sobota, 21 stycznia 2017

Rozdział czterdziesty piąty

 - Więc, jaka jest twoja historia? – zapytałam Liv, patrząc jak brodzi w strumieniu nagimi stopami.
            Zerknęła na mnie, spod włosów, przysłaniających jej twarz. Zawsze były one idealnie uczesane, niepotargane przez wietrzyk. Promieniała w świetle dnia. Wspominała wcześniej o tym, że za życia kochała wodę, dlatego też uwielbiała moczyć nogi w strumyku.
 - A co chciałabyś o mnie wiedzieć, skarbie? – cmoknęła.
            Patrząc na nią widziałam wzór piękna dawnych czasów. Byłam świadoma, że każdy tutaj wyglądał idealnie, tak jak mu się marzyło. Byłam tego pewna, na podstawie samej siebie. Jednak Liv z zewnątrz była niczym ideał – jej długie włosy lśniły, piękne i nieskazitelne. Ruchy przypominały to jak porusza się kot, a głębia jej głosy czasem wręcz paraliżowała. Przez oczy przewijały się miliony historii różnych ludzi, zaś za nimi widać było jej mądrość, którą wręcz emanowała. Dla każdego była miła i ciepła, lecz tylko do niektórych, jak zauważyłam, miała szczególny sentyment.
 - To kim kiedyś byłaś. Jak wyglądało twoje życie.
            Skinęła lekko głową. W jej ruchach zawsze była gracja i spokój. Wyszła ze strumyka, wycierając mokre stopy o trawę. Puściła swoją suknie, która okręciła się wokoło niej. Po tym usiadła lekko na ziemię, naprzeciw mnie.
 - Urodziłam się w XIV w. w Norwegii, jak już wiecie – zaczęła. Jej głos niósł się po polanie. – Byłam córką spokojnego rolnika i jego żony, pochodzącej z tej samej wsi. Mieszkali na obrzeżach dzisiejszego Oslo. Tam też się urodziłam, niestety, moja matka w tym samym momencie zmarła. Mój ojciec musiał więc, zając się mną i gospodarstwem. Nie miał czasu na żadne kolejne małżeństwa, był pochłonięty pracą. Ja zaś dorastałam widząc, że mam jakiś dar. Zjawy martwych mijały mnie każdego dnia. Lecz z biegiem lat zaczynałam pojmować, iż jest on niezwykle niebezpieczny. Uważano wszelkie duchy, czary, za herezję, co skutkowało albo stryczkiem, albo spaleniem na stosie. Raz tylko pewien młodzieniec usłyszał jak z kimś rozmawiam, lecz nikogo nie widział. Kiedy dowiedziały się o tym odpowiednie osoby, gotowe były mnie zabić. Zabrałam więc swoje rzeczy, wyjechałam do stolicy, gdzie udało mi się trafić na pewien statek, który wywiózł mnie w głąb morza. Kobieta – żeglarz, nie było to coś co widziano na co dzień, lecz dzięki umiejętnościom i perfekcją przekonywałam do siebie kapitanów. W moim życiu wiodło się naprawdę dobrze – miałam pieniądze, udawało mi się z pracą. A byłam zaledwie dwudziestojednolatką. Swego czasu zakochałam się z wzajemnością. Esbjörn był cudowny i kochany. Osiedliśmy się razem. Tylko jemu jedynemu powiedziałam o swoim darze, kiedy mieszkaliśmy razem w małym, szweckim porcie już trzeci rok. Wyklął mnie, nazwał czarownicą i kazał opuścić swój dom. Uciekłam więc, tułając się przez lata po morzu, chcąc znaleźć dla siebie miejsce. Duchów było więcej. Za każdym razem gdy mnie dotykały czułam się coraz gorzej. Raz poroniłam nawet dziecko, które nosiłam pod sercem. To mnie całkowicie załamało. Zabrałam cały swój majątek i wróciłam do domu. Mój ojciec był już ponownie żonaty, miał trójkę młodych i rześkich dzieci. Kiedy mnie zobaczył, przyjął mnie z otwartymi ramionami. Przez kilka tygodni był cudowny – traktował mnie ciepło, pozwalał wypoczywać po przygodach na morzu. Dopiero po przypomnieniu sobie przyszłości, co trochę trwało, przez którą uciekłam, pobił mnie, twierdząc, że jestem czarownicą. Bił mnie długo, czekając aż sama się przyznam. Nie zrobiłam tego.  Nieprzytomną mnie wydał władzą. Skazali mnie, chociaż nie mieli jasnych dowodów. Płonęłam na stosie, patrząc jak świat się rozmywa, a to co znałam i kochałam, znika. Płomienie mnie zabrały, odebrały to miałam najcenniejsze.
 - Życie – szepnęłam.
 - Tak. – Przyznała mi rację. – Wiesz co oznacza moje imię?
            Nigdy nie uczyłam się norweskiego, więc przecząco pokręciłam głową.
 - Liv – usłyszałam głos Logana, siedzącego nieopodal – oznacza życie.
            Kobieta przytaknęła. Ja nadal byłam w szoku , po tym jak usłyszałam jej dzieje. Wydawało mi się to nieprawdopodobne. Tak naprawdę wszyscy, którzy ją kochali, odwrócili się od niej. Trochę jak ode mnie, lecz z ogromną siłą i drastycznym końcem.
 - To takie… takie straszne – powiedziałam. – Jak mogłaś to znieść? Twój ojciec, ukochany. Jak tacy ludzie mogli to zrobić?
            Liv położyła dłoń na moim kolanie. Czasem, patrząc na nią, w jej spokoju i opanowaniu, w pięknych oczach, dostrzegałam ludzi, którzy potrafili mnie pocieszyć oraz dodać otuchy, równie mocno jak ona. W gestach przypominała mi doświadczoną staruszkę, która zrobi wszystko, by goszczeni przez nią ludzie, czuli się dobrze. Głęboką mową, ciepłym głosem, dawała mi poczucie bezpieczeństwa, niczym matka. Momentami zdawało mi się, że potrafiłaby mi pomóc zawsze i wszędzie. Jak najlepsza przyjaciółka.
  - To były inne czasy, Even – mruknął Logan. Był trochę nie w humorze tego dnia.
            Liv spojrzała mi w oczy. Chociaż widać było w jej oczach ból, uśmiechała się łagodnie.
 - Uwierz mi, po setkach lat, człowiek całkowicie oswaja się ze złymi wspomnieniami. Tamto życie jest dla mnie niczym puch, który odleciał na wietrze – zamilkła na chwilę. – Oni tu byli. Pojęli swój błąd. Mój ojciec ujął moją twarz z dłonie i płacząc, przepraszał, że dał się ponieść chwili. Będąc tutaj, widziałam jak się tym zamęczał za życia. Uwierz mi, naprawdę żałował. A mój ukochany? Pojawił się tutaj, jako stary mężczyzna, który dożył późnego wieku, mając żonę i czwórkę kochanych dzieci. Ale jak zmarł? Powiesił się, bo każdego dnia widząc swoją żonę, nie umiał pojąć, jak mógł mi to zrobić. Naprawdę mnie kochał.
 - Skąd możesz to wiedzieć? – zapytałam, szczerze zainteresowana.
 - Kiedy człowiek tu trafia, wiem już o nim wszystko. Dzięki temu mogę pomóc mu znaleźć odpowiedzi, których szuka.
            Po tych słowach wstała, skłoniła się przed nami, mówiąc, że właśnie pojawiła się nowa dusza. Zostałam więc sama na trawie, z nieobecnym Loganem, który siedział nieopodal, nie odzywając się do mnie.
 - Co jest? – spojrzałam na niego.      
            Zamrugał, a mgła, zachodząca jego oczy, zniknęła. Zniknął w świecie swoich myśli, ale powrócił do mnie.
 - Po prostu… myślę – mruknął.
 - O czym? – dopytywałam.
            Uśmiechnął się. Pamiętacie jak wspominałam o Loganie, tym szarmanckim chłopaku, z czarnym autem, uśmiechający się najbardziej szarmanckim uśmiechem na świecie? Otóż, czasem tęskniłam za owym chłopakiem. Bo tak dawno go nie widziałam. Jednak ten, którego miałam obok w tamtym momencie był jeszcze cudowniejszy niż tamten.
 - To miejsce jest niezwykłe – zatrzymał się, jakby szukając właściwych słów. – Żyje się tutaj, w zawieszeniu, czując coś w rodzaju najprawdziwszego spokoju. Nie wiem czy to nie najlepsze miejsce świata. Zostanie tutaj mogło by być naprawdę ciekawe.
            Spojrzałam na niego zdezorientowana. Jego słowa jakby nie chciały się przetworzyć w moim umyśle.
 - Zostać? Tutaj? – niedowierzałam.
 - A czemu by nie?
 - Logan? Czy ty słyszysz co mówisz? – powiedziałam dobitnie. – Nie po to tamtego wieczora ci wszystko powiedziałam. Nie po to chciałam cię uratować. Nie po to ja… - poczułam wypieki na policzkach. – Nie możesz się poddać. Każde twoje zwątpienie sprawia, że twoja dusza coraz bardziej umiera.
            Cisza otoczyła nas niczym ciepły koc. On nie odpowiedział, ja nic nie dodawałam. Wciągnęłam tylko głęboko powietrze.
 - Sądzę, że to czas, w którym powinieneś podjąć decyzję.
            Podniósł głowę. Jego oczy lśniły, tak, jak nocne niebo.
 - Czym jest tak naprawdę życie? Życie w tym szarym świecie?
 - Darem – odparłam bez zastanowienia.
            Podniosłam się. Liv wspominała, że może zwątpić. Tak już było, kiedy dusza zbyt długo tam była. Nie mogłam mu pozwolić by się poddał.
            Podeszłam do niego, wyciągając rękę. Pomogłam mu wstać, złapałam za dłoń i zaczęłam iść przed siebie, nie odpowiadając na jego pytania. Zaczynałam powoli widzieć jak uroki tego miejsca znikały – cała ta idealność, spokój i harmonia. Była to po prostu chwilowa dekoracja, mająca za zadanie przywoływać duszę do siebie. To piękne miejsce, ale i zdradliwe.
            Dotarliśmy do drzewa, na którym siedzieliśmy pierwszego dnia. Bez słowa zaczęłam na nie wchodzić, a Logan poszedł moim śladem. Usiadłam na najwyższej gałęzi, czekając aż UnderVarpol do mnie dołączy. Usiadł obok, a ja chwyciłam go za rękę. Mocno ściskając jego palce, od których biło ciepło, spojrzałam mu w oczy.
 - Zaufaj mi – mruknęłam.
            Przyjrzałam się łąkom. Minęły już trzy dni, odkąd tam byliśmy, a niebo wydało mi się bardziej szare, a trawa mniej zielona. Zamknęłam oczy i wyobraziłam sobie, jak kiedyś siadałam z Nickiem na drzewie – wielkim orzechu – patrząc na miasto, kiedy słońce powoli znikało, latarnie zaczynały oświetlać ulice, a pierwsze gwiazdy zdobiły niebo. Przypominałam sobie zapach dymu z kominów i spokój jaki ogarniał miasto.
            Kiedy otworzyłam oczy byłam za domem Sailes’ów, patrząc na miasto nocą. Było jak za czasów mojego dzieciństwa. Logan siedział obok, przypatrując się. Zastanawiałam się czy widzi to samo co ja, ale rozwiał moje zamyślenia, pytając:
 - Jak?
            Pokręciłam głową, mimowolnie się uśmiechając. Wiedziałam, że duchy mogą wiele. Przez ostatnie lata wiele się o tym przekonywałam.
            W kuchni zapaliło się światło. Przez jasną firankę zobaczyłam ciocię, krzątającą się po kuchni. Włosy miała ściśnięte w kucyk, a na sobie znoszone dżinsy i sweter. Umyła dwa talerze, wytarła dłonie w szmatkę i wyszła. Pomyślałam o Nicku, który leżał przybity do łóżka. A mnie nie było obok.
            Widziałam szok na twarzy Logana, kiedy pomyślałam o innym miejscu. Był to mój pokój. Tam, gdzie się wychowałam. Stanęliśmy po środku pomieszczenia. Na podłodze leżały resztki ramek, pobite szkło i naderwane zdjęcia. Szafa, z której prędko wyciągałam ubrania, nadal była otwarta. Pościel leżała zmiętolona w nogach łóżka. Podeszłam do biurka, przesuwając palcem po powieściach, które stały ułożone na regale.
Zapaliło się światło na korytarzu, wpadające przez szparę w drzwiach do pokoju. Te otworzyły się szeroko, a w progu pojawiła się Amanda Alians. Szybko pomyślałam o innym miejscu, nie chcąc jej wtedy widzieć.
Znaleźliśmy się w innym miejscu. Wielka sala przepełniona ludźmi. Nie była to moja myśl. Obejrzałam się na Logana. Uśmiechał się, patrząc na coś przede mną. Gdy tam spojrzałam, zobaczyłam nas dwoje. Tańczyliśmy ze sobą – ja w swojej czarnej sukience od Maxine, a on z pewnym siebie wyrazem twarzy. Poczułam wspomnienia napływające do mojej głowy. Uczucie ciepła, które ogarniało mnie, kiedy go dotykałam. Czułam wtedy tyle emocji. Jednocześnie trzymałam dłoń Logana, która powstrzymywała mnie przed całkowitym zatopieniem się w wspomnieniach.
Tym razem ja o czym pomyślałam. Był to dzień, kiedy przewijałam zdjęcia otrzymywane od Nicka i Maxine. Uśmiechałam się. Wtedy ktoś na mnie wpadł. Logan. Nasze pierwsze spotkanie. Pierwszy raz w życiu zobaczyłam Christophera Logana Dominika UnderVarpola.
 - Czasem żałuje, że wtedy cię spotkałem – szepnął mi do ucha. – Zmieniłem się z największego ciacha w rozmiękłą kupę, która myślała tylko o Even Alians.
            Wzdrygnęłam się, czując jego oddech na mojej skórze. Poczułam jego dłoń na talii.
 - Gdziekolwiek się znajdę, będę szczęśliwy, jeśli ty tam będziesz – wymruczał.
            Znowu pomyślałam o kimś. Tym razem nie o wspomnieniu. Po chwili oboje staliśmy w gabinecie pana Varpola, który z okularami na czubku nosa, przyglądał się dokumentom, trzymanym w dłoniach. Wnioskując z ciemności, wpadającej przez okno, wówczas musiała być noc.
            Drzwi skrzypnęły, a do pokoju weszła dziewczynka. Miała na sobie koszulkę nocną, z wizerunkami lalki Barbie. Przetarła oczy piąstką, przytulając do piersi misia.
            Pan Varpol podniósł wzrok, a dostrzegłszy córkę, zdjął okulary, położył je na papierach. Wstał i podszedł do Emily, która spojrzała na niego zmęczonym wzrokiem.
 - Czemu nie śpisz, kochanie? – zapytał ją.
            Mała wydymała usta, chcąc chyba udać osobę nie potrzebującą snu. Skrzywiła się jednak po chwili, przytulając misia do piersi. 
 - Kiedy Logan wróci? – zapytała.
            Słyszałam jak chłopak za moimi plecami wciąga powietrze. Doskonale wiedziałam, że właśnie te osoby mogą sprawić, że Logan się nie podda. Dla Emily będzie w stanie wiele zrobić.
 - Już niedługo – odparł mężczyzna, przytulając córeczkę.  
            Wziął ją na ręce. Wyszli z gabinetu. Odwróciłam się do Logana. Ból malował się na jego twarzy, a ja poczułam go równie dotkliwie, jakbym to ja była na jego miejscu. Przez chwilę widziałam obraz małego Chrisa, patrzącego na swoją mamę, zakrwawioną i przerażoną. Logan znów stał się bezradnym dzieckiem, widzącym ostatnie chwilę z mamą.
 - Nawet nie zdążyłem się z nią zobaczyć – szepnął. – Tak się cieszyła, że zamieszka ze mną i z tatą. Cieszyła się, że ma rodzinę.
            Przytuliłam się do niego. Czułam szloch, który poruszał jego ciałem.
 - Powinieneś do nich wrócić jak najszybciej – mruknęłam.
 - Wiem – odparł, zanurzając się w moich objęciach.

 - Jak mogłaś od niego odejść, skoro kochałaś go nad życie? – zapytałam Liv, która siedziała obok mnie.
            Uśmiechnęła się spokojnie.
 - Pamiętasz radę, którą udzieliła ci Katherine?
 - Katherine? – zdziwiłam się.
 - Duch kobiety, którą spotkałaś wtedy w szpitalu.
            Od razu przypomniałam sobie jak owa dziewczyna wyglądała. Widziałam jej twarz olśnioną blaskiem błyskawic. Przełknęłam ślinę.
 - Jeśli kogoś kochasz, pozwól mu odejść – mruknęłam. – Rozumiem, rozumiem. Kochałaś go więc zrobiłaś to czego chciałaś – odeszłaś.
            Pokiwała głową. Nie patrzyła na mnie, lecz błękitne niebo. Wyglądała na zmartwioną. Wiedziałam czym.
 - Ile Logan ma czasu?
            Zagryzłam wargę.  Byłam pewna, że niewiele czasu zostało, by Logan mógł powrotem wrócić do normalnego funkcjonowania.
 - Naprawdę mało – westchnęła.
            Bałam się, że nie zdąży. Jeśli mu się nie uda, nigdy bym sobie tego nie wybaczyła.
 - Dlaczego nie pytasz o czas, jaki tobie został? – Liv spojrzała na mnie.
            Uśmiechnęłam się. Byłam wręcz pewna co do tego, co miałam za chwilę powiedzieć. Byłam przekonana też, że Liv, jako iż wszystko o mnie wiedziała, też zna prawdę. Prawdę, która bolała bardziej, niż jakiekolwiek kłamstwo. Prawdę, która była w stanie złamać niejedno serce.
 - Od jak dawna to pojęłaś? – Liv podeszła do mnie. Przesunęła dłonią po moim policzku, ścierając pojedynczą łzę.
 - Wie na t wskazywało. – Odpowiedziałam. – Najpierw to, że Logan nie widział pozostałych duchów, a ja tak. Na początku naprawdę byłam pewna, że to przez mój dar. Później jednak to miejsce zmieniało swój krajobraz. A ja… ja w końcu to zrozumiałam.
            Ciężko jest zaakceptować fakt, mówiący o tym, że nie żyjesz. Było to gorsze od ciosu prosto w brzuch, twarz. Bardziej bolesne i trudne. Wydaje się, iż po śmierci nie powinno się nic czuć. U mnie było inaczej; czułam, że każda cząsteczka mojego ciała płonie z bólu. Łzy zaczęły powoli toczyć się po moich policzkach. Nie chciałam poznawać prawdy.
 -  Tak bardzo mi przykro, Even – pocieszała mnie.
            Zdawało mi się, że nie mogę złapać oddechu. Teraz wydaję mi się to śmieszne, w końcu byłam martwa. Nie mogłam się zabić, nie musiałam jeść czy właśnie oddychać. Umarłam. Umarłam. Umarłam. Jedno słowa, paraliżujące całe moje ciało.
 - W końcu na to byłam gotowa, prawda? – dociekałam. – Powiedziałam, że uratuje go za wszelką cenę. Taka właśnie była załata, tak?         
            Liv potwierdziła moje domysły. Wpatrzyłam się w dal. Choć w już dawno to podejrzewałam, dopiero w tamtym momencie, uderzyło mnie to z całej siły. Byłam martwa. Moje ciało spoczęło na dnie grobu, czarnej mogiły, z której nie ma wyjścia. Ci, których znałam, przyszli patrzeć na moje ciało, niby mnie żegnając. Ze łzami w ustach zaczynałam widzieć wszystko wyraźnie.
            Już nigdy nie wsiądę do auta, które mnie tak przerażało. Nie pójdę na cmentarz, by położyć kwiaty na grobach moich bliskich. Nie zrobię sobie tego cholernego tatuażu, nie pośmieje się z Colem i Mattew. Nick nie nazwie mnie już swoja siostrzyczką. Nie zjem już żadnego ciastka mojej cioci. Nie wejdę do kościoła. Nie wyjdę za mąż, nie będę miała dzieci, domu. Wszystko się zawaliło w jednej chwili.
 - Even…
 - To prędzej czy później i tak by się wydarzyło. Duchy… one zabijały mnie od środka.
 - Tak. Każdy ich dotyk, wspomnienie, odejście, sprawiło, że cząstka twojej duszy umierała. Pewnego dnia umarłabyś przez nie.
            Pokiwałam głową. Nie wiedziałam co chce ze sobą zrobić. Jak mam spojrzeć w twarz Logana, wiedząc, że jeśli odejdzie, już nigdy się nie spotkamy? Jeśli wróci do swojego ciała, zapomni o tym, jak byliśmy w tym całym miejscu przez te dni. Nie będzie wiedział jak bardzo wiele dla mnie znaczył. Ocaliłam go. Zrobiłam dla Chrisa, to co chciałam zrobić. Ale nie ocaliłam siebie.
 - W końcu i ja umarłam – westchnęłam, wstając. – W końcu się to stało.
            Liv miała smutną minę. Odwróciłam się od niej, nie mogąc patrzeć na spokój na jej twarzy. Ja umarłam, a ona dalej będzie się zachowywać jakby była to całkiem normalna rzecz.
 - Dlaczego nie powiedziałaś mi od razu?
 - Powinnaś sama do tego dojść. To takie niepisane zasady.
            Stałam do niej tyłem. Patrzyłam na świat, zdając sobie sprawę, jak wiele przed sobą mam. Cały swój świat.
 - Jak ja mu to teraz powiem? – załkałam.
            Zanim się obejrzałam Norweżka przytulała mnie do siebie. Kołysała mnie jakbym była małym dzieckiem. Spotkało ją w życiu tyle zła; własny ojciec wydał ją na śmierć, dziecko nie zdążyło się narodzić, a ukochany wygnał. Ale ona dalej miała w sobie siłę, by walczyć. Jakby była niezwyciężona. Nieugięta.
 - Jak ty to robisz? – szeptem zapytałam. – Jak możesz tak spokojnie tu trwać?
            Odsunęła mnie od siebie. Jej oczy lśniły, a ona sama patrzyła na mnie łagodnie.
 - Liv to życie – powtórzyła mi. – Jestem wdzięczna za swoje życie. Choć było pełne przeszkód, zła i bólu, spotkało mnie też szczęście. Spokojne dzieciństwo. Wiele miesięcy żeglugi po morzu. Prawdziwa miłość. Przez kilka tygodni nosiłam pod sercem dziecko, no również było pięknym darem. Jednym z tych najcenniejszych. Niewinny, mały skarb, jaki dało mi życie.
            Musisz pojąć, moja kochana Even, że śmierć to następstwo życia. Nic nie może powstrzymać nas przed odejściem z tego świata. Teraz jesteśmy tutaj – w ,,przedsionku’’ wszystkiego. Dalej jest miejsce, z którego nikt nie wraca. Nie wiem co tam jest. Nikt nie wie. I tak naprawdę to kolejny dowód na to, że nikt nie wie, jaka wiara jest prawdziwa. Tam może być wszystko – niebo, piekło, Hades, Kraina Wiecznego Cierpienia, Życie Wieczne, Sąd Ostateczny. Może rządzić tam Bóg chrześcijan, Allah, Jahwe, Zeus, Re. Nie ważne czy ktoś jest monoteistą czy politeistą. Grekiem, Rzymianinem, Muzułmaninem, Polakiem, Żydem. Kolor skóry się nie liczy. Nic się z tego nie liczy. Liczysz się ty. Twoja dusza.    
            Życie i Śmierć, Even, to dwie siostry, piękna i paskudna. Powiem ci jednak jedno: Życie i Śmierć nie są aż tak różne. Zależą one przede wszystkim od tego jak będziemy żyć i jak umrzemy.

            Stojąc naprzeciw Logana, patrzyłam na wszystko, byleby nie na jego twarz. Cała byłam spięta, bojąc się tego, czy chłopak ma jeszcze czas. Przyglądałam się jego dłoniom, koszuli (rozpiętej tak, że widziałam jego tatuaż). Marzyłam by zatopić się w błękicie jego oczu, które przypominały mi rozgwieżdżone niebo. Ale rosła mi gula w gardle za każdym razem, gdy chciałam coś powiedzieć.
            Wybawiła mnie Liv.
            Pojawiła się nagle, ze swoim spokojnym uśmiechem. Podeszła do nas. Najpierw zerknęła na mnie i mogę przysiąść, że widziałam w jej oczach współczucie, a potem przeniosła wzrok na Logana.
 - Twój zegar powoli tyka – westchnęła. – Dzisiaj powinieneś stąd odejść.
            Kiwnął głową. Sama mu to mówiłam, aż w końcu pojął.
 - Dziękuję ci, Liv. I do zobaczenia.
 -  Ha det bra – powiedziała kobieta. – Niech ci się powodzi w życiu Christopherze Loganie.
            Skłonił się jej, jakby oboje żyli w jednym wieku. Odwrócił się do niej plecami. Podeszłam do niego i odnalazłam jego dłoń.
 - Gotowy? – zapytałam.
 - Nie żegnasz się?
 - Już to zrobiłam – skłamałam.
            Zamknęliśmy oczy. W ciągu jednej sekundy znaleźliśmy się na sali szpitalnej. Rozpoznałam charakterystyczny wygląd i zapach OIOMu. Od razu zauważyłam też Logana, albo raczej jego ciało, leżące na łóżku. Wszędzie kable, bandaże, kroplówki. Polowe twarzy miał opatrzoną. Wyglądał tak spokojnie, a patrzenie jednocześnie na jego ciało i duszę, było dla mnie szczególnie trudne.
 - Więc jak to się robi? – Logan uśmiechał się, zadowolony.
            Zmusiłam się, żeby spojrzeć w jego oczy. Był spokojnie nastawiony. Miał wrócić do życia. Wszystkiego, co czekało go gdy się obudzi. 
 - Chyba działa to tak jak z przenoszeniem w różne miejsca. Po prostu o tym myślisz.
            Zrozumiał. Stanął obok swojego ciała, przyglądając się jak jego klatka piersiowa opada i się unosi.
 - To takie dziwne… patrzeć na swoje życie z tej perspektywy – mruknął. – No więc jak to zrobimy? Jakoś na trzy czy coś?
            Coś we mnie pękło. Jakby te słowa przelały czarę goryczy. Zrozumiałam, że okłamywanie go było błędem. Nie powinnam była tego robić. Niestety, nic już nie mogło zmienić przeszłości.
 - Ja nie wracam Logan – wyszeptałam, mając nadzieję, że nie usłyszy tych słow.
            Wyszczerzył oczy. Stał w bezruchu, jakby bojąc się oddychać. Patrzył na mnie, szukając czegoś w mojej twarzy. Otworzył usta, chcąc coś powiedzieć, po czym je zamknął, a potem je otworzył. Szok na jego twarzy mieszał się z żalem.
 - Nie, nie mówisz poważnie – zaprotestował słabo.
 - Logan, wiem, że nie jesteś głupi. Pewnie już musiałeś o tym myśleć.
            Pokręcił głową. Wyglądał jak dziecko, które właśnie dowiedziało się o tym, że Króliczek Wielkanocny, Wróżka Zębuszka i Święty Mikołaj od zawsze byli kłamstwem. Podszedł do mnie powoli. Jego kroki były ospałe, przepełnione bólem.
            Był bardzo blisko mnie. Dotknął pałacami mojej twarzy. Przejechał nimi po policzku, tam gdzie miałam bliznę. Musnął moją skórę lekko, sprawiając, że miły dreszcz przebiegł mi po ciele.
 - To nieprawda, nieprawda – zaczął szlochać.
            Nagle ciało za nim się poruszyło. Parametry życiowe Logana drastycznie spadły. Ciśnienie zaczęło mu wariować, wszystko skakało.
 - Logan – powiedziałam cicho. – Logan, spójrz na mnie.
            Nie zrobił tego. Więc stanęłam na palcach i sięgnęłam do jego twarzy. Chwyciłam mocno jego brodę, i przesunęłam ją tak, by na mnie patrzył.
 - Logan, proszę cię. Uspokój się.
            Nadal płakał. Zawsze ja płakałam. Sądziłam, że mam do tego prawo, bo tylko ja siebie obchodziłam. Patrząc jednak na jego błękitne oczy, z których łzy, jasne i przejrzyste, wypływały równo i szybko, widziałam, że komuś naprawdę na mnie zależy. Logan tam był.
 - Nie mogłaś umrzeć – jęknął.
            Odnalazłam jego dłoń. Kochałam trzymać go za rękę – nasze palce idealnie wpasowane do siebie, ciepło jego skóry, nagrzewające moją zimną dłoń.
 - Logan.
            Skupił się na mnie. Nadal miał zaszklone oczy. Wciąż nie umiał tego przyjąć.
 - Musisz odejść. Masz mało czasu .
            Przysunął się do mnie. Przed oczami miałam te wszystkie idealne sceny, z nami w rolach głównych – razem na balkonie w urodziny Maxine, gdzie patrzył na mnie inaczej niż przedtem. Moment w parku, kiedy nasze oddechy zmieniały się w jeden. Widziałam jak stoimy razem na drodze, widziałam jego oczy, te w które mogłabym patrzeć godzinami. Czułam ból, który ogarnął mnie, w momencie uderzenia auta. Ale byłam z siebie dumna, bo go ocaliłam. Tak jak sobie obiecałam.
 - Nie mogę cię tutaj zostawić, Even – objął moją twarz. – Świat bez ciebie, będzie taki, jakby zabrakło słońca na niebie. Bez ciebie moje życie nie będzie miało sensu.
            Chciałam móc cokolwiek powiedzieć. Przypomnieć mu, że to właśnie dla niego umarłam. Lecz głos uwiązł mi w gardle. Czując jego oddech, jego ciepło, mając jego ciało obok, muskularne i doskonałe, mogłabym trwać tak wiecznie. Jego usta nigdy nie były tak blisko moich. Byłam w Niebie. Razem z moim Aniołem. Z moim życiem.
 - Even – szepnął, tak blisko mojej twarzy. Nasze usta dzieliły milimetry. – Kocham cię.
            I wtedy, po raz pierwszy, nasze usta złączyły się. Na początku nieśmiało i delikatnie. Jakby nasze usta dotykały powietrza. Miałam na wargach jego wargi, od których biło ciepło. Namiętność, która przemawiała przez delikatność jego ust, doprowadzała mnie do obłędu. Objęłam jego kark, całą sobą chłonąc jedynego mężczyznę, którego kochałam nad życie. Christophera Logana UnderVarpola. Mojego ukochanego Logana.
            Jego dłonie błądziły po moich plecach. Każdy ruch jego palców, sprawiłam, że drżałam. Zatracałam się w jego ustach, czując jego cudowny zapach – tę woń, która zawsze mnie uspokajała, kiedy był blisko. Miałam przed sobą twarz, którą chciałam widzieć każdego dnia, każdego poranka, aż do końca swoich dni. Marzyłam, by właśnie pewnego dnia, móc się z nim zestarzeć i cieszyć tym co nas połączyło. Chciałam po prostu jeszcze kilku dni z Loganem. Jeszcze paru pocałunków. Poczuć jego skórę. Niestety, nie miałam już żadnych dni.
            Delikatnie się od siebie odsunęliśmy. Brakowało nam powietrza, więc oboje ciężko dyszeliśmy. Na moich wargach nadal tańczyły jego. Zaś na jego ustach pojawił się uśmiech, delikatny i nieśmiały, jakby niepewny.
 - Jak mam cię tutaj zostawić? – jego oddech zatrzymywał się na mojej twarzy. Nadal trwałam w jego ciasnych objęciach.
 - Moja śmierć nie może pójść na marne.
            Sięgnęłam do jego koszuli. Rozpięłam powoli pierwszy guzik, robiąc to delikatnie i spokojnie. Logan obejmował mnie w pasie, nie puszczając nawet na moment. Ja odsłaniałam stopniowo jego pierś, aż w końcu moim oczom ukazała się plątanina barw.
 - Każdy z tych kolorów może symbolizować coś innego – mruknęłam w jego policzek. Przesunęłam palcem po zielonej. – Emily. Będzie cię potrzebować, szczególnie gdy będzie nastolatką i chorobliwie zakocha się w szelmowskim chłopaku, z którym będzie wymieniała się docinkami.
            Pocałował mnie w policzek. Było to jak dotyk jego placów, kiedy gładził moją bliznę.
 - Czerwona – pogładziłam linię. – Twój tata. Jesteś jego dumą. Jedynym synem. Właśnie tobie chce przekazać najważniejsze rzeczy. Wszystko co dla niego cenne.
            Zatopiłam palce w jego miękkich włosach. Znowu mnie pocałował, tak, jakbym miała się rozpłynąć. Zsunęłam dłonie ponownie na jego brzuch.
 - Niebieska – musnęłam kreskę. – To wspomnienia. Najpiękniejsze dni. Wieczór Bez Masek, te dzień, kiedy się poznaliśmy. Twoje narodziny. To momenty, które budują życie.
            Żółta to wszystkie bezinteresowne rzeczy jakie zrobiłeś w życiu dla innych. Fioletowa to przyjaciele. A każda kolejna to pasje, wolne chwile, drobnostki, o które dbasz, aby były doskonałe.
            Uśmiechnęłam się. Zamknęłam oczy, opierając czoło o jego podbródek. W końcu zagarnął mnie do siebie, obejmując mocno.
 - Która to ty? – wyszeptał do mojego ucha.
            Przesunęłam dłonią spokojnie, najpierw po szyi, obojczyku, aż trafiłam na serce. Poczułam po palcami bicie. Najpierw zamknęłam oczy, a łzy same spłynęły po mojej twarzy.
 - Jestem tą, która idzie do serce.
            Tym razem od podniósł moją twarz ku sobie. Jego oczy były już czerwone od płaczu, a włosy zmierzwione. Cały czas trzymałam palce na jego sercu, czując oszalałe bicie.
 - Na zawsze tam pozostanę. Na wieczność.
            Z całych sił próbowałam nie płakać. Ale wiedziałam co to jest: pożegnanie.
 - Nie sądziłem, że miłość może, aż tak boleć.
            Odsunęłam się od niego, stając kilkanaście centymetrów dalej. Spojrzał na mnie zdezorientowany. – Już czas.
            Kiwnął głową. Podszedł do łóżka, na którym leżało jego ciało. Chwycił swoją własną dłoń, przykrywając ją swoją widmową ręką. Monitory zaczęły piszczeć, a ja wiedziałam, że jeśli nie wróci do ciała w tym momencie, umrze.
 - Kocham Cię, Even.
            Patrzył na mnie. Jego błękitne oczy, lśniące, bajeczne. Tego właśnie człowieka pokochałam. Byłam w stanie znaleźć dla niego miejsce, w tym całym bezkresnym sercu, jakie biło w mojej piersi.
 - Kocham Cię, Logan.
            Zamknął oczy i wciągnął głęboko powietrze. Jego postać zaczęła lśnić. Blask oświetlił cały pokój. Olśnił go, oślepiając moje oczy. Zobaczyłam coś, jakby starał się mi pomachać, a potem już go nie było. Blask wydobył się ze wnętrza ciała Logana, spoczywającego na łóżku.
            Logan się obudził. Otworzył szeroko oczy, wyglądając potwornie – cały zabandażowany, ze spuchniętym odkrytym okiem i aparaturą wszędzie w koło. Przez jedną chwilę zdawało mi się, że patrzy prosto na mnie. Zaraz potem opadł na łóżko, a lekarze zasłonili mi go całkowicie.
 - Kocham cię, Logan – szepnęłam.
            Zamknęłam oczy. Stałam na łące, pod bezkresnym niebem, w idealnym miejscu, gdzie nikt nie powinien się smucić. Logan miał przed sobą piękne życie.
            Ja miałam przed sobą całą wieczność. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz