- Więc, jaka jest twoja historia? – zapytałam
Liv, patrząc jak brodzi w strumieniu nagimi stopami.
Zerknęła
na mnie, spod włosów, przysłaniających jej twarz. Zawsze były one idealnie
uczesane, niepotargane przez wietrzyk. Promieniała w świetle dnia. Wspominała
wcześniej o tym, że za życia kochała wodę, dlatego też uwielbiała moczyć nogi w
strumyku.
- A co chciałabyś o mnie wiedzieć, skarbie? –
cmoknęła.
Patrząc
na nią widziałam wzór piękna dawnych czasów. Byłam świadoma, że każdy tutaj
wyglądał idealnie, tak jak mu się marzyło. Byłam tego pewna, na podstawie samej
siebie. Jednak Liv z zewnątrz była niczym ideał – jej długie włosy lśniły,
piękne i nieskazitelne. Ruchy przypominały to jak porusza się kot, a głębia jej
głosy czasem wręcz paraliżowała. Przez oczy przewijały się miliony historii
różnych ludzi, zaś za nimi widać było jej mądrość, którą wręcz emanowała. Dla
każdego była miła i ciepła, lecz tylko do niektórych, jak zauważyłam, miała
szczególny sentyment.
- To kim kiedyś byłaś. Jak wyglądało twoje
życie.
Skinęła
lekko głową. W jej ruchach zawsze była gracja i spokój. Wyszła ze strumyka,
wycierając mokre stopy o trawę. Puściła swoją suknie, która okręciła się wokoło
niej. Po tym usiadła lekko na ziemię, naprzeciw mnie.
- Urodziłam się w XIV w. w Norwegii, jak już
wiecie – zaczęła. Jej głos niósł się po polanie. – Byłam córką spokojnego
rolnika i jego żony, pochodzącej z tej samej wsi. Mieszkali na obrzeżach
dzisiejszego Oslo. Tam też się urodziłam, niestety, moja matka w tym samym
momencie zmarła. Mój ojciec musiał więc, zając się mną i gospodarstwem. Nie
miał czasu na żadne kolejne małżeństwa, był pochłonięty pracą. Ja zaś
dorastałam widząc, że mam jakiś dar. Zjawy martwych mijały mnie każdego dnia.
Lecz z biegiem lat zaczynałam pojmować, iż jest on niezwykle niebezpieczny.
Uważano wszelkie duchy, czary, za herezję, co skutkowało albo stryczkiem, albo
spaleniem na stosie. Raz tylko pewien młodzieniec usłyszał jak z kimś
rozmawiam, lecz nikogo nie widział. Kiedy dowiedziały się o tym odpowiednie
osoby, gotowe były mnie zabić. Zabrałam więc swoje rzeczy, wyjechałam do
stolicy, gdzie udało mi się trafić na pewien statek, który wywiózł mnie w głąb
morza. Kobieta – żeglarz, nie było to coś co widziano na co dzień, lecz dzięki
umiejętnościom i perfekcją przekonywałam do siebie kapitanów. W moim życiu
wiodło się naprawdę dobrze – miałam pieniądze, udawało mi się z pracą. A byłam zaledwie
dwudziestojednolatką. Swego czasu zakochałam się z wzajemnością. Esbjörn był
cudowny i kochany. Osiedliśmy się razem. Tylko jemu jedynemu powiedziałam o
swoim darze, kiedy mieszkaliśmy razem w małym, szweckim porcie już trzeci rok.
Wyklął mnie, nazwał czarownicą i kazał opuścić swój dom. Uciekłam więc, tułając
się przez lata po morzu, chcąc znaleźć dla siebie miejsce. Duchów było więcej.
Za każdym razem gdy mnie dotykały czułam się coraz gorzej. Raz poroniłam nawet
dziecko, które nosiłam pod sercem. To mnie całkowicie załamało. Zabrałam cały
swój majątek i wróciłam do domu. Mój ojciec był już ponownie żonaty, miał
trójkę młodych i rześkich dzieci. Kiedy mnie zobaczył, przyjął mnie z otwartymi
ramionami. Przez kilka tygodni był cudowny – traktował mnie ciepło, pozwalał
wypoczywać po przygodach na morzu. Dopiero po przypomnieniu sobie przyszłości,
co trochę trwało, przez którą uciekłam, pobił mnie, twierdząc, że jestem
czarownicą. Bił mnie długo, czekając aż sama się przyznam. Nie zrobiłam tego. Nieprzytomną mnie wydał władzą. Skazali mnie,
chociaż nie mieli jasnych dowodów. Płonęłam na stosie, patrząc jak świat się
rozmywa, a to co znałam i kochałam, znika. Płomienie mnie zabrały, odebrały to
miałam najcenniejsze.
- Życie – szepnęłam.
- Tak. – Przyznała mi rację. – Wiesz co
oznacza moje imię?
Nigdy
nie uczyłam się norweskiego, więc przecząco pokręciłam głową.
- Liv – usłyszałam głos Logana, siedzącego
nieopodal – oznacza życie.
Kobieta
przytaknęła. Ja nadal byłam w szoku , po tym jak usłyszałam jej dzieje.
Wydawało mi się to nieprawdopodobne. Tak naprawdę wszyscy, którzy ją kochali,
odwrócili się od niej. Trochę jak ode mnie, lecz z ogromną siłą i drastycznym
końcem.
- To takie… takie straszne – powiedziałam. –
Jak mogłaś to znieść? Twój ojciec, ukochany. Jak tacy ludzie mogli to zrobić?
Liv
położyła dłoń na moim kolanie. Czasem, patrząc na nią, w jej spokoju i
opanowaniu, w pięknych oczach, dostrzegałam ludzi, którzy potrafili mnie
pocieszyć oraz dodać otuchy, równie mocno jak ona. W gestach przypominała mi
doświadczoną staruszkę, która zrobi wszystko, by goszczeni przez nią ludzie,
czuli się dobrze. Głęboką mową, ciepłym głosem, dawała mi poczucie
bezpieczeństwa, niczym matka. Momentami zdawało mi się, że potrafiłaby mi pomóc
zawsze i wszędzie. Jak najlepsza przyjaciółka.
- To
były inne czasy, Even – mruknął Logan. Był trochę nie w humorze tego dnia.
Liv
spojrzała mi w oczy. Chociaż widać było w jej oczach ból, uśmiechała się
łagodnie.
- Uwierz mi, po setkach lat, człowiek
całkowicie oswaja się ze złymi wspomnieniami. Tamto życie jest dla mnie niczym
puch, który odleciał na wietrze – zamilkła na chwilę. – Oni tu byli. Pojęli
swój błąd. Mój ojciec ujął moją twarz z dłonie i płacząc, przepraszał, że dał
się ponieść chwili. Będąc tutaj, widziałam jak się tym zamęczał za życia.
Uwierz mi, naprawdę żałował. A mój ukochany? Pojawił się tutaj, jako stary
mężczyzna, który dożył późnego wieku, mając żonę i czwórkę kochanych dzieci.
Ale jak zmarł? Powiesił się, bo każdego dnia widząc swoją żonę, nie umiał
pojąć, jak mógł mi to zrobić. Naprawdę mnie kochał.
- Skąd możesz to wiedzieć? – zapytałam,
szczerze zainteresowana.
- Kiedy człowiek tu trafia, wiem już o nim
wszystko. Dzięki temu mogę pomóc mu znaleźć odpowiedzi, których szuka.
Po
tych słowach wstała, skłoniła się przed nami, mówiąc, że właśnie pojawiła się
nowa dusza. Zostałam więc sama na trawie, z nieobecnym Loganem, który siedział
nieopodal, nie odzywając się do mnie.
- Co jest? – spojrzałam na niego.
Zamrugał,
a mgła, zachodząca jego oczy, zniknęła. Zniknął w świecie swoich myśli, ale
powrócił do mnie.
- Po prostu… myślę – mruknął.
- O czym? – dopytywałam.
Uśmiechnął
się. Pamiętacie jak wspominałam o Loganie, tym szarmanckim chłopaku, z czarnym
autem, uśmiechający się najbardziej szarmanckim uśmiechem na świecie? Otóż,
czasem tęskniłam za owym chłopakiem. Bo tak dawno go nie widziałam. Jednak ten,
którego miałam obok w tamtym momencie był jeszcze cudowniejszy niż tamten.
- To miejsce jest niezwykłe – zatrzymał się,
jakby szukając właściwych słów. – Żyje się tutaj, w zawieszeniu, czując coś w
rodzaju najprawdziwszego spokoju. Nie wiem czy to nie najlepsze miejsce świata.
Zostanie tutaj mogło by być naprawdę ciekawe.
Spojrzałam
na niego zdezorientowana. Jego słowa jakby nie chciały się przetworzyć w moim
umyśle.
- Zostać? Tutaj? – niedowierzałam.
- A czemu by nie?
- Logan? Czy ty słyszysz co mówisz? –
powiedziałam dobitnie. – Nie po to tamtego wieczora ci wszystko powiedziałam.
Nie po to chciałam cię uratować. Nie po to ja… - poczułam wypieki na
policzkach. – Nie możesz się poddać. Każde twoje zwątpienie sprawia, że twoja
dusza coraz bardziej umiera.
Cisza
otoczyła nas niczym ciepły koc. On nie odpowiedział, ja nic nie dodawałam.
Wciągnęłam tylko głęboko powietrze.
- Sądzę, że to czas, w którym powinieneś
podjąć decyzję.
Podniósł
głowę. Jego oczy lśniły, tak, jak nocne niebo.
- Czym jest tak naprawdę życie? Życie w tym
szarym świecie?
- Darem – odparłam bez zastanowienia.
Podniosłam
się. Liv wspominała, że może zwątpić. Tak już było, kiedy dusza zbyt długo tam
była. Nie mogłam mu pozwolić by się poddał.
Podeszłam
do niego, wyciągając rękę. Pomogłam mu wstać, złapałam za dłoń i zaczęłam iść
przed siebie, nie odpowiadając na jego pytania. Zaczynałam powoli widzieć jak
uroki tego miejsca znikały – cała ta idealność, spokój i harmonia. Była to po
prostu chwilowa dekoracja, mająca za zadanie przywoływać duszę do siebie. To piękne
miejsce, ale i zdradliwe.
Dotarliśmy
do drzewa, na którym siedzieliśmy pierwszego dnia. Bez słowa zaczęłam na nie
wchodzić, a Logan poszedł moim śladem. Usiadłam na najwyższej gałęzi, czekając
aż UnderVarpol do mnie dołączy. Usiadł obok, a ja chwyciłam go za rękę. Mocno
ściskając jego palce, od których biło ciepło, spojrzałam mu w oczy.
- Zaufaj mi – mruknęłam.
Przyjrzałam
się łąkom. Minęły już trzy dni, odkąd tam byliśmy, a niebo wydało mi się
bardziej szare, a trawa mniej zielona. Zamknęłam oczy i wyobraziłam sobie, jak
kiedyś siadałam z Nickiem na drzewie – wielkim orzechu – patrząc na miasto,
kiedy słońce powoli znikało, latarnie zaczynały oświetlać ulice, a pierwsze
gwiazdy zdobiły niebo. Przypominałam sobie zapach dymu z kominów i spokój jaki
ogarniał miasto.
Kiedy
otworzyłam oczy byłam za domem Sailes’ów, patrząc na miasto nocą. Było jak za
czasów mojego dzieciństwa. Logan siedział obok, przypatrując się. Zastanawiałam
się czy widzi to samo co ja, ale rozwiał moje zamyślenia, pytając:
- Jak?
Pokręciłam
głową, mimowolnie się uśmiechając. Wiedziałam, że duchy mogą wiele. Przez
ostatnie lata wiele się o tym przekonywałam.
W
kuchni zapaliło się światło. Przez jasną firankę zobaczyłam ciocię, krzątającą
się po kuchni. Włosy miała ściśnięte w kucyk, a na sobie znoszone dżinsy i
sweter. Umyła dwa talerze, wytarła dłonie w szmatkę i wyszła. Pomyślałam o
Nicku, który leżał przybity do łóżka. A mnie nie było obok.
Widziałam
szok na twarzy Logana, kiedy pomyślałam o innym miejscu. Był to mój pokój. Tam,
gdzie się wychowałam. Stanęliśmy po środku pomieszczenia. Na podłodze leżały
resztki ramek, pobite szkło i naderwane zdjęcia. Szafa, z której prędko
wyciągałam ubrania, nadal była otwarta. Pościel leżała zmiętolona w nogach
łóżka. Podeszłam do biurka, przesuwając palcem po powieściach, które stały
ułożone na regale.
Zapaliło się
światło na korytarzu, wpadające przez szparę w drzwiach do pokoju. Te otworzyły
się szeroko, a w progu pojawiła się Amanda Alians. Szybko pomyślałam o innym
miejscu, nie chcąc jej wtedy widzieć.
Znaleźliśmy się w
innym miejscu. Wielka sala przepełniona ludźmi. Nie była to moja myśl.
Obejrzałam się na Logana. Uśmiechał się, patrząc na coś przede mną. Gdy tam
spojrzałam, zobaczyłam nas dwoje. Tańczyliśmy ze sobą – ja w swojej czarnej
sukience od Maxine, a on z pewnym siebie wyrazem twarzy. Poczułam wspomnienia
napływające do mojej głowy. Uczucie ciepła, które ogarniało mnie, kiedy go
dotykałam. Czułam wtedy tyle emocji. Jednocześnie trzymałam dłoń Logana, która
powstrzymywała mnie przed całkowitym zatopieniem się w wspomnieniach.
Tym razem ja o czym
pomyślałam. Był to dzień, kiedy przewijałam zdjęcia otrzymywane od Nicka i
Maxine. Uśmiechałam się. Wtedy ktoś na mnie wpadł. Logan. Nasze pierwsze
spotkanie. Pierwszy raz w życiu zobaczyłam Christophera Logana Dominika
UnderVarpola.
- Czasem żałuje, że wtedy cię spotkałem –
szepnął mi do ucha. – Zmieniłem się z największego ciacha w rozmiękłą kupę,
która myślała tylko o Even Alians.
Wzdrygnęłam
się, czując jego oddech na mojej skórze. Poczułam jego dłoń na talii.
- Gdziekolwiek się znajdę, będę szczęśliwy,
jeśli ty tam będziesz – wymruczał.
Znowu
pomyślałam o kimś. Tym razem nie o wspomnieniu. Po chwili oboje staliśmy w
gabinecie pana Varpola, który z okularami na czubku nosa, przyglądał się
dokumentom, trzymanym w dłoniach. Wnioskując z ciemności, wpadającej przez
okno, wówczas musiała być noc.
Drzwi
skrzypnęły, a do pokoju weszła dziewczynka. Miała na sobie koszulkę nocną, z
wizerunkami lalki Barbie. Przetarła oczy piąstką, przytulając do piersi misia.
Pan
Varpol podniósł wzrok, a dostrzegłszy córkę, zdjął okulary, położył je na
papierach. Wstał i podszedł do Emily, która spojrzała na niego zmęczonym
wzrokiem.
- Czemu nie śpisz, kochanie? – zapytał ją.
Mała
wydymała usta, chcąc chyba udać osobę nie potrzebującą snu. Skrzywiła się
jednak po chwili, przytulając misia do piersi.
- Kiedy Logan wróci? – zapytała.
Słyszałam
jak chłopak za moimi plecami wciąga powietrze. Doskonale wiedziałam, że właśnie
te osoby mogą sprawić, że Logan się nie podda. Dla Emily będzie w stanie wiele
zrobić.
- Już niedługo – odparł mężczyzna, przytulając
córeczkę.
Wziął
ją na ręce. Wyszli z gabinetu. Odwróciłam się do Logana. Ból malował się na
jego twarzy, a ja poczułam go równie dotkliwie, jakbym to ja była na jego
miejscu. Przez chwilę widziałam obraz małego Chrisa, patrzącego na swoją mamę,
zakrwawioną i przerażoną. Logan znów stał się bezradnym dzieckiem, widzącym
ostatnie chwilę z mamą.
- Nawet nie zdążyłem się z nią zobaczyć –
szepnął. – Tak się cieszyła, że zamieszka ze mną i z tatą. Cieszyła się, że ma
rodzinę.
Przytuliłam
się do niego. Czułam szloch, który poruszał jego ciałem.
- Powinieneś do nich wrócić jak najszybciej –
mruknęłam.
- Wiem – odparł, zanurzając się w moich
objęciach.
- Jak mogłaś od niego odejść, skoro kochałaś
go nad życie? – zapytałam Liv, która siedziała obok mnie.
Uśmiechnęła
się spokojnie.
- Pamiętasz radę, którą udzieliła ci
Katherine?
- Katherine? – zdziwiłam się.
- Duch kobiety, którą spotkałaś wtedy w
szpitalu.
Od
razu przypomniałam sobie jak owa dziewczyna wyglądała. Widziałam jej twarz
olśnioną blaskiem błyskawic. Przełknęłam ślinę.
- Jeśli kogoś kochasz, pozwól mu odejść –
mruknęłam. – Rozumiem, rozumiem. Kochałaś go więc zrobiłaś to czego chciałaś –
odeszłaś.
Pokiwała
głową. Nie patrzyła na mnie, lecz błękitne niebo. Wyglądała na zmartwioną.
Wiedziałam czym.
- Ile Logan ma czasu?
Zagryzłam
wargę. Byłam pewna, że niewiele czasu
zostało, by Logan mógł powrotem wrócić do normalnego funkcjonowania.
- Naprawdę mało – westchnęła.
Bałam
się, że nie zdąży. Jeśli mu się nie uda, nigdy bym sobie tego nie wybaczyła.
- Dlaczego nie pytasz o czas, jaki tobie
został? – Liv spojrzała na mnie.
Uśmiechnęłam
się. Byłam wręcz pewna co do tego, co miałam za chwilę powiedzieć. Byłam
przekonana też, że Liv, jako iż wszystko o mnie wiedziała, też zna prawdę.
Prawdę, która bolała bardziej, niż jakiekolwiek kłamstwo. Prawdę, która była w
stanie złamać niejedno serce.
- Od jak dawna to pojęłaś? – Liv podeszła do
mnie. Przesunęła dłonią po moim policzku, ścierając pojedynczą łzę.
- Wie na t wskazywało. – Odpowiedziałam. –
Najpierw to, że Logan nie widział pozostałych duchów, a ja tak. Na początku
naprawdę byłam pewna, że to przez mój dar. Później jednak to miejsce zmieniało
swój krajobraz. A ja… ja w końcu to zrozumiałam.
Ciężko
jest zaakceptować fakt, mówiący o tym, że nie żyjesz. Było to gorsze od ciosu
prosto w brzuch, twarz. Bardziej bolesne i trudne. Wydaje się, iż po śmierci
nie powinno się nic czuć. U mnie było inaczej; czułam, że każda cząsteczka
mojego ciała płonie z bólu. Łzy zaczęły powoli toczyć się po moich policzkach.
Nie chciałam poznawać prawdy.
- Tak
bardzo mi przykro, Even – pocieszała mnie.
Zdawało
mi się, że nie mogę złapać oddechu. Teraz wydaję mi się to śmieszne, w końcu
byłam martwa. Nie mogłam się zabić, nie musiałam jeść czy właśnie oddychać.
Umarłam. Umarłam. Umarłam. Jedno słowa, paraliżujące całe moje ciało.
- W końcu na to byłam gotowa, prawda? –
dociekałam. – Powiedziałam, że uratuje go za wszelką cenę. Taka właśnie była
załata, tak?
Liv
potwierdziła moje domysły. Wpatrzyłam się w dal. Choć w już dawno to
podejrzewałam, dopiero w tamtym momencie, uderzyło mnie to z całej siły. Byłam
martwa. Moje ciało spoczęło na dnie grobu, czarnej mogiły, z której nie ma
wyjścia. Ci, których znałam, przyszli patrzeć na moje ciało, niby mnie
żegnając. Ze łzami w ustach zaczynałam widzieć wszystko wyraźnie.
Już
nigdy nie wsiądę do auta, które mnie tak przerażało. Nie pójdę na cmentarz, by
położyć kwiaty na grobach moich bliskich. Nie zrobię sobie tego cholernego
tatuażu, nie pośmieje się z Colem i Mattew. Nick nie nazwie mnie już swoja
siostrzyczką. Nie zjem już żadnego ciastka mojej cioci. Nie wejdę do kościoła.
Nie wyjdę za mąż, nie będę miała dzieci, domu. Wszystko się zawaliło w jednej
chwili.
- Even…
- To prędzej czy później i tak by się
wydarzyło. Duchy… one zabijały mnie od środka.
- Tak. Każdy ich dotyk, wspomnienie, odejście,
sprawiło, że cząstka twojej duszy umierała. Pewnego dnia umarłabyś przez nie.
Pokiwałam
głową. Nie wiedziałam co chce ze sobą zrobić. Jak mam spojrzeć w twarz Logana,
wiedząc, że jeśli odejdzie, już nigdy się nie spotkamy? Jeśli wróci do swojego
ciała, zapomni o tym, jak byliśmy w tym całym miejscu przez te dni. Nie będzie
wiedział jak bardzo wiele dla mnie znaczył. Ocaliłam go. Zrobiłam dla Chrisa,
to co chciałam zrobić. Ale nie ocaliłam siebie.
- W końcu i ja umarłam – westchnęłam, wstając.
– W końcu się to stało.
Liv
miała smutną minę. Odwróciłam się od niej, nie mogąc patrzeć na spokój na jej
twarzy. Ja umarłam, a ona dalej będzie się zachowywać jakby była to całkiem
normalna rzecz.
- Dlaczego nie powiedziałaś mi od razu?
- Powinnaś sama do tego dojść. To takie
niepisane zasady.
Stałam
do niej tyłem. Patrzyłam na świat, zdając sobie sprawę, jak wiele przed sobą
mam. Cały swój świat.
- Jak ja mu to teraz powiem? – załkałam.
Zanim
się obejrzałam Norweżka przytulała mnie do siebie. Kołysała mnie jakbym była
małym dzieckiem. Spotkało ją w życiu tyle zła; własny ojciec wydał ją na
śmierć, dziecko nie zdążyło się narodzić, a ukochany wygnał. Ale ona dalej
miała w sobie siłę, by walczyć. Jakby była niezwyciężona. Nieugięta.
- Jak ty to robisz? – szeptem zapytałam. – Jak
możesz tak spokojnie tu trwać?
Odsunęła
mnie od siebie. Jej oczy lśniły, a ona sama patrzyła na mnie łagodnie.
- Liv to życie – powtórzyła mi. – Jestem
wdzięczna za swoje życie. Choć było pełne przeszkód, zła i bólu, spotkało mnie
też szczęście. Spokojne dzieciństwo. Wiele miesięcy żeglugi po morzu. Prawdziwa
miłość. Przez kilka tygodni nosiłam pod sercem dziecko, no również było pięknym
darem. Jednym z tych najcenniejszych. Niewinny, mały skarb, jaki dało mi życie.
Musisz
pojąć, moja kochana Even, że śmierć to następstwo życia. Nic nie może
powstrzymać nas przed odejściem z tego świata. Teraz jesteśmy tutaj – w
,,przedsionku’’ wszystkiego. Dalej jest miejsce, z którego nikt nie wraca. Nie
wiem co tam jest. Nikt nie wie. I tak naprawdę to kolejny dowód na to, że nikt
nie wie, jaka wiara jest prawdziwa. Tam może być wszystko – niebo, piekło, Hades,
Kraina Wiecznego Cierpienia, Życie Wieczne, Sąd Ostateczny. Może rządzić tam
Bóg chrześcijan, Allah, Jahwe, Zeus, Re. Nie ważne czy ktoś jest monoteistą czy
politeistą. Grekiem, Rzymianinem, Muzułmaninem, Polakiem, Żydem. Kolor skóry
się nie liczy. Nic się z tego nie liczy. Liczysz się ty. Twoja dusza.
Życie
i Śmierć, Even, to dwie siostry, piękna i paskudna. Powiem ci jednak jedno:
Życie i Śmierć nie są aż tak różne. Zależą one przede wszystkim od tego jak
będziemy żyć i jak umrzemy.
Stojąc
naprzeciw Logana, patrzyłam na wszystko, byleby nie na jego twarz. Cała byłam
spięta, bojąc się tego, czy chłopak ma jeszcze czas. Przyglądałam się jego
dłoniom, koszuli (rozpiętej tak, że widziałam jego tatuaż). Marzyłam by zatopić
się w błękicie jego oczu, które przypominały mi rozgwieżdżone niebo. Ale rosła
mi gula w gardle za każdym razem, gdy chciałam coś powiedzieć.
Wybawiła
mnie Liv.
Pojawiła
się nagle, ze swoim spokojnym uśmiechem. Podeszła do nas. Najpierw zerknęła na
mnie i mogę przysiąść, że widziałam w jej oczach współczucie, a potem
przeniosła wzrok na Logana.
- Twój zegar powoli tyka – westchnęła. –
Dzisiaj powinieneś stąd odejść.
Kiwnął
głową. Sama mu to mówiłam, aż w końcu pojął.
- Dziękuję ci, Liv. I do zobaczenia.
- Ha det bra – powiedziała kobieta. – Niech ci się
powodzi w życiu Christopherze Loganie.
Skłonił
się jej, jakby oboje żyli w jednym wieku. Odwrócił się do niej plecami.
Podeszłam do niego i odnalazłam jego dłoń.
- Gotowy? –
zapytałam.
- Nie żegnasz
się?
- Już to
zrobiłam – skłamałam.
Zamknęliśmy
oczy. W ciągu jednej sekundy znaleźliśmy się na sali szpitalnej. Rozpoznałam
charakterystyczny wygląd i zapach OIOMu. Od razu zauważyłam też Logana, albo
raczej jego ciało, leżące na łóżku. Wszędzie kable, bandaże, kroplówki. Polowe
twarzy miał opatrzoną. Wyglądał tak spokojnie, a patrzenie jednocześnie na jego
ciało i duszę, było dla mnie szczególnie trudne.
- Więc jak to
się robi? – Logan uśmiechał się, zadowolony.
Zmusiłam
się, żeby spojrzeć w jego oczy. Był spokojnie nastawiony. Miał wrócić do życia.
Wszystkiego, co czekało go gdy się obudzi.
- Chyba działa
to tak jak z przenoszeniem w różne miejsca. Po prostu o tym myślisz.
Zrozumiał.
Stanął obok swojego ciała, przyglądając się jak jego klatka piersiowa opada i
się unosi.
- To takie
dziwne… patrzeć na swoje życie z tej perspektywy – mruknął. – No więc jak to
zrobimy? Jakoś na trzy czy coś?
Coś
we mnie pękło. Jakby te słowa przelały czarę goryczy. Zrozumiałam, że
okłamywanie go było błędem. Nie powinnam była tego robić. Niestety, nic już nie
mogło zmienić przeszłości.
- Ja nie wracam
Logan – wyszeptałam, mając nadzieję, że nie usłyszy tych słow.
Wyszczerzył
oczy. Stał w bezruchu, jakby bojąc się oddychać. Patrzył na mnie, szukając
czegoś w mojej twarzy. Otworzył usta, chcąc coś powiedzieć, po czym je zamknął,
a potem je otworzył. Szok na jego twarzy mieszał się z żalem.
- Nie, nie
mówisz poważnie – zaprotestował słabo.
- Logan, wiem,
że nie jesteś głupi. Pewnie już musiałeś o tym myśleć.
Pokręcił
głową. Wyglądał jak dziecko, które właśnie dowiedziało się o tym, że Króliczek
Wielkanocny, Wróżka Zębuszka i Święty Mikołaj od zawsze byli kłamstwem.
Podszedł do mnie powoli. Jego kroki były ospałe, przepełnione bólem.
Był
bardzo blisko mnie. Dotknął pałacami mojej twarzy. Przejechał nimi po policzku,
tam gdzie miałam bliznę. Musnął moją skórę lekko, sprawiając, że miły dreszcz
przebiegł mi po ciele.
- To nieprawda,
nieprawda – zaczął szlochać.
Nagle
ciało za nim się poruszyło. Parametry życiowe Logana drastycznie spadły.
Ciśnienie zaczęło mu wariować, wszystko skakało.
- Logan –
powiedziałam cicho. – Logan, spójrz na mnie.
Nie
zrobił tego. Więc stanęłam na palcach i sięgnęłam do jego twarzy. Chwyciłam
mocno jego brodę, i przesunęłam ją tak, by na mnie patrzył.
- Logan, proszę
cię. Uspokój się.
Nadal
płakał. Zawsze ja płakałam. Sądziłam, że mam do tego prawo, bo tylko ja siebie
obchodziłam. Patrząc jednak na jego błękitne oczy, z których łzy, jasne i
przejrzyste, wypływały równo i szybko, widziałam, że komuś naprawdę na mnie
zależy. Logan tam był.
- Nie mogłaś
umrzeć – jęknął.
Odnalazłam jego dłoń. Kochałam
trzymać go za rękę – nasze palce idealnie wpasowane do siebie, ciepło jego
skóry, nagrzewające moją zimną dłoń.
- Logan.
Skupił
się na mnie. Nadal miał zaszklone oczy. Wciąż nie umiał tego przyjąć.
- Musisz
odejść. Masz mało czasu .
Przysunął
się do mnie. Przed oczami miałam te wszystkie idealne sceny, z nami w rolach
głównych – razem na balkonie w urodziny Maxine, gdzie patrzył na mnie inaczej
niż przedtem. Moment w parku, kiedy nasze oddechy zmieniały się w jeden.
Widziałam jak stoimy razem na drodze, widziałam jego oczy, te w które mogłabym
patrzeć godzinami. Czułam ból, który ogarnął mnie, w momencie uderzenia auta. Ale
byłam z siebie dumna, bo go ocaliłam. Tak jak sobie obiecałam.
- Nie mogę cię
tutaj zostawić, Even – objął moją twarz. – Świat bez ciebie, będzie taki, jakby
zabrakło słońca na niebie. Bez ciebie moje życie nie będzie miało sensu.
Chciałam
móc cokolwiek powiedzieć. Przypomnieć mu, że to właśnie dla niego umarłam. Lecz
głos uwiązł mi w gardle. Czując jego oddech, jego ciepło, mając jego ciało
obok, muskularne i doskonałe, mogłabym trwać tak wiecznie. Jego usta nigdy nie
były tak blisko moich. Byłam w Niebie. Razem z moim Aniołem. Z moim życiem.
- Even –
szepnął, tak blisko mojej twarzy. Nasze usta dzieliły milimetry. – Kocham cię.
I
wtedy, po raz pierwszy, nasze usta złączyły się. Na początku nieśmiało i
delikatnie. Jakby nasze usta dotykały powietrza. Miałam na wargach jego wargi,
od których biło ciepło. Namiętność, która przemawiała przez delikatność jego
ust, doprowadzała mnie do obłędu. Objęłam jego kark, całą sobą chłonąc jedynego
mężczyznę, którego kochałam nad życie. Christophera Logana UnderVarpola. Mojego
ukochanego Logana.
Jego
dłonie błądziły po moich plecach. Każdy ruch jego palców, sprawiłam, że
drżałam. Zatracałam się w jego ustach, czując jego cudowny zapach – tę woń,
która zawsze mnie uspokajała, kiedy był blisko. Miałam przed sobą twarz, którą
chciałam widzieć każdego dnia, każdego poranka, aż do końca swoich dni.
Marzyłam, by właśnie pewnego dnia, móc się z nim zestarzeć i cieszyć tym co nas
połączyło. Chciałam po prostu jeszcze kilku dni z Loganem. Jeszcze paru
pocałunków. Poczuć jego skórę. Niestety, nie miałam już żadnych dni.
Delikatnie się od siebie odsunęliśmy.
Brakowało nam powietrza, więc oboje ciężko dyszeliśmy. Na moich wargach nadal
tańczyły jego. Zaś na jego ustach pojawił się uśmiech, delikatny i nieśmiały,
jakby niepewny.
- Jak mam cię
tutaj zostawić? – jego oddech zatrzymywał się na mojej twarzy. Nadal trwałam w
jego ciasnych objęciach.
- Moja śmierć
nie może pójść na marne.
Sięgnęłam
do jego koszuli. Rozpięłam powoli pierwszy guzik, robiąc to delikatnie i spokojnie.
Logan obejmował mnie w pasie, nie puszczając nawet na moment. Ja odsłaniałam
stopniowo jego pierś, aż w końcu moim oczom ukazała się plątanina barw.
- Każdy z tych
kolorów może symbolizować coś innego – mruknęłam w jego policzek. Przesunęłam
palcem po zielonej. – Emily. Będzie cię potrzebować, szczególnie gdy będzie
nastolatką i chorobliwie zakocha się w szelmowskim chłopaku, z którym będzie
wymieniała się docinkami.
Pocałował
mnie w policzek. Było to jak dotyk jego placów, kiedy gładził moją bliznę.
- Czerwona –
pogładziłam linię. – Twój tata. Jesteś jego dumą. Jedynym synem. Właśnie tobie
chce przekazać najważniejsze rzeczy. Wszystko co dla niego cenne.
Zatopiłam
palce w jego miękkich włosach. Znowu mnie pocałował, tak, jakbym miała się
rozpłynąć. Zsunęłam dłonie ponownie na jego brzuch.
- Niebieska –
musnęłam kreskę. – To wspomnienia. Najpiękniejsze dni. Wieczór Bez Masek, te
dzień, kiedy się poznaliśmy. Twoje narodziny. To momenty, które budują życie.
Żółta to wszystkie bezinteresowne
rzeczy jakie zrobiłeś w życiu dla innych. Fioletowa to przyjaciele. A każda
kolejna to pasje, wolne chwile, drobnostki, o które dbasz, aby były doskonałe.
Uśmiechnęłam
się. Zamknęłam oczy, opierając czoło o jego podbródek. W końcu zagarnął mnie do
siebie, obejmując mocno.
- Która to ty?
– wyszeptał do mojego ucha.
Przesunęłam
dłonią spokojnie, najpierw po szyi, obojczyku, aż trafiłam na serce. Poczułam
po palcami bicie. Najpierw zamknęłam oczy, a łzy same spłynęły po mojej twarzy.
- Jestem tą,
która idzie do serce.
Tym
razem od podniósł moją twarz ku sobie. Jego oczy były już czerwone od płaczu, a
włosy zmierzwione. Cały czas trzymałam palce na jego sercu, czując oszalałe
bicie.
- Na zawsze tam
pozostanę. Na wieczność.
Z
całych sił próbowałam nie płakać. Ale wiedziałam co to jest: pożegnanie.
- Nie sądziłem,
że miłość może, aż tak boleć.
Odsunęłam
się od niego, stając kilkanaście centymetrów dalej. Spojrzał na mnie
zdezorientowany. – Już czas.
Kiwnął
głową. Podszedł do łóżka, na którym leżało jego ciało. Chwycił swoją własną
dłoń, przykrywając ją swoją widmową ręką. Monitory zaczęły piszczeć, a ja
wiedziałam, że jeśli nie wróci do ciała w tym momencie, umrze.
- Kocham Cię, Even.
Patrzył
na mnie. Jego błękitne oczy, lśniące, bajeczne. Tego właśnie człowieka
pokochałam. Byłam w stanie znaleźć dla niego miejsce, w tym całym bezkresnym
sercu, jakie biło w mojej piersi.
- Kocham Cię,
Logan.
Zamknął
oczy i wciągnął głęboko powietrze. Jego postać zaczęła lśnić. Blask oświetlił
cały pokój. Olśnił go, oślepiając moje oczy. Zobaczyłam coś, jakby starał się
mi pomachać, a potem już go nie było. Blask wydobył się ze wnętrza ciała
Logana, spoczywającego na łóżku.
Logan
się obudził. Otworzył szeroko oczy, wyglądając potwornie – cały zabandażowany,
ze spuchniętym odkrytym okiem i aparaturą wszędzie w koło. Przez jedną chwilę
zdawało mi się, że patrzy prosto na mnie. Zaraz potem opadł na łóżko, a lekarze
zasłonili mi go całkowicie.
- Kocham cię,
Logan – szepnęłam.
Zamknęłam
oczy. Stałam na łące, pod bezkresnym niebem, w idealnym miejscu, gdzie nikt nie
powinien się smucić. Logan miał przed sobą piękne życie.
Ja
miałam przed sobą całą wieczność.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz