zrozumieniem. Tez chciałam mu coś powiedzieć. Musiałam wyznać mu prawdę, ze względu na Chrisa. Całkowicie o tym zapomniałam, przez ten cały wypadek.
 - Logan, ja muszę ci coś powie…
            Nie zdążyłam dokończyć, gdyż za mną zabrzmiał głośny dźwięk klaksonu. Najpierw spojrzałam za siebie, widząc zdenerwowanego mężczyznę w ciemnej toyocie, a potem skupiłam wzrok przed sobą, dostrzegając, że światło zmieniło się na zielone. Zerknęłam ostatni raz na Logana, po czym zruszyłam.
            Bezwiednie się rozłączyłam. Nie mogłam mu tego powiedzieć przez telefon. Zjechałam gdzieś na boczną drogę, by mieć pewność, że go zgubiłam.
            Kiedy zaparkowałam pod szpitalem, było już południe, a słońce świeciło wysoko. Torbę z zapasowymi rzeczami zostawiłam w samochodzie. Zebrałam się i ruszyłam do budynku.
            Poszłam prosto pod OIOM. Jak zawsze siedziała tam moja ciocia, z opuchniętymi od płaczu oczami. Kiedy stanęłam nad nią, uniosła głowę do góry. Uśmiechnęłam się ciepło.
 - Teraz twoja kolej na odpoczynek. Musisz jechać do domu – powiedziałam.
            Zamrugała. Nie wyglądała wcale dobrze. Jeszcze tego mi brakowało, żeby powróciła do stanu, przed odejściem Kevina. Wsadziłam więc dłonie pod jej ramiona i postawiłam ją na nogi. Była blada i zdecydowanie za chuda. A już tak dobrze się zapowiadało.
            Delikatnie chwyciłam ją za dłoń i zaczęłam prowadzić przez korytarze. Tak jak się spodziewałam, niedaleko spotkałam Maxine. Spojrzała na mnie lekko zszokowana. Podeszłam do niej razem z ciocią.
 - Przydaj się na coś – mruknęłam w kierunku dziewczyny. – Zabierz ciocię do domu. Dopilnuj, żeby się umyła, porządnie wyspała i coś zjadła. Ja zostanę z Nickiem.
            Oczekiwałam, że skomentuje to w jakiś sposób, ale ona tylko skinęła.
 - Okej – rzuciła, zabierając ode mnie panią Sailes.
            Patrzyłam jak kierują się ku wyjściu. Kiedy już zniknęły mi z pola widzenia, wróciłam na salę przed Oddziałem Intensywnej Terapii. Zauważyłam, że para, która wcześniej tam siedziała, zniknęła. Mogło to oznaczać, że ich córka ma się lepiej. Uśmiechnęłam się smutno. Miałam nadzieję, że owa dziewczyna ma się lepiej.
            Usiadłam na jednym z krzeseł. Siedziałam cicho, starając się dojrzeć coś w pomieszczeniu, jednak łóżko Nicka zostało przesunięte. Czekałam więc, aż ktoś coś mi w końcu powie.
            W końcu z oddziału wyszła pielęgniarka. Dziewczyna była młoda, o ciemnej skórze. Od razu poznałam w niej Candy, miłą i spokojną praktykantkę, która pracowała w szpitalu, już kiedy ja leżałam na jednej sal.
 - Cześć – machnęłam do niej ręką.
            Uniosła głowę znad trzymanych dokumentów. Przez chwilę rejestrowała moją twarz, szukając wskazówek, co do tego kim jestem. Uśmiechnęła się jednak szeroko, siadając obok mnie.
 - Even! Jak miło cię widzieć – powiedziała.
            Odpowiedziałam również spokojnym uśmiechem. Dziewczyna wyglądała na zadowoloną, jednak jej spokojny wyraz twarzy zmienił się, kiedy pojęła, że znowu jestem w szpitalu.
 - Co ty tutaj robisz? Coś się stało.
 - Mój kuzyn miał wypadek – te słowa nadal ciężko było wypowiedzieć. – Wiesz coś może o nim?
            Zerknęła na papiery w ręce. Wyglądała jak poważny lekarz, bowiem każdy z jakim miałam do czynienia, zawsze z takim samym zaangażowaniem oglądał dokumenty. Przewróciła kilka kartek. W końcu przyjrzała się jednej dokładniej.
 - Nick Sailes?
            Kiwnęłam głową.
 - Nie powinnam udzielać takich informacji, w końcu nie jestem doktorem – powiedziała. – Ale jeśli wszystko jest tutaj, oznacza, że jego stan jeszcze się nie poprawił. Jedno jest tylko pewne – zrobiła niemiłą pauzę. Spojrzała mi w oczy. – Na pewno nastąpiło uszkodzenie rdzenia kręgowego.
            Nie wiem czego oczekiwałam. Dobrych wiadomości? Chyba powinnam się cieszyć z tego, że żyje. Mimo to bolał mnie fakt, że być może, kiedy Nick się obudzi, może nie chodzić. Przecież to nie jest możliwe. Nie Nick.
 - Nie mogę w to uwierzyć – schowałam twarz w dłonie. – Czy to… da się jakoś operować? Wyleczyć?
 - Przykro mi, Even, ale nie wiem. Lepiej by było, gdyby się obudził. Moglibyśmy wtedy się dowiedzieć, jakie ma czucie w kończynach. Ale teraz ma większy problem. Miejmy nadzieję, że przede wszystkim się obudzi.
 - Gdybym mogła, oddałabym mu wszystko. Nawet własne życie – wyznałam.
            Candy uśmiechnęła się smutno. Położyła dłoń na mojej. Często ludzie próbowali tak dodać mi sił.
 - Nie warto. Zrobisz dla niego więcej żyjąc.
            Uniosłam wzrok do góry. Zamknęłam oczy, czując jak po policzku spływa mi łza.
 - Boże proszę Cię – wyszeptałam. – Daj mi siłę, by to przetrwać. A przede wszystkim, zadbaj by Nick to przeżył. Tylko o to Cię proszę.           

            

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz