poniedziałek, 11 maja 2015

Rozdział dziewiąty

Wygląda na to, że po weekendzie miłości, radości i tęsknoty nastąpił kolejny nowy tydzień. A razem z tym w parze idzie szkoła. Boże, jak ja jej nienawidzę! Wymagają nas, że przez jeden dzień nauczymy się jakiś bzdur, które niby mają nam się przydać w życiu. Ale ja się pytam po co mi w życiu pierwiastki? Po co mam wiedzieć gdzie leży jaki kraj, skoro ja się nigdzie nie wybieram? Po co mam pisać jakieś rozprawki, kiedy jak nie mam tego zamiar robić prywatnie? Kto w ogóle wymyślił szkołę? Ja się pytam kto?!
            Tak więc znowu muszę męczyć się w budzie, co mnie po prostu bardzo męczy. Mam własne problemy i matematyczka musi zrozumieć, że nie mam czasu rozwiązywać jej problemów. Nie mam kiedy skupić się na pisaniu, bo mam coś innego na głowie. Mianowicie: Nie spotkałam jeszcze dziś Nicka, więc nie wiem czy nadal jest na mnie zły; Monique skutecznie mnie unika – teraz robi to nawet bezceremonialnie; matka jak zwykle mnie zaniedbuje – dobra to mnie nie interesuje; i najważniejsze – dostrzegłam ciekawy kontakt między mną, a duchami.
            Przetrwanie do lunchu było prawdziwą mordęgą. Zebrałam parę dwój, za jakąś uwagę, ale to norma. Gorzej było wytrzymywać w bezsensownej gadaninie nauczycieli, nie wtrącając uwag. Mam bardzo ciężkie życie.
            Kiedy siedząc w stołówce obok mnie pojawił się Cole, to poczułam się jakby z nieba spadł grom. Potrzebowałam się rozerwać, a tylko on potrafił wymyślić coś tak ekscytującego, by się w tym całkowicie zatracić. Rozradowany usiadł obok mnie zdejmując słuchawki z uszu. Usłyszałam jeszcze szybką solówkę na perkusji, zanim wyłączył muzykę. Na twarzy miał diabelski uśmiech, więc wiedziałam, że szykuje się coś ciekawego.
 - Co jest? – rzuciłam, udając obojętną, choć we wnętrz buzowałam.
 - Długo będziesz jeszcze jeść? – zapytał, unikając odpowiedzi na moje pytanie.
 - Zależy…
 - Even, przecież widzę, że chcesz wiedzieć.
 - No dobra, co jest?
 - Chodź.
            Z zaciekawieniem poszłam za nim, pozostawiając niedojedzonego hamburgera. Bardzo ciekawiło mnie to co wymyślił. Zawsze to mógł być pomysł Mattew, ale oni oboje prawie zawsze mając super pomysły. Coś muszą knuć, bo Cole bez powodu nie chciałby rozmawiać bez świadków.
            Poszliśmy do parku przed szkołą. To rozległa polana z drzewami i kwiatami; połowa z nich jest albo podeptana, albo nowo zasadzona. Już z daleka widziałam Mattew siedzącego na ławce przy drzewie, obok którego zawsze się spotykamy, gdy chcemy o czym porozmawiać. Kiedy dotarliśmy do Mattew, odbiłam od ławki i ruszyłam do drzewa. Obdzierając z niego korę, weszłam na grubszą gałąź, obierając się plecami o pień. Zawsze tak robię. Czuje się wtedy znacznie pewniej niż siedząc na ławce. Mogę się wspiąć na wyższą gałąź kiedy wkurzę się na chłopaków. Kiedy już wygodnie siedziałam, Cole usiadł na trawniku, zgniatając tyłkiem pozostałe kwiatki. Powoli zaczął mówić z wyraźnym podekscytowaniem.
 - Idąc dzisiaj do budy, zauważyłem, że miasto przygotowuje się na przyjazd burmistrza, więc gmach budynku Urzędu miasta poddano do remontu. Pomalowano cały budynek, wywieszono transparent i ściągnięto kamery na czas remontu. Bardzo liczą, że budynek zrobi wrażenie, jako, że nasze miasto jest porządne i takie tam.
 - Wszystkim w mieście zależy na tej wizycie – dodał Mattew.
 - No właśnie – potaknął Cole. – Więc musimy im w tym pomóc.
 - Tylko mi nie mów, że w wolnym czasie chcesz pomóc malować Urząd – warknęłam.
 - Nie w tym sensie – westchnął Mattew. – Mamy pewien plan.
 - Niech zgadnę – skrzyżowałam ręce na piersi. – Chcecie ,,udoskonalić’’ ich robotę?
 - Bingo – ożywił się Cole. – Co ty na to, by trochę przyozdobić ściany, kolorowymi rysunkami?
 - Grafity – powiedziałam. – Dobry pomysł. Ale to odrobinkę kiczowe. Skakaliśmy na główkę do płytkiej wody, a ty chcesz rysować na ścianach. Stać nas na więcej.
 - Tak – przyznał Mattew. – Ale co innego zrobi takie wrażenie na burmistrzu, jak urocze rysunki na ścianach?
 - Okej – przyznałam. – To mi się podoba.
            Chłopki wytłumaczyli mi ich cały plan. Jeśli chcemy załatwić Urząd musimy porządnie się postarać. Wszystkie i całe ściany trzeba pomalować, jak najgorzej. Cole ma w piwnicy awaryjny zapas farby w spreju, więc nie musimy się bać, że ktoś uzna, że to nasza robota. Wystarczy ustalić godzinę, wziąć farbę, uruchomić wyobraźnię i jedziemy.
            Gdy już schodziłam z drzewa, zaskoczyła mnie Monique idąca w naszą stronę. Była wyraźnie podminowana, bo miała bardzo niewyraźną, ale złośliwą minę. Patrzyła na mnie bardzo długo i nie odzywała się ani słowem. Możne stała by tam cały dzień, gdyby nie to, że odezwał się Cole.
 - Widzę, że nasza mała księżniczka dołączyła do obrad mistrzów – roześmiał się.
 - Zamknij się – syknęła. – Co wy już knujecie?
 - Czy ty zawsze musisz nas o coś osądzać – warknęłam zeskakując z drzewa. – Nagle odechciało ci się obrażania?
 - Przestań, przecież wiem, że coś knujecie – rzuciła.
 - Chcesz się przyłączyć? – zapytał nadal z uśmiechem Cole.
 - Nie będę niszczyć miasta! – wrzasnęła. – Jesteście bandą wariatów, ale to nie znaczy, że macie do tego prawo!
 - Ktoś tu podsłuchiwał – prychnął Mattew. – To niemiłe z twojej strony.
 - Stul dziób! – wybuchła.
 - No cóż, jakiś obraz cię nauczyłam – wtrąciłam. – Choć nie są one wyszukane.
 - Mam ciebie dość! Zachowujesz się jak gówniara mająca pięć lat!
 - Coraz lepiej ci idzie – uśmiechnęłam się.
 - Ta twoja choroba chyba nie jest wymyślona co?
 - Zamknij się do cholery jasnej! – tego było już za wiele. – Zamknij się!
 - Co, prawda boli? – zapytała.
            Nie mogłam się powstrzymać. Wiedziałam, że pewnego dnia ktoś wytknie mi, iż wszystko wiąże się z moją ,,chorobą’’. Jak widać dziś nastąpił ten dzień.
 - Wal się – wrzasnęłam do odchodzącej Monique, która wcale się mną nie interesowała. Tylko się odwróciła i pokazała mi język, co nie było dojrzałym posunięciem. Jak odpowiedziałam jej znacznie dojrzalej. Pokazałam jej palec…środkowy.
           
            Ku zdziwieniu Mattew i Cola po tym całym zdarzeniu po prostu zaczęłam normalnie rozmawiać z nimi i dociągając szczegóły naszego planu. Umówiliśmy się na wpół do 11 wieczorem. Odpuściliśmy sobie ostatnie lekcje, więc, że to i tak nieopłacalne na nie iść. Ja wróciłam do domu, bo chciałam się przebrać, a chłopaki poszli do domu Cola by wziąć farbę.
            Dla odmiany w domu była mama, która chciała chyba ze mną porozmawiać. Zignorowałam ją, tak jak to zazwyczaj robi ona. Poszłam od razu do pokoju, gdzie rzuciłam się na miękkie łóżko. Patrzyłam na biały sufit, wyjątkowo czysty i piękny. Pamiętam, że jak byłam mała, na suficie mojego pokoju były namalowane złote gwiazdy. Spoglądałam na nie godzinami, aż do dnia, kiedy postanowiłam, że nie chce by w nim były. Zostały zamalowane. Ale tak samo jak te na niebie mimo, że czasem ich nie widać w dzień to wciąż są. Tak samo było z tymi na suficie. Nie widziałam ich, ale pod warstwą farby nadal tam były. Więc leżąc wyobrażałam sobie złote kształty, lśniące sztucznym blaskiem.
            Nie wiem ile tam leżałam, ale kiedy zdałam sobie sprawę, że przez okno pokoju nie przenika już blask słońca, wiedziałam, że było już późno więc musiałam się zbierać. Przebrałam się w ciemne ciuchy; parę dżinsów, czarny podkoszulek sięgający do pępka, a na tym czarną, skórzaną kurtkę. Jak zwykle na nogi wcisnęłam  ciemne trampki z namalowaną czaszką z zewnętrznej strony. Włosy związałam w ciasny kucyk, pozostawiając tylko fragment grzywki zwisający z prawej strony.
            Najlepszym fragmentem mojego ubioru była chyba moja pseudo kominiarka. Rozciągająca się od szyi, aż po czubek nosa, zostawiając tylko widoczne oczy i włosy. Wyglądałam podejrzanie, trochę jak z horroru. Jednak musiałam ściągnąć maskę, bo nie chciałam żeby matka widziała mnie w niej.
            Byłam jakieś dziesięć minut po umówionym czasie. Wiedziałam, że się spóźniłam, ale to przecież norma. Chyba musiałabym być chora, by przyjść na czas, a co gorsza przed czasem. Cole i Mattew z niecierpliwością czekali jakieś 50 metrów od Urzędu Miasta, by nie wzbudzać podejrzeń Nocnych Marków, chodzących po parkach i chodnikach o tak późnej porze.
            Gdy tylko pojawiłam się w zasięgu ich wzroku oboje spojrzeli na mnie jak oparzeni. Wiem, że wyglądałam ciekawie, ale taki był mój plan. Czemu podczas takiej brawurowej akcji nie mogę wyglądać fantastycznie?
            Bez słowa wzięłam od Cola kilka butelek z farbą. Kilka przyczepiłam do paska, który zrobiłam i ubrałam tylko po to. Dwie pozostałe wzięłam do lewej ręki, a prawą założyłam maskę na twarz. Spojrzałam na chłopaków. Mieli złośliwe uśmiechy i tak samo wiele farby ile miałam ja.
 - No to zaczynamy – i pobiegliśmy na budynek, by go odrobinkę ,,przyozdobić’’.

            Następny dzień. To było po prostu cudo. Każdy w szkole wspominał o wybryku jakiś nicponi, którzy zniszczyli własność miasta. Kiedy przyjechał burmistrz reakcja wszystkich jeszcze bardziej się ożywiła. Cole gestykulował ostro i wdawał się w długie rozmowy, tak jak zawsze przy takich okazjach. Mattew trenował na przerwach, różne sporty, ponieważ miał tylko taką możliwość, bo przez liczne wpadki wywalono go z poprzedniej drużyny i żadna nie ma prawa go przyjąć z powrotem. A ja? Ja udawałam, że mam wszystko gdzieś. Siedziałam na murku przed szkołą z słuchawkami w uszach. Jeśli ktoś wspominał przy mnie o tym całym wydarzeniu to albo go spławiałam, albo po prostu nie słuchałam.
            Lekcja okazała się równie żenująca jak wszystkie inne, razem z przerwami. Nasza okropna matematyczka i wychowawczyni pani Backers musiała poruszyć ten temat na nowo. Ale ciężko było skupić się na jej słowach, gdyż bardzo ostro przyglądałam się jej nowemu cieniowi do powiek o kolorze fioletowym; trochę jej nie pasował. Ubrana była w ciemnobrązowy zestaw złożony z ciemnej spódnicy sięgającej niemal do kostek, jasnobrązową bluzkę z ciemnym swetrem na wierzchu. Na nogach miała czarne obcasy, z którymi nigdy się nie rozstawała; bez nich jest strasznie niska. Jej włosy to ciemna kupka z szarymi pasemkami. Ale najgorsza chyba była twarz – zawsze musiała się pomalować jak nie powiem już kto. Widać było jej wielkie zmarszczki, które bez skutecznie próbowała zakryć pudrem, nakładanym po cztery warstwy. Do tego jeszcze cień do powiek, który był praktycznie na połowie jej twarzy. Tusz do rzęs, którym wyjeżdża za oczy. Wprost ikona idealności.
            Nasza pani idealna zaczęła swój, jakże interesujący wykład, centralnie stojąc obok mnie, wpatrując się w moje oczy. Zaczęła:
 - Jak wiecie, wczoraj z wieczoru na noc, jakaś banda nicponi dokonała zbezczeszczenia ważnego dla miasta budynku. Urząd nie miał wtedy zamontowanych kamer, co było spowodowane remontem. Ta grupka musiała pochodzić z miasta, bo tylko mieszkańcy wiedzieli, że budynek ten będzie bardzo istotny. Jestem też pewna, że złoczyńcy są w tej klasie – spojrzała na mnie. – Wierz coś o tym, panno IAlians?
 - Hmm – zerknęłam na Mattew, który siedział w ławce naprzeciwko mnie. Delikatnie, ledwie zauważalnie kiwnął głową dając mi znak, że mogę wymyślić co chce. – Słyszałam o tym, ale wiem o tym tyle samo jak odróżnić byka od krowy.            
            Cała klasa dosłownie ryknęła śmiechem. Wszyscy śmiali się wniebogłosy. Cole razem z Georgiem, chłopakiem, z którym siedzi w ławce pokładali się ze śmiechu, a Mattew z uznaniem uśmiechał się delikatnie. Ja sama skrzyżowałam ręce i patrzyłam na nauczycielkę spokojnym wzrokiem.
 - Ach, rozumiem – pokiwała głową. – Ale jeśli można wiedzieć, to co robiłaś wieczorem i w nocy, z dnia wczorajszego na dzisiejszy?
 - Psze pani, ja o tej porze to w łóżeczku leżałam, popijałam ciepłe mleczko, byłam po wieczorynce i oglądałam już kreskówki 0+ - rzuciłam.
            Każdy łącznie z Mattew zaczęli się śmiać jeszcze głośniej niż przed chwilą. Nawet ja zdobyłam się na lekki uśmiech. Za to pani Backers chyba doznała załamania nerwowego; zrobiła się cała czerwona – porównanie tego do buraka, chyba nie byłoby odpowiednie. Na środku czoła dosłownie pulsowała jej żyłka – bałam się, że w pewnym momencie jej pęknie i będę oskarżona za spowodowanie śmierci nauczycielki.

            Nie mogłam się doczekać, aż nastąpi moment kiedy będę mogła już wyjść ze szkoły. Tylko gdy zadzwonił dzwonek, oznajmiający koniec lekcji, myślałam, że zacznę podskakiwać. Wyszłam ze szkoły trzymając w dłoni kluczyki, a druga trzymając pasek od torby. Ze szyi zwisał mi kabelek od słuchawek, ale wolałam ich na razie nie ubierać. Mało brakowało, a prawie bym wyszła ze szkoły bez niczego. Prawie się udało.
            Prawie.
            Wyszedł po mnie pan Startton, nauczyciel angielskiego, wuj Monique. Poprosił bym razem z nim poszła do gabinetu dyrektora. Od samego początku miałam nadzieję, że nie chodzi o to o czym myślę. Miałam skrytą nadzieję, że nic się nie wydało.
            Ale jednak nic nie poszło po mojej myśli. W gabinecie był już Cole i Mattew, więc moje oczekiwania się spełniły. Ktoś nas wydał lub przyłapał. Teraz pozostało pytanie kto.
            Wszystko skończyło się na tym, że dyrektor oraz grono nauczycielskie postanowiło zorganizować zebranie z naszą trójką, naszymi rodzicami, policją. Ten fakt chyba najbardziej mnie przeraził. Jeśli mnie wyleją z następnej szkoły, to po mnie. Jedyne o czym nas poinformowano tego dnia to to, że o sprawcach całego zdarzenia poinformowała ich pewna osoba wiedząca i mająca na to dowody osoba. Dopiero po tych słowach zorientowałam się, że tylko jedna osoba o tym wiedziała. I tylko ona była do tego zdolna, by o nas powiedzieć.
            Wychodząc z budynku szkoły szurałam nogami, byłam spięta, ale mimo wszystko trzymałam głowę wysoko. Nie chciałabym by ktoś mnie tak widział, ale tego było już dość.
            Stała przed szkołą, obok stojaka na rowery. Zapewne sądziła, że nie widać jej zza krzaków porastających mur wokół szkoły. Pewnie dyrektor chciał, by jeszcze coś powiedziała na ten temat. Byłam na nią tak zła, że nie mogłam się powstrzymać.
 - Jak mogłaś?! – wrzasnęłam na nią. – Jak mogłaś?!
 - Co mogłam? – Monique udała zaskoczoną. – Co takiego?
 - Nie udawaj głupiej! – podsumowałam. – Dobrze wiesz o co chodzi!
 - Nie mam pojęcia – wzruszyła ramionami.
 - Dobrze wiem, że ty wiesz – okej, to zdanie było bez sensu. – Dlaczego?
 - Miałam pozwolić byście niszczyli własność miasta? – teraz to ona krzyczała.
 - Co ono cię obchodzi?!
 - Jestem jego obywatelką, więc muszę o nie dbać!
 - Kiedyś sama to z nami robiłaś! – rzuciłam. – A teraz już nie?
 - Zmądrzałam – przyznała.
 - A my według ciebie jesteśmy głupi?
 - Chłopcy może nie – odpowiedziała. – Ale ty jesteś psychiczną, egoistyczną świnią chorą umysłowo!
            Tego było już za wiele. Podeszłam do niej, tak szybko, że nie zdążyła zareagować. Uderzyłam ją w twarz tak mocno, że aż straciła równowagę. Upadła na beton. Patrzyłam jak z ociężałością wstaje z chodnika, otrębuje ręce o bluzkę, po czym bez słowa odchodzi. Tylko raz się obejrzała i po prostu powiedziała:
 - Sama widzisz.
            Nie mogłam ochłonąć. Oddychała szybko i nierówno patrząc jak odchodzi. Wiedziałam jak ociera twarz rękawem. Zauważyłam jak jej ramiona drgając kiedy płakała. Patrzyła tylko na swoje stopy, szła pochylona.
            Już się odwracałam by pójść do samochodu, ale coś mnie powstrzymało. Były to trzy sprawy: Jedna - idąca w stronę pasów Monique z zwieszoną głową; Dwa – Ciężarówka jadąca z ogromną prędkością w właśnie tamtą stronę; Trzecia – widmo Monique, które widziałam nad jeziorem. To mnie powstrzymało. Wiedziałam, że muszę coś zrobić.
            Zaczęłam biec wrzeszcząc ile sił w płucach jej imię. Jednak, chyba był to zły pomysł, ponieważ ona sama zaczęła truchtać, a kiedy ja przyśpieszyłam, ta też przyśpieszyła. Biegła w stronę pasów, nie patrząc przed siebie. Nie wiem czemu nie krzyknęłam coś w stylu ,,Ciężarówka’’ lub ,,Uważaj’’. Chyba prawdą jest to, że w napadzie paniki się nie myśli. Chciałam ją dogonić, ale było za późno. Wbiegła na ulicę.
            I wtedy jakby świat się zatrzymał. Może lepszym określeniem byłoby ,,zwolnił’’. Ja jako jedyna funkcjonowałam normalnie. Dobiegłam do początku pasów i stanęłam jak wryta. Monique odwracała się już w moją stronę. Zobaczyłam w jej oczach tylko czysty strach i zrozumienie, dlaczego ją goniłam. Zdążyłam tylko przyjrzeć się jej twarz; tym oczom które tak wiele razy już wiedziałam, pełne usta o jasnoróżowej barwie, czerwona pręga na twarzy, tam gdzie ją uderzyłam. Po moim policzku spłynęła łza, której pierwszy raz nie strąciłam. Szepnęłam tylko:
 - Monique…
           
            Świat znów ruszył. Ciężarówka całym swoim ciężarem uderzyła w moją przyjaciółkę. Zdarzyło się to tak szybko, ale i tak widziałam to tak dokładnie, że aż zabolało. Monique wpadła na przednią maskę, wgniatając ją tak mocno, że odbił się tam jej drobny kształt. Nogą wybiła szybkę od prawego światła, rozrzucając wszędzie wokół szkło. Kiedy dziewczyna odbiła się od maski, poleciała bardzo wysoko i daleko, lądując na poboczu drogi. ‘
            Lewa ręka była wygięta w nienaturalny sposób, tak samo jak prawa noga. Włosy rozsypane miała wokół głowy. Właśnie teraz można było użyć stwierdzenia ,,aureola z złocistych włosów’’.
            Z kącika jej ust ciekł strumyk krwi. Tak samo z nosa. Ale najgorsze były oczy. Puste, wpatrujące się w pustkę. Widmo się sprawdziło;
Moja przyjaciółka nie żyje.

Monique umarła. 

6 komentarzy:

  1. nie nie nie nie !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
    Ale przyznam że rozdział wyszedł świetny. Nadal czekam na opublikowanie książki

    OdpowiedzUsuń
  2. Łoooo super :'3

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetne. Z pewnego kąta patrzenia dobrze jej, że wpadła pod ciężarówkę, gdyż po co "kablowała, a z jeszcze innej perspektywy, szkoda, ponieważ, to była przyjaciółka głównej bohaterki :3 :(

    OdpowiedzUsuń
  4. Odpowiedzi
    1. Staram się napisać następny, ale jakoś mi nie idzie :( Jednak myślę, że powinien pojawić się za, góra dwa dni :)

      Usuń