Wygląda na to, że po weekendzie miłości, radości i tęsknoty
nastąpił kolejny nowy tydzień. A razem z tym w parze idzie szkoła. Boże, jak ja
jej nienawidzę! Wymagają nas, że przez jeden dzień nauczymy się jakiś bzdur,
które niby mają nam się przydać w życiu. Ale ja się pytam po co mi w życiu
pierwiastki? Po co mam wiedzieć gdzie leży jaki kraj, skoro ja się nigdzie nie
wybieram? Po co mam pisać jakieś rozprawki, kiedy jak nie mam tego zamiar robić
prywatnie? Kto w ogóle wymyślił szkołę? Ja się pytam kto?!
Tak więc
znowu muszę męczyć się w budzie, co mnie po prostu bardzo męczy. Mam własne
problemy i matematyczka musi zrozumieć, że nie mam czasu rozwiązywać jej
problemów. Nie mam kiedy skupić się na pisaniu, bo mam coś innego na głowie.
Mianowicie: Nie spotkałam jeszcze dziś Nicka, więc nie wiem czy nadal jest na
mnie zły; Monique skutecznie mnie unika – teraz robi to nawet bezceremonialnie;
matka jak zwykle mnie zaniedbuje – dobra to mnie nie interesuje; i
najważniejsze – dostrzegłam ciekawy kontakt między mną, a duchami.
Przetrwanie
do lunchu było prawdziwą mordęgą. Zebrałam parę dwój, za jakąś uwagę, ale to
norma. Gorzej było wytrzymywać w bezsensownej gadaninie nauczycieli, nie
wtrącając uwag. Mam bardzo ciężkie życie.
Kiedy
siedząc w stołówce obok mnie pojawił się Cole, to poczułam się jakby z nieba
spadł grom. Potrzebowałam się rozerwać, a tylko on potrafił wymyślić coś tak
ekscytującego, by się w tym całkowicie zatracić. Rozradowany usiadł obok mnie
zdejmując słuchawki z uszu. Usłyszałam jeszcze szybką solówkę na perkusji,
zanim wyłączył muzykę. Na twarzy miał diabelski uśmiech, więc wiedziałam, że
szykuje się coś ciekawego.
- Co jest? –
rzuciłam, udając obojętną, choć we wnętrz buzowałam.
- Długo będziesz
jeszcze jeść? – zapytał, unikając odpowiedzi na moje pytanie.
- Zależy…
- Even, przecież
widzę, że chcesz wiedzieć.
- No dobra, co jest?
- Chodź.
Z
zaciekawieniem poszłam za nim, pozostawiając niedojedzonego hamburgera. Bardzo
ciekawiło mnie to co wymyślił. Zawsze to mógł być pomysł Mattew, ale oni oboje
prawie zawsze mając super pomysły. Coś muszą knuć, bo Cole bez powodu nie
chciałby rozmawiać bez świadków.
Poszliśmy
do parku przed szkołą. To rozległa polana z drzewami i kwiatami; połowa z nich
jest albo podeptana, albo nowo zasadzona. Już z daleka widziałam Mattew
siedzącego na ławce przy drzewie, obok którego zawsze się spotykamy, gdy chcemy
o czym porozmawiać. Kiedy dotarliśmy do Mattew, odbiłam od ławki i ruszyłam do
drzewa. Obdzierając z niego korę, weszłam na grubszą gałąź, obierając się
plecami o pień. Zawsze tak robię. Czuje się wtedy znacznie pewniej niż siedząc
na ławce. Mogę się wspiąć na wyższą gałąź kiedy wkurzę się na chłopaków. Kiedy
już wygodnie siedziałam, Cole usiadł na trawniku, zgniatając tyłkiem pozostałe
kwiatki. Powoli zaczął mówić z wyraźnym podekscytowaniem.
- Idąc dzisiaj do
budy, zauważyłem, że miasto przygotowuje się na przyjazd burmistrza, więc gmach
budynku Urzędu miasta poddano do remontu. Pomalowano cały budynek, wywieszono
transparent i ściągnięto kamery na czas remontu. Bardzo liczą, że budynek zrobi
wrażenie, jako, że nasze miasto jest porządne i takie tam.
- Wszystkim w mieście
zależy na tej wizycie – dodał Mattew.
- No właśnie –
potaknął Cole. – Więc musimy im w tym pomóc.
- Tylko mi nie mów, że
w wolnym czasie chcesz pomóc malować Urząd – warknęłam.
- Nie w tym sensie –
westchnął Mattew. – Mamy pewien plan.
- Niech zgadnę –
skrzyżowałam ręce na piersi. – Chcecie ,,udoskonalić’’ ich robotę?
- Bingo – ożywił się
Cole. – Co ty na to, by trochę przyozdobić ściany, kolorowymi rysunkami?
- Grafity – powiedziałam. – Dobry pomysł. Ale to odrobinkę kiczowe. Skakaliśmy na główkę do płytkiej wody, a ty chcesz rysować na ścianach. Stać nas na więcej.
- Grafity – powiedziałam. – Dobry pomysł. Ale to odrobinkę kiczowe. Skakaliśmy na główkę do płytkiej wody, a ty chcesz rysować na ścianach. Stać nas na więcej.
- Tak – przyznał
Mattew. – Ale co innego zrobi takie wrażenie na burmistrzu, jak urocze rysunki
na ścianach?
- Okej – przyznałam.
– To mi się podoba.
Chłopki
wytłumaczyli mi ich cały plan. Jeśli chcemy załatwić Urząd musimy porządnie się
postarać. Wszystkie i całe ściany trzeba pomalować, jak najgorzej. Cole ma w
piwnicy awaryjny zapas farby w spreju, więc nie musimy się bać, że ktoś uzna,
że to nasza robota. Wystarczy ustalić godzinę, wziąć farbę, uruchomić
wyobraźnię i jedziemy.
Gdy już
schodziłam z drzewa, zaskoczyła mnie Monique idąca w naszą stronę. Była
wyraźnie podminowana, bo miała bardzo niewyraźną, ale złośliwą minę. Patrzyła
na mnie bardzo długo i nie odzywała się ani słowem. Możne stała by tam cały
dzień, gdyby nie to, że odezwał się Cole.
- Widzę, że nasza
mała księżniczka dołączyła do obrad mistrzów – roześmiał się.
- Zamknij się –
syknęła. – Co wy już knujecie?
- Czy ty zawsze
musisz nas o coś osądzać – warknęłam zeskakując z drzewa. – Nagle odechciało ci
się obrażania?
- Przestań, przecież
wiem, że coś knujecie – rzuciła.
- Chcesz się
przyłączyć? – zapytał nadal z uśmiechem Cole.
- Nie będę niszczyć
miasta! – wrzasnęła. – Jesteście bandą wariatów, ale to nie znaczy, że macie do
tego prawo!
- Ktoś tu
podsłuchiwał – prychnął Mattew. – To niemiłe z twojej strony.
- Stul dziób! –
wybuchła.
- No cóż, jakiś obraz
cię nauczyłam – wtrąciłam. – Choć nie są one wyszukane.
- Mam ciebie dość!
Zachowujesz się jak gówniara mająca pięć lat!
- Coraz lepiej ci
idzie – uśmiechnęłam się.
- Ta twoja choroba
chyba nie jest wymyślona co?
- Zamknij się do
cholery jasnej! – tego było już za wiele. – Zamknij się!
- Co, prawda boli? –
zapytała.
Nie mogłam
się powstrzymać. Wiedziałam, że pewnego dnia ktoś wytknie mi, iż wszystko wiąże
się z moją ,,chorobą’’. Jak widać dziś nastąpił ten dzień.
- Wal się –
wrzasnęłam do odchodzącej Monique, która wcale się mną nie interesowała. Tylko
się odwróciła i pokazała mi język, co nie było dojrzałym posunięciem. Jak
odpowiedziałam jej znacznie dojrzalej. Pokazałam jej palec…środkowy.
Ku zdziwieniu
Mattew i Cola po tym całym zdarzeniu po prostu zaczęłam normalnie rozmawiać z
nimi i dociągając szczegóły naszego planu. Umówiliśmy się na wpół do 11
wieczorem. Odpuściliśmy sobie ostatnie lekcje, więc, że to i tak nieopłacalne
na nie iść. Ja wróciłam do domu, bo chciałam się przebrać, a chłopaki poszli do
domu Cola by wziąć farbę.
Dla odmiany
w domu była mama, która chciała chyba ze mną porozmawiać. Zignorowałam ją, tak
jak to zazwyczaj robi ona. Poszłam od razu do pokoju, gdzie rzuciłam się na
miękkie łóżko. Patrzyłam na biały sufit, wyjątkowo czysty i piękny. Pamiętam,
że jak byłam mała, na suficie mojego pokoju były namalowane złote gwiazdy.
Spoglądałam na nie godzinami, aż do dnia, kiedy postanowiłam, że nie chce by w
nim były. Zostały zamalowane. Ale tak samo jak te na niebie mimo, że czasem ich
nie widać w dzień to wciąż są. Tak samo było z tymi na suficie. Nie widziałam
ich, ale pod warstwą farby nadal tam były. Więc leżąc wyobrażałam sobie złote
kształty, lśniące sztucznym blaskiem.
Nie wiem ile
tam leżałam, ale kiedy zdałam sobie sprawę, że przez okno pokoju nie przenika
już blask słońca, wiedziałam, że było już późno więc musiałam się zbierać.
Przebrałam się w ciemne ciuchy; parę dżinsów, czarny podkoszulek sięgający do
pępka, a na tym czarną, skórzaną kurtkę. Jak zwykle na nogi wcisnęłam ciemne trampki z namalowaną czaszką z
zewnętrznej strony. Włosy związałam w ciasny kucyk, pozostawiając tylko
fragment grzywki zwisający z prawej strony.
Najlepszym
fragmentem mojego ubioru była chyba moja pseudo kominiarka. Rozciągająca się od
szyi, aż po czubek nosa, zostawiając tylko widoczne oczy i włosy. Wyglądałam
podejrzanie, trochę jak z horroru. Jednak musiałam ściągnąć maskę, bo nie
chciałam żeby matka widziała mnie w niej.
Byłam
jakieś dziesięć minut po umówionym czasie. Wiedziałam, że się spóźniłam, ale to
przecież norma. Chyba musiałabym być chora, by przyjść na czas, a co gorsza
przed czasem. Cole i Mattew z niecierpliwością czekali jakieś 50 metrów od Urzędu
Miasta, by nie wzbudzać podejrzeń Nocnych Marków, chodzących po parkach i
chodnikach o tak późnej porze.
Gdy tylko
pojawiłam się w zasięgu ich wzroku oboje spojrzeli na mnie jak oparzeni. Wiem,
że wyglądałam ciekawie, ale taki był mój plan. Czemu podczas takiej brawurowej
akcji nie mogę wyglądać fantastycznie?
Bez słowa
wzięłam od Cola kilka butelek z farbą. Kilka przyczepiłam do paska, który
zrobiłam i ubrałam tylko po to. Dwie pozostałe wzięłam do lewej ręki, a prawą
założyłam maskę na twarz. Spojrzałam na chłopaków. Mieli złośliwe uśmiechy i
tak samo wiele farby ile miałam ja.
- No to zaczynamy – i
pobiegliśmy na budynek, by go odrobinkę ,,przyozdobić’’.
Następny
dzień. To było po prostu cudo. Każdy w szkole wspominał o wybryku jakiś
nicponi, którzy zniszczyli własność miasta. Kiedy przyjechał burmistrz reakcja
wszystkich jeszcze bardziej się ożywiła. Cole gestykulował ostro i wdawał się w
długie rozmowy, tak jak zawsze przy takich okazjach. Mattew trenował na
przerwach, różne sporty, ponieważ miał tylko taką możliwość, bo przez liczne
wpadki wywalono go z poprzedniej drużyny i żadna nie ma prawa go przyjąć z
powrotem. A ja? Ja udawałam, że mam wszystko gdzieś. Siedziałam na murku przed
szkołą z słuchawkami w uszach. Jeśli ktoś wspominał przy mnie o tym całym
wydarzeniu to albo go spławiałam, albo po prostu nie słuchałam.
Lekcja
okazała się równie żenująca jak wszystkie inne, razem z przerwami. Nasza
okropna matematyczka i wychowawczyni pani Backers musiała poruszyć ten temat na
nowo. Ale ciężko było skupić się na jej słowach, gdyż bardzo ostro przyglądałam
się jej nowemu cieniowi do powiek o kolorze fioletowym; trochę jej nie pasował.
Ubrana była w ciemnobrązowy zestaw złożony z ciemnej spódnicy sięgającej niemal
do kostek, jasnobrązową bluzkę z ciemnym swetrem na wierzchu. Na nogach miała
czarne obcasy, z którymi nigdy się nie rozstawała; bez nich jest strasznie
niska. Jej włosy to ciemna kupka z szarymi pasemkami. Ale najgorsza chyba była
twarz – zawsze musiała się pomalować jak nie powiem już kto. Widać było jej
wielkie zmarszczki, które bez skutecznie próbowała zakryć pudrem, nakładanym po
cztery warstwy. Do tego jeszcze cień do powiek, który był praktycznie na
połowie jej twarzy. Tusz do rzęs, którym wyjeżdża za oczy. Wprost ikona
idealności.
Nasza pani
idealna zaczęła swój, jakże interesujący wykład, centralnie stojąc obok mnie,
wpatrując się w moje oczy. Zaczęła:
- Jak wiecie, wczoraj
z wieczoru na noc, jakaś banda nicponi dokonała zbezczeszczenia ważnego dla
miasta budynku. Urząd nie miał wtedy zamontowanych kamer, co było spowodowane
remontem. Ta grupka musiała pochodzić z miasta, bo tylko mieszkańcy wiedzieli,
że budynek ten będzie bardzo istotny. Jestem też pewna, że złoczyńcy są w tej
klasie – spojrzała na mnie. – Wierz coś o tym, panno IAlians?
- Hmm – zerknęłam na
Mattew, który siedział w ławce naprzeciwko mnie. Delikatnie, ledwie zauważalnie
kiwnął głową dając mi znak, że mogę wymyślić co chce. – Słyszałam o tym, ale
wiem o tym tyle samo jak odróżnić byka od krowy.
Cała klasa
dosłownie ryknęła śmiechem. Wszyscy śmiali się wniebogłosy. Cole razem z
Georgiem, chłopakiem, z którym siedzi w ławce pokładali się ze śmiechu, a
Mattew z uznaniem uśmiechał się delikatnie. Ja sama skrzyżowałam ręce i
patrzyłam na nauczycielkę spokojnym wzrokiem.
- Ach, rozumiem –
pokiwała głową. – Ale jeśli można wiedzieć, to co robiłaś wieczorem i w nocy, z
dnia wczorajszego na dzisiejszy?
- Psze pani, ja o tej
porze to w łóżeczku leżałam, popijałam ciepłe mleczko, byłam po wieczorynce i
oglądałam już kreskówki 0+ - rzuciłam.
Każdy
łącznie z Mattew zaczęli się śmiać jeszcze głośniej niż przed chwilą. Nawet ja
zdobyłam się na lekki uśmiech. Za to pani Backers chyba doznała załamania
nerwowego; zrobiła się cała czerwona – porównanie tego do buraka, chyba nie
byłoby odpowiednie. Na środku czoła dosłownie pulsowała jej żyłka – bałam się,
że w pewnym momencie jej pęknie i będę oskarżona za spowodowanie śmierci
nauczycielki.
Nie mogłam
się doczekać, aż nastąpi moment kiedy będę mogła już wyjść ze szkoły. Tylko gdy
zadzwonił dzwonek, oznajmiający koniec lekcji, myślałam, że zacznę podskakiwać.
Wyszłam ze szkoły trzymając w dłoni kluczyki, a druga trzymając pasek od torby.
Ze szyi zwisał mi kabelek od słuchawek, ale wolałam ich na razie nie ubierać.
Mało brakowało, a prawie bym wyszła ze szkoły bez niczego. Prawie się udało.
Prawie.
Wyszedł po
mnie pan Startton, nauczyciel angielskiego, wuj Monique. Poprosił bym razem z
nim poszła do gabinetu dyrektora. Od samego początku miałam nadzieję, że nie
chodzi o to o czym myślę. Miałam skrytą nadzieję, że nic się nie wydało.
Ale jednak
nic nie poszło po mojej myśli. W gabinecie był już Cole i Mattew, więc moje
oczekiwania się spełniły. Ktoś nas wydał lub przyłapał. Teraz pozostało pytanie
kto.
Wszystko
skończyło się na tym, że dyrektor oraz grono nauczycielskie postanowiło
zorganizować zebranie z naszą trójką, naszymi rodzicami, policją. Ten fakt
chyba najbardziej mnie przeraził. Jeśli mnie wyleją z następnej szkoły, to po
mnie. Jedyne o czym nas poinformowano tego dnia to to, że o sprawcach całego
zdarzenia poinformowała ich pewna osoba wiedząca i mająca na to dowody osoba.
Dopiero po tych słowach zorientowałam się, że tylko jedna osoba o tym
wiedziała. I tylko ona była do tego zdolna, by o nas powiedzieć.
Wychodząc z
budynku szkoły szurałam nogami, byłam spięta, ale mimo wszystko trzymałam głowę
wysoko. Nie chciałabym by ktoś mnie tak widział, ale tego było już dość.
Stała przed
szkołą, obok stojaka na rowery. Zapewne sądziła, że nie widać jej zza krzaków
porastających mur wokół szkoły. Pewnie dyrektor chciał, by jeszcze coś
powiedziała na ten temat. Byłam na nią tak zła, że nie mogłam się powstrzymać.
- Jak mogłaś?! –
wrzasnęłam na nią. – Jak mogłaś?!
- Co mogłam? –
Monique udała zaskoczoną. – Co takiego?
- Nie udawaj głupiej!
– podsumowałam. – Dobrze wiesz o co chodzi!
- Nie mam pojęcia –
wzruszyła ramionami.
- Dobrze wiem, że ty
wiesz – okej, to zdanie było bez sensu. – Dlaczego?
- Miałam pozwolić
byście niszczyli własność miasta? – teraz to ona krzyczała.
- Co ono cię
obchodzi?!
- Jestem jego
obywatelką, więc muszę o nie dbać!
- Kiedyś sama to z nami
robiłaś! – rzuciłam. – A teraz już nie?
- Zmądrzałam – przyznała.
- Zmądrzałam – przyznała.
- A my według ciebie
jesteśmy głupi?
- Chłopcy może nie –
odpowiedziała. – Ale ty jesteś psychiczną, egoistyczną świnią chorą umysłowo!
Tego było
już za wiele. Podeszłam do niej, tak szybko, że nie zdążyła zareagować.
Uderzyłam ją w twarz tak mocno, że aż straciła równowagę. Upadła na beton.
Patrzyłam jak z ociężałością wstaje z chodnika, otrębuje ręce o bluzkę, po czym
bez słowa odchodzi. Tylko raz się obejrzała i po prostu powiedziała:
- Sama widzisz.
Nie mogłam
ochłonąć. Oddychała szybko i nierówno patrząc jak odchodzi. Wiedziałam jak
ociera twarz rękawem. Zauważyłam jak jej ramiona drgając kiedy płakała.
Patrzyła tylko na swoje stopy, szła pochylona.
Już się
odwracałam by pójść do samochodu, ale coś mnie powstrzymało. Były to trzy
sprawy: Jedna - idąca w stronę pasów Monique z zwieszoną głową; Dwa –
Ciężarówka jadąca z ogromną prędkością w właśnie tamtą stronę; Trzecia – widmo
Monique, które widziałam nad jeziorem. To mnie powstrzymało. Wiedziałam, że
muszę coś zrobić.
Zaczęłam
biec wrzeszcząc ile sił w płucach jej imię. Jednak, chyba był to zły pomysł,
ponieważ ona sama zaczęła truchtać, a kiedy ja przyśpieszyłam, ta też
przyśpieszyła. Biegła w stronę pasów, nie patrząc przed siebie. Nie wiem czemu
nie krzyknęłam coś w stylu ,,Ciężarówka’’ lub ,,Uważaj’’. Chyba prawdą jest to,
że w napadzie paniki się nie myśli. Chciałam ją dogonić, ale było za późno.
Wbiegła na ulicę.
I wtedy
jakby świat się zatrzymał. Może lepszym określeniem byłoby ,,zwolnił’’. Ja jako
jedyna funkcjonowałam normalnie. Dobiegłam do początku pasów i stanęłam jak
wryta. Monique odwracała się już w moją stronę. Zobaczyłam w jej oczach tylko
czysty strach i zrozumienie, dlaczego ją goniłam. Zdążyłam tylko przyjrzeć się
jej twarz; tym oczom które tak wiele razy już wiedziałam, pełne usta o
jasnoróżowej barwie, czerwona pręga na twarzy, tam gdzie ją uderzyłam. Po moim
policzku spłynęła łza, której pierwszy raz nie strąciłam. Szepnęłam tylko:
- Monique…
Świat znów ruszył.
Ciężarówka całym swoim ciężarem uderzyła w moją przyjaciółkę. Zdarzyło się to tak
szybko, ale i tak widziałam to tak dokładnie, że aż zabolało. Monique wpadła na
przednią maskę, wgniatając ją tak mocno, że odbił się tam jej drobny kształt. Nogą
wybiła szybkę od prawego światła, rozrzucając wszędzie wokół szkło. Kiedy dziewczyna
odbiła się od maski, poleciała bardzo wysoko i daleko, lądując na poboczu drogi.
‘
Lewa ręka była
wygięta w nienaturalny sposób, tak samo jak prawa noga. Włosy rozsypane miała wokół
głowy. Właśnie teraz można było użyć stwierdzenia ,,aureola z złocistych włosów’’.
Z kącika jej
ust ciekł strumyk krwi. Tak samo z nosa. Ale najgorsze były oczy. Puste, wpatrujące
się w pustkę. Widmo się sprawdziło;
Moja przyjaciółka nie żyje.
Monique umarła.
wow.
OdpowiedzUsuńi nic więcej.
nie nie nie nie !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
OdpowiedzUsuńAle przyznam że rozdział wyszedł świetny. Nadal czekam na opublikowanie książki
Łoooo super :'3
OdpowiedzUsuńŚwietne. Z pewnego kąta patrzenia dobrze jej, że wpadła pod ciężarówkę, gdyż po co "kablowała, a z jeszcze innej perspektywy, szkoda, ponieważ, to była przyjaciółka głównej bohaterki :3 :(
OdpowiedzUsuńKiedy kolejne rozdziały?
OdpowiedzUsuńStaram się napisać następny, ale jakoś mi nie idzie :( Jednak myślę, że powinien pojawić się za, góra dwa dni :)
Usuń