środa, 21 grudnia 2016

Rozdział czterdziesty drugi

Życie doceniamy w momencie, kiedy zauważamy jak bardzo jest kruche. Patrzenie jak umiera mój przyjaciel, kuzyn i ktoś niczym brat, było jak spoglądanie na śmierć siebie samego.   
            Maszyny piszczały. Wokoło był gwar i krzyki. Ludzie mnie mijali, a ja nawet nie zwracałam na to uwagi.
            Duch Nicka zwisał nad nim, ze spokojnym wyrazem twarzy. Każda jego chwila zwłoki, mocniej oddziaływała na jego stan. Postać zjawy lśniła, ale nadal widziałam jego twarz. Uśmiechał się delikatnie.
            Pojęłam, że duchy nie są wcale tylko duszą człowieka, który umarł. To jakby stan. Stan, w którym trwa nasza dusza, gdy umrzemy, albo jesteśmy tego blisko. Pojęłam to patrząc na niego. Nie wyglądał jak Nina, czy dziewczyna, którą spotkałam chwilę wcześniej. Nie wyglądał jak rzekomy Chris, czy Maggie, Monique czy moja mama. Ten był całkowicie odmienny.
            Lśnił. Jasno i promieniście. Serce biło mi szybko, bo bałam się tego co nastąpi. Ale gdzieś tam, w głębi duszy, naprawdę pozwalałam mu odejść. Miałam tylko nadzieję, że podejmie prawdziwą, godną pochwały decyzję.
            Zaczęło mi piszczeć w uszach. Skupiłam się na moim kuzynie. Jego postać jaśniała. Coraz bardziej, mocniej i silniej. Raziło moje oczy. Zamknęłam je. Poczułam jak moje ciało nic nie waży. Zaczęłam opadać na ziemię. Nie zdążyłam jednak na nią opaść.         
            Złapał mnie jego duch. Nie czułam bólu ani jego dotyku. Ułożył mnie lekko na ziemi. Przyjrzał mi się spokojnie. Jego oczy przepełniał żal, ale i miłość. Dotknął mojego policzka. Dotyk był tak delikatny, że ledwo go poczułam. Uśmiechnął się czule, odnajdując moją dłoń. Przeszło mnie dziwne uczucie… prąd… ciarki… sama nie wiem.
            Ujrzałam bramę. Piękną. Idealnie zrobioną – z cennych metali i kamieni. Z łatwością dostrzegłam perły, diamenty, złoto i brąz. Była niesamowita. Lśniła na odległość; było ją widać na odległość. Mamiła jakimś sposobem – patrząc na nią, sama miałam ochotę ją przekroczyć.
            Zobaczyłam tęskny wzrok Nicka. Patrzył w jej stronę. Aż czułam jego pragnienie; mieć spokój, zostawić za sobą trudy życia.
            Spojrzał znowu na mnie. Uśmiechnęłam się. Skupiłam się na jego twarzy, starając się dostrzec, o czym myśli. Kiedy mi się to nie udało, zamknęłam oczy i wzięłam głęboko wdech.
            Otworzyłam oczy. Postać ducha nadal lśniła. Jeszcze jaśniej. Patrzył na mnie pytająco, szukając porad.
 - Zrób, to co chcesz – wyszeptałam.
            Pokiwał głową. I zniknął. Tak nagle. Szybko, w momencie mrugnięcia okiem. Chwila ciszy, która zapanowała w moim umyśle, była nie do zniesienia. Trwała i trwała, jakby mają się nie kończyć.
            Zamknęłam oczy. Ogarnęła mnie ciemność. Już nie obudziłam się tak szybko.

             Znacie to uczucie, że wasze sny, wydają się takie rzeczywiste, że nawet po obudzeniu, nie wiemy co jest prawdą? Właśnie wtedy tak miałam.
            Siedziałam w ogromnym ogrodzie. Wokoło otaczała mnie natura. Mur, masywny, mający wiele metrów, po sam czubek porastały róże, o kolorze głębokiej czerwieni, niczym krwi. Mieszały się z różami o kolorze żółci, zmieszanej z zielenią, biali i czerni. W centrum ogromna fontanna, tryskała wodą. Dwoje dzieci bawiło się w niej – pryskały się radośnie, krzycząc i śmiejąc się do siebie. Podeszłam do wody; ujrzałam w niej swoje obicie. Miałam spokojną twarz, bez zmarszczek, zaczerwień, a przede wszystkim bez blizny. Włosy nie były czerwone, tylko ciemnobrązowe, takie, jakie widziałam na zdjęciach przedstawiających moją mamę. Spływały mi po plecach i sięgały bioder.
            Spojrzałam na swoje ciało. Ubrana byłam w lekką, letnią sukienkę, wykonaną z białego materiału, puszczoną luźno. Sięgała mi do kostek i miło łaskotała moje ciało.
            Unosiłam głowę do góry. Przede mną stał Nick. Miał na sobie luźne, jasne spodnie i białą koszulkę. Lśnił, pokazując zęby w szerokim uśmiechu. Podszedł do mnie blisko, opierając się o fragment fontanny.
            Zerknęłam na dzieci. Chłopiec i dziewczynka ganiali się beztrosko po ścieżkach. W końcu ona znalazła się blisko mnie. Zerknęła na mnie, unosząc głowę. Odgarnęła niesforne kosmyki i twarzy. Ujrzałam jej oczy. Były brązowe, pełne złocistych, srebrnych, żółtych i czarnych plamek, lśniących delikatnie.
            Dziewczynka zaczerwieniła się i uciekła. Zaraz potem minął mnie chłopiec. Posłał Nickowi półuśmiech. Przeniosłam wzrok na mojego kuzyna.
 - Co? … Gdzie my jesteśmy? – zapytałam przerażona.
 - Dobrze znasz odpowiedź.
            Wiedziałam już co się stanie. Mrugnęłam, a sceneria się zmieniła. Ta sama dziewczynka, teraz już starsza, ponownie goniła chłopaka. Wpadła na niego, a oboje upadli na kupkę jesiennych liści. Uśmiechali się. Ona nadal miała piękne, długie włosy. Po nim widać już było, że będzie niezwykle przystojnym chłopcem.
            Gdy mrugnęłam, ci byli jeszcze starsi. Mogli mieć około osiemnastu lat. Przytulali się, wyglądając na szczęśliwych. Dziewczyna mocno urosła, nabierając kształtów, ale chłopak i tak był wyższy o głowę.
            Spojrzałam za siebie. Nick dalej tam stał. Kątem oka widziałam jak para idzie przed siebie. Okolica wyglądała znajomo. Podobnie osoby z jakimi się witali.
 - To moje życie, prawda? – zapytałam kuzyna. – Tak by wyglądało, gdybym była córką Amandy Alians, twoją przyjaciółką i dziewczyną?
 - Tak – westchnął. – Życie w całkiem innym wymiarze.
            Ponowie skupiłam się na parze. Byli szczęśliwi i uśmiechnięci. To nie była Even, widząca duchy, wredna i samolubna. To nie był cichy Nick, zamknięty w sobie. Świat, do którego nie należeliśmy.
 - Nawet jeśli przeżyjesz – zaczęłam. – Nie będziesz tego pamiętał.
            Stanęłam z nim twarzą  w twarz. Najprawdopodobniej nadal leżałam na środku Oddziału,  a to wszystko po prostu było tylko i wyłącznie w mojej głowie.
 - Zgadza się.
 - Nadal nie wiesz co zrobić? – zapytałam spokojnie.
 - To również prawda.
            Odnalazłam jego dłoń. Ścisnęłam ją delikatnie. Skupiłam się na całej miłości jaką do niego odczuwałam. Powoli przelewałam ją do niego.
 - Maxine mnie przeprosiła – wyznał. – Za wszystko. Za zazdrość o siebie. Za zaborczość. Przepraszała i zapewniała, że jeśli zostanę, będę z nią szczęśliwy. A potem dodała, że mnie kocha. Pozwoliła mi umrzeć. Tak po prostu. Jakby była to tylko zwykła, codzienna czynność.
 - Też ci na to pozwoliłam. – Dodałam szeptem. – Jesteś dla mnie jak brat. A o rodzinę trzeba dbać.
            Przełknął ślinę, patrząc mi w oczy. Kochałam te oczy. Tą samą miłością, którą kochałam jego mamę. Były to oczy mojego dzieciństwa, te, w które patrzyłam od dziecka. Zmierzwione włosy, targane przez wiatr. Bose stopy na gałęziach. To był cały Nick. Mój przyjaciel. Mógł umrzeć. Mógł zostać. Być duchem. Być Nickiem.
 - Do ciebie należy wybór – nadal szeptałam. – Masz milion powodów by umrzeć. Tysiąc, aby nigdy do nas nie wracać. Ale masz też trzy by zostać. Ja, mama, Maxine.
 - Wiem.
 - Ale to twoja decyzja. Będziesz o tym pamiętać?
 - Zawsze.
            Przejechał moją dłonią po twarzy. Policzek, który pokrywała rana, spowodowała kontaktem z duchami, lekko mnie zapiekł. Przypomniał mi o tym, że tak naprawdę to tylko wytwór mojej wyobraźni. Że miejsce, w którym się znajdowałam, nie istnieje.
 - Żegnaj – wyszeptałam, odchodząc od niego.

*

            Rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi. Zwlekłam się z kanapy, uprzednio odkładając kubek na stolik do kawy. Ruszyłam spokojnie do wejścia, szorując skarpetkami po zimnych panelach. Otworzyłam drzwi.
            W progu zobaczyłam dziewczynę. Miała starannie zaczesane włosy, upięte w wysoką kitkę. Od razu zauważyłam okulary, zasłaniające duże, zielone oczy. Wyglądała poważnie, patrząc na mnie z góry – była może o głowę wyższa. Poprawiła okulary, a następnie uśmiechnęła się do mnie serdecznie, poprawiając zawieszoną torbę na ramieniu.
 - Even? – zapytała.
            Przytaknęłam. Od razu wyciągnęła do mnie dłoń.
 - Jestem Miranda Backer – przedstawiła się uprzejmie. – Rehabilitantka.
            Również przedstawiłam się z imienia i nazwiska, po czym wpuściłam ją do domu. Spokojnie zdjęła buty, robiąc to z gracją. Poszła wraz ze mną do kuchni, gdzie na blacie leżały przygotowane leki oraz dokumenty.
 - Coś do picia? – zaproponowałam.
            Miranda z chęcią pokiwała głową. Nalałam jej soku do szklanki, który ona z wdzięcznością przyjęła. Było wyjątkowo ciepło na zewnątrz, choć wakacje miały się ku końcowi.
 - No dobrze – zaczęła. – Z kim będę pracować?
            Zerknęłam w kierunku pokoju gościnnego, który zajmował Nick. Otóż to. Obudził się. Dokładnie w momencie, kiedy ja się ocknęłam z dziwnego snu. Nie był to jednak ani Nick, którego widziałam, odzianego w biel, z anielskim uśmiechem, ani Nick, który razem ze mną i Maxine śmiał się z dobrego żartu. Ten Nick był podobny do tego, który istniał za czasów zniknięcia Kevina. Był cichy, ponury, ciągle burczał pod nosem. Gdy przez pierwsze dni w domu przyjeżdżała Maxine, ignorował ją. Widać było ból na jej twarzy, lecz on nic sobie z tego nie robił. Swoją mamę znosił, byleby od tak. Tylko czasem mnie słuchał. Jeśli chodziło o rehabilitację, było najgorzej.
            W szpitalu spędził jeszcze dwa tygodnie po przebudzeniu. Już ta podejmowano pierwsze kroki, by pomóc mu z paraliżem. Nie chciał wykonywać ćwiczeń, co groziło zastojem mięśni. W domu musieliśmy zakwaterować go w sypialni na dole, aby łatwiej było mu funkcjonować. W końcu byłam zmuszona znaleźć mu osobistą pielęgniarkę i rehabilitantkę, która o niego zadba, gdy nie było mnie w domu czy cioci.
            Miranda okazała się być miłą, dwudziestopięciolatką, która była świeżo po stażu, jako pielęgniarka na oddziale dla niepełnosprawnych. Miała miły uśmiech i ciągle mówiła. Miałam nadzieję, że chociaż ona pomoże Nickowi.
            Po omówieniu wszystkiego, pokazaniu co i jak, zaprowadziłam ją do jego pokoju. Leżał na łóżku, wpatrując się w ścianę. Jeszcze kilka dni wcześniej włączałam mu telewizor, by cokolwiek robił, lecz on i tak wolał ścianę. Przynosiłam mu książki, gazety, filmy. Jednak wszystko odtrącał. Dopiero pewnego wieczoru, gdy ciocia spała, a ja chodziłam zmartwiona między jego pokojem a moim (choć więcej nocy spędzałam na kanapie, czuwając czy mnie nie woła). Poszłam do niego. Myślałam, że spał. Zaczęłam mu opowiadać o wszystkim co zaszło, gdy był w śpiączce.
            Kiedy rozumiałam, że nie śpi, po prostu z nim rozmawiałam. O wszystkim. O naszym życiu. O wypadku. O Monique. Moich rodzicach. Nawet o Loganie. Omijaliśmy temat Maxine, lecz wiele razy mało go nie zapytałam co się z nimi dzieje. Tak każdego wieczoru. Uwielbiał słuchać o śnie, w którym był idealnym nastolatkiem, muszącym podjąć tak ważną decyzję.
            Miranda dużo mówiła. Opowiadała o sobie. Jednak Nick traktował ją obojętnie. Stałam w drzwiach i bezradnie patrzyłam, jak całkowicie ją ignoruje. W końcu, kiwnęłam głową, a ona ucichła. Odeszłam, nie słysząc już jej słów.
            Poszłam do łazienki. Oparłam się o brzeg umywalki. Patrzyłam na swoje odbicie. Zarówno Nick, jak i ja, się zmieniliśmy. Zniknęła moja blizna na policzku – pojęłam, że to wynik mocy Nicka, jako ducha. Zamiast tego miałam znowu omdlenia, mdłości, wypadające garściami włosy, co niebywale było skutkiem ducha kobiety na dachu szpitala. Cieszył mnie jednak fakt, że żyłam.
            Poprzedniego dnia dzwonił do mnie Logan. Przepraszał, że tak bardzo mnie zdenerwował i prosił o spotkanie. Chciałam go zobaczyć. Od tygodni siedziałam w czterech ścianach, pilnując mojego kuzyna. Zostało niewiele dni do końca wakacji, co oznaczało, że będę musiała znowu zacząć pokazywać się ludziom. Zamiast jednak się tym zamartwiać, otworzyłam szeroko szafkę nad lustrem i powoli zaczęłam wyjmować poszczególne kosmetyki.
            Nie mogę powiedzieć, że makijaż mógł sprawić, że mój wygląd jakoś szczególnie się zmienił na lepsze. Zakrywał jednak wory pod oczami, nieliczne pryszcze czy maleńkie blizny pozostałe po wypadkach w dzieciństwie.
            Przebrałam się w czarną sukienkę w kwiatki (pamiętacie może jeszcze o niej?), a następnie spróbowałam jakoś zatuszować już pojawiające się odrosty. W końcu dałam sobie z tym spokój. W swoim pokoju schowałam telefon i leki do torebki.
            Leki. Po co? Od kiedy obudziłam się na sali OIOMu, znowu mój stan stał na pograniczu hospitalizacji. Tabletki pomagały. Jednak nie zawsze. Miałam jeszcze szansę.
            Poszłam do pokoju Nicka. Cicho otworzyłam drzwi. Miranda siedziała wpatrzona w mojego kuzyna, a on sam poświęcał całą swoją uwagę ścianie. Oparłam się o futrynę, wpatrując się w mojego przyjaciela. Nie chciałam go zostawiać. Nie wychodziłam z domu od tygodni, pilnując go cały czas.
            Miranda spojrzała na mnie. Otwierała już usta, ale ja pokręciłam głową. Podeszłam powoli do łóżka. Nick skierował swoją uwagę na mnie.
 - W końcu porozmawiasz z Loganem – westchnął. – Ma szczęście chłopak.
 - Dasz sobie radę? – zapytałam.
 - Nigdzie nie ucieknę.
            Uśmiechnęłam się. Jego czarny humor miał swoje plusy. Może nie zawsze, ale jednak.
 - Powiesz mu? – spytał mnie cicho.
            Oczywiście Miranda starała się udawać, że nie słyszy o czym mówimy. Uśmiechnęłam się do niej ukrytkiem. Złapałam Nicka za dłoń, ciężką i zimną. Ledwo poruszałam palcem wskazującym.
 - Muszę. Czuję, że mamy mało czasu – zerknęłam na okno. Wychodziło na ulicę. Od razu rzucił mi się w oczy charakterystyczne, czarne auto. Wskazałam na szybę brodą. – No i jest.
            Puściłam dłoń Nicka, i wytarłam spocone ręce w spodnie. Nie widziałam Logana od czasu, kiedy przez przypadek widzieliśmy się przez szyby samochodów. Stresowałam się. Miałam mu powiedzieć, że widzę duchy. I widma. Musiałam dopilnować, by dowiedział się o Chrisie. W końcu to chyba jego tata.
  - Powodzenia – pożegnał mnie. – Wróć cała.
            Pokiwałam głową. Spojrzałam znowu na okno.
 - Trzymaj kciuki – rzuciłam, po czym wyszłam.
            Na zewnątrz, Logan już wysiadał. Uśmiechnął się szeroko, widząc mnie. Wyglądał inaczej niż kiedykolwiek. Włosy, zawsze nieogarnięte, przyciął, na dość krótko. Oczy mu lśniły, a koszulka była idealnie prosta. Szedł pewnym krokiem. Stanął obok i cmoknął mnie w policzek. Spojrzałam na niego lekko zdziwiona, lecz nic nie powiedziałam.
            Nie wiedziałam co możemy robić. Chciałam z nim tylko porozmawiać. Wyjaśnić pewne sprawy.
            Usiadłam na miejscu pasażera, on zaś klapnął przy kierownicy. Uśmiechał się szeroko.
 - No więc? Gdzie się wybieramy? – zapytał, kierując jedną ręką.
            Wzruszyłam ramionami, nie mając pomysłu. Usiadłam tylko wygodniej, patrząc przed siebie, przez szybę. Auta mijały nas bez zbędnych problemów. Logan prowadził spokojnie, starając się nie przyśpieszać. Lecz mimo wszystko już czułam się przy nim bezpiecznie.
 - Jak Nick? – usłyszałam.
            Przez chwilę nie odpowiadałam. Ściszyłam radio.
 - Nadal źle – powiedziałam cicho. – Jeśli tak dalej pójdzie, zacznie chodzić może za rok, bądź dwa. Albo w ogóle.
            Pokiwał głową. Zmienił dłoń trzymającą kierownice. Wolną powoli przesunął w moim kierunku. Położył ją na mojej ręce. Poczułam ciepło bijące od jego skóry. Choć powinnam ją zabrać, nie zrobiłam tego. Udałam, że nie zauważam.
 - Cieszę się, że żyje – mruknęłam. – To jest teraz najważniejsze.
 - Prawda – przytaknął.
            Nie puszczał mojej dłoni. Zasłuchałam się w jego miękki oddech, który doskonale słyszałam. Nie wiem czemu, ale nawet widząc go, wyprzedzającego inne auta, jedną ręką na kierownicy, ufałam mu.
            Zaczął skręcać. Zmienił pas ruchu, a następnie całkowicie zjechał. Spojrzał na mnie z uśmiechem. Zgasił silnik, po czym zdjął swoją dłoń z mojej.
 - Jeśli dobrze zgaduje masz ochotę na kawę?
 - Jasne – odparłam. – Zawsze i wszędzie.
            Wyszedł z auta. Przeszedł kawałek, po czym się wrócił. Otworzył drzwi. Zaczął się śmiać.
 - Fajnie by było jakbym wziął pieniądze – powiedział. – Podasz mi? – wskazał na portfel.
            Wzięłam do ręki skórzany przedmiot i wyjęłam banknot. Podałam mu, a ten od razu zniknął. Pozwoliłam sobie pomyszkować w jego portfelu. Przejrzałam przegródki, znajdując tam jedynie wizytówki oraz karty bakowe. Było nawet zdjęcie jego mamy i wyraźnie niedawno zrobiona fotka Emily. Uśmiechnęłam się. Mała wyglądała na zadowoloną. Zanotowałam sobie, żeby o nią zapytać jak Logan wróci.
            Znalazłam jego prawo jazdy. Wyjęłam je i przyglądałam się zdjęciu, które go ukazywało. Od razu rzucały się w oczy jego duże, ciemne oczy, idealnie uchwycone przez fotografa. Zmierzwione włosy bardziej ulizane niż zawsze. W końcu przeniosłam wzrok na resztę informacji. Znalazłam datę jego urodzin. Dwudziesty siódmy maja. Czyli ominęła mnie impreza. Nie wiem czemu ale zauważyłam to dopiero po chwili. Choć napisane było dużymi literami.
            Spójrzcie na to: Logan. Czy tylko ja o tym zapomniałam? Czy tylko mi wyleciało z głowy jego długaśne przedstawienie, kiedy go poznałam.
            Christopher Logan Dominik UnderVarpol.
            Wtedy to pojęłam. Nie chodziło o jego ojca. Nie o przypadkową osobę. W tym wszystkim chodziło o Logana. Chłopaka, którego poznałam tak dawno temu.
            Zaczęłam szybko oddychać. Znaczyło to, że Logan mógł zginąć w każdej chwili. Mógł umrzeć na moich oczach.
            Jak na zawołanie wyłonił się z dwoma kubkami. Uśmiechał się od ucha, do ucha, patrząc na mnie. Wypuściłam trzymane w płucach powietrze. Łzy zakuły mnie w oczy.
            To o niego chodziło od samego początku.
            Wtedy pojawił się on. Widmo, te, które wyglądało bardziej paskudnie od duchów. Nie uśmiechał się ani nie złościł. Wyglądał obojętnie. Mimo to szedł prosto na Logana – Chrisa. Dopiero kiedy stanął prawie obok niego, przeniósł wzrok na mnie. Puste oczy przeszył blask błękitu. Marzyłam, by tam podbiec, sprawdzić, czy mogę coś zrobić. Ale czułam się, jakby coś mnie sparaliżowało od środka. Serce obijało mi się o żebra, a ja walczyłam o każdy oddech. Widmo spojrzała na mnie ponownie, po czym poruszyło ustami.
 - Uratuj mnie – wyszeptał głos w mojej głowie. – Proszę.
            Pokiwałam głową. Logan ujrzał to i przystanął, wpatrując się we mnie ze zdziwieniem. W tym samym czasie widmo, kroczące za nim, weszło prosto w jego ciało, i przeniknęło go. Poleciał przed siebie, rozlewając gorącą kawę na ziemię wokoło. Zamrugałam zszokowana. Leciał, aż zderzył się z podłożem. Widmo zniknęło, a przez jedną sekundę, widziałam je w Loganie. Ten jednak za chwilę zaczął drgać, niczym osoba chora na epilepsję. Zerwałam się z miejsca, otworzyłam drzwi i wybiegłam.
            Ku niemu szła kolejna osoba. Ja pierwsza rzuciłam się do niego. Odwróciłam go. Jego twarz była śmiertelnie blada, a oczy puste. Gdy tylko go dotknęłam poczułam zimno. Paraliżujące i trujące. Upadłam na ziemię, jeszcze kątem oka widząc, jak widmo opuszcza jego ciało, z ostrzeżeniem w wzorku.
           

            

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz