niedziela, 1 stycznia 2017

Rozdział czterdziesty trzeci

Ocknęłam się szybciej niż bym się tego spodziewała.  Podniosłam się na rękach, szukając wzrokiem Logana. Również się obudził. Spojrzał na mnie zszokowany.
 - Co się…
            Rozejrzał się wokoło. Jakaś kobieta, która wcześniej chyba chciała nam pomóc, patrzyła na nas oboje. Ja szybko wstałam, otrzepałam ubranie i wyciągnęłam dłoń do chłopaka.
 - Naszym przeznaczeniem jest na siebie wpadać – rzuciłam, kiedy wstawał. – Musiałeś uderzyć się w głowę, przez co nie za wiele pamiętasz.
            Wyglądał na oszołomionego. Na szczęście nigdzie na skórze nie miał śladów kontaktu z widmem. Chris. Właśnie.
 - Wiesz, że na śmierć zapomniałam, że masz na imię Christopher, a nie Logan – powiedziałam idąc do auta.
 - Ja też czasem o tym zapominam – mruknął, drapiąc się w kark. – Logan bardziej mi się podoba.
 - Bo różni cię to od ojca?
 - Czasami.
            Wsiedliśmy. Logan tęsknie spojrzał na rozlaną kawę, leżącą na drodze. Wcześniej podniósł kubki, aby je wyrzucić. Przeniósł uwagę na mnie.
 - Może pojedziemy do domu? Tak kawa będzie lepsza. A przy okazji zajrzę jak radzi sobie Miranda – zaproponowałam.
 - Miranda? – zdziwił się.
 - Rehabilitantka i pielęgniarka dla Nicka. – wytłumaczyłam. – Uznał, że powinnam kogoś znaleźć, na czas, kiedy będę w szkole.
            Pokiwał głową. Gładko włączył się w ruch. Kierował dalej jedną ręką, zaś drugą tarł skórę na czole. Ja zaś zaczęłam przeskakiwać z kanałów w radiu, aż w końcu zdecydowałam się na jakiś hit lat osiemdziesiątych.
 - Jak tam w pracy? – rzuciłam spokojnie. Logan zerknął na mnie. – No wiesz, pływanie, ratowanie ludzi.
 - Chyba wiem na czym polega moja praca – zaśmiał się. – Nie jest źle. Całe szczęście Sibylle wyjechała do Grecji, więc mogę od niej odpocząć.
            Z zaskakującą rozkoszą usłyszałam te słowa. Cieszył mnie fakt, że ta upierdliwa dziewczyna nie kręci się przy nim.
 - Zaraz koniec wakacji – powiedział. – I znowu dzień w dzień to samo.
            Uśmiechnęłam się. Rozumiałam jego ból. Też nie miałam szczególnej ochoty na to by tam wracać.
            Dalej spokojnie rozmawialiśmy o bzdetach. Miło było śmiać się wraz z nim, z głupot życia codziennego. Cieszyły mnie wszystkie słowa, jakie padały z jego ust. Cały czas biło mi serce, tak szybko, że bałam się, iż zaraz będę musiała je łapać. Najbardziej bolał mnie fakt tego, że odkryłam prawdę. Prawdę o tym, że przez miesiące szukałam kogoś, kogo miałam pod nosem. I jak, pytam się jak, mogłam go do cholery przeoczyć?!
            Spokojnie dojechaliśmy do domu. Zaprosiłam Logana do środka. Czułam się tam naprawdę swobodnie, a atmosfera jaką sprawiała obecność mojej jedynej rodziny, pokrzepiała moje serce. Wkroczyłam pewnie do kuchni, przygotowałam kubki i wstawiłam wodę. Zaraz za mną pojawił się Logan.
 - Zalejesz? Sprawdzę co u Ni…
 - Jasne – przerwał mi.
             Szybko przeszłam z kuchni do pokoju. Zapukałam do drzwi. Nie czekałam na żadne proszę, tylko złapałam za klamkę i weszłam. W środku Miranda siedziała spokojnie na krześle, trzymając na kolanach cienką książkę. Uniosła wzrok, patrząc na mnie smutno. Nick, bez żadnych słów, leżał wpatrzony w ścianę. Podeszłam do niego i cmoknęłam go w czoło.
 - Już koniec twojej randki? – zapytał cicho.
            Zarumieniłam się. Mógł mówić co chciał, lecz ,,randka’’ niezbyt mi paskowała, szczególnie, gdy obok była prawie obca dziewczyna.
 - Mirando, mogłabyś nas zostawić na chwilę samych? – zwróciłam się do dziewczyny. – W kuchni jest mój… przyjaciel.
            Pokiwała głową. Nick wyraźnie uśmiechnął się na stwierdzenie ,,przyjaciel’’. Oboje wiedzieliśmy, że moim przyjacielem był on, nie nikt inny. Mimo to spokojnie stałam, dopóki kobieta nie opuściła pomieszczenia.
 - Teraz wiem to na sto procent – wyrzuciłam z siebie. Złapałam się za głowę. – Nie chodziło wcale o tatę Logana. Niby z jakiej paki miałabym go ratować? Zapomniałam o najważniejszym. Wszyscy o tym zapomnieliśmy! Logan tak naprawdę ma na imię Christopher! Rozumiesz? To o niego chodziło cały ten czas! Jego mam uratować…
            Widać było, że Nick chciał się podnieść. Nadal nie przyzwyczaił się do tego, iż nie może się poruszać. Syknął ze złością, a ja rzuciłam się do niego.
 - Spokojnie.
 - To Logan… przecież to logiczne. Znasz go tak długo. Jak mogłaś zapomnieć?! – krzyknął.
 - Uspokój się – warknęłam. – Nie powinni cię słyszeć.
 - Byliśmy takimi głupcami – westchnął. Chciał się podnieć, lecz nie mógł. – Boże…
            Sięgnęłam po jego rękę. Była sztywna. Mimo po poruszył jednym z palców. Na mojej twarzy pojawił się lekki uśmiech.
 - Teraz będzie ci potrzebna Maxine – powiedziałam cicho. – Gdybym ja…
 - Nie waż się tego mówić – przerwał mi. – Masz go uratować. Ale nie swoim kosztem.
            Pokiwałam głową. Jedna łza stoczyła się mu z oka. Starłam ją opuszkiem palca. W głowie miałam masę słów, które mogłam powiedzieć, lecz cisza otaczała nas jak miękki koc. Pogładziłam go jeszcze raz.
 - Widziałam twojego ducha – powtórzyłam mu to po raz kolejny. – Był czystą energią, stanem, w którym trwałeś. To było takie piękne. Miałeś zdecydować. I podjąłeś decyzję. Swoją własną.
            Patrzył na mnie smutno. Twarz wykrzywiał mu żal.
 - Teraz ja mam czas na podjęcie swojej decyzji. – Wstałam. Stanęłam naprzeciw okna, patrząc przez nie. – Moim zadaniem jest uratowanie Chrisa. Tego właśnie chciało to widmo.
            Cisza znów zabrzęczała pomiędzy nami. Odwróciłam się do kuzyna, lecz nie podeszłam do niego. Powoli wpatrywałam się w jego niespokojną twarz.
 - Po coś mam ten dar – rozłożyłam bezradnie ramiona. – Nie udało mi się uratować rodziców. Ani Alexa. Ani Kevina, Niny czy Monique. Skoro Ktoś u góry chce, żeby było tak, będzie tak.
            Uśmiechnął się, choć przebijał się przez ten uśmiech smutek. Wiedziałam, że mogę narażać siebie na jakieś niebezpieczeństwo. Nick zostałby sam. Czy ciocia dałaby sobie radę.
 - Kochasz go? – zapytał mnie niespodziewanie.
            Poczułam wypieki na twarzy. Z zażenowaniem potarłam dłonią policzki. Nick się zaśmiał, a ja przekrzywiłam głowę, patrząc na spokój, powoli ogarniający jego twarz.
 - Chyba muszę urządzić sobie z nim porządną pogawędkę.
  - Śnisz, braciszku – rzuciłam.
           
   - Nadal uważam to za zły pomysł. Co jeśli zasłabniesz? Zemdlejesz? 
            Pokręciłam głową z uśmiechem. Zapinałam kolczyka w uchu, stojąc przed lustrem w pokoju Nicka. Ten, lekko przerażony, patrzył na mnie z dezaprobatą.
 - I co sądzisz? – zapytałam, przygładzając sukienkę.
            Odwróciłam się w jego stronę i spokojnie się obróciłam, aby ukazać całą kreację. Czarna, przylegająca do ciała, z wycięciem na plecach. Nick patrzył na mnie, a ja uśmiechnęłam się.
 - No i jak?
            Westchnął głośno. Znałam odpowiedz na moje pytanie. Nick był temu przeciwny, ale to była moja decyzja.
            Wróciłam do lustra. Wyjęłam z kosmetyczki na komodzie czerwoną szminkę. Powoli malowałam usta.
 - Muszę być obok niego. Nie mogę pozwolić by coś mu się stało – powtórzyłam mu.
 - Nie możesz pilnować Logana cały czas! – Wytknął mi.
 - Nie, nie mogę. Ale mogę robić to prawie cały czas.
            Dzień wcześniej, kiedy był u mnie Logan, opowiedział o kuzynie, który otworzył klub w mieście. Zaprosił go na otwarcie, lecz UnderVarpol nie przepada za tego typu organizacjami. Obiecałam, że pójdę z nim. To chyba najlepszy sposób, aby przypilnować jego bezpieczeństwa. 
 - Jeśli coś ci się stanie? – spytał cicho Nick.
            Podeszłam do łóżka, po czym lekko usiadłam na białej pościeli. Chwyciłam kuzyna za rękę, dbając, by zbytnio jej nie ściskać.
 - Jestem gotowa poświecić dla niego nawet to.
            Delikatnie pokręcił głową.
 - Ledwo go znasz…
 - Nie zrobiłbyś wszystkiego dla Maxine, gdybyś wiedział, że ma w najbliższym czasie umrzeć?
            Przewrócił oczami. Pogładziłam go po dłoni i wstałam. Obróciłam się ponownie.
 - No więc jak wyglądałam?
 - Świetnie – odpowiedział spokojnie.         
            Wyglądał na smutnego. Nie chciałam ratować innych kosztem jeszcze innych. Chciałam jednak pomóc Loganowi – całemu temu Chrisowi.
 - Będzie dobrze – stwierdziłam.
 - Obiecaj, że nic ci się nie stanie. Że wrócisz do domu.
            Spojrzałam na okno za sobą. Widziałam piękny, sierpniowy wieczór. Jeszcze kilka dni dzieliło mnie od nowego roku szkolnego. Kolejne dni w budynku, pełnym uczniów i wymagających nauczycieli. Bez Nicka, który ledwie zaczął poruszać palcami. Z Maxine, której nie widziałam od dawna. Z obawą, że kiedy ja będę z w szkole, coś stanie się z Loganem.
 - Mam taką nadzieję – pocałowałam go w czoło. – Trzymaj się, braciszku. Wrócę rano.
            Poczułam kłujące łzy w oczach. On naprawdę się o mnie troszczył, dbał, bym była bezpieczna. Nie mógł wstać, objąć mnie ramieniem. Lecz jego słowa otaczały mnie niczym miękki koc.
            Ruszyłam wolno przez korytarz. Buty stukały w podłogę, kiedy szłam ku kuchni. Na stołku, siedziała ciocia. Wyglądała jeszcze starzej, niż zawsze. Wypadek Nicka źle na nią podziałał. Wcale jej się nie dziwiłam.
 - Ja już idę – przerwałam jej czytanie książki.
            Uniosła głowę. Spokojnie przytaknęła, zaznaczając palcem akapit, na którym skończyła.
 - Dobrej zabawy – rzuciła.
 - Dzięki.
            I poszłam. Tak jak się spodziewałam, czekał na mnie już Logan, ukryty we wnętrzu swojego czarnego samochodu. Zrobił duże oczy, widząc mnie nieźle odstrzeloną. Choć i tak mój wygląd na urodzinach Maxine powalał mnie, to i tamtego dnia wyglądałam znośnie.
            Szybko znaleźliśmy się w klubie. Był duży i przestronny, a w centrum, znajdował się ogromny parkiet. Wirowało już na nim kilka osób, w rytm muzyki, głośnej i obijającej się o ściany. Wszędzie były głośniki, raz za razem podświetlane różnymi lampami. Ogólnie panował tam super efekt.
            Logan złapał mnie za rękę i powoli prowadził przez gęsty tłum różnych ludzi. Jedni się rozsuwali, przez innych trzeba było się przepychać. Stanęliśmy przy barze, gdzie spokojnie popijał coś z kieliszka, mężczyzna.
            Był dość niski. Kiedy wstał, ledwie mógł patrzeć mi w oczy. Choć zważywszy na moje wysokie buty, mógłby być ze mną równy. Jego brodę pokrywał zarost, złożony z ciemnych i gęstych włosów. Uśmiechnął się widząc Logana. Wyciągnął rękę do niego.
 - Cieszę się, że cię widzę.
            Przeniósł wzrok na mnie. Uścisnął lekko moją dłoń.
 - Widzę, że masz naprawdę piękne koleżanki – mruknął do Logana. – Zapraszam do zabawy! A jak ktoś będzie miał do was problem, zwróćcie się do mnie.
            I odszedł. Logan nic nie mówił, więc usiadłam przy barze, patrząc jak pracujący tam mężczyzna uwija się z alkoholem.
 - Nie czujesz się winny, że zabrałeś nieletnią do klubu? – zapytałam Logana, kiedy usiadł obok mnie.
 - Nie będziemy pić wiele – odparł spokojnie.
 - Chyba ty – prychnęłam.
            Uśmiechnął się – tym samym sarkastycznym uśmiechem, który zawsze wywoływał rumieńce na moich policzkach.
 - Co dla ciebie? – usłyszałam za sobą.
            Zwróciłam się do baru. Inny chłopak niż wcześnie, o wiele młodszy, patrzył na mnie wyczekująco. Wycierał szklankę, rejestrując moją twarz.
 - A co jest najlepsze na początek imprezy? – spojrzałam na niego, uśmiechając się jak pusta laska.
 - Coś wymyślę.
            Poczułam ciepły oddech na karku. Nie odwracałam się, tylko mocniej przytrzymałam stołka.
 - Masz zamiar filtrować z każdym obecnym tu przedstawicielem płci męskiej? – Logan szepnął mi do ucha.
            Przysunęłam się do niego. W tym czasie barman postawił coś na blacie. Uśmiechnęłam się w podzięce, jednak dalej skupiałam się na Loganie.
 - Czas zacząć zabawę – powiedziałam cicho i chwyciłam po alkohol.

            Koło północy zrobił się już całkowity tłok. Na parkiecie był ogromny ścisk. Choć tańczyłam z Loganem, lecz stykałam się z kilkoma innymi osobami. Muzyk huczała, basy dudniły mi w uszach. Trzeba się też przyznać, że postanowiłam tańczyć bez moich szpilek, co sprawiło, że masa ludzi deptała mi po palcach. Pot spływał mi całymi strużkami po czole, perlił się na policzkach, ale mimo to dalej obracałam się jak szalona. Jedyne przerwy to te, podczas których piłam kolejne kolejki, z całkowicie obcymi ludźmi.
            Nawet nie zauważyłam, że Logan nie pije. Cały czas był gdzieś obok, świetnie się bawiąc. Tańczyliśmy, obijając się wzajemnie biodrami. Uważał na moje nagie stopy, starając się zapewnić tam trochę miejsca.
            Niebieskie światło raziło mnie w oczy. Serce waliło mi w piersi, a każdy oddech był ciężki. Zabawne, że w innej sytuacji wystraszyłabym się o swoje zdrowie. Wtedy jednak patrzyłam na uśmiechniętego Logana, ciesząc się chwilą.
            Pociągnęłam chłopaka w stronę baru. Tam, młody mężczyzna, nawet nie patrząc podał mi kolejny kieliszek. Z uśmiechem wypiłam zawartość, patrząc prosto w oczy Logana.
 - A ty co? Powinieneś się napić – mruknęłam na tyle głośno, aby usłyszał.
 - Nie, dzięki. Ale może powinnaś…
 - Dobra, dobra – przerwałam mu. – Chodźmy tańczyć.
            Zaczęliśmy ponownie kołysać się wśród tłumu. Każdy jego oddech dolatywał do mojej twarzy, a nasze spojrzenia ciągle łapały się wzajemnie. Te niebieskie oczy, niegdyś wypełnione sarkazmem, pełne uwodzielskiego wzroku. Wtedy patrzyły na mnie z niepokojem. Mur, który go otaczał, runął. Przede mną stał Chris, nie Logan. Całkiem inny człowiek.
            Coraz więcej ludzi wirowało dookoła. Światła oświecały otaczający mnie tłum. Czułam się niczym jakaś sardynka w puszce. Ktoś nadepnął mi na stopę. Łzy napłynęły mi do oczu, jednak dalej pozwalałam się Loganowi obracać. Światła zdawały się zmieniać szybciej niż wcześniej. Ogarnęło mnie gorąco, a huk muzyki wypełniał mi uszy, rozpalając w głowie żywy ogień.
            Potknęłam się. Myślałam, że polecę prosto na twardy parkiet, lecz opadłam miękko na tors Logana. Oparłam się rękoma o jego pierś.
 - Even?! – krzyknął.
             Nie mogłam złapać powietrza. Cały swój ciężar przeniosłam na jego ciało. Jednak nie długo musiałam czekać na jego reakcję. Podniósł mnie, jakbym nic nie ważyła, po czym zaczął nieść w kierunku schodów awaryjnych. Przyciskał mnie do piersi, a ja czułam się niewinnie i beztrosko, ukryta w jego uścisku.
            Po drodze rozpięło mu się kilka guzików jego koszuli, w kolorze indygo. Jak przez mgłę podziwiałam jego tatuaż, przedstawiający, tak naprawdę, nic. Raził mnie setkami kolorów, a ja po raz kolejny dziwiłam się, jak to jest świetnie wykonany.
            Znaleźliśmy się na dachu. Było to podobne miejsce, do tego, w szpitalu. Stała tam stara kanapa, zapewne niegdyś zdobiąca klub. Na niej ułożył mnie Logan, lekko kładąc na twardych poduszkach. 
 - Wiedziałem, że nie powinienem cię tutaj zabierać – wyszeptał. – Coś się stało?
 - Za dużo ruchu – westchnęłam. – Świateł. Ludzi. Ciepła…
 - Alkoholu.
 - Tego nigdy za dużo – zaśmiałam się.
            Delikatnie uniosłam się do pozycji siedzącej. Logan spojrzał na mnie przerażony.
 - Krew – wybąkał.
            Od razu moja dłoń wystrzeliła do nosa. Kiedy zniżyłam rękę, ujrzałam na palcach ciemną ciecz. Przeniosłam wzrok na Logana. Wpatrywał się we mnie przerażony.
 - To ma jakiś związek z tym wszystkim? Tym co działo się z tobą wcześniej?
            Niepewnie pokiwałam głową. Tak nawiasem mówiąc, huczało w niej niemiłosiernie.
 - Co z tobą jest Even?
            Nie chciałam dalej kłamać. Nie mogłam. Na świecie było tak mało osób, którym mogłam zaufać. Cały mój świat krążył wokoło tego marnego życia. Ludzi, którzy spoczęli już w grobach.
 - Even…
            Uniosłam spokojnie głowę. Jego oczy… błyszczały niepokojem. Błękit lśnił, ciemny i głęboki. Wydawały mi się zaszklone, jakby miał za chwilę płakać.
 - Ja chyba umieram, Logan. Najgorsze jednak jest to, że zanim umrę, muszę się uratować. – Szumiało mi w głowie. Co ja w ogóle mówiłam?
  - Co?!           
            Gdzieś w tle rozległ się grzmot. Po chwili niebo przecięła błyskawica. Chłopak spojrzał na niebo. Pierwsza kropla deszczu roztrysnęła mu się na czole.
 - Za dużo wypiłaś – mruknął. – Wracasz do domu.
            Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, wziął mnie na ręce, jak małe dziecko. Przytuliłam się do niego, wdychając zapach perfum. Na koszuli miał trochę mojej krwi. Obraz znowu zaczął mi się zamazywać, kiedy niósł mnie przez salę. Ludzi nie ubyło; wręcz się namnożyli. Tłok, tylko potęgował wysoką temperaturę, a mnie oblewał pot.
            Logan otworzył drzwi wyjściowe kopniakiem. Od razu dotarł do mnie zapach deszczu i chłód. Nie miałam nic, czym mogłabym się okryć. Jednak Logan dalej mnie niósł, aż w końcu znaleźliśmy się przy jego samochodzie. Postawił mnie, a następnie zanurkował w głąb samochodu. W końcu wynurzył się, trzymając w dłoni czarną marynarkę. Lekko otulił mi nią ramiona.
            Następnie pomógł mi usiąść na masce samochodu. Deszcz kropił mi na twarz, ale burza chyba przeszła. Logan patrzył przed siebie, na ruchliwą ulicę, zalaną blaskiem latarni.
 - Jutro odbieramy z tatą Emily – powiedział spokojnie. – Było ciężko, ale w końcu się udało. Moja siostra wraca do domu.
            Uśmiechnął się. Spojrzał w gwiazdy, które lśniły na niebie. Na twarzy wykwitł mu nieśmiały uśmiech. Wiedziałam ile to dla niego znaczy.
 - To wspaniale – odpowiedziałam.
            Powoli przykryłam jego dłoń swoją. Była zimna. Delikatnie połączyłam jego palce ze swoimi. Westchnął.
 - O co chodziło z tym, że musisz mnie uratować? – przerwał ciszę.
  - Ja… - nie wiedziałam co powiedzieć.
 - Powiedz prawdę. Jestem tutaj i słucham.
            Może kiedy indziej bym nic nie powiedziała. Uciekła, ukryła się. Lecz tamtego dnia wszystko mnie przerosło. Dosłownie wszystko. Całe moje życie było niczym bomba, która w końcu wybuchła. Oparłam głowę na jego ramieniu, i przez łzy, mówiłam. Nie wiem, kto tak naprawdę to opowiadał. Jakiś duch, pijana ja, czy może jakaś zjawa.
            Zaczęłam od początku. Od mojej nienawidzącej matki, przez historię rodziny Sailes’ów. Opowiedziałam o mamie i tacie, ich romansie. O moim bracie i o tym, jak Amanda Alians mnie traktowała. Mówiłam o swoich uczuciach, które mi towarzyszyły, po śmierci Maxine. Pominęłam tylko duchy. One nie miały w tej opowieści miejsca. W moim życiu nie powinny uczestniczyć.
 - Czegoś w tym wszystkim brakuje – zauważył.
            Nie chciałam mu powiedzieć. To co do niego czułam, nie pozwalało mi wyznać prawdy. Ale to zbyt mocno mnie męczyło.
 - Ja… ja…
            Błyskawica przecięła niebo. Gwiazdy powoli znikały, zakryte burzowymi chmurami. Bałam się. Tak cholernie się bałam.
 - Even. Even. Spójrz na mnie.
            Pokręciłam głową.
 - Nie potrafię – załkałam.
            Ostrożnie ujął mój podbródek w palce. Uniósł moją głowę, tak, by mógł patrzeć mi w oczy.
 - Możesz mi zaufać.
            Łzy zaczęły toczyć mi się po policzkach. – Nie potrafię.
            Zsunęłam się z maski samochodu. Odeszłam kawałek, tak naprawdę chcąc jak najbardziej odjeść. W pewnym momencie poczułam jak coś łapie mnie za łokieć. Oczywiście był to on. Trzymał mnie mocno i pewnie, jakby bał się, że wyparuje.
            Przyciągnął mnie do siebie. Objął w talii, zmuszając jednocześnie, bym stała potwornie blisko niego. Musiałam stać na palcach, by być z nim na równi.
            Jego usta były obok moich. Każdy jego oddech muskał moją twarz. Czułam, jak jego palce, gładzą moje nagie plecy, odkryte przez wcięcie w sukience. Całkowicie zapomniałam o świcie wokoło. Nic się nie liczyło. Nic po za nim.
 - Powiesz mi, proszę cię, Even.
            Zamknęłam oczy. W głowie mi się kręciło, a każde jego słowo przepełniało mnie bólem. Mogłam mu powiedzieć, zmienić wszystko. Ale czy to nie było zbyt proste?
 - Even. Zawsze będziesz tą samą Even, nawet jeśli poznam prawdę. Tą samą Even, z twoimi oczami.
            Patrzyłam na niego. Deszcz padał już mocniej, mieszając się z moimi łzami i krwią. I chociaż tak bardzo się tego bałam. Tak bardzo się bałam prawdy.
            Dlaczego?
            Bo go kochałam.
- Widzę duchy, Logan – wyszeptałam w jego wargi. – Oto prawda.
            Odsunęłam się od niego. Stałam zgarbiona, patrząc na  niego i jego reakcje. Zmrużył oczy, patrząc na mnie z niedowierzaniem, odmalowanym na twarzy.
 - Co?
 - To co słyszysz – powiedziałam cicho. – Widzę duchy. Widzę widma ludzi, którzy w przyszłości umrą.
            Pokręcił głową, wbijając wzrok we mnie.
 - To niemożliwe.
            Był zbyt daleko mnie. Nie czułam jego ciepła. Błyskawice rozjaśniały nasze twarze, kiedy oboje staliśmy, patrząc na siebie, pełni niedowierzania. Prawda nas dzieliła.
 - To nieprawda – złapał się za głowę. – Jak… przecież…
            Zamknęłam oczy. Ogarnęła mnie ciemność. Upadłam na kolana, obejmując się ramionami.
 - Nikt nie widzi duchów – słyszałam. – Nikt.
 - Nie jestem już tą samą, Even – szepnęłam.

            Kiedy znowu oprzytomniałam, ujrzałam wpatrzonego we mnie Logana. Nie wyglądał inaczej. Patrzył na mnie tak jak dawniej – z czymś więcej niż tylko czułością.
 - Nic się nie stało, nic – zapewnił mnie.
            Wstałam. Chciałam podbiec do niego, poczuć jego dłonie, na swoim ciele. Uśmiechnęłam się szeroko. Mógł mi nie wierzyć. Najważniejsze było, by był przy mnie. To najbardziej się liczyło. To było najcenniejsze.
            Kolejna błyskawica przecięła niebo. W blasku jej srebrnego światła, zobaczyłam, że drogą, na której oboje staliśmy, jechało auto. Czerwone, błyszczące w ciemności. Nie miało świateł, a jego prędkość była oszałamiająca.
            Wszystko zwolniło.
            Każdy mój ruch był ospały. Krzyknęłam ze łzami, krztusząc się, jego imię. Gdy odwrócił się, było już tak mało czasu. Samochód pędził prosto na niego.
            Zobaczyłam to, co widziałam wiele miesięcy wcześniej. Moją najlepszą przyjaciółkę, czekającą na śmierć, Wystawiającą czoło, wprost rozpędzonemu pojazdowi. Logan stał tam, a każda sekunda raniła moje serce. Nogi mnie nie słuchały, a głowa pękała.
            Mimo to zerwałam się. Pobiegłam, szybciej niż kiedykolwiek w życiu. Auto było tak blisko mnie. Deszcz zalewał mi twarz. Moje serce pękało.
            Uderzyłam rękoma w Logana. Poleciał do przodu, prosto na chodnik. Ja nie zdążyłam. Pozostałam tam sama, przemakając wodą. Zamknęłam oczy, aż ogarnęła mnie całkowita ciemność.
            Poczułam ból. Ból, dominujący w każdej części mojego ciała. Ogarnął mnie doszczętnie, aż zanurzyłam się w jego czeluściach, tonąc zupełnie. Ciemność zgęstniała. Połykała mnie. Aż w końcu zapanowała już tylko ona. Nic nie czułam. Nie słyszałam. W mojej głowie zalśniła tylko jedna myśl.
            Boże, wybacz mi wszystkie grzechy.

            

1 komentarz: