Rozdział czterdziesty czwarty
Leżałam
na czymś miękkim. Czułam coś delikatnego, na plecach. Powoli, niepewna co
zobaczę, rozwarłam powieki. Spokojnie, przygotowana na szok. Byłam pewna
jednego. Umarłam.
Mimo
to otworzyłam oczy. Miałam nad sobą błękitne niebo. Jasne, emanujące ciepłem. Żadnych
chmur, ptaków czy śladów, pozostawionych przez samoloty. Lekko uniosłam się na
ramionach. Moje dłonie tonęły w miękkiej, trawie, o barwie tak głębokiej
zieleni, jakiej w życiu jeszcze nie widziałam. Ziemia ciągnęła się
nieskończenie. Rozejrzałam się. Widziałam ogromne drzewa, obsypane czerwonymi
jabłkami, dojrzałymi gruszkami i różowymi kwiatami, niczym wiosną. Małe
roślinki, o zawiłych kolorach, wyglądały zza trawy, ukazując się w pełnej
kraksie. Fioletowe, żółte, zielone, niebieskie. I w barwach, których nie
potrafię określić.
Podniosłam
się. Stałam, patrząc jak ludzie, spokojnie kroczą pomiędzy kwiatami. Dwie
dziewczynki biegły za sobą, inna zrywała rośliny do wianka, który trzymała w
ręce. Trzech mężczyzn wymieniało się zdaniami, stojąc pod ogromnym baobabem.
Okręciłam się dookoła. Wszystko wyglądało idealnie, niczym w najpiękniejszym
śnie. Niebo nieskażone niczym – słońca nie było, lecz wszędzie było jasno.
Ruszyłam
przed siebie. Zorientowałam się, że moje stopy są nagie. Lecz idąc, nie
spotkałam nic, co mogło zranić moje nogi. Trawa była w dotyku niczym najmiększy
puch, dzięki czemu, czułam się, jakbym stąpała po chmurach.
Doszłam
do małego strumyka. Płynął spokojnie, lśniąc. Woda była przejrzysta, choć
mogłam dostrzec w niej swoje obicie. Zobaczyłam, że wraz z prądem, który
poruszał się leniwie, płynęły dwa karpie koi. Uśmiechnęłam się. Zbliżyłam twarz
do wody, chcąc się przejrzeć.
Widziałam
tam Even. Taką prawdziwą (tę, którą poznaliście kiedyś). Miałam długie włosy,
ciemnokasztanowe, spływające delikatnie, prostymi partiami. Sięgały mi zza
piersi, więc były dłuższe, niżeli kiedykolwiek wcześniej. Nie byłam bladym
trupem, a w miejscach, gdzie niegdyś było mi widać kości, widniały spokojnie
zaokrąglenia. Miałam krągłości, tak jak dawniej, może w okolicach stycznia.
Ubrana byłam w ładną, czarną sukienkę, lekką jak piórko, więc prawie jej nie
czułam.
Uniosłam
wzrok. To musi być sen, taka była moja pierwsza myśl. Wszystko było piękne,
malownicze, nieskazitelne. Różniło się od świata, który znałam. Prawie w ogóle
nie było tak niczego normalnego. Nie było słońca – chociaż było jasno. Było
zimno – lecz na tyle ciepło, by wszystkie kobiety i dziewczynki, które widziałam,
miały na sobie sukienki. Pory roku mieszały się ze sobą – raz widziałam śnieg,
jasny i kojący, nietknięty ludzką stopą. Kiedy indziej wszystko kwitło, a potem
liście na drzewach mieniły się wszystkimi odcieniami zieleni.
Jeszcze
raz popatrzałam na wodę. Even. Byłam tam ja. Taka, jaką zawsze chciałam widzieć
w lustrze. Moje oczy lśniły, jakbym miała za chwilę płakać. Choć czułam dziwną
pustkę, wszystko było dobrze. Mogłam uchodzić za szczęśliwą.
Kiedy
znowu popatrzyłam na bezkresną polanę, wszystko zamarło. Drzewa zgubiły liście,
wszystko wydawało mi się brzydkie, szare i ponure. Dokładnie wtedy zdałam sobie
sprawę z prawdy. Gdzie się znajdowałam.
Wypadek.
Wszystko przemknęło mi przed oczami. Klub, światła. Całe moje życie, przesuwało
mi się, a ja widziałam. Widziałam wszystko. Jedno imię zalśniło na samym końcu,
a moje serce, jakby zamarło.
Logan.
- Even?
Obejrzałam
się. Od razu go zauważyłam. Stał na wprost mnie, z przerażeniem na twarzy. Miał
na sobie białą koszulę, rozpiętą na całej szerokości. Dostrzegłam więc jego
kolorowy tatuaż, lśniący żywymi barwami. Mięśnie brzucha miał napięte i
doskonale zarysowane, a skóra jakby jaśniała.
Zanim
cokolwiek pomyślałam, zaczęłam biec. Zaraz potem wpadłam w jego ramiona,
zanurzając się w ciepłych objęciach.
Czułam
ciepło bijące od jego delikatnego ciała. Męski zapach mieszał się z wonią jego
potu. Osunęłam się na kilka milimetrów, patrząc na jego twarz. Oczy, barwy
głębin oceanu, wpatrywały się we mnie uważnie. Miał kształtną twarz, lekko
zaokrągloną. Zmarszczka, niegdyś ciągnąca mu się po czole, gdy nad czymś się
skupiał, zniknęła. Jego włosy, ciemne i gęste, miały idealną długość. Kiedy się
uśmiechnął, wyglądał jak Logan – chłopak, który wpadł na mnie na śliskim
chodniku w czasie ferii. Zdawało mi się, że od tamtego czasu minęły miliony
lat.
Uniosłam
dłoń, powoli przesuwając nią po jego tatuażu. Mój palec lekko sunął po
czerwonej linii, łączącej się później z zieloną. Wciągnęłam głęboko powietrze,
nie mogąc wydobyć z siebie głosu.
- Jesteś prawdziwy? – zapytałam cicho.
- Tak mi się wydaję.
Poczułam
jego dłoń na plecach. Gładził je spokojnie, jakbym była spłoszonym zwierzęciem.
Delikatnie przysunął mnie bliżej siebie.
- A ty? – szepnął.
- Sądzę, że tak.
- Co się stało? – zastanawiał się. – Ten
samochód… klub… my… Uniosłam
wzrok, chcąc spojrzeć na jego twarz. Lecz jego już nie było. Opuściłam ramiona,
przerażona. Rozejrzałam się dookoła. Nigdzie w pobliżu go nie było.
Gdy
skupiłam wzrok, w oddali dostrzegłam kobietę, idącą w moją stronę. Widziałam,
że ma na sobie rozłożystą szatę, łopoczącą na lekkim wietrzyku. Miała turkusowy
kolor, z szeroką spódnicą, mającą trzy warstwy – każda wykonana z innego
materiału. W talii otaczał ją czarny pas, ukazując bardzo wąskie wcięcie.
Dekolt wycięty w serek, ozdabiał sznur czarnych kamieni i pereł, odbijających
światło. Kobieta bardzo wolno się
poruszała, ale mimo to widać było jej sprężysty krok. W końcu stanęła przede
mną. Dostrzegłam jej twarz; miała miłe, łagodne rysy twarzy, kształtne usta i lśniące
zęby. Jasne włosy spływały jej po plecach, poskręcane w lekkie fale.
Dygnęła
niczym w serialach historycznych, które oglądała moja ciocia. Uśmiechnęła się
promiennie.
- Witaj, Even.
Osunęłam
się niepewna. Nie bałam się pięknej kobiety naprzeciw. Przerażał mnie bardziej
fakt, że przed chwilą stał tam Logan. To jego zniknięcie mnie przerażało.
- Gdzie Logan?
Zaśmiała
się. Był to cudowny śmiech, lekki i swobodny.
- Zaraz znowu go spotkasz – mruknęła. – Chodź
ze mną.
Odwróciła
się i wolno ruszyła przed siebie. Niepewnie poszłam za nią. Miała delikatne
ruchy, po mimo długiej sukni. Wszystko co mijałyśmy było piękne. Ona sama zaś,
promieniała blaskiem. Szłam obok, czując łaskotanie trawy. W końcu znalazłyśmy
się obok dużego stawu.
Rzuciło
mi się w oczy, jak bardzo niezwykłe jest to miejsce. Całe jeziorko ukryte było
liśćmi wielkiej wierzby, której gałązki sięgały wody. Rosła tam jeszcze
bujniejsza trawa i właśnie tam usiadła tajemnicza kobieta. Zrobiła to z gracją,
rozsiadając się wygodnie i opierając o pień wierzby. Poprawiła suknię, po czym
skinęła na mnie z uśmiechem.
- Usiądź.
Usiadłam.
Trawa była wygodna. Miło się siedziało. Jednak strach o Logana i wszystkie
wydarzenia nadal tłukły mi się w głowie, przez co nie mogłam się skupić na
kobiecie.
- Gdzie Logan? – zapytałam ponownie.
Uśmiechnęła
się. Ciągle to robiła. Przypominała mi panią Sailes, kiedy jeszcze nie
wiedziałam, że to moja ciocia. Wtedy uśmiechała się do mnie cały czas, pilnując
czy mam wszystko, czego mi było potrzeba.
- Nie martw się, kochanie. Twój Chris jest
bezpieczny. Niedługo znowu się z nim spotkasz.
- To tutaj byli wszyscy prawda? Mama, Alex,
Nina, Kevin. I Nick, kiedy był na OIOMie.
- Tak. Tutaj trafiają nasze dusze. Zarówno
tych, którzy nie żyją, jak i tych, którzy są bliscy śmierci.
Przełknęłam
ślinę. Byłam tam. Moja dusza.
- Czy Logan przeżył? – wyszeptałam.
- Tak, skarbie. Żyje, ale niewiele brakuje by
się to zmieniło.
Pokiwałam
głową. Spojrzałam na piękny świat, który malował się przede mną. Nie dziwiłam
się, że niektórzy martwi nie chcieli stąd odchodzić.
- Kim jesteś?
Ponownie
się uśmiechnęła. Miała spokojny wyraz twarzy, kiedy zaczęła mówić.
- Nazywam się Liv.
- Co tutaj robisz? Wyglądasz na kogoś z innej
epoki.
- Pochodzę ze średniowiecznej Norwegii.
Dorastałam w spokojnym miejscu, przy morzu. Byłam taka jak ty. Widziałam duchy.
Kiedy zmarłam, stanęłam przed mężczyzną, który zapytał mnie, czy nie chcę go
zastąpić. Moim zadaniem jest naprowadzać dusze. Pilnować, by były bezpieczne.
- Nie rozumiem… jak… to przecież nie ma sensu… - Ja wiem, że ty to rozumiesz. I czy nie
uważasz, że całe to miejsce nie ma sensu?
Westchnęłam.
Liv kiedy mówiła wyglądała jak sędzia, spokojnie wysłuchujący każdego słowa
świadka. Ręce splotła delikatnie przed sobą.
- W tym miejscu dusze spotykają się z życiem i
śmiercią. Są na pograniczu. To piękne miejsce. Zastanawiasz się dlaczego
wyglądasz jak wyglądasz? To miejsce zna twoje pragnienia. Wie, jak bardzo
chciałabyś być całkiem normalną nastolatką, która ma przyjaciół, cudowne,
sielskie życie. Lecz nie zmieni to niczego. Im dłużej będziesz tutaj trwać, tym
bardziej się zatracisz.
Wstała.
Poruszała się lekko, szeleszcząc spódnicą, ocierającą się o jej uda. Ja dalej
siedziałam, próbując sobie to poukładać w głowie.
- Im dłużej tutaj będziemy… wtedy się umiera.
- Tak.
- A ta cała brama… przez nią trzeba przejść,
aby dostać się tak zwanie dalej?
Pokiwała
głową. Rozprostowała ramiona, patrząc w górę.
- Nikt nie wie co jest dalej. Ludzkie pojęcie
tego nie pojmie.
Złączyłam
palce obu dłoni ze sobą. Westchnęłam ciężko.
- Dlaczego tak wyglądam? Tak inaczej? –
dociekałam.
- A czy nie tak chciałabyś, w
głębi duszy, wyglądać? – odpowiedziała mi pytaniem.
Na
chwilę obie zamilkłyśmy.
- Czy… mogę już spotkać się z Loganem?
Ponownie
przytaknęła. Zamknęłam oczy, wiedząc, że właśnie to powinnam zrobić. Kiedy
tylko je otworzyłam, ujrzałam łagodną twarz Christophera Logana Dominika
UnderVarpola.
Od
razu skoczyłam do jego ramion. Objął mnie delikatnie, przytulając do siebie.
Zatonęłam w jego objęciach, bojąc się, że jeśli się odsunę, to zniknie.
- Jak to wszystko zrypane – westchnął.
Mimowolnie
go puściłam. Przyjrzałam się jego twarzy. Wyglądał tak jak wcześniej, lecz jego
oczy lśniły jakby troszkę mniej.
- Nie rozumiem – westchnął. – Niczego.
Ruszył
przed siebie. Wierzba, która tam rosła, miała rozłożyste gałęzie, a kilka
grubych odchodziło od innego drzewa. Logan usiadł na jednej z nich, a ja, mając
w zwyczaju zaczęłam wspinać się wyżej. Oparłam się o pień, kilka metrów wyżej
od niego, lecz nadal słyszałam jego spokojny głos. Wyciągnęłam przed siebie
nogi – powierzchnia gałęzi była naprawdę duża, dzięki czemu mogłam swobodnie
siedzieć.
- Opowiesz mi to wszystko jeszcze raz? –
zapytał cicho. – Uwzględniając wszystko. Duchy, te całe widma i… to miejsce.
Kiwnęłam
głową. Wtedy, patrząc na Logana, czułam się jakbym była w innym miejscu.
Wiedział o moim życiu – albo raczej o tym co z niego zostało. Naprawdę marzyłam
o tym, by to wszystko opowiedzieć.
Więc
zaczęłam. Zapomniałam całkowicie o tym, że gdzieś obok ktoś mnie słucha. Po
prostu mówiłam. Cicho, spokojnie, jakby nikogo moja historia nie interesowała.
Zaczęłam od tego, jak już jako dziecko widziałam duchy i nie było to dla mnie
nienormalne. Wspominałam nad wyraz często o mojej mamie, która wcale, a wcale
się mną nie interesowała. Skupiałam się w szczególności na niej – po raz
pierwszy kiedykolwiek powiedziałam na głos wszystko, co z nią było związane.
Jej nienawiści, brak opiekuńczości. Wyjaśniłam mu jak bardzo mama Nicka się mną
opiekowała. Opowiadałam o złotych czasach, kiedy to spałam z moim przyjacielem
pod wspólnie zbudowaną bazą. Wspomniałam o pierwszych krokach ku chodzeniu do
kościoła. O Cole’u i Mattew, którzy tak często pakowali mnie w kłopoty. O
Monique, mojej najlepszej przyjaciółce, o tym, że tak szybko umarła. Duchy cały
czas przewijały się w tych opowieściach – Rachel, dziewczynka, która była
ostatnią zjawą, z którą się zaprzyjaźniłam, do czasu Maggie (o niej też długo się
rozwodziłam). Mówiłam, mówiłam i mówiłam. Czułam się tak pewnie, jakbym
dzieliła się swoją duszą z kimś innym. Logan okazał się świetnym słuchaczem.
Nie mówił nic, tylko kiwał głową lub wydawał ciche odgłosy, kiedy wspominałam o
jakimś drastycznym momencie mojego życia.
Gdy
zakończyłam swoją opowieść, cisza zapanowała pomiędzy nami. Słyszałam tylko
nasze oddechu, i ptasi śpiew w oddali. Westchnęłam głęboko.
- Patrząc na to wszystko z tejże perspektywy,
zmarnowałam szesnaście lat swojego życia, tak naprawdę na coś bezużytecznego –
mruknęłam.
Mimo
wszystko ucieszyła mnie jego reakcja – nie zarzekał się, że to nieprawda, ani
nic w tym stylu. Po prostu zaczął się śmiać, głośno i zaraźliwe.
- Czyli, że ja nie byłem niczym fajnym w twoim
życiu, Even? – powiedział, z szerokim uśmiechem na twarzy. – Uratowałaś mnie
tak dla kaprysu?
Odpowiedziałam
mu nieśmiałym uśmiechem. Zdążyłam się od niego dowiedzieć, że Liv powiedziała
mu, że żyje. Był tutaj tylko tymczasowo, choć powinien jak najszybciej wrócić
do świata żywych.
- Coś w tym rodzaju – odparłam, krzyżując
ramiona.
Prychnął,
po czym się podniósł. Nie zszedł jednak z drzewa, lecz zaczął wspinać się w
górę. Ja, niczym dziecko, zaczęłam piąć się wyżej, na tyle szybko, by nie mógł
mnie dosięgnąć. Kiedy mruknął coś o tym, że byłam dalej niż on, obróciłam się i
pokazałam mu język.
Znalazłam
się na ostatniej gałęzi, na której dało się siedzieć, tak by się nie złamała.
Oparłam się o pień, czekając, aż Logan mnie dogoni. Kiedy znalazł się obok,
przesunęłam się, by zrobić mu miejsce. Usadowił się obok, tak blisko, że czułam
ciepło bijące od jego ciała.
Spojrzałam
przed siebie. Przed moimi oczami rozciągał się przepiękny krajobraz. Łąki,
sięgające horyzontu, porośnięte miękką trawą i barwnymi kwiatami. Wszędzie
wałęsały się duchy. Były tak ładnie ubrane, w różnokolorowe ubrania, sukienki. Rozmawiali
ze sobą, jakby szli na spacer, i spotykali sąsiada. Wydawało mi się to snem.
Wcale niepodobne do świata, w którym niegdyś żyłam.
- Ile ich tu jest.
Logan
spojrzał na mnie zdezorientowany.
- Kogo? – zapytał zdziwiony.
Przeniosłam
wzrok na niego. Zdałam sobie sprawę, że on nie widzi tych tabunów ludzi,
spacerujących spokojnie po polach. Do głowy wpadła mi pewna myśl, jednak nie
chciałam rozmawiać z nim na ten temat.
- Duchy – odparłam. – Jest ich tu pełno.
- Ale ja ich nie widzę – wyglądał na
przestraszonego.
Odnalazłam
jego dłoń, leżącą na gałęzi. Ścisnęłam ją lekko.
- Spokojnie – zapewniłam go. – Pewnie to dlatego,
że widziałam je w naszym świecie.
Zrozumiał.
Albo przyjął moje wytłumaczenie. Odetchnął jakby wcześniej bardzo denerwował
się odpowiedzią. Nadal trzymałam rękę na jego dłoni.
- Kiedy powinniśmy wrócić? – zapytał po
chwili.
Przez
chwilę się nie odzywałam. Po prostu wpatrywałam się w dal, przyglądając się
niebu, jasnemu i błękitnemu. Strasznie mi się podobało, a zarazem przerażało swoją
idealnością.
- Kiedy nadejdzie czas – odpowiedziałam w
końcu.
Nie
dopowiedziałam mu jednak najważniejszego. Wiedziałam, że musi minąć trochę
czasu, zanim wyznam mu całą prawdę. Wtedy było jeszcze za wcześnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz