Rozdział czterdziesty szósty
Siedem lat
później
Kiedy patrzy się na ludzkie życie z boku,
widzi się, jakie jest ono po prostu nudne. Przepełnione po brzegi
monotonnością, immobilizmem i szarością. Tylko ci, którzy jako jedyni pojęli
jakie jest ono cenne, zaczęli to wykorzystywać. Cieszyć się z najdrobniejszych
gestów.
Tak więc umarłam. Spodziewaliście
się tego? Ja raczej nie za bardzo. Lecz stało się. Jednak przez ostatnie dwa
tysiące pięćset pięćdziesiąt siedem dni miałam wiele czasu, by przyglądać się
życiu wszystkich tych, których opuściłam, odchodząc z tego świata.
Ludzie potrafią się zmienić w ciągu
siedmiu lat. Szczególnie osoby, których życie nie było jakieś wyjątkowe.
Niektórzy, tacy, którzy pojęli, jakie życie jest kruche, od razu zaczęli
cieszyć się zwykłymi, drobnymi gestami otaczającego ich zewnętrznego świata.
Tak, spędzenie tylu lat, na
patrzeniu, jak ludzie, których kochało się za życia, żyją bez ciebie, bolało.
Bardzo. Jednak mimo to trwałam u ich boku. Każdego dnia przy kimś innym. Miałam
nadzieję, że może moja śmierć coś zmieni. Szczególnie u osób, na których mi zależało.
Weźmy na przykład taką moją ciocię, Clarę
Sailes. Wiele w jej życiu się zmieniło. Poszła do pracy, zdając sobie sprawę,
że jeśli dalej będzie zamknięta w czterech ścianach, to zwariuje. Zatrudniła
się w dużej restauracji, prowadzonej przez syna jej dawniej znajomej. Szybko
stała się nieocenioną pomocą w kuchni, przez co każdy dzień bez niej, był
straszny. Każdy chwalił jej dania, pomysłowość i oryginalność. Bardzo cieszyła
mnie ta zmiana. Najśmieszniejsze nastąpiło jednak trzy lata po mojej śmierci.
Pamiętacie jej męża, mojego wujka,
który nie dość, że zdradził ją, w najtrudniejszym okresie życia, to jeszcze
odszedł od niej z kochanką. Jak się okazało, wyjechał do Grecji, gdzie
spokojnie żył sobie, razem z kobietą, zapominając o żonie, synu i zaginięciu
drugiego dziecka. Do czasu, kiedy kochanka znudziła się nim, zabrała mu
wszystkie pieniądze i odeszła do innego. John Sailes popadł w długi, bo cały
dobytek zabrała mu kochanka. Trafił na dwa lata do więzienia. Potem musiał
odrobić wszystko pracami społecznymi. Kiedy okres kary się skończył, pracował
na czarno, żeby mieć na powrót do kraju. Kiedy w końcu to zrobił, zapukał do
dawnego domu, a kiedy otworzyła mu żona, był szczerze zdziwiony. Starałam obok,
patrząc jak moja kochana ciocia wzięła sprawę w swoje ręce. Po mojej śmierci
bardzo się zmieniła. Oddała wszystkie znoszone swetry i przetarte dżinsy.
Kupiła całą masę pięknych sukienek, w kwiaty, serduszka, motylki i kwiatki.
Zafarbowała włosy na kolor płynnej czekolady, a praca i ruch, dodały jej rumieńców
na twarzy. Lśniła, wyglądając na jakieś dziesięć lat mniej.
W porównaniu do jej męża, którego
włosy stały się siwe, a brzuch urósł jak u kobiety w siódmym miesiącu ciąży.
Nie wiem na co liczył. Że wybaczy mu lata zdrady? Jeśli tak był nie dość, że
dupkiem, ale i debilem. Ciocia, rzecz jasna, postanowiła go wywalić za drzwi,
zanim Nick w ogóle go zobaczy. W końcu wysłała do sądu wniosek o rozwód. Wujek
straszył ją, że pozbawi ją wszystkiego – domu, majątku. Zapomniał jednak, że
ten dom był w całości jej, a miejskie władzy znały wszystkie szczegóły ich
historii. W końcu ciocia dostała rozwód i była już najszczęśliwsza pod słońcem. Często bywałam w domu Sailes’ów.
Szczególnie z uwagi na Nicka. Mój ukochany kuzyn musiał sam sobie radzić, gdy
mnie zabrakło. Na początku jedyne co robił to leżał. Z nikim nie rozmawiał, nie
jadł, a kiedy przychodziła Miranda, nie chciał ćwiczyć. Tygodniami trwał w
jakimś zawieszeniu. Raz, tylko raz, przyszedł do niego Logan. Nick niestety
nawrzeszczał na niego, że umarłam z jego winy. Tak strasznie to bolało. Patrzeć
jak mężczyzna, którego się kocha, pała nienawiścią do drugiego, którego
kochałam. Chciałam zrobić cokolwiek by przestał, jednak nie miałam takiej mocy.
Nie mogłam znieść widoku Nicka
przykutego do łóżka. Każdego poranka widziałam, że budzi się tak wcześnie i
godzinami czeka, aż w końcu ktoś przyjdzie, by go ubrać, nakarmić. Patrząc na
niego czułam się, jakbym to ja była wszystkiemu winna. Jego zgorzkniałości,
która dopadła go po mojej śmierci. Widziałam łzy na jego, twarzy, kiedy patrzył
na moje zdjęcia. Grymas wykrzywiający jego twarz za każdym takim razem, bolał
jak uderzenie w twarz. Nie mogłam mu pomóc. To chyba było najgorsze. Bo
wiedziałam, że cierpi.
Maxine pojawiła się nagle. Nie
robiła wiele. Czasem wpadała do Sailes’ów, pomóc w porządkach, przy Nicku. Nie
mówiła do niego nic. Nie starała się by ją zauważył. Tylko kiedy była w jego
pokoju, patrzył na nią cały czas. Bez słów, tylko patrzył. Maxine zawsze wtedy
kładła ramki z naszymi wspólnymi zdjęciami, tak aby nie widzieć mojej twarzy.
Zabawne, patrzeć jak ktoś cierpi, bo ty nie żyjesz.
Raz tylko, Miranda pojawiając się
jak co dzień, spojrzała na Nicka i wypaliła:
- Twoja przyjaciółka nie żyje, a twoja
dziewczyna i ty traktujecie się jak obcy. Czego oczekujesz od życia? Że nagle
zaczniesz chodzić? Nikomu nie będzie łatwiej, jak będziesz dalej sobie leżał.
Czy Nick się zdenerwował?
Nawrzeszczał na nią jak na Logana? Nie. Spojrzał tylko lodowatym wzrokiem.
- Masz rację – rzucił cicho. – Ale świat bez
niej, nie jest warty tego, bym chciał wstać.
Miranda wyszła. Tego dnia
zrezygnowała z pracy w domu Sailes’ów. Na wypowiedzeniu napisała, że nie będzie
marnować czasu przy kimś, to nie chce jej pomocy, bo jest mnóstwo osób, którym
się ona przyda. Dla cioci był to szok. Znalezienie dobrej rehabilitantki, która
mogłaby tak dobrze pomagać codziennych obowiązkach było niezwykle trudne.
Równo dwa dni później do jego pokoju
weszła Maxine. Była zdenerwowana, czerwona na twarzy i zanim zdążył zacząć
zdanie, krzyczała na cały dom.
- Jak mogłeś się tak zachować?! Twoja mama
wypruwa sobie żyły, żebyś miał wszystko, a ty zachowujesz się jak bachor!
Nic nie odpowiedział. To było w jego
stylu – zaczynał kłótnie, ale nigdy już ich nie kończył.
- Myślisz, że ona by tego chciała? –
wyszeptała tylko.
I wtedy, dokładnie po tych słowach,
coś w nim pękło. Po raz pierwszy od jakiegoś pół roku, Nick naprawdę pojął, ile
czasu zmarnował. Dzięki Maxine, która w jakiś sposób ściągnęła go na ziemię,
zaczął myśleć. O tym, że ma jeszcze jakoś szansę. Zaczął fizjoterapię,
rehabilitacje. Wszystko po kolei. I choć po miesiącach zmiany były niewielkie,
dalej ćwiczył. Brał leki, dużo jadł. Pilnował tego czy dostał odpowiednią dawkę
insuliny. Wszystko wskazywało jednak na to, że już nigdy się nie poruszy.
Pojawiła się możliwość operacji.
Była to jedna z pierwszych w naszym kraju, a lekarze nie mieli pewności czy
cokolwiek może zmienić. Nie chcieli ryzykować, toteż go nie zmuszali. Jednak on
uparł się, że to może mu pomóc.
Czy operacja się udała? Owszem. I to
nawet bardzo dobrze. Nick, po kilku tygodniach nowych ćwiczeń, odzyskał całkowicie
władzę w ramionach. Mógł zacząć poruszać się na wózku. Operacja dała mu też o
wiele więcej. Odzyskał częściową władzę w lewej nodze, co dawało nadzieję, iż
pewnego dnia stanie na nogi. Była to jedna z najpiękniejszych nowin jakie
wówczas miały miejsce.
Za piękne prawda? Przez pewien czas
każdy z nich myślał, że to tylko sen. Nick był w stanie radzić sobie sam. Dawał
jakoś radę. Już nie potrzebował pomocy przy najdrobniejszych sprawach. A czy
wspomniałam o najlepszym? Pewnego dnia, kiedy to Maxine po raz kolejny w
tygodniu została na noc, Nick zapytał się czy za niego wyjdzie. Serio. To nie
były zaręczyny o jakich zapewne marzyła. Jednak mogły być jeszcze piękniejsze.
Bo jej ukochany dał radę samodzielnie wyjąć z kieszeni pierścionek i zapytać
czy zostanie jego żoną. A czy ona odpowiedziała nie, bo jakie to życie z
kaleką? Otóż nie. Spojrzała tylko na niego ze łzami w oczach.
- Myślałam, że to oczywiste.
Może być coś piękniejszego? Ludzie,
na których najbardziej mi zależało, pogodzili się i marzyli o wspólnej
przyszłości. Chociaż mnie w niej nie było, nie zapominali. Nie zapominali, że
kiedyś żyłam. Wspominali mnie przy każdej okazji. I chociaż mijał czas,
ciągnęły się lata, nawet w dniu śluby, Nick i Maxine nigdy nie zapomnieli o
kimś kto kiedyś żył.
Niespełna dwie godziny wcześniej
opuścili mury kościoła, jako mąż i żona. Oboje mieli do siebie ogromny dystans,
toteż Maxine wyjechała ze świątyni na kolanach Nicka, który z uśmiechem kręcił
kołami wózka. Potraficie wyobrazić sobie bardziej kolorowy obrazek?
Przed kościołem stali tylko bliscy.
Najbliższa rodzina, znajomi, którzy byli ważni w życiu nowożeńców. Ona miała na
sobie jasną suknię do ziemi, lekką i przewiewną. Nick pogładził ją po policzku,
po czym poprawił wianek z fioletowych kwiatów ułożony starannie na jej włosach.
Potem znaleźli się w restauracji,
udekorowanej na biało. Gości było nie wiele, ale i tak wszyscy bawili się jak
nigdy. Mieli ogromny tort, starannie wykonany. Dużo prezentów, idealnie
opakowanych. Pod koniec, kiedy fryzura Maxine ledwo się trzymała, a Nick nie
miał siły nawet się poruszać, moja ciocia stuknęła w kieliszek. Nick uśmiechnął
się smutno, po czym uniósł głowę.
- Chciałbym wnieść toast za osobę, która
dzisiaj nie może być z nami. Znaczyła wiele dla mnie. I Maxine. Wiele zmieniła
w moim życiu. Podejrzewam, że był bym wrakiem człowieka, gdyby nie ona. I
chociaż to właśnie Maxine, moja ukochana żona – ścisnął jej dłoń – to właśnie
ona była jedyną kobietą, którą również tak bardzo kochałem. Była moją kuzynką.
Najlepszą przyjaciółką. Chciałbym wnieść ten toast za Even Alians, moją kochaną
siostrzyczkę.
Życie nie jest wieczne. Doskonale o
tym wiedział. Kochałam go równie mocno jak on mnie. Ale gdyby chociaż wiedział,
że jestem obok. Że już zawsze będę.
- Kochanie, widziałaś mój czarny krawat? –
zapytał Nick podjeżdżając do żony, która aktualnie prasowała mu koszulę.
- Powinien być w szufladzie – mruknęła. –
Poszukaj dokładnie.
Każdego dnia ich obserwowałam. Mieli
spokojne życie. O poranku ona wstawała pierwsza. Robiła im śniadanie, parzyła
kawę. Ubierała się, malowała i czesała. Potem budziła jego. Musiała mu pomóc z
ubieraniem się czy innymi podstawowymi czynnościami. Jedli razem, śmiejąc się,
dyskutując na różne tematy, opowiadając co akurat im się śniło. Maxine w międzyczasie
robiła Nickowi drugie śniadanie do pracy. Mój kuzyn znalazł pracę w dużej
korporacji. Udało mu się kiedyś znać wszystkie zaległości i otrzymał jakieś wykształcenie.
W jego zatrudnieniu maczał palce Logan, o czym Nick doskonale wiedział. I
chociaż pracował w biurze, gdzie każdy był raczej nadzianym dupkiem, klienci nie
byli wobec niego złośliwi. Stali bywalcy nawet się z nim zaprzyjaźniali. Nick
znosił spojrzenia przepełnione litością, a czasem nawet ich nie zauważał. Po
prostu pracował.
- Znalazłeś? – krzyknęła w stronę sypialni.
- Tak! – odpowiedział jej.
Skończyła prasować. Wygładziła
dłonią kołnierzyk i poszła pomóc Nickowi ją ubrać.
Kiedy mój kuzyn opuścił dom, umyła
kubki i talerze. Zauważyłam, że dłonie jej się trzęsą, jakby się denerwowała.
Na początku nic nie rozumiałam, aż do czasu kiedy ubrała płaszcz, chwyciła za
kluczyki od samochodu i wyszła. Usiadłam więc na krześle w kuchni i czekałam na
jej powrót. Powoli przyzwyczajałam się do życia jako duch. W końcu wróciła. Rzuciła torebkę na
blat i przez chwilę nie opierając się o niego, głęboko oddychała. Nie wiedziałam
co się dzieję, ale cierpliwie czekałam. W końcu Maxine wyjęła jakieś opakowanie
z torebki. Szybko wyszła z pomieszczenia i przez pewien czas jej nie widziałam.
Gdy wróciła trzymała coś w dłoni. Uśmiechała się promiennie. Już wiedziałam co
jest. Nie dzwoniła do Nicka, tylko cierpliwie czekała.
Ugotowała obiad. Nuciła coś
obierając warzywa. Upiekła nawet sernik, ulubiony deser Nicka. Nie miałam nawet
pojęcia, że moja przyjaciółka potrafiła tak przekonująco radzić sobie w kuchni.
Nick w końcu wrócił do domu. Nie
wyglądał na zadowolonego. Miał ponury wyraz twarzy, a poruszał się wolno, jakby
nie miał siły kręcić kołami wózka. Pocałował w policzek Maxine i sam pojechał
do sypialni się przebrać. Pojawił się w jadalni w zwykłej koszulce polo. Oboje
usiedli przy stole, jedli, siedząc cicho.
- Co się stało? – zapytała delikatnie Maxine.
- Praca – odburknął Nick, grzebiąc widelcem w
obiedzie.
Maxine pokiwała smutno głową,
wstała, aby dolać sobie napoju. Mimo to w jej ruchach nadal widać było tę
radość, która ogarnęła ją wcześniej. Jak na szpilkach czekałam, aż mu powie.
Nakładała im właśnie po dość dużym
kawałku sernika, kiedy Nick spojrzał na nią zmęczonym wzrokiem. I chociaż emanowała
od niego mieszanka złości i smutku, uśmiechnął się do żony.
- Miałaś udany dzień – zauważył, wymownie
spoglądając na nią, która nadal stała z talerzami z szerokim uśmiechem na
twarzy.
Zagryzła wargę, stawiając przed nim
talerz. Usiadła mu lekko na kolanach, obejmując go za szyję. Spojrzała mu w
oczy. W jej już kłębiły się łzy.
- Chyba jestem w ciąży – szepnęła.
Nie ważne co wydarzyło się u Nicka w
pracy. Nawet powódź nie zabrałaby ich szczęścia. Do wieczora się cieszyli,
śmiali i nie mogli przestać uśmiechać.
Jakaś część mnie myślała, że gdybym
nie umarła, może by do siebie nie wrócili. Żałowałam, że nie mogę być z nimi.
Że nie mogę im pogratulować. Uściskać jej. Ale jedna myśl bolała mnie jeszcze
bardziej.
Nigdy nie dotknę tego maleństwa, dla
którego mogłabym być najlepszą ciocią na świecie.
- Tak się cieszę – wyszeptałam w ich kierunku,
zanim zniknęłam, by zostawić ich całkowicie samych.
Ludzie
mogą bardzo się zmienić w ciągu siedmiu lat. Nie wiem czy się nad tym
zastanawialiście. I chociaż ciocia, Nick i Maxine potrafili wprowadzić
monstrualne zmiany do swojej egzystencji, inni, których znałam za życia,
również tego dokonali. Może nie było to, aż tak ogromne, a niekiedy dość małe,
to cieszyło mnie patrzenie na to.
Pamiętacie jeszcze Cola i Mattew,
którzy wiele razy pomagali mi wpakować się w kłopoty? Otóż, Cole podsycony
wydarzeniami w domu rzucił szkołę w cholerę. I chociaż jego rodzice grozili mu
wielokrotnie, że jeśli do niej nie wróci, to nie ma domu i rodziny. Więc mój
dawny towarzysz wziął to na poważnie. Uciekł z domu i dołączył do jakiegoś
młodocianego gangu. Z chęcią sprzedawał narkotyki każdemu, kto miał pieniądze.
Upijał się w barach, podrywał obce dziewczyny, które z obrzydzeniem patrzyły
jak zatacza się przez nadmiar alkoholu. Stoczył się na samo dno. Rzecz jasna,
nie rozumiał co robi. Był zadowolony kradnąc, niszcząc i pijąc od rana do
wieczora. Długo trwała ta sielanka. Jego spryt, który wykorzystywał na prawo i
lewo, skutecznie chronił go przed prawem. Oczywiście do czasu. Wiecie na czym
go złapali? Jak naćpany malował grafity w miejscu, na którym robiliśmy to
razem, już kilka lat wstecz. Zamknęli go jako przestępcę i dilera. Groziło mu jakieś
dziesięć lat, o ile powie gdzie jest reszta jego szajki.
Pewnego dnia w więzieniu pojawił się
prawnik. Młody, świeżo po studiach, który ledwie zaczynał. Oczywiście Cole
upierał się, że on go nie zna i nikogo nie prosił o pomoc. Mimo to podszedł
spotkać się z adwokatem. Kim się okazał? Mattew Elson. On w porównaniu do
dawnego przyjaciela, zrobił coś ze swoim życiem. Chciał rozstrzygnąć jego
sprawę.
- Jak mogłeś się tak stoczyć, Cole? – zapytał
go, przeglądając jakieś dokumenty. – I po cholerę znowu ruszałeś tamten
budynek?
Na
początku nie odpowiadał. Po prostu zacisnął palce na stole i nawet nie patrzył
na Mattew. Mimo to jednak w końcu coś powiedział.
- Zdawało mi się… że ona tam jest – wyjąkał.
Chłopak zmarszczył brwi. Chociaż
słowa były dwuznaczne, od razu rozpoznał o kim mówił Cole.
- On nie żyje – wybąkał Mattew
Cole w końcu podniósł oczy na
dawnego przyjaciela. Zmienił się nieodpoznania. Miał kozią bródkę, pasującą do
czterdziestoletniego złodzieja. Schudł, przez nadmiar alkoholu i brak dziennego
zapotrzebowania kilokalorii. Wyglądał strasznie.
- Ona zrobiła coś dobrego. I umarła w związku
ze sprawą. A ty zachowujesz się jak pies spuszczony ze smyczy.
Tak, tak. Mówili o mnie. O zmarłej
sześć lat wcześniej dziewczynie, która w sumie była im trochę jakby obojętna.
Jednak oboje pamiętali. Zabawne, że chociaż żyli po swojemu, korzystając z
życia całkowicie inaczej, pamiętali. - Zachowałeś się jak dureń. - Zaczął zbierać
porozrzucane dokumenty do teczki, starannie układając się według kolejności.
W końcu wstał. Doszedł do drzwi,
lecz znieruchomiał z ręką nad klamką.
- Będę prowadzić twoją sprawę. Ale, nie będę
cię chronić. Postaram się tylko załagodzić wyrok.
I wyszedł, zostawiając go samego z
własnymi myślami. Cole wstał, odrzucił na bok krzesło. Zaczął wrzeszczeć i
wyklinać wszystko i wszystkich. Kiedy w końcu pojawili się jacyś policjanci,
unieruchomili go i na moment spojrzał w miejsce, gdzie stałam. Chciałam, żeby
mnie zobaczył, ale nie wydarzył się cud. Po prostu zaciągnęli go do celi, gdzie
miał czekać procesu.
Może coś bardziej pozytywnego was
interesuje? To też mam. Jamesa pewnie pamiętacie. Chłopak Maggie był jedną z
osób, których nie spodziewałam się spotkać. Poszedł na studia medyczne.
Stwierdził, że uda mu się kogoś uratować. Że nie będzie patrzył tak po prostu
na cierpienia ludzi.
Był przykładem osób, które
postanowiły zmienić jak najwięcej w swoim życiu, jednocześnie trzymając się
przeszłości. Nadal tęsknił za Maggie. Ale znalazł sobie dziewczynę, która
wiedziała o jego dawnej miłości i marzyła o tym, by pewnego dnia był w stanie
zapomnieć o niej choć trochę. Tak też się stało. Chociaż James nadal
tęsknił za ukochaną sprzed lat, nowa dziewczyna wniosła trochę słońca do jego
życia. Nareszcie.
A może rodzice Monique? Ich też
spotkały reformy w życiu. Szczególnie dlatego, że jej matka w końcu pojęła, że
na zawsze straciła córkę. Trochę jej to zajęło. Mimo to spojrzała na swoje
życie, które wiodła dotychczas, z obrzydzeniem. Jak mogłam pozwolić na śmierć mojego dziecka? pytała siebie. Może
nie uwierzycie, ale ona i pan Strartton wrócili do siebie. Z początku byłam
temu naprawdę przeciwna. Bałam się, że ta kobieta ponownie zrani ojca mojej
najlepszej przyjaciółki? Jednak tak się nie stało. Pojęłam jak bardzo ten
mężczyzna był zakochany w swojej żonie. Ona chyba też to zauważyła, bo nagle
przyjęła jego miłość, prawdziwą, taką, która nie była sztuczna czy udawana.
A teraz wisienka na torcie. Szanowna
pani Amanda Alians, żona Roba Aliansa, adopcyjna matka Even Alians, wylądowała
w szpitalu dla psychicznie chorych. Trudo uwierzyć, co? W końcu była idealna i
taka niesamowita. Jednak taka już nie jest.
Kiedy policja do niej zadzwoniła (bo
jednak nadal była moją matką) na początku im nie wierzyła. Mówiła w kółko i
kółko, że to jakiś żart i chcę się na niej odegrać. Później ciągle powtarzała,
że na to zasłużyłam. Ludziom, którzy składali jej kondolencje, odpowiadała,
byłam nieodrodną córką ojca, która okazała się być równie niezrównoważona jak
jej tatuś. Utrzymywała swoją pozycję co do tego, że ani trochę jej na mnie nie
zależało.
Sytuacja zmieniła się, kiedy nagle
zaczęła nie wychodzić z domu. Zamykała się w czterech ścianach, nikogo nie
wpuszczała. Jakieś pół roku po mojej śmierci, stała w szlafroku w moim pokoju.
Patrzyła na wszystko co stało nienaruszone od kiedy uciekłam z domu. Ramki ze
zdjęciami nadal leżały zbite na ziemi, a pościel niedbale rzucona w nogi łóżka.
Wyszła z niego, uprzednio gasząc światła. Byłam tam. Szłam za nią do salonu,
gdzie tak często dochodziło do naszej konfrontacji. Patrząc na jej zaszklone oczy,
widziałam moją ciocię, która nie była sobą po zaginięciu Kevina. Teraz moja
matka, która chcąc, nie chcąc mnie wychowała, stała sama w domu, wyglądając
jakby miała zaraz umrzeć. I chociaż wiele razy sprawiała mi ból, nie chciałam,
aby całe życie kryła się w domu.
- To miejsce jest chyba przeklęte – wyjąkała.
Wiecie co zrobiła? Podpaliła dom.
Jakby nic dla niej nie znaczył. Nie uciekała. Siedziała na kanapie, patrząc jak
płomienie liżą meble, pamiątki. Sąsiedzi w końcu zadzwonili na straż pożarną, a
kiedy ci gasili ogień, ona dalej tak siedziała. W końcu jakiś strażak wpadł do
wnętrza i ujrzawszy ją zaczął gorączkowo prosić, by oddaliła się od płomieni
ona dalej siedziała.
- Proszę pani! Proszę pani! – krzyczał, ale
bezsensu.
Po pokonaniu przeszkód zabrali ją,
chociaż protestowała. Krzyczała, płakała, rwała sobie włosy z głowy. To właśnie
ratownik z karetki zdiagnozował u niej chorobę psychiczną. Szczególnym
obciążeniem dla niej były anonimowe informacje od jakieś osoby, że znęcała się
psychicznie i fizycznie nad zaadoptowaną córką. Otrzymała odpowiednie diagnozy,
i została zakwaterowana na oddziale już do końca życia. W domu doszczętnie
spalił się salon, jej sypialnia i kuchnia. Mój pokój dziwnym trafem został bez szwanku.
Czasem w nocy, kiedy moi bliscy
śpią, patrzyłam na nią. Nie zawsze spała, chociaż otrzymywała pokaźne dawki
leków nasennych. Patrzyła z przerażeniem na pokój, kręcąc głową.
- Nie, nie, nie – mruczała, aż w końcu
przeradzało się to w krzyk, a pielęgniarki musiały ją uspokajać.
Spotkał ją los dla niektórych gorszy
niżeli śmierć. Czy uważam, że była to dla niej kara? Nie wiem. Może tak. Może
nie. Nie mnie osądzać.
Czym jest śmierć? To dość ogólnikowe
pytanie. Jeśli je rozbić na trochę drobniejsze części mamy wiele pytać: Po co
jest śmierć? Co ona daje? Komu się należy? Dlaczego nikt nie może się na nią
przygotować?
Patrząc z perspektywy czasu, śmierć
miała swoje plusy. Ludzie się zmieniali, czas biegł swoim rytmem, zabierając
kolejne osoby i dając nowe życia. Moi przyjaciele dostali to co im się należało
– szczęście lub sprawiedliwość. Nauczyli się trochę za szybko czym jest dorosłość.
Wówczas miałabym dwadzieścia trzy lata. Mogłabym tak jak Nick i Maxine
spodziewać się dziecka, albo czekać na koniec kary w więzieniu tak jak Cole.
Wszystko zależałoby ode mnie. Jednak nie mogłam się tego dowiedzieć, bo
umarłam. Tak szybko i nagle. Ale czy obwiniałam za to Boga? Chociaż nadal nie byłam
pewna co do Jego istnienia, nie mogłam go obwiniać. Tak czy inaczej – pewnego dnia
i tak bym umarła. Albo przez duchy, albo chorobę czy starość. Zginęłabym bez
szumu. Tak po prostu. Nadal byłabym tą dziewczyną, córką z romansu, która
niewiele by znaczyła. Ale uratowałam kogoś. Życie. I chociaż była to transakcja
życie za życie, jestem z niej zadowolona, bo zmieniłam perspektywy innych.
Pomogłam im jakoś zmienić siebie. Nie odda mi to życia. Ale da radość po
śmierci, bo nie wiedzieli, że jestem obok.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz