Rozdział czterdziesty pierwszy
Po
kilku minutach siedzenia przy tym całym piszczeniu wszystkich możliwych
urządzeń, można dostać na głowę. To był jedyny element, który cieszył mnie, że
mogę siedzieć tam tylko przez dwadzieścia minut, co godzinę.
Trzymałam go za dłoń, ty razem mając
pewność, że nie rzuci się na mnie. Była to chora rzeczywistość, w której byłam
zmęczona i marzyłam o łóżku.
Na dworze już się ściemniało, a
pielęgniarki się zmieniły. W takim momencie spokojnie mogłam przesiadywać u boku
kuzyna, dłużej ponad określone normy.
Spojrzałam na jego twarz. Przez jej
połowę rozciągał się bandaż, na który opadały jego włosy. Zawsze mu je
odgarniałam, jakby nic przez nie nie widział.
Maxine siedziała na korytarzu i
chociaż nie mogła wejść na salę, czekała. Chyba na wieść o tym, że Nick się
obudził. Bo tylko na to czekaliśmy. Ciocia chodziła do szpitalnej salki, gdzie
można było się pomodlić, Maxine cały czas patrzyła się w dal, ze szklanymi
oczami. Ja zaś nie mogłam siedzieć w miejscu. Krążyłam w kółko, zastanawiając
się, co może pomóc Nickowi. Jednak pomysły nie przychodziły.
Nick wyglądał tak spokojnie gdy
spał. Jakby po postu zasnął. Jednak nawet kiedy próbowałam w to uwierzyć,
rzeczywistość mnie powstrzymywała. Pokazywała te wszystkie kable, bandaże i
kroplówki. Pod tym wszystkim leżał mój kuzyn.
W końcu pielęgniarka poprosiła, abym
wyszła bo musi zmienić pacjentowi opatrunek. Z niechęcią opuściłam OIOM, udając
się na korytarz. Zamiast usiąść na krzesłach, poszłam dalej. Skręciłam w prawo,
idąc opustoszałym o tej porze korytarzem. Ponownie pokierowałam się w prawo,
aby stanąć przed drzwiami, prowadzącymi na schody. Otworzyłam je, po czym
zaczęłam powoli wspinać się po schodach. Powoli docierał do mnie chłód, jaki
panował za zewnątrz. Dotarłam do prostego wyjścia. Pchnęłam drzwi, aż dotarło
do mnie głodne powietrze.
Stanęłam na czymś w rodzaju balkonu.
W sumie nawet nie wiem jak to nazwać. Były tam barierki i nawet ławka. Toteż
zapewne niektórzy musieli tam przychodzić aby zaczerpnąć świeżego powietrza,
albo by zapalić papierosa.
Podeszłam do barierki. Było
przyjemnie i miło. Na niebie świeciły już pierwsze gwiazdy, a wiatr świszczał
mi w uszach. Gdy spojrzałam w dół widziałam ciemność, ale raczej wolałabym nie
spaść z takiej wysokości.
Westchnęłam. Wypadek Nicka mnie
przytłaczał. Miałam dość siedzenia w szpitalu i ciągłych myśli, czy
wyzdrowieje, czy wyjdzie z tego, czy się obudzi. Każda myśl była nowa i co raz
to śmieszniejsza. Jeszcze niedawno siedziałam z Nickiem i Maxine zastanawiając
się jak uratować owego, tajemniczego Chrisa, a tutaj nagle Nick może nigdy się
nie obudzić.
Każdy lekarz z jakim rozmawiałam
mówił to samo: trzeba czasu, aby Nick wyzdrowiał. Nawet jeśli się obudzi,
trzeba będzie wiele rehabilitacji, aby zaczął normalnie funkcjonować. Wszyscy
powtarzali mi, żeby jak najwięcej do niego mówić, no bo przecież on to słyszy.
W końcu się obudzi. Z własnej inicjatywy, gdy uzna to za konieczne.
Powtarzałam mu: Nick, musisz się
obudzić. Dla nas. Dla mnie, Maxine, cioci, przyjaciół. Przecież nie długo
zacznie się szkoła. Musisz być gotowy, by zagrać z kumplami. Jednak wiedziałam,
że go okłamuje. Jego nogi mogą nigdy nie poruszać się jak dawniej. Ale chciałam
tylko, żeby się obudził.
Odwróciłam się z zamiarem spoczęcia
na ławce. Obróciłam się i podskoczyłam, kiedy zobaczyłam na ławce kobietę. Z powodu ciemność nie widziałam jej za
dobrze. Patrząc na nią, dostrzegłam nikłe rysy twarzy i jasne włosy. Siedziała,
patrząc na mnie z zainteresowaniem.
- Dobry wieczór – wybąkałam.
Kobieta uśmiechnęła się. Powoli się
podniosła. Spostrzegłam, jak krajobraz za nią lekko się zamazuje, co dało mi do
zrozumienia. To duch.
- Jesteś tylko duchem – westchnęłam.
- Tylko duchem? – zapytała ironicznie. –
Widzisz mnie. To raczej niezwykłe. - Dla mnie nie – odparłam wolno.
Wyglądała lekko przerażająco. Bałam
się, że podejdzie za blisko. Kontakt z duchami nie był mi wskazany, toteż nie
miałam większej ochoty do niej podchodzić. Cofnęłam się znacząco.
- Boisz się mnie? – wymruczała.
- Duchy niezbyt dobrze na mnie działają.
Pokiwała głową ze zrozumieniem.
Przyglądała mi się spokojnie, jakby nic jej nie mogło zdziwić.
- Czyżbyś też cierpiała? – zapytała.
Byłam zdziwiona jej pytaniem. I choć
gadanie z duchem na środku jakiegoś dachu, wydawałby się absurdalne, pokiwałam
głową.
- Kto leży tam, na dole?
- Mój przyjaciel. Kuzyn – wyszeptałam.
Przymknęła oczy zadowolona. Podeszła
do mnie, jednak utrzymała dystans. Stanęła obok barierki, patrząc na mnie.
- Musisz go bardzo kochać – zauważyła.
- Jest dla mnie jak brat.
Objęła się ramionami. Jej twarz była
blada i spokojna. Nienaruszona. Nie była szczególnie piękna, jednak nie była
brzydka. Zarejestrowałam jej oczy. Nie wiedziałam co o nich myśleć – nie były
bowiem ani ‘’żywe’’ ani takie, jakie widziałam u Niny, kiedy po raz pierwszy ją
spotkałam. Starałam się więc uważać na kobietę.
- Minęło siedem miesięcy – mruknęła. – A ja
nadal tu tkwię. Nawet nie wiem po co.
Zbliżyłam się dyskretnie. Mówiła,
przepełniona tajemniczością. Zdawała się być smutna, żal emanował od niej
falkami.
- Co się stało? – dociekałam.
- Kochałam go. To mój największy błąd. Zdziwiłam się. Mówiła od rzeczy,
więc nie mogłam pojąć jej historii.
- Może zacznij od początku? – zaproponowałam.
Spojrzała na mnie krytycznie. Jej
wzrok mnie paraliżował. Coś było w jej oczach.
- Byłam z nim tak długo. Kochałam go nad
życie. Mogłam zrobić co tylko chciał. Byłam gotowa poświęcić dla niego
wszystko. Kiedy miał wypadek, moje serce pękło. Bałam się, że go stracę. To był
mój największy błąd – zrobiła długą pauzę, szukając słów. – Byłam przy nim cały
czas. Powtarzałam mu, że ma żyć dla mnie. Ale potem zaczęłam myśleć: jak to
będzie jeśli wypadek zostawi na nim piętno, z którym on nie będzie mógł żyć?
Nie chciałam na to pozwolić. Poszłam do niego i powiedziałam… powiedziałam, że
kocham go najbardziej na świecie i chcę, aby zrobił to co uważa za słuszne.
Miałam nadzieję, że za chwilę się obudzi, uśmiechnie i powie do mnie tak jak
zawsze ,,Witaj, słoneczko’’. Ale wiesz co się stało?
Pokręciłam głową. Czułam jak szybko
bije mi serce. Każde słowo kobiety napawało mnie trwogą. Mimo to słuchałam z
zapartym tchem jej słów.
- On odszedł. Po prostu. Umarł.
Skrzywiła się. Patrząc na nią,
zdawało mi się jakby się rozmywała. Jakby traciła kolor. Chciałam ją jakoś pocieszyć,
lecz nie mogłam jej dotknąć.
- Świat bez niego nie ma kolorów. Nigdy nie
będzie miał.
- Postanowiłaś, że spotkasz go tutaj? W
krainie zmarłych?
Skinęła. – Ale on odszedł dalej. Nie
poczekał na mnie.
- Może nie sądził, że odejdziesz tak szybko?
– zastanawiałam się.
Było mi zimno. Ciarki przeszły po
całym ciele. Bałam się poruszać. Głowa pękała mi już, wypełniając hukiem
czaszkę. Lekko potarłam skroń.
- Jak umarłaś? – przestąpiłam z nogi na nogę.
- Tak jak powinnam. – spojrzała w moją stronę.
Zauważyłam ślady łez na jej twarzy. – Nałykałam się jakiś tabletek. Chciałam
być z nim. Ale on nie poczekał.
W oddali zagrzmiało. Nie minęło
kilka sekund, a na niebo rozdarła błyskawica. W jej świetle twarz kobiety
wydała mi się jeszcze bardziej upiorna.
- Nie powinno to się tak skończyć –
powiedziałam. – Powinnaś żyć. Jeśli cię kochał, na pewno chciał, byś żyła.
Ponownie usłyszałam grzmot. Na czole
poczułam pierwsze krople deszczu. Patrząc na kobietę, zdałam sobie sprawę, że
ona nigdy nie poczuje już tego deszczu na skórze. Była martwa. Oznaczało to, że
już nic nie poczuje.
- Sądzę, że za długo tu już jesteś. Ty też
powinnaś odejść.
Skrzywiła głowę. Zmrużyła oczy.
Powoli, bardzo powoli zbliżyła się. Deszcz padał coraz mocniej. Czułam zimno,
zarówno spowodowane pogodą, jak i obecnością ducha.
- Nie sądzę, że to konieczne – zamrugała. W
jej oczach lśniły małe iskierki. – Jest mi tak dobrze.
Była tak blisko. Czułam jej oddech
na karku. Postąpiłam kilka kroków w tył, jednak ona ciągle zmniejszała dzielącą
nas przestrzeń.
- Skoro on odszedł to o co chodzi? – zapytałam
głośno.
Na chwilę jej oczy stały się
normalne, jednak nie trwało to długo. Widziałam jak zaciska dłonie w pięści.
Nie mogłam skupić się na niczym konkretnym, przez ciągłe błyski na niebie i
deszcz bębniący o dach. Przytrzymałam się barierki, kiedy zrobiło mi się ciemno
przed oczami.
- O co tak naprawdę chodzi? O co jesteś zła? –
dociekałam.
- On mnie nie kochał. Nie wrócił do mnie –
mruknęła pod nosem. – Pozwoliłam mu odejść, ale on nie został dla mnie.
Zaczynała blaknąć. Bardziej i
bardziej. Wiedziałam, że może zniknąć, a wtedy jeden duch pozostanie na tym
świecie z błahego powodu. - Życie jest czasem zbyt trudne. Musisz go
zrozumieć.
- Co ty możesz wiedzieć?! Straciłam jedynego
mężczyznę, którego kochałam!
Znowu grzmotnęło. Deszcz padał już
na dobre. Ciężkie krople uderzały mnie po twarzy. Stałam wprost ducha.
Postanowiłam walczyć. Po coś widziałam te zjawy.
- Miłość jest niepojęta – rzuciłam, a moje
słowa porwał wiatr. – Jeśli go kochałaś, powinnaś była dać mu odejść. To on
wybrał. Dlaczego teraz mu to wypominasz?
Pokręciła głową.
- Nie wiem.
- Powoli znikasz. Zaślepia cię złość. Musisz
iść dalej. – zrobiłam dwa kroki i już stałam obok niej. Chwyciłam ją za ręce. –
Ale to twój wybór.
Była zdziwiona faktem, że ją
dotknęłam. Czułam zimno bijące z tej postaci. Wyczułam w niej żal. I ból.
Włosy klapnęły mi na twarz, a woda
pozostawiała na skórze smugi. Kolejny błysk rozjaśnił twarz ducha. Była
zdezorientowana. Więc spojrzałam na nią, patrząc głęboko w przepełnione
emocjami oczy. Wydawały mi się takie podobne do ludzkich. To nie była Maggie,
która umarła, bo chciała oszczędzić bólu innym.
- Miłość zawsze będzie zgubą ludzkości. Ale
jest piękna. I to się liczy.
Uśmiechnęła się smutno. Ja zaś
zamknęłam oczy i skupiłam się na tych, których kochałam. Mama, tata. Mój brat,
ciocia, Nick, Monique. Przypomniałam sobie ludzi, którzy wiele razy ze mną
rozmawiali, śmiali się. Cole, Mattew. A nawet znajome ze szkoły, które ledwie
mnie znały. Na koniec wyszczerzyłam się widząc twarz Logana. On też był dla
mnie ważny. Nie mogłam zaprzepaścić szansy, by być z nim blisko. Nie przez
duchy.
Otworzyłam oczy. Duch kobiety
patrzył na mnie z szerokim uśmiechem. Była zdecydowanie bardziej realna, niż
wcześniej. Wyciągnęła do mnie dłoń, a w jej oczach, wtedy już naprawdę
prawdziwych, lśniły łzy. Pokręciła głową.
- Co ty ze mną zrobiłaś? – zapytała
zszokowana.
- Nic takiego. Pomogłam ci tylko znaleźć w
sobie coś na rodzaj miłości. Boże, brzmię jak jakaś poetka. Po prostu –
spojrzałam w dal. – Duchy mają w sobie śmierć. Coś musi ją neutralizować.
Błyskawica rozcięła niebo na pół. W
tym samym momencie, w miejscu kręgosłupa sięgnął mnie ból. Jakby ktoś rozciął
mi plecy na pół. Upadłam na ziemię, boleśnie zgniatając sobie rękę. Głowa mi
pękała, ale mimo to podniosłam ją odrobinę. Duch kobiety spojrzał na mnie, nie
wiedząc co począć.
- Może on gdzieś na ciebie czeka? –
wycharczałam.
Kolejny błysk. Kolejny atak bólu.
Zwijałam się na zimnej podłodze, taplając się w wodzie. Krople rozbryzgiwały mi
się na ciele, lecz ja nawet nie mogłam się ruszyć.
Czarne plamki tańczyły mi przed
oczami. Powoli znikał mi obraz kobiety, zastępowany ciemnością. Nie mogłam się
podnieść, tak naprawdę nic nie mogłam zrobić. Zanim straciłam przytomność,
spojrzałam jeszcze przed siebie, prawie nic nie widząc.
- Musisz odejść…
Korytarz zdawał się wirować. Ściany
były na suficie, krzesła wisiały koło lamp. Kręciło mi się w głowie, ale uparto
szłam przed siebie, opierając się o każdą rzecz w zasięgu dłoni.
Widziałam krzywe spojrzenia różnych
ludzi. Wstałam z ziemi na dachu i jakoś udało mi się doczłapać po schodach na
dół. Ociekałam wodą, wszystko było podwójne, zaś z nosa jak zwykle chyba ciekła
mu krew. Jedną dłoń trzymałam na twarzy, idąc wolno korytarzem. Ktoś się o coś
pytał. Ja ich zbywałam, kierując się ku Intensywnej Terapii.
Trafiłam do owego miejsca. Przez
mgłę dostrzegłam Maxine, która poderwała się z miejsca, podbiegając do mnie.
Złapała mnie za ramiona, pilnując czy trzymam się na nogach. Gdy zauważyła, że
nie daje rady stać, posadziła mnie na krześle. Uniosła moją głowę. Podejrzewam,
iż nie wyglądałam najlepiej, toteż szybko kogoś zawołała.
- Even?! Even, co się stało? – wrzeszczała
Maxine.
Kaszlnęłam. Klatka piersiowa mnie
bolała, rozsadzana bólem od środka. Nie mogłam złapać tchu, jednak mimo to
wyszeptałam:
- Duch.
Pokiwała głową. Trzymała mnie, abym
była w pionie. Oddychałam ciężko, co zapewne było słychać.
Po chwili ktoś ją odsunął. Dotknęły
mnie delikatne dłonie. Przez mgłę dostrzegłam twarz znajomego mi lekarza. Pytał
o coś, lecz jego słowa ulatywały mi w głowie. Wrzasnęłam, kiedy kolejna fala
bólu przeszyła mnie na wskroś.
Zamknęłam oczy, tonąc w ciemności.
Ale zniknęła ona szybko. Pojawiły
się za to obrazy. Młoda dziewczyna, uśmiechnięta, idąc wraz z kilkoma
dziewczynami. Czułam ich radość i ekscytacje. Szybko scena się zmieniła na tę
samą kobietę i chłopaka. Widziałam różne rzeczy; niemowlę, osoby, sceny. Czułam
radość, strach, miłość, euforię. Wtedy pojęłam, dostrzegając kobietę, którą
widziałam na dachu, że to właśnie duch. Odchodziła.
Głosy osób wokoło obijały mi się w
głowie, a jednym okiem widziałam to, co widziała ona, ta, której nie znałam
nawet imienia. Czułam na sobie dotyk, prawdopodobnie lekarzy. Powoli
odpływałam, ginąc w nie mojej świadomości.
Ogarniało mnie ciepło i szczęście.
Wiedziałam, że dziewczyna jest przerażona tym, co czeka ją dalej. Mimo to szła
w zaparte przed siebie. Dowiadywałam się o niej coraz więcej – ile miała lat,
jak się nazywała. Uśmiechnęłam się, czując, że i ona to robi.
Wzięłam głęboki wdech i otworzyłam
szeroko oczy. Leżałam na podłodze. Podniosłam się szybko. Wszyscy próbowali
mnie zatrzymać. Otaczał mnie wianuszek lekarzy i pielęgniarek. Znalazłam wzrokiem Maxine. Stała w miejscu,
nie wiedząc co robić.
Podeszłam do niej. Spojrzała na mnie
zszokowana. Złapałam się jej.
- Ten duch… ja go widziałam… jej chłopak…
odeszła… ale Nick – mówiłam bez składu.
- Even, uspokój się – wyszeptała. – Nic nie
zrobisz, tylko sobie pogorszysz.
Połknęłam ślinę. Wzięłam dwa
głębokie wdechy, przytrzymując się mojej przyjaciółki. Czułam na plecach wzrok
lekarzy – pacjentka w strasznym stanie wstała i teraz rozmawia z inną
dziewczyną. Też coś!
- Musimy dać Nickowi wybór. Pozwolić mu odejść
mimo wszystko – łzy naszczypały mnie w oczy.
Spojrzała na mnie zdziwiona.
- Co?
- Jeśli go kochamy, musimy dać mu odejść. W
tym kryje się rozwiązanie. O to w tym chodzi.
Wykrzywiła się. – Przecież to tylko
jakieś stare powiedzenie. Tak się tylko mówi – na jej twarz wkradało się
przerażenie.
Dłonie mi się trzęsły. Powoli,
bardzo powoli usiadłam na jednym z krzeseł.
- To jest rozwiązanie – powiedziałam jej,
kiedy znalazła się obok. – Klucz.
- Nie mówisz poważnie – wytknęła mi.
Pokręciłam głową. Spojrzałam w dal –
lekarz, przyjmujący mnie wcześniej, patrzył na mnie uważnie. Dostrzegłam Candy
i dwie inne pielęgniarki. Każdy z nich jakby czegoś wyczekiwał. Ja miałam przed
sobą zadanie.
- Nie umarłam. A powinnam – powiedziałam
głośno. - Bóg chce żebym coś jeszcze
zrobiła w życiu. Na pewno chodzi o Nicka.
Złapałam delikatnie Maxine za rękę.
Łzy spływały jej po policzkach. Uśmiechnęłam się. Przypominała mi tego ducha,
dziewczynę, która umarła po śmierci swojego ukochanego. Niczym Romeo i Julia.
Loganowi by się spodobało.
- On musi zdecydować.
Przytaknęła. Chciałam dodać coś
więcej, lecz nie miałam żadnych słów, które mogłyby by wiele zmienić. Wstałam,
ciągnąc ją za sobą. Stanęłam obok doktora, patrzącego na mnie z nieskrywanym
zdziwieniem.
- Jesteś niesamowitą osobą, Even – zaczął. –
Jakim niby cudem to wszystko się wydarzyło? Przed chwilą stwierdziłem stan
krytyczny, a ty teraz normalnie funkcjonujesz jak gdyby nigdy nic. O co w tym
chodzi?
- Sama chciałabym wiedzieć – mruknęłam. – Mogę
wejść do Nicka?
- Nie sądzę, że w twoim stanie to… - Jakim stanie? Nic mi nie jest. Nic więcej
niż zawsze.
Przejechałam dłonią po twarzy. Kiedy
spojrzałam na swoją rękę, ujrzałam krew. Od razu zorientowałam się, że blizna
znowu musiała się spaprać. Wciągnęłam głęboko powietrze.
- Czy mogę wraz z Maxine, chociaż na parę
minut wejść do Nicka?
Lekarz nic nie powiedział. Lekko
potrząsnął głową, jakby kłócił się sam ze sobą. Przeniósł wzrok na moją twarz,
Wyglądał na zmęczonego i zmartwionego. Uśmiechnęłam się.
- Pozwoli mi pan, a za chwilę przyjdę na
badania kontrolne.
Podszedł
do mnie. Zauważyłam liczne zmarszczki wokoło oczu i ust. Musiał wiele się uśmiechać.
Dłonie miał zniszczone latami pracy, a stojąc naprzeciw mnie, dostrzegłam że
jest wiele razy straszy niż myślałam.
- Jesteś kimś wyjątkowym. Nie możesz dać się
tak łatwo.
I odszedł. Ja delikatnie chwyciłam
Maxine za rękę, prowadząc ją do drzwi. Potencjalnie nie mogła tam wchodzić.
Jednak Nick leżał na OIOMie już wiele dni, więc lekarze pozwalali wchodzić i
jej.
Stanęła przed drzwiami. Miała zaszklone
oczy. Ja już nie umiałam płakać. Naprawdę. Po prostu uśmiechałam się jak
głupia, wierząc, że może jednak nie umrę, jeśli będę dalej dotykać duchów. To
napawało mnie motywacją do życia.
- Co mam zrobić? – zapytała przerażona.
- On nas słyszy. Wydaje mi się nawet, że… - Co takiego?
Zerknęłam za drzwi. Leżał tam
spokojnie, śpiąc i jakby czekając. Chciałam żeby do nas wrócił. Jednak jeszcze bardziej
pragnęłam, żeby po prostu był szczęśliwy.
- Pójdź do niego i pozwól mu odejść. Po prostu
wydawało mi się, że go widziałam. Jego ducha – zawahałam się. – Sądzę, że dusza
oddziela się od ciała nie tylko po śmierci.
Pokiwała smętnie głową. Wzięła
głęboki oddech i pchnęła drzwi. Gdy weszła, widziałam jej niepewny krok. Stanęłam
plecami do drzwi. Zamknęłam oczy, oddychając równo i głęboko. Moje myśli błądziły po
różnych torach. Zapomniałam na ten czas o Nicku, skupiając się na wszystkim
tym, o czym nie miałam czasu myśleć.
Jeszcze nie całe dwa lata, a będę
pełnoletnia. Na zawsze będę mogła zapomnieć o Amandzie Alians. Nadal widziałam
ją w snach, a wspomnienia nadal bolały. Karała mnie za grzechy mojego ojca. Nie
byłam winna niczemu. I co z tego? Jej to wcale nie obchodziło.
Wyobraźcie sobie moje życie, gdyby
moja mama nie zmarła, a tata nie zginął. Czy wtedy wyglądałoby to inaczej?
Mogłabym być szczęśliwa. Mieć dzieciństwo, jakiego nie dane było mi posmakować.
Jednak to przeszłość. Jej nie można zmienić.
Pomyślałam o Chrisie. Moim zadaniem
było go ocalić. Lecz z dnia na dzień zaczynałam wątpić, czy rzeczywiście mi się
to uda. Skoro nie mogłam pomóc innym, tym których kochałam, jak mam pomóc obcej
osobie? Jednak bałam się jednego najbardziej; że pan Varpol to nie rozwiązanie.
Człowiek jest marną istotą.
Dowiadywałam się o tym całe życie. Ci, których kochałam, umierali. Bo takie
jest właśnie życie – kruche. Przemija szybciej, niż sądzimy. Właśnie chyba to
jest piękne. Możemy cieszyć się życiem, krótkim, ale i urokliwym.
Zaczęłam myśleć o Loganie. Był
wyjątkowy. Może nawet coś do niego czułam. Bałam się tylko właśnie tego, że gdy
dowie się o duchach, stracę go. Miłość jest zgubą ludzkości. Przekonywałam się
o tym z dania na dzień.
Poczułam klepnięcie w ramię.
Otworzyłam oczy, aby ujrzeć twarz mojej przyjaciółki. Patrzyła na mnie z
niedowierzaniem.
- Coś się zmieniło – jęknęła. – Ale nie wiem
co.
Uścisnęła mnie. Po prostu rzuciła mi
się na szyję, przytulając się do mnie. Rozumiałam, że mój pomysł był jednak
właściwy.
- Więc moja kolej.
Odsunęła się, wycierając nos o rękaw
swetra. Lekko pchnęłam drzwi, wchodząc do pomieszczenia. Od razu ogarnęło mnie
piszczenie maszyn i zapach sterylności. Ruszyłam żwawym krokiem ku mojemu
kuzynowi, przykutemu do łóżka.
Zatrzymałam
się przy nim. Uśmiechnęłam się, choć było w tym uśmiechu więcej bólu, niżeli
radości. Pocałowałam go lekko w czoło, po czym usiadłam na stołku, ustawionym
obok posłania.
- Hej – przywitałam się. – Nie wiem co ci
nagadała ta twoja dziewczyna, ale ja też mam zamiar sobie z tobą pogadać.
Wiesz, że cię kocham, prawda? Nad życie. Od kiedy pamiętam, to ty byłeś dla
mnie wszystkim. Naprawdę, czułam się jakbyś był dla mnie bratem. Kimś mojej
krwi. Nigdy nie czułam nic takiego do Kevina. Tylko do ciebie. Jesteś moją
rodziną. Częścią mnie.
Złapałam go za dłoń. Jego palce były
zimne i nieczułe. Mimo to ścisnęłam je mocno. Przełknęłam głośno ślinę,
zbierają słowa w głowie.
- Ten wypadek… on… wiele zmieni. Nie wiem czy
będzie szansa, że będziesz taki jak kiedyś. To może być dla ciebie bardzo
trudne. Chodzi o to… myślę o tym, iż może tego nie przetrwasz. Masz do tego
prawo. Możesz się poddać. Bo życie nie zawsze jest prostą. Teraz wybór należy
do ciebie – przerwałam. Cholerne łzy! Znowu… - Ja… pamiętam jak byliśmy
dziećmi. Wspinaliśmy się po drzewach, ganialiśmy się, jeździliśmy rowerami bez
hamulców. Byliśmy szybkimi, przepełnionymi energią dziećmi. Wszystko było dla
nas możliwe. Byłeś dla mnie jedyną rodziną. Nie mogłam ci się odwdzięczyć. Ale
mogę to zrobić teraz.
Do ciebie należy decyzja. Kocham
cię, Nick. Jesteś dla mnie wszystkim. Bratem, kuzynem, przyjacielem. Świat bez
ciebie nigdy nie będzie taki sam. Moje życie nie będzie takie same. Lecz świat,
w którym ty nie jesteś szczęśliwy, będzie równie szary dla mnie. Nie
gwarantuje, że wszystko się ułoży, że będziesz chodził. Jeśli tam dalej będzie
ci lepiej, możesz odejść. Bo nikt nie będzie cię zatrzymywał.
Ścisnęłam jego dłoń mocniej.
Marzyłam tylko o tym, by otworzył oczy i rzekł, że nigdzie się nie wybiera. Jednak
nie mogłam na to liczyć. Jeszcze raz się uśmiechnęłam, lecz łzy mówiły same za
siebie.
Maszyna obok zaczęła piszczeć.
Głośny, przenikliwy dźwięk zabrzmiał w mojej głowie. Uniosłam ją lekko, aby
ujrzeć jaśniejącą zjawę, stojącą nad ciałem Nicka. Był to on sam. Inny, bardziej
żywy, niż jakikolwiek duch, którego dane mi było ujrzeć. Uśmiechał się.
Szczerze i szeroko. Odpowiedziałam tym samym, czując jak łzy wpływają mi do
ust. Ich słony smak rozbudził mnie.
Zauważyłam lekarzy, biegnących ku
mnie. Nie, nie ku mnie, ale do niego. Pielęgniarka mnie odepchnęła. Zobaczyłam
monitor, na którym biegła prosta linia. Przeniosłam wzrok na ducha Nicka. Nadal
się uśmiechał. Jedną dłoń opierał na ramieniu swojego ciała, a drugą wskazał na
górę. Zrozumiałam.
Właśnie wtedy miał zdecydować czy
zostaje na tym świecie, czy umrze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz