środa, 11 stycznia 2017

Rozdział czterdziesty czwarty

            Leżałam na czymś miękkim. Czułam coś delikatnego, na plecach. Powoli, niepewna co zobaczę, rozwarłam powieki. Spokojnie, przygotowana na szok. Byłam pewna jednego.            Umarłam.
            Mimo to otworzyłam oczy. Miałam nad sobą błękitne niebo. Jasne, emanujące ciepłem. Żadnych chmur, ptaków czy śladów, pozostawionych przez samoloty. Lekko uniosłam się na ramionach. Moje dłonie tonęły w miękkiej, trawie, o barwie tak głębokiej zieleni, jakiej w życiu jeszcze nie widziałam. Ziemia ciągnęła się nieskończenie. Rozejrzałam się. Widziałam ogromne drzewa, obsypane czerwonymi jabłkami, dojrzałymi gruszkami i różowymi kwiatami, niczym wiosną. Małe roślinki, o zawiłych kolorach, wyglądały zza trawy, ukazując się w pełnej kraksie. Fioletowe, żółte, zielone, niebieskie. I w barwach, których nie potrafię określić.
            Podniosłam się. Stałam, patrząc jak ludzie, spokojnie kroczą pomiędzy kwiatami. Dwie dziewczynki biegły za sobą, inna zrywała rośliny do wianka, który trzymała w ręce. Trzech mężczyzn wymieniało się zdaniami, stojąc pod ogromnym baobabem. Okręciłam się dookoła. Wszystko wyglądało idealnie, niczym w najpiękniejszym śnie. Niebo nieskażone niczym – słońca nie było, lecz wszędzie było jasno.
            Ruszyłam przed siebie. Zorientowałam się, że moje stopy są nagie. Lecz idąc, nie spotkałam nic, co mogło zranić moje nogi. Trawa była w dotyku niczym najmiększy puch, dzięki czemu, czułam się, jakbym stąpała po chmurach.
            Doszłam do małego strumyka. Płynął spokojnie, lśniąc. Woda była przejrzysta, choć mogłam dostrzec w niej swoje obicie. Zobaczyłam, że wraz z prądem, który poruszał się leniwie, płynęły dwa karpie koi. Uśmiechnęłam się. Zbliżyłam twarz do wody, chcąc się przejrzeć.
            Widziałam tam Even. Taką prawdziwą (tę, którą poznaliście kiedyś). Miałam długie włosy, ciemnokasztanowe, spływające delikatnie, prostymi partiami. Sięgały mi zza piersi, więc były dłuższe, niżeli kiedykolwiek wcześniej. Nie byłam bladym trupem, a w miejscach, gdzie niegdyś było mi widać kości, widniały spokojnie zaokrąglenia. Miałam krągłości, tak jak dawniej, może w okolicach stycznia. Ubrana byłam w ładną, czarną sukienkę, lekką jak piórko, więc prawie jej nie czułam.
            Uniosłam wzrok. To musi być sen, taka była moja pierwsza myśl. Wszystko było piękne, malownicze, nieskazitelne. Różniło się od świata, który znałam. Prawie w ogóle nie było tak niczego normalnego. Nie było słońca – chociaż było jasno. Było zimno – lecz na tyle ciepło, by wszystkie kobiety i dziewczynki, które widziałam, miały na sobie sukienki. Pory roku mieszały się ze sobą – raz widziałam śnieg, jasny i kojący, nietknięty ludzką stopą. Kiedy indziej wszystko kwitło, a potem liście na drzewach mieniły się wszystkimi odcieniami zieleni.
            Jeszcze raz popatrzałam na wodę. Even. Byłam tam ja. Taka, jaką zawsze chciałam widzieć w lustrze. Moje oczy lśniły, jakbym miała za chwilę płakać. Choć czułam dziwną pustkę, wszystko było dobrze. Mogłam uchodzić za szczęśliwą.
            Kiedy znowu popatrzyłam na bezkresną polanę, wszystko zamarło. Drzewa zgubiły liście, wszystko wydawało mi się brzydkie, szare i ponure. Dokładnie wtedy zdałam sobie sprawę z prawdy. Gdzie się znajdowałam.
            Wypadek. Wszystko przemknęło mi przed oczami. Klub, światła. Całe moje życie, przesuwało mi się, a ja widziałam. Widziałam wszystko. Jedno imię zalśniło na samym końcu, a moje serce, jakby zamarło.
            Logan.
 - Even?
            Obejrzałam się. Od razu go zauważyłam. Stał na wprost mnie, z przerażeniem na twarzy. Miał na sobie białą koszulę, rozpiętą na całej szerokości. Dostrzegłam więc jego kolorowy tatuaż, lśniący żywymi barwami. Mięśnie brzucha miał napięte i doskonale zarysowane, a skóra jakby jaśniała.
            Zanim cokolwiek pomyślałam, zaczęłam biec. Zaraz potem wpadłam w jego ramiona, zanurzając się w ciepłych objęciach.
            Czułam ciepło bijące od jego delikatnego ciała. Męski zapach mieszał się z wonią jego potu. Osunęłam się na kilka milimetrów, patrząc na jego twarz. Oczy, barwy głębin oceanu, wpatrywały się we mnie uważnie. Miał kształtną twarz, lekko zaokrągloną. Zmarszczka, niegdyś ciągnąca mu się po czole, gdy nad czymś się skupiał, zniknęła. Jego włosy, ciemne i gęste, miały idealną długość. Kiedy się uśmiechnął, wyglądał jak Logan – chłopak, który wpadł na mnie na śliskim chodniku w czasie ferii. Zdawało mi się, że od tamtego czasu minęły miliony lat.
            Uniosłam dłoń, powoli przesuwając nią po jego tatuażu. Mój palec lekko sunął po czerwonej linii, łączącej się później z zieloną. Wciągnęłam głęboko powietrze, nie mogąc wydobyć z siebie głosu.
 - Jesteś prawdziwy? – zapytałam cicho.
 - Tak mi się wydaję.
            Poczułam jego dłoń na plecach. Gładził je spokojnie, jakbym była spłoszonym zwierzęciem. Delikatnie przysunął mnie bliżej siebie.
 - A ty? – szepnął.
 - Sądzę, że tak.
 - Co się stało? – zastanawiał się. – Ten samochód… klub… my…            Uniosłam wzrok, chcąc spojrzeć na jego twarz. Lecz jego już nie było. Opuściłam ramiona, przerażona. Rozejrzałam się dookoła. Nigdzie w pobliżu go nie było.
            Gdy skupiłam wzrok, w oddali dostrzegłam kobietę, idącą w moją stronę. Widziałam, że ma na sobie rozłożystą szatę, łopoczącą na lekkim wietrzyku. Miała turkusowy kolor, z szeroką spódnicą, mającą trzy warstwy – każda wykonana z innego materiału. W talii otaczał ją czarny pas, ukazując bardzo wąskie wcięcie. Dekolt wycięty w serek, ozdabiał sznur czarnych kamieni i pereł, odbijających światło. Kobieta  bardzo wolno się poruszała, ale mimo to widać było jej sprężysty krok. W końcu stanęła przede mną. Dostrzegłam jej twarz; miała miłe, łagodne rysy twarzy, kształtne usta i lśniące zęby. Jasne włosy spływały jej po plecach, poskręcane w lekkie fale.
            Dygnęła niczym w serialach historycznych, które oglądała moja ciocia. Uśmiechnęła się promiennie.
 - Witaj, Even.
            Osunęłam się niepewna. Nie bałam się pięknej kobiety naprzeciw. Przerażał mnie bardziej fakt, że przed chwilą stał tam Logan. To jego zniknięcie mnie przerażało.
 - Gdzie Logan?
            Zaśmiała się. Był to cudowny śmiech, lekki i swobodny.
 - Zaraz znowu go spotkasz – mruknęła. – Chodź ze mną.
            Odwróciła się i wolno ruszyła przed siebie. Niepewnie poszłam za nią. Miała delikatne ruchy, po mimo długiej sukni. Wszystko co mijałyśmy było piękne. Ona sama zaś, promieniała blaskiem. Szłam obok, czując łaskotanie trawy. W końcu znalazłyśmy się obok dużego stawu.
            Rzuciło mi się w oczy, jak bardzo niezwykłe jest to miejsce. Całe jeziorko ukryte było liśćmi wielkiej wierzby, której gałązki sięgały wody. Rosła tam jeszcze bujniejsza trawa i właśnie tam usiadła tajemnicza kobieta. Zrobiła to z gracją, rozsiadając się wygodnie i opierając o pień wierzby. Poprawiła suknię, po czym skinęła na mnie z uśmiechem.
 - Usiądź.
            Usiadłam. Trawa była wygodna. Miło się siedziało. Jednak strach o Logana i wszystkie wydarzenia nadal tłukły mi się w głowie, przez co nie mogłam się skupić na kobiecie.
 - Gdzie Logan? – zapytałam ponownie.
            Uśmiechnęła się. Ciągle to robiła. Przypominała mi panią Sailes, kiedy jeszcze nie wiedziałam, że to moja ciocia. Wtedy uśmiechała się do mnie cały czas, pilnując czy mam wszystko, czego mi było potrzeba.
 - Nie martw się, kochanie. Twój Chris jest bezpieczny. Niedługo znowu się z nim spotkasz.
 - To tutaj byli wszyscy prawda? Mama, Alex, Nina, Kevin. I Nick, kiedy był na OIOMie.
 - Tak. Tutaj trafiają nasze dusze. Zarówno tych, którzy nie żyją, jak i tych, którzy są bliscy śmierci.
            Przełknęłam ślinę. Byłam tam. Moja dusza.
 - Czy Logan przeżył? – wyszeptałam.
 - Tak, skarbie. Żyje, ale niewiele brakuje by się to zmieniło.
            Pokiwałam głową. Spojrzałam na piękny świat, który malował się przede mną. Nie dziwiłam się, że niektórzy martwi nie chcieli stąd odchodzić.
 - Kim jesteś?
            Ponownie się uśmiechnęła. Miała spokojny wyraz twarzy, kiedy zaczęła mówić.
 - Nazywam się Liv.
 - Co tutaj robisz? Wyglądasz na kogoś z innej epoki.
 - Pochodzę ze średniowiecznej Norwegii. Dorastałam w spokojnym miejscu, przy morzu. Byłam taka jak ty. Widziałam duchy. Kiedy zmarłam, stanęłam przed mężczyzną, który zapytał mnie, czy nie chcę go zastąpić. Moim zadaniem jest naprowadzać dusze. Pilnować, by były bezpieczne.
 - Nie rozumiem… jak… to przecież  nie ma sensu… - Ja wiem, że ty to rozumiesz. I czy nie uważasz, że całe to miejsce nie ma sensu?
            Westchnęłam. Liv kiedy mówiła wyglądała jak sędzia, spokojnie wysłuchujący każdego słowa świadka. Ręce splotła delikatnie przed sobą.
 - W tym miejscu dusze spotykają się z życiem i śmiercią. Są na pograniczu. To piękne miejsce. Zastanawiasz się dlaczego wyglądasz jak wyglądasz? To miejsce zna twoje pragnienia. Wie, jak bardzo chciałabyś być całkiem normalną nastolatką, która ma przyjaciół, cudowne, sielskie życie. Lecz nie zmieni to niczego. Im dłużej będziesz tutaj trwać, tym bardziej się zatracisz.
            Wstała. Poruszała się lekko, szeleszcząc spódnicą, ocierającą się o jej uda. Ja dalej siedziałam, próbując sobie to poukładać w głowie.
 - Im dłużej tutaj będziemy… wtedy się umiera.
 - Tak.
 - A ta cała brama… przez nią trzeba przejść, aby dostać się tak zwanie dalej?
            Pokiwała głową. Rozprostowała ramiona, patrząc w górę.
 - Nikt nie wie co jest dalej. Ludzkie pojęcie tego nie pojmie.
            Złączyłam palce obu dłoni ze sobą. Westchnęłam ciężko.
 - Dlaczego tak wyglądam? Tak inaczej? – dociekałam.
- A czy nie tak chciałabyś, w głębi duszy, wyglądać? – odpowiedziała mi pytaniem.
            Na chwilę obie zamilkłyśmy.
 - Czy… mogę już spotkać się z Loganem?
            Ponownie przytaknęła. Zamknęłam oczy, wiedząc, że właśnie to powinnam zrobić. Kiedy tylko je otworzyłam, ujrzałam łagodną twarz Christophera Logana Dominika UnderVarpola.
            Od razu skoczyłam do jego ramion. Objął mnie delikatnie, przytulając do siebie. Zatonęłam w jego objęciach, bojąc się, że jeśli się odsunę, to zniknie.
 - Jak to wszystko zrypane – westchnął.
            Mimowolnie go puściłam. Przyjrzałam się jego twarzy. Wyglądał tak jak wcześniej, lecz jego oczy lśniły jakby troszkę mniej.
 - Nie rozumiem – westchnął. – Niczego.
            Ruszył przed siebie. Wierzba, która tam rosła, miała rozłożyste gałęzie, a kilka grubych odchodziło od innego drzewa. Logan usiadł na jednej z nich, a ja, mając w zwyczaju zaczęłam wspinać się wyżej. Oparłam się o pień, kilka metrów wyżej od niego, lecz nadal słyszałam jego spokojny głos. Wyciągnęłam przed siebie nogi – powierzchnia gałęzi była naprawdę duża, dzięki czemu mogłam swobodnie siedzieć.
 - Opowiesz mi to wszystko jeszcze raz? – zapytał cicho. – Uwzględniając wszystko. Duchy, te całe widma i… to miejsce.
            Kiwnęłam głową. Wtedy, patrząc na Logana, czułam się jakbym była w innym miejscu. Wiedział o moim życiu – albo raczej o tym co z niego zostało. Naprawdę marzyłam o tym, by to wszystko opowiedzieć.
            Więc zaczęłam. Zapomniałam całkowicie o tym, że gdzieś obok ktoś mnie słucha. Po prostu mówiłam. Cicho, spokojnie, jakby nikogo moja historia nie interesowała. Zaczęłam od tego, jak już jako dziecko widziałam duchy i nie było to dla mnie nienormalne. Wspominałam nad wyraz często o mojej mamie, która wcale, a wcale się mną nie interesowała. Skupiałam się w szczególności na niej – po raz pierwszy kiedykolwiek powiedziałam na głos wszystko, co z nią było związane. Jej nienawiści, brak opiekuńczości. Wyjaśniłam mu jak bardzo mama Nicka się mną opiekowała. Opowiadałam o złotych czasach, kiedy to spałam z moim przyjacielem pod wspólnie zbudowaną bazą. Wspomniałam o pierwszych krokach ku chodzeniu do kościoła. O Cole’u i Mattew, którzy tak często pakowali mnie w kłopoty. O Monique, mojej najlepszej przyjaciółce, o tym, że tak szybko umarła. Duchy cały czas przewijały się w tych opowieściach – Rachel, dziewczynka, która była ostatnią zjawą, z którą się zaprzyjaźniłam, do czasu Maggie (o niej też długo się rozwodziłam). Mówiłam, mówiłam i mówiłam. Czułam się tak pewnie, jakbym dzieliła się swoją duszą z kimś innym. Logan okazał się świetnym słuchaczem. Nie mówił nic, tylko kiwał głową lub wydawał ciche odgłosy, kiedy wspominałam o jakimś drastycznym momencie mojego życia.
            Gdy zakończyłam swoją opowieść, cisza zapanowała pomiędzy nami. Słyszałam tylko nasze oddechu, i ptasi śpiew w oddali. Westchnęłam głęboko.
 - Patrząc na to wszystko z tejże perspektywy, zmarnowałam szesnaście lat swojego życia, tak naprawdę na coś bezużytecznego – mruknęłam.
            Mimo wszystko ucieszyła mnie jego reakcja – nie zarzekał się, że to nieprawda, ani nic w tym stylu. Po prostu zaczął się śmiać, głośno i zaraźliwe.
 - Czyli, że ja nie byłem niczym fajnym w twoim życiu, Even? – powiedział, z szerokim uśmiechem na twarzy. – Uratowałaś mnie tak dla kaprysu?
            Odpowiedziałam mu nieśmiałym uśmiechem. Zdążyłam się od niego dowiedzieć, że Liv powiedziała mu, że żyje. Był tutaj tylko tymczasowo, choć powinien jak najszybciej wrócić do świata żywych.
 - Coś w tym rodzaju – odparłam, krzyżując ramiona.
            Prychnął, po czym się podniósł. Nie zszedł jednak z drzewa, lecz zaczął wspinać się w górę. Ja, niczym dziecko, zaczęłam piąć się wyżej, na tyle szybko, by nie mógł mnie dosięgnąć. Kiedy mruknął coś o tym, że byłam dalej niż on, obróciłam się i pokazałam mu język.
            Znalazłam się na ostatniej gałęzi, na której dało się siedzieć, tak by się nie złamała. Oparłam się o pień, czekając, aż Logan mnie dogoni. Kiedy znalazł się obok, przesunęłam się, by zrobić mu miejsce. Usadowił się obok, tak blisko, że czułam ciepło bijące od jego ciała.
            Spojrzałam przed siebie. Przed moimi oczami rozciągał się przepiękny krajobraz. Łąki, sięgające horyzontu, porośnięte miękką trawą i barwnymi kwiatami. Wszędzie wałęsały się duchy. Były tak ładnie ubrane, w różnokolorowe ubrania, sukienki. Rozmawiali ze sobą, jakby szli na spacer, i spotykali sąsiada. Wydawało mi się to snem. Wcale niepodobne do świata, w którym niegdyś żyłam.
 - Ile ich tu jest.
            Logan spojrzał na mnie zdezorientowany.
 - Kogo? – zapytał zdziwiony.
            Przeniosłam wzrok na niego. Zdałam sobie sprawę, że on nie widzi tych tabunów ludzi, spacerujących spokojnie po polach. Do głowy wpadła mi pewna myśl, jednak nie chciałam rozmawiać z nim na ten temat.
 - Duchy – odparłam. – Jest ich tu pełno.
 - Ale ja ich nie widzę – wyglądał na przestraszonego.
            Odnalazłam jego dłoń, leżącą na gałęzi. Ścisnęłam ją lekko.
 - Spokojnie – zapewniłam go. – Pewnie to dlatego, że widziałam je w naszym świecie.
            Zrozumiał. Albo przyjął moje wytłumaczenie. Odetchnął jakby wcześniej bardzo denerwował się odpowiedzią. Nadal trzymałam rękę na jego dłoni.
 - Kiedy powinniśmy wrócić? – zapytał po chwili.
            Przez chwilę się nie odzywałam. Po prostu wpatrywałam się w dal, przyglądając się niebu, jasnemu i błękitnemu. Strasznie mi się podobało, a zarazem przerażało swoją idealnością.
 - Kiedy nadejdzie czas – odpowiedziałam w końcu.
            Nie dopowiedziałam mu jednak najważniejszego. Wiedziałam, że musi minąć trochę czasu, zanim wyznam mu całą prawdę. Wtedy było jeszcze za wcześnie.
        
        
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz