piątek, 3 lutego 2017

Rozdział czterdziesty szósty

 Siedem lat później
            Kiedy patrzy się na ludzkie życie z boku, widzi się, jakie jest ono po prostu nudne. Przepełnione po brzegi monotonnością, immobilizmem i szarością. Tylko ci, którzy jako jedyni pojęli jakie jest ono cenne, zaczęli to wykorzystywać. Cieszyć się z najdrobniejszych gestów.
            Tak więc umarłam. Spodziewaliście się tego? Ja raczej nie za bardzo. Lecz stało się. Jednak przez ostatnie dwa tysiące pięćset pięćdziesiąt siedem dni miałam wiele czasu, by przyglądać się życiu wszystkich tych, których opuściłam, odchodząc z tego świata.
            Ludzie potrafią się zmienić w ciągu siedmiu lat. Szczególnie osoby, których życie nie było jakieś wyjątkowe. Niektórzy, tacy, którzy pojęli, jakie życie jest kruche, od razu zaczęli cieszyć się zwykłymi, drobnymi gestami otaczającego ich zewnętrznego świata.
            Tak, spędzenie tylu lat, na patrzeniu, jak ludzie, których kochało się za życia, żyją bez ciebie, bolało. Bardzo. Jednak mimo to trwałam u ich boku. Każdego dnia przy kimś innym. Miałam nadzieję, że może moja śmierć coś zmieni. Szczególnie u osób, na których mi zależało.
            Weźmy na przykład taką moją ciocię, Clarę Sailes. Wiele w jej życiu się zmieniło. Poszła do pracy, zdając sobie sprawę, że jeśli dalej będzie zamknięta w czterech ścianach, to zwariuje. Zatrudniła się w dużej restauracji, prowadzonej przez syna jej dawniej znajomej. Szybko stała się nieocenioną pomocą w kuchni, przez co każdy dzień bez niej, był straszny. Każdy chwalił jej dania, pomysłowość i oryginalność. Bardzo cieszyła mnie ta zmiana. Najśmieszniejsze nastąpiło jednak trzy lata po mojej śmierci.
            Pamiętacie jej męża, mojego wujka, który nie dość, że zdradził ją, w najtrudniejszym okresie życia, to jeszcze odszedł od niej z kochanką. Jak się okazało, wyjechał do Grecji, gdzie spokojnie żył sobie, razem z kobietą, zapominając o żonie, synu i zaginięciu drugiego dziecka. Do czasu, kiedy kochanka znudziła się nim, zabrała mu wszystkie pieniądze i odeszła do innego. John Sailes popadł w długi, bo cały dobytek zabrała mu kochanka. Trafił na dwa lata do więzienia. Potem musiał odrobić wszystko pracami społecznymi. Kiedy okres kary się skończył, pracował na czarno, żeby mieć na powrót do kraju. Kiedy w końcu to zrobił, zapukał do dawnego domu, a kiedy otworzyła mu żona, był szczerze zdziwiony. Starałam obok, patrząc jak moja kochana ciocia wzięła sprawę w swoje ręce. Po mojej śmierci bardzo się zmieniła. Oddała wszystkie znoszone swetry i przetarte dżinsy. Kupiła całą masę pięknych sukienek, w kwiaty, serduszka, motylki i kwiatki. Zafarbowała włosy na kolor płynnej czekolady, a praca i ruch, dodały jej rumieńców na twarzy. Lśniła, wyglądając na jakieś dziesięć lat mniej.
            W porównaniu do jej męża, którego włosy stały się siwe, a brzuch urósł jak u kobiety w siódmym miesiącu ciąży. Nie wiem na co liczył. Że wybaczy mu lata zdrady? Jeśli tak był nie dość, że dupkiem, ale i debilem. Ciocia, rzecz jasna, postanowiła go wywalić za drzwi, zanim Nick w ogóle go zobaczy. W końcu wysłała do sądu wniosek o rozwód. Wujek straszył ją, że pozbawi ją wszystkiego – domu, majątku. Zapomniał jednak, że ten dom był w całości jej, a miejskie władzy znały wszystkie szczegóły ich historii. W końcu ciocia dostała rozwód i była już najszczęśliwsza pod słońcem.            Często bywałam w domu Sailes’ów. Szczególnie z uwagi na Nicka. Mój ukochany kuzyn musiał sam sobie radzić, gdy mnie zabrakło. Na początku jedyne co robił to leżał. Z nikim nie rozmawiał, nie jadł, a kiedy przychodziła Miranda, nie chciał ćwiczyć. Tygodniami trwał w jakimś zawieszeniu. Raz, tylko raz, przyszedł do niego Logan. Nick niestety nawrzeszczał na niego, że umarłam z jego winy. Tak strasznie to bolało. Patrzeć jak mężczyzna, którego się kocha, pała nienawiścią do drugiego, którego kochałam. Chciałam zrobić cokolwiek by przestał, jednak nie miałam takiej mocy.
            Nie mogłam znieść widoku Nicka przykutego do łóżka. Każdego poranka widziałam, że budzi się tak wcześnie i godzinami czeka, aż w końcu ktoś przyjdzie, by go ubrać, nakarmić. Patrząc na niego czułam się, jakbym to ja była wszystkiemu winna. Jego zgorzkniałości, która dopadła go po mojej śmierci. Widziałam łzy na jego, twarzy, kiedy patrzył na moje zdjęcia. Grymas wykrzywiający jego twarz za każdym takim razem, bolał jak uderzenie w twarz. Nie mogłam mu pomóc. To chyba było najgorsze. Bo wiedziałam, że cierpi.
            Maxine pojawiła się nagle. Nie robiła wiele. Czasem wpadała do Sailes’ów, pomóc w porządkach, przy Nicku. Nie mówiła do niego nic. Nie starała się by ją zauważył. Tylko kiedy była w jego pokoju, patrzył na nią cały czas. Bez słów, tylko patrzył. Maxine zawsze wtedy kładła ramki z naszymi wspólnymi zdjęciami, tak aby nie widzieć mojej twarzy. Zabawne, patrzeć jak ktoś cierpi, bo ty nie żyjesz.
            Raz tylko, Miranda pojawiając się jak co dzień, spojrzała na Nicka i wypaliła:
 - Twoja przyjaciółka nie żyje, a twoja dziewczyna i ty traktujecie się jak obcy. Czego oczekujesz od życia? Że nagle zaczniesz chodzić? Nikomu nie będzie łatwiej, jak będziesz dalej sobie leżał.
            Czy Nick się zdenerwował? Nawrzeszczał na nią jak na Logana? Nie. Spojrzał tylko lodowatym wzrokiem.
 - Masz rację – rzucił cicho. – Ale świat bez niej, nie jest warty tego, bym chciał wstać.
            Miranda wyszła. Tego dnia zrezygnowała z pracy w domu Sailes’ów. Na wypowiedzeniu napisała, że nie będzie marnować czasu przy kimś, to nie chce jej pomocy, bo jest mnóstwo osób, którym się ona przyda. Dla cioci był to szok. Znalezienie dobrej rehabilitantki, która mogłaby tak dobrze pomagać codziennych obowiązkach było niezwykle trudne.
            Równo dwa dni później do jego pokoju weszła Maxine. Była zdenerwowana, czerwona na twarzy i zanim zdążył zacząć zdanie, krzyczała na cały dom.
 - Jak mogłeś się tak zachować?! Twoja mama wypruwa sobie żyły, żebyś miał wszystko, a ty zachowujesz się jak bachor!
            Nic nie odpowiedział. To było w jego stylu – zaczynał kłótnie, ale nigdy już ich nie kończył.
 - Myślisz, że ona by tego chciała? – wyszeptała tylko.
            I wtedy, dokładnie po tych słowach, coś w nim pękło. Po raz pierwszy od jakiegoś pół roku, Nick naprawdę pojął, ile czasu zmarnował. Dzięki Maxine, która w jakiś sposób ściągnęła go na ziemię, zaczął myśleć. O tym, że ma jeszcze jakoś szansę. Zaczął fizjoterapię, rehabilitacje. Wszystko po kolei. I choć po miesiącach zmiany były niewielkie, dalej ćwiczył. Brał leki, dużo jadł. Pilnował tego czy dostał odpowiednią dawkę insuliny. Wszystko wskazywało jednak na to, że już nigdy się nie poruszy.
            Pojawiła się możliwość operacji. Była to jedna z pierwszych w naszym kraju, a lekarze nie mieli pewności czy cokolwiek może zmienić. Nie chcieli ryzykować, toteż go nie zmuszali. Jednak on uparł się, że to może mu pomóc.
            Czy operacja się udała? Owszem. I to nawet bardzo dobrze. Nick, po kilku tygodniach nowych ćwiczeń, odzyskał całkowicie władzę w ramionach. Mógł zacząć poruszać się na wózku. Operacja dała mu też o wiele więcej. Odzyskał częściową władzę w lewej nodze, co dawało nadzieję, iż pewnego dnia stanie na nogi. Była to jedna z najpiękniejszych nowin jakie wówczas miały miejsce.
            Za piękne prawda? Przez pewien czas każdy z nich myślał, że to tylko sen. Nick był w stanie radzić sobie sam. Dawał jakoś radę. Już nie potrzebował pomocy przy najdrobniejszych sprawach. A czy wspomniałam o najlepszym? Pewnego dnia, kiedy to Maxine po raz kolejny w tygodniu została na noc, Nick zapytał się czy za niego wyjdzie. Serio. To nie były zaręczyny o jakich zapewne marzyła. Jednak mogły być jeszcze piękniejsze. Bo jej ukochany dał radę samodzielnie wyjąć z kieszeni pierścionek i zapytać czy zostanie jego żoną. A czy ona odpowiedziała nie, bo jakie to życie z kaleką? Otóż nie. Spojrzała tylko na niego ze łzami w oczach.
 - Myślałam, że to oczywiste.
            Może być coś piękniejszego? Ludzie, na których najbardziej mi zależało, pogodzili się i marzyli o wspólnej przyszłości. Chociaż mnie w niej nie było, nie zapominali. Nie zapominali, że kiedyś żyłam. Wspominali mnie przy każdej okazji. I chociaż mijał czas, ciągnęły się lata, nawet w dniu śluby, Nick i Maxine nigdy nie zapomnieli o kimś kto kiedyś żył.
            Niespełna dwie godziny wcześniej opuścili mury kościoła, jako mąż i żona. Oboje mieli do siebie ogromny dystans, toteż Maxine wyjechała ze świątyni na kolanach Nicka, który z uśmiechem kręcił kołami wózka. Potraficie wyobrazić sobie bardziej kolorowy obrazek?
            Przed kościołem stali tylko bliscy. Najbliższa rodzina, znajomi, którzy byli ważni w życiu nowożeńców. Ona miała na sobie jasną suknię do ziemi, lekką i przewiewną. Nick pogładził ją po policzku, po czym poprawił wianek z fioletowych kwiatów ułożony starannie na jej włosach.
            Potem znaleźli się w restauracji, udekorowanej na biało. Gości było nie wiele, ale i tak wszyscy bawili się jak nigdy. Mieli ogromny tort, starannie wykonany. Dużo prezentów, idealnie opakowanych. Pod koniec, kiedy fryzura Maxine ledwo się trzymała, a Nick nie miał siły nawet się poruszać, moja ciocia stuknęła w kieliszek. Nick uśmiechnął się smutno, po czym uniósł głowę.
 - Chciałbym wnieść toast za osobę, która dzisiaj nie może być z nami. Znaczyła wiele dla mnie. I Maxine. Wiele zmieniła w moim życiu. Podejrzewam, że był bym wrakiem człowieka, gdyby nie ona. I chociaż to właśnie Maxine, moja ukochana żona – ścisnął jej dłoń – to właśnie ona była jedyną kobietą, którą również tak bardzo kochałem. Była moją kuzynką. Najlepszą przyjaciółką. Chciałbym wnieść ten toast za Even Alians, moją kochaną siostrzyczkę.
            Życie nie jest wieczne. Doskonale o tym wiedział. Kochałam go równie mocno jak on mnie. Ale gdyby chociaż wiedział, że jestem obok. Że już zawsze będę.
         
 - Kochanie, widziałaś mój czarny krawat? – zapytał Nick podjeżdżając do żony, która aktualnie prasowała mu koszulę.
 - Powinien być w szufladzie – mruknęła. – Poszukaj dokładnie.
            Każdego dnia ich obserwowałam. Mieli spokojne życie. O poranku ona wstawała pierwsza. Robiła im śniadanie, parzyła kawę. Ubierała się, malowała i czesała. Potem budziła jego. Musiała mu pomóc z ubieraniem się czy innymi podstawowymi czynnościami. Jedli razem, śmiejąc się, dyskutując na różne tematy, opowiadając co akurat im się śniło. Maxine w międzyczasie robiła Nickowi drugie śniadanie do pracy. Mój kuzyn znalazł pracę w dużej korporacji. Udało mu się kiedyś znać wszystkie zaległości i otrzymał jakieś wykształcenie. W jego zatrudnieniu maczał palce Logan, o czym Nick doskonale wiedział. I chociaż pracował w biurze, gdzie każdy był raczej nadzianym dupkiem, klienci nie byli wobec niego złośliwi. Stali bywalcy nawet się z nim zaprzyjaźniali. Nick znosił spojrzenia przepełnione litością, a czasem nawet ich nie zauważał. Po prostu pracował.
 - Znalazłeś? – krzyknęła w stronę sypialni.
 - Tak! – odpowiedział jej.
            Skończyła prasować. Wygładziła dłonią kołnierzyk i poszła pomóc Nickowi ją ubrać.
            Kiedy mój kuzyn opuścił dom, umyła kubki i talerze. Zauważyłam, że dłonie jej się trzęsą, jakby się denerwowała. Na początku nic nie rozumiałam, aż do czasu kiedy ubrała płaszcz, chwyciła za kluczyki od samochodu i wyszła. Usiadłam więc na krześle w kuchni i czekałam na jej powrót. Powoli przyzwyczajałam się do życia jako duch.            W końcu wróciła. Rzuciła torebkę na blat i przez chwilę nie opierając się o niego, głęboko oddychała. Nie wiedziałam co się dzieję, ale cierpliwie czekałam. W końcu Maxine wyjęła jakieś opakowanie z torebki. Szybko wyszła z pomieszczenia i przez pewien czas jej nie widziałam. Gdy wróciła trzymała coś w dłoni. Uśmiechała się promiennie. Już wiedziałam co jest. Nie dzwoniła do Nicka, tylko cierpliwie czekała.
            Ugotowała obiad. Nuciła coś obierając warzywa. Upiekła nawet sernik, ulubiony deser Nicka. Nie miałam nawet pojęcia, że moja przyjaciółka potrafiła tak przekonująco radzić sobie w kuchni.
            Nick w końcu wrócił do domu. Nie wyglądał na zadowolonego. Miał ponury wyraz twarzy, a poruszał się wolno, jakby nie miał siły kręcić kołami wózka. Pocałował w policzek Maxine i sam pojechał do sypialni się przebrać. Pojawił się w jadalni w zwykłej koszulce polo. Oboje usiedli przy stole, jedli, siedząc cicho.
 - Co się stało? – zapytała delikatnie Maxine.
 - Praca – odburknął Nick, grzebiąc widelcem w obiedzie.
            Maxine pokiwała smutno głową, wstała, aby dolać sobie napoju. Mimo to w jej ruchach nadal widać było tę radość, która ogarnęła ją wcześniej. Jak na szpilkach czekałam, aż mu powie.
            Nakładała im właśnie po dość dużym kawałku sernika, kiedy Nick spojrzał na nią zmęczonym wzrokiem. I chociaż emanowała od niego mieszanka złości i smutku, uśmiechnął się do żony.
 - Miałaś udany dzień – zauważył, wymownie spoglądając na nią, która nadal stała z talerzami z szerokim uśmiechem na twarzy.
            Zagryzła wargę, stawiając przed nim talerz. Usiadła mu lekko na kolanach, obejmując go za szyję. Spojrzała mu w oczy. W jej już kłębiły się łzy.
 - Chyba jestem w ciąży – szepnęła.
            Nie ważne co wydarzyło się u Nicka w pracy. Nawet powódź nie zabrałaby ich szczęścia. Do wieczora się cieszyli, śmiali i nie mogli przestać uśmiechać.
            Jakaś część mnie myślała, że gdybym nie umarła, może by do siebie nie wrócili. Żałowałam, że nie mogę być z nimi. Że nie mogę im pogratulować. Uściskać jej. Ale jedna myśl bolała mnie jeszcze bardziej.
            Nigdy nie dotknę tego maleństwa, dla którego mogłabym być najlepszą ciocią na świecie.
 - Tak się cieszę – wyszeptałam w ich kierunku, zanim zniknęłam, by zostawić ich całkowicie samych.
 Ludzie mogą bardzo się zmienić w ciągu siedmiu lat. Nie wiem czy się nad tym zastanawialiście. I chociaż ciocia, Nick i Maxine potrafili wprowadzić monstrualne zmiany do swojej egzystencji, inni, których znałam za życia, również tego dokonali. Może nie było to, aż tak ogromne, a niekiedy dość małe, to cieszyło mnie patrzenie na to.
            Pamiętacie jeszcze Cola i Mattew, którzy wiele razy pomagali mi wpakować się w kłopoty? Otóż, Cole podsycony wydarzeniami w domu rzucił szkołę w cholerę. I chociaż jego rodzice grozili mu wielokrotnie, że jeśli do niej nie wróci, to nie ma domu i rodziny. Więc mój dawny towarzysz wziął to na poważnie. Uciekł z domu i dołączył do jakiegoś młodocianego gangu. Z chęcią sprzedawał narkotyki każdemu, kto miał pieniądze. Upijał się w barach, podrywał obce dziewczyny, które z obrzydzeniem patrzyły jak zatacza się przez nadmiar alkoholu. Stoczył się na samo dno. Rzecz jasna, nie rozumiał co robi. Był zadowolony kradnąc, niszcząc i pijąc od rana do wieczora. Długo trwała ta sielanka. Jego spryt, który wykorzystywał na prawo i lewo, skutecznie chronił go przed prawem. Oczywiście do czasu. Wiecie na czym go złapali? Jak naćpany malował grafity w miejscu, na którym robiliśmy to razem, już kilka lat wstecz. Zamknęli go jako przestępcę i dilera. Groziło mu jakieś dziesięć lat, o ile powie gdzie jest reszta jego szajki.    
            Pewnego dnia w więzieniu pojawił się prawnik. Młody, świeżo po studiach, który ledwie zaczynał. Oczywiście Cole upierał się, że on go nie zna i nikogo nie prosił o pomoc. Mimo to podszedł spotkać się z adwokatem. Kim się okazał? Mattew Elson. On w porównaniu do dawnego przyjaciela, zrobił coś ze swoim życiem. Chciał rozstrzygnąć jego sprawę.
 - Jak mogłeś się tak stoczyć, Cole? – zapytał go, przeglądając jakieś dokumenty. – I po cholerę znowu ruszałeś tamten budynek?
            Na początku nie odpowiadał. Po prostu zacisnął palce na stole i nawet nie patrzył na Mattew. Mimo to jednak w końcu coś powiedział.
 - Zdawało mi się… że ona tam jest – wyjąkał.
            Chłopak zmarszczył brwi. Chociaż słowa były dwuznaczne, od razu rozpoznał o kim mówił Cole.
 - On nie żyje – wybąkał Mattew
            Cole w końcu podniósł oczy na dawnego przyjaciela. Zmienił się nieodpoznania. Miał kozią bródkę, pasującą do czterdziestoletniego złodzieja. Schudł, przez nadmiar alkoholu i brak dziennego zapotrzebowania kilokalorii. Wyglądał strasznie.
 - Ona zrobiła coś dobrego. I umarła w związku ze sprawą. A ty zachowujesz się jak pies spuszczony ze smyczy.
            Tak, tak. Mówili o mnie. O zmarłej sześć lat wcześniej dziewczynie, która w sumie była im trochę jakby obojętna. Jednak oboje pamiętali. Zabawne, że chociaż żyli po swojemu, korzystając z życia całkowicie inaczej, pamiętali. - Zachowałeś się jak dureń. - Zaczął zbierać porozrzucane dokumenty do teczki, starannie układając się według kolejności.
            W końcu wstał. Doszedł do drzwi, lecz znieruchomiał z ręką nad klamką.
 - Będę prowadzić twoją sprawę. Ale, nie będę cię chronić. Postaram się tylko załagodzić wyrok.
            I wyszedł, zostawiając go samego z własnymi myślami. Cole wstał, odrzucił na bok krzesło. Zaczął wrzeszczeć i wyklinać wszystko i wszystkich. Kiedy w końcu pojawili się jacyś policjanci, unieruchomili go i na moment spojrzał w miejsce, gdzie stałam. Chciałam, żeby mnie zobaczył, ale nie wydarzył się cud. Po prostu zaciągnęli go do celi, gdzie miał czekać procesu.
            Może coś bardziej pozytywnego was interesuje? To też mam. Jamesa pewnie pamiętacie. Chłopak Maggie był jedną z osób, których nie spodziewałam się spotkać. Poszedł na studia medyczne. Stwierdził, że uda mu się kogoś uratować. Że nie będzie patrzył tak po prostu na cierpienia ludzi.
            Był przykładem osób, które postanowiły zmienić jak najwięcej w swoim życiu, jednocześnie trzymając się przeszłości. Nadal tęsknił za Maggie. Ale znalazł sobie dziewczynę, która wiedziała o jego dawnej miłości i marzyła o tym, by pewnego dnia był w stanie zapomnieć o niej choć trochę.  Tak też się stało. Chociaż James nadal tęsknił za ukochaną sprzed lat, nowa dziewczyna wniosła trochę słońca do jego życia. Nareszcie.
            A może rodzice Monique? Ich też spotkały reformy w życiu. Szczególnie dlatego, że jej matka w końcu pojęła, że na zawsze straciła córkę. Trochę jej to zajęło. Mimo to spojrzała na swoje życie, które wiodła dotychczas, z obrzydzeniem. Jak mogłam pozwolić na śmierć mojego dziecka? pytała siebie. Może nie uwierzycie, ale ona i pan Strartton wrócili do siebie. Z początku byłam temu naprawdę przeciwna. Bałam się, że ta kobieta ponownie zrani ojca mojej najlepszej przyjaciółki? Jednak tak się nie stało. Pojęłam jak bardzo ten mężczyzna był zakochany w swojej żonie. Ona chyba też to zauważyła, bo nagle przyjęła jego miłość, prawdziwą, taką, która nie była sztuczna czy udawana.
            A teraz wisienka na torcie. Szanowna pani Amanda Alians, żona Roba Aliansa, adopcyjna matka Even Alians, wylądowała w szpitalu dla psychicznie chorych. Trudo uwierzyć, co? W końcu była idealna i taka niesamowita. Jednak taka już nie jest.
            Kiedy policja do niej zadzwoniła (bo jednak nadal była moją matką) na początku im nie wierzyła. Mówiła w kółko i kółko, że to jakiś żart i chcę się na niej odegrać. Później ciągle powtarzała, że na to zasłużyłam. Ludziom, którzy składali jej kondolencje, odpowiadała, byłam nieodrodną córką ojca, która okazała się być równie niezrównoważona jak jej tatuś. Utrzymywała swoją pozycję co do tego, że ani trochę jej na mnie nie zależało.
            Sytuacja zmieniła się, kiedy nagle zaczęła nie wychodzić z domu. Zamykała się w czterech ścianach, nikogo nie wpuszczała. Jakieś pół roku po mojej śmierci, stała w szlafroku w moim pokoju. Patrzyła na wszystko co stało nienaruszone od kiedy uciekłam z domu. Ramki ze zdjęciami nadal leżały zbite na ziemi, a pościel niedbale rzucona w nogi łóżka. Wyszła z niego, uprzednio gasząc światła. Byłam tam. Szłam za nią do salonu, gdzie tak często dochodziło do naszej konfrontacji. Patrząc na jej zaszklone oczy, widziałam moją ciocię, która nie była sobą po zaginięciu Kevina. Teraz moja matka, która chcąc, nie chcąc mnie wychowała, stała sama w domu, wyglądając jakby miała zaraz umrzeć. I chociaż wiele razy sprawiała mi ból, nie chciałam, aby całe życie kryła się w domu.
 - To miejsce jest chyba przeklęte – wyjąkała.
            Wiecie co zrobiła? Podpaliła dom. Jakby nic dla niej nie znaczył. Nie uciekała. Siedziała na kanapie, patrząc jak płomienie liżą meble, pamiątki. Sąsiedzi w końcu zadzwonili na straż pożarną, a kiedy ci gasili ogień, ona dalej tak siedziała. W końcu jakiś strażak wpadł do wnętrza i ujrzawszy ją zaczął gorączkowo prosić, by oddaliła się od płomieni ona dalej siedziała.
 - Proszę pani! Proszę pani! – krzyczał, ale bezsensu.
            Po pokonaniu przeszkód zabrali ją, chociaż protestowała. Krzyczała, płakała, rwała sobie włosy z głowy. To właśnie ratownik z karetki zdiagnozował u niej chorobę psychiczną. Szczególnym obciążeniem dla niej były anonimowe informacje od jakieś osoby, że znęcała się psychicznie i fizycznie nad zaadoptowaną córką. Otrzymała odpowiednie diagnozy, i została zakwaterowana na oddziale już do końca życia. W domu doszczętnie spalił się salon, jej sypialnia i kuchnia. Mój pokój dziwnym trafem został bez szwanku.
            Czasem w nocy, kiedy moi bliscy śpią, patrzyłam na nią. Nie zawsze spała, chociaż otrzymywała pokaźne dawki leków nasennych. Patrzyła z przerażeniem na pokój, kręcąc głową.
 - Nie, nie, nie – mruczała, aż w końcu przeradzało się to w krzyk, a pielęgniarki musiały ją uspokajać.
            Spotkał ją los dla niektórych gorszy niżeli śmierć. Czy uważam, że była to dla niej kara? Nie wiem. Może tak. Może nie. Nie mnie osądzać.
             Czym jest śmierć? To dość ogólnikowe pytanie. Jeśli je rozbić na trochę drobniejsze części mamy wiele pytać: Po co jest śmierć? Co ona daje? Komu się należy? Dlaczego nikt nie może się na nią przygotować?
            Patrząc z perspektywy czasu, śmierć miała swoje plusy. Ludzie się zmieniali, czas biegł swoim rytmem, zabierając kolejne osoby i dając nowe życia. Moi przyjaciele dostali to co im się należało – szczęście lub sprawiedliwość. Nauczyli się trochę za szybko czym jest dorosłość. Wówczas miałabym dwadzieścia trzy lata. Mogłabym tak jak Nick i Maxine spodziewać się dziecka, albo czekać na koniec kary w więzieniu tak jak Cole. Wszystko zależałoby ode mnie. Jednak nie mogłam się tego dowiedzieć, bo umarłam. Tak szybko i nagle. Ale czy obwiniałam za to Boga? Chociaż nadal nie byłam pewna co do Jego istnienia, nie mogłam go obwiniać. Tak czy inaczej – pewnego dnia i tak bym umarła. Albo przez duchy, albo chorobę czy starość. Zginęłabym bez szumu. Tak po prostu. Nadal byłabym tą dziewczyną, córką z romansu, która niewiele by znaczyła. Ale uratowałam kogoś. Życie. I chociaż była to transakcja życie za życie, jestem z niej zadowolona, bo zmieniłam perspektywy innych. Pomogłam im jakoś zmienić siebie. Nie odda mi to życia. Ale da radość po śmierci, bo nie wiedzieli, że jestem obok.          
            

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz