piątek, 30 września 2016

Rozdział trzydziesty trzeci

             Płakałam. Nie wiem jak długo. Opłakiwałam fakt, że moja mama nie żyła. Płakałam za to, że byłam sierotą. Płakałam, bo nie wiedziałam jak dalej żyć. Płakała, bo całe moje życie było kłamstwem.

            Zerwałam się na nogi. Widząc niczym przez mgłę, biegłam na oślep, wpadłam na schody, przeskakując co drugi schodek, żeby znaleźć się w swoim pokoju. Wyjęłam z szafy walizkę, napakowałam do niej wszystkie ubrania jakie wpadły mi w ręce. Zrzucałam ubrania z wieszaków, wrzucając je do walizki. Wypadłam z pokoju, rzuciłam się w kierunku schodków. Zeszłam na dół nie oglądając się za siebie. Bagaż wrzuciłam do auta i sama usiadłam za kierownicą.
            Dłonie mi się trzęsły, a łzy ciągle wypływały mi z oczu. W głowie mi huczało (tradycyjnie) zaś przed oczami miałam obrazy nie moich wspomnień. Tak strasznie nie chciałabym znać prawdy. Tak bardzo.
            Nie mogłam trafić w stacyjkę.
            Serce tłukło mi w piersi, czułam pot perlący się na czole. Prowadziłam auto, nawet nie myśląc co by się stało, gdyby był większy ruch.
            Nie wiem jak to możliwe, że dojechałam do celu. Stanęłam na podjeździe, mając nadzieję, że Sailes’owie wrócili do domu o czasie. Widząc samochód Nicka na podjeździe, załkałam cicho. Zdałam sobie sprawę, że to moja rodzina. Ostatni ludzie jacy mi zostali.
            Zapukałam w drzwi. Łzy nadal piekły mnie w oczy, nadal czułam ich smak w ustach. Otworzyła mi pani Sailes. Miała nienaganną fryzurę, fartuszek. Wycierała ręce w kuchenną ścierkę.
            Przez chwilę wpatrywała się we mnie z uśmiechem, ale po sekundzie jej uśmiech zgasł. Wpatrywała się we mnie niczym w straszną niespodziankę.
 - Even, skarbie, co się stało? – zapytała.
            Nie odpowiedziałam jej. Po prostu zarzuciłam jej ręce na szyję, przyciskając mokry policzek do jej szyi. Łkałam, zaś pani Sailes gładziła moje włosy, płynnymi i delikatnymi ruchami.
            Za nią stanął Nick. Wypłowiałą koszulę miał wygniecioną, włosy w nieładzie. Spojrzał na mnie zszokowany. Chciał coś powiedzieć, ale nie zdążył. Rzuciłam się na niego, tym razem przytulając się do jego obojczyka. Rzucił zdziwione spojrzenie matce.
 - Even…- mruknął, odsuwając mnie od siebie.
            Pociągnęłam nosem. Oczy już mnie bolały, było mi gorąco i dusznie. Nick wpatrywał się we mnie bacznie, szukając odpowiedzi na swoje pytania.
 - O co chodzi? – pani Sailes położyła mi dłoń na ramieniu.
            Odwróciłam się ku niej. Bałam się cokolwiek powiedzieć.
 - Mama – wyszeptałam zachrypniętym głosem.
            Nic to im nie wyjaśniło. Przetarłam dłonią twarz, co i tak nie wiele mi dało. Kręciło mi się w głowie. Mało się nie przewróciłam, ale na szczęście złapał mnie Nick, przytrzymał mnie delikatnie.
 - Kochanie, co się dzieje? Co z mamą?
            Pokręciłam głową. Nie chciałam mówić tego na głos. Miałam nadzieję, że to sen. Jednak, gdy powiedziałam to własnymi słowami, poczułam ciężar prawdy.
 - Mówię o mojej prawdziwej mamie.
          
            Mdlałam. Płakałam. Wymiotowałam. Woda wylewała się litrami z moich oczu. Czułam pot spływający mi ze skroni i karku.
            Pani Sailes posadziła mnie na kanapie. Gładziła moje włosy, mrucząc cicho. Dławiłam się łzami. Wstrzymywałam oddech, ale dawało mi to tyle samo co nic. Ramiona mi się trzęsły, dłonie nie mogły nic trzymać.
            Nienawidziłam siebie za tę chwile słabości. Nie mogłam pojąć, dlaczego mnie to aż tak dotknęła. Jednak prawda bolała znacznie mocniej, niż można było się spodziewać.
 - Był potworem – wyjęczałam. – Jak mógł tak postąpić.
            Uniosłam lekko głowę. Nick wyciągnął do mnie pudełko chusteczek. Otarłam oczy, nos i twarz. Pani Sailes chwyciła mnie za dłoń. Spojrzała mi prosto w oczy.
 - Skąd wiesz? Nie sądzę, że Amanda to zrobiła.
            Chciałam to jakoś powiedzieć. Jednak nie umiałam znaleźć wytłumaczenia na to, że widziałam ducha mojej prawdziwej mamy.
 - Chwila – powiedział Nick. – O co w ogóle chodzi?            Pociągnęłam nosem. Ręce nadal mi latały na wszystkie strony. Wciągnęłam ostrożnie powietrze. Prawdopodobnie zapas łez się skończył.
 - Moja mama, Amanda, nie jest moją prawdziwą matką – wykrzywiłam się. A jednak łzy już zbierały mi się w oczach. – Była nią Hope Price.
 - Była? – zdziwił się.
 - Hope nie żyje – wyjaśniła jego mama. – Moja siostra nie żyje już od szesnastu lat.
            Nick otworzył szeroko usta. Ja jednak otarłam wierzchem dłoni oczy. Nie chciałam znowu płakać. Spojrzałam na panią Sailes.
 - Co? – wybuchnął chłopak. – Jak to twoja siostra? I twoja mama…            Pani Sailes uśmiechnęła się ciepło. Uścisnęła moją rękę.
 - Może czas abyście oboje poznali tę historię ze strony kogoś postronnego. Zapewne jakoś opowiedziała ci to Amanda, co Even?            Potaknęłam. Pani Sailes przytuliła mnie do siebie, tak jak robiła to, zanim wylądowała w szpitalu. Uśmiechnęła się krzepiąco.
 - Miałam siostrę. Była ode mnie młodsza o pięć lat. Gdy urodził się Kevin, miałam męża i dom. Ona była zawsze sama – zapatrzyła się w dal. – Pewnego dnia poznała mężczyznę. Mądrego, miłego, przystojnego z pracą i sporym domem. Hope była nim zauroczona. Zabierał ją na kolacje, rozmawiali, spotykali się dość często. Ciągle o nim mówiła. Zaczęli widywać się w bardziej poważny sposób. Ciągnęło się to prawie rok. Nie byli oficjalnie razem, niby on chciał poczekać. Wszystko się zmieniło, gdy Hope dowiedziała się, że jest w ciąży. Cały czas spotkała się tylko z nim, więc pewne było, iż to jego dziecko.
            Przerwała na chwilę. Spojrzała na mnie. Wiedziałam, że tym dzieckiem byłam ja.
 - Tak strasznie się cieszyła. I bała. Kiedyś, w wieku dwudziestu lat poroniła. Bała się, że jej drugie dziecko może nie przeżyć. Z taką wielką radością powiedziała mu o dziecku. Ale on zareagował starsznie…był wręcz przerażony. Wtedy się wydało, że ma żonę, która nie może zajść w ciążę. Hope była taka zawiedziona. Cała radość z niej spłynęła. Nie chciała tego dziecka. Nie chciała znać Roba. Nie chciała żyć. Próbowała się zabić, zaraz po tym jak napadła ją Amanda, której mąż wyznał całą prawdę. Mało nie wydrapała oczu Hope.
            Poszli na kompromis. Mała dostanie nazwisko po ojcu, Rob będzie płacił alimenty i zajmował się czasem dzieckiem. Amanda zaakceptowała to, że mąż ją zdradził, nawet dała mu drugą szansę. Hope była smutna, ale pocieszało ją dziecko. W końcu mała się urodziła. To byłaś ty, Even – uśmiechnęła się, przez łzy. – Moja siostra była taka rozpromieniona. Nie obchodziło jej to, że nie będziesz miała prawdziwego taty. Cieszyła się tak bardzo z małej kruszonki, jaką urodziła. Potem zaczęło się z nią coś dziać. Wylądowała na intensywnej terapii. Traciła dużo krwi. Było coraz gorzej. Aż umarła.
            W pokoju zapanowała cisza. Była wręcz namacalna. Nick mrugał szybko, raz po raz przecierając dłonią twarz. Pani Sailes uśmiechała się, mimo że po jej policzku toczyły się łzy. Ja zaś wpatrywałam się w ścianę. Miałam przed oczami obraz mojej mamy, kobiety, której nigdy nie poznałam. Widziałam jej ducha – szarego, bezbarwnego. Każdy jej dotyk, ten który mogłam poczuć tylko ja, zostawiał na mnie tylko ból. Nie miałam matki, która mogła mnie przytulić.            Była radosną kobietą, która pragnęła mężczyzny w życiu. Zamiast tego pojawiłam się ja. A potem zabrała ją śmierć, nie dając mi szansy ją poznać.
 - Twój tata jakoś namówił Amandę, by cię zabrać. Zaproponowałam im pomoc, bo w końcu jestem twoją matką chrzestną.
 - Moją, moją…matką chrzestną? – wybąkałam.
 - Tak, Even – pocałowała mnie w czubek głowy. – Jestem twoją ciocią i poniekąd matką.
            Przytuliłam się do niej. Łzy płynęły mi powoli o oczu, będąc połączeniem smutku i szczęścia.
 - To dlatego traktowałaś mnie jakbym była twoją córką… - Tak, skarbie – pogładziła mnie po policzku. – Jestem twoją rodziną. Jesteśmy nią.
            Przeniosłam wzrok na Nicka. Siedział na fotelu, z nieciekawą miną. Wyglądał tak, jakby nie wiedział co ma zrobić. Ściskał dłonie, aż pobladły mu knykcie. Wyciągnęłam dłoń. Zdziwił się, ale wstał. Złapał moją rękę, siadając obok mnie. Trzymałam zarówno panią Sailes, moją ciocię, jak i Nicka. Wtuliłam się w niego.
 - Jesteście moją rodziną – powiedziałam. – Teraz mam tylko was.
            Wtedy płacząc, nie hamowałam łez. Były ze szczęścia, bo w tym całym koszmarze znalazłam kogoś, komu na mnie zależy. Nagle znalazłam jakby światełko w ciemnym tunelu.
 - Możesz u nas zostać ile chcesz – powiedziała pani Sailes – ciocia.
 - A co z…- nie umiałam się przemóc by nazwać Amandę Alians samym imieniem.
 - Na pewno nie będzie miała nic przeciwko.
            Pani Sailes, której nie umiałam nazwać ciocią, zaprowadziła mnie do pokoju gościnnego. Dała mi swoją pidżamę, która wisiała zarówno na niej, jak i na mnie. Położyłam się uradowana, czując pod policzkiem miękką poduszkę, a nie stół w barze. Pościel pachniała fiołkami. Zamknęłam zmęczone oczy, wdychając miły zapach. Ciągle huczało mi w głowie, obrazy, które zobaczyłam przez dotyk mojej matki, nie pozwalały mi się odprężyć. Mimo to, byłam tak strasznie zmęczona. Tak bardzo chciałam zasnąć i obudzić się za wiele dni. Może nawet lat.
            W końcu jednak zasnęłam, twardo niczym kamień.
             Obudził mnie delikatny powiew wiatru na twarzy. Otworzyłam sklejone oczy. Przez chwilę moje oczy przystosowywały się do ściany w kolorze piasku i jasnych mebli. Przeniosłam wzrok na okno. Było otwarte na całą szerokość, wpuszczając świeże powietrze. Firanka łagodnie łopotała.
            Przeciągnęłam się. Góra pidżamy przykleiła mi się do brzucha, spodenki obleśnie oblepiły mi uda. Kołdrę skopałam na bok. Cała byłam w pocie, nogi mnie bolały, a oczy piekły. Wstałam i poczłapałam się do łazienki, która leżała niewiele dalej od pokoju, w którym spałam.
            Na półce przyszykowane były dla mnie pomarańczowy ręcznik, za dużo kapcie oraz biały, miękki szlafrok. Zrzuciłam z siebie mokrą od potu pidżamę, weszłam pod prysznic, zasuwając za sobą kabinę.
            Stałam pod strumieniem ciepłej wody. Żłobiła ona tunele na mojej skórze. Włosy ściekały wodą. Zagarnęłam je do tyłu. Dalej pozwalałam wodzie płynąć.
            Gdy woda była już lodowata, wytarłam się w miękki ręcznik, stopy wsunęłam w kapcie, zaś ciało owinęłam szlafrokiem. W pokoju znalazłam w kącie moją torbę. Byłam szczerze zdziwiona, kiedy nic w niej nie znalazłam. Zamiast tego moje ubrania były starannie poskładane w szafce. Wybrałam spodenki (które ledwo trzymały się na mnie) i poszarpany nożyczkami T-shirt.
            Związałam swoje włosy. Nadal były czerwone, farba świetnie się trzymała. Przeczesałam je szczotką, która w magiczny sposób znalazła się na komodzie.
            Przez otwarte drzwi dobiegł mnie przyjemny zapach. Ruszyłam do kuchni, gdzie wiedziałam, że znajdę Panią Sailes. Oczywiście miałam rację. Stała w fartuszku przy kuchence, z drewnianą łopatką. Na stole stały talerze, przepełnione jajecznicą z bekonem, tostami francuskimi i naleśnikami z czekoladą. Wszystko to miało apetyczny zapach, aż mi zaburczało w brzuchu. Niestety, na myśl o jedzeniu było mi niedobrze.
            Oparłam się o framugę drzwi. Przypomniało mi się od razu, jak Nick bawił się ze mną w berka i wybił sobie o nią mleczaka.
            Pani Sailes przewróciła coś na patelni. Podśpiewywała sobie coś pod nosem. Ja tylko patrzyłam na jej płynne ruchy.
 - Dzień dobry – przywitała mnie, odwracając się w moją stronę.
            Nałożyła na czysty talerz omleta z dodatkami. Wskazała mi krzesło.
 - Siadaj i jedź – zanim zdążyłam zaprotestować, dodała: - Wyglądasz marnie. Ale ja to zmienię.
            Posłała mi swój najbardziej przyjazny uśmiech. Mimo mdłości, usiałam i powoli skubałam omleta, zastanawiając się, kiedy po raz ostatni jadłam normalny posiłek, niebędący płatkami czy jabłkiem.
 - Nick mówił, że przyjadą z Maxine za pół godziny. Chyba się nie obrażą, za śniadanie na obiad?  - zaśmiała się.
            Ja tylko pokręciłam głową. Żułam małe kęsy, bojąc się, że zaraz je zwrócę. Pani Sailes w kółko nuciła tę samą piosenkę. Kręciła się po kuchni. Dopiero, gdy zobaczyła moją minę, niepewnie usiadła. Osunęłam od siebie talerz.
            Zdjęła fartuszek, po czym przewiesiła go przez krzesło. Splotła dłonie ze sobą, kładąc je na blat stołu.
 - Rozmawiałam z Amandą…  – zaczęła. – Nie ma nic przeciwko byś została z nami przez jakiś czas.             Spojrzała na mnie. W jej wzroku krył się cały pokład smutku. Knykcie jej pobladły, od zaciskania dłoni ze sobą.
 - Nie wiele się w niej zmieniło. Cała prawda zmieniła twoje życie, ale ona nawet chyba nie ma wyrzutów sumienia.
            Położyła dłonie na blacie. Poruszała ze zdenerwowaniem palcami. Niespokojnie poruszała nogą. Nie mogłam patrzeć na jej twarz, którą szpecił niepokój.
            Wstałam. W trzech krokach pokonałam dzielącą nas odległość. Przykucnęłam obok niej. Położyłam jedną dłoń na jej rozdygotanych rękach. Postarałam się o jak najszerszy uśmiech. I choć wszystko we mnie pękło, całe moje serce przepełniał ból, powiedziałam z udawanym spokojem.
 - Jest dobrze, ciociu – sama była zdziwiona jak bardzo wiarygodnie to zabrzmiało. – Naprawdę jest dobrze.
            Przytuliła mnie. Delikatnie, przesuwając dłonią po plecach. Czułam ciepło, które od niej emanowało i cudowny, miętowy zapach. Pozwalałam jej by mnie obejmowała.
            Odsunęłam się powoli. Zmarszczki na twarzy strasznie ją postarzały – nawet nie wiedziałam kiedy jej włosy stały się aż tak siwe. Wiele zmieniła się przez lata spędzone w szpitalu. Kości policzkowe, mimo że teraz dużo jadła, nadal były delikatnie zapadnięte. Pod oczami ciemne sińce były strasznie widoczne. Niegdyś ładne, pełne i różowe usta strasznie popękały.
 - Opowiesz mi coś o niej? – zapytałam. – Żebym przynajmniej wiedziała, kim była moja mama.
            Przysunęłam sobie krzesło bliżej niej. Gdy usadowiłam się na nim, ciocia (ciężko było zacząć ją tak nazywać) podała mi jednego z upieczonych tostów, grożąc, że jeżeli go nie zjem to nic mi nie powie. Kiedy ja niepewnie przeżuwałam, ona przyniosła album przepełniony zdjęciami.              Przekartkowała go szybko, docierając do szukanej fotografii. Wyjęła ją, po czym przesunęła po stole w moją stronę.
            Zdjęcie przedstawiało  dwie dziewczynki. Jedna, wywnioskowałam, że to ciocia, miała na sobie żółtą sukienkę, a na twarzy rozciągał się szeroki uśmiech, ukazując tym brak jedynki. Dziewczynka obok, o wiele niższa, trzymała w ramionach szczeniaczka, a sądząc po jej minie, był dla niej oczkiem w głowie.
            Wyjęła drugą fotografię. Tym razem moja mama mogła mieć na niej z czternaście lat. Była tak uderzająco do mnie podobna. Włosy miała aż do bioder, oczy wpatrzone w dal, a na nosie i policzkach całą masę piegów. Uśmiechała się szeroko, ukazując aparat ortodontyczny na zębach.
 - Nigdy nie poznałam tak pogodnej osoby jak ona. Zawsze była uśmiechnięta, serdeczna dla wszystkich. Życie jednak zawsze ją źle traktowało. – Pokazała palcem zdjęcie z pieskiem. – Nie całe dwa dni po tym jak go dostała potrąciło go auto. Nawet wiele lat później nie chciała żadnego zwierzaka. Była strasznie pamiętliwa.
            Podała mi następne zdjęcie. Tym razem moja mama było o wiele starsza; mogła mieć już z dwadzieścia lat. Włosy mocno jej ściemniały i sięgały jej do ramion. Obok niej siedział chłopak. Uśmiechał się do aparatu, obejmując ją mocno. Wyglądali na naprawdę szczęśliwych.
 - To Eric – wskazała mężczyznę. – Byli ze sobą jakieś cztery lata. Kiedy ona zaszła w ciążę, a on się o tym dowiedział, uciekł, nie dając jej nawet znaku życia. Załamała się, ale żyła tylko dla dziecka. Mały się urodził, niestety jako wcześniak. Zmarł niewiele minut po narodzinach.
            Pokazała mi następne zdjęcie. Przedstawiało niemowlę, jeszcze sine.
 - Był naprawdę malutki. Taki bezbronny.
            Wzięłam kartkę do ręki. Przyglądałam się dziecku. Przejechałam palcem po jego buzi. Nie zdążył nawet jeszcze posmakować życia. Nie wiedział jak to jest chodzić, mówić. Wziął tylko kilka oddechów, a potem odszedł.
 - To zmieniło Hope – skomentowała ciocia. -  Nigdy już nie była taka sama.
            Miałam kiedyś brata. Ale on nie żył. Nie było go.
 - Jak się nazywał? – zapytałam.
            Znowu czułam łzy. Jedna za drugą wysuwała mi się z oczu. Czemu życie jest ciągle niesprawiedliwe? Mój tata odszedł. Mama umarła. Nawet mój brat – niewinne maleństwo – zmarł.
 - Alex – uśmiechnęła się. – Tak jak nasz dziadek, a twój pradziadek.
            Pokiwałam głową. Przez chwilę wpatrywałam się jeszcze w zdjęcie mojego brata.
 - Mogę to zatrzymać?
            Ciocia przytaknęła. Przewertowała album, po czym wyjęła jeszcze jedno zdjęcie. Podała mi je.
            Przez chwilę nie umiałam pojąć co takiego przedstawia. Po chwili jednak zrozumiałam. Była tam moja mama, z umęczonym wyrazem twarzy i słabym uśmiechem. Trzymała w ramionach dziecko. Nie byłam do siebie podobna, to chyba jasne. Ale coś sprawiło, że wiedziałam tam siebie.
 - To twoje jedyne zdjęcie z mamą.
            Uśmiechnęłam się, przełykając łzy.
 - Mamo – szepnęłam, patrząc na zdjęcie. – Szkoda, że ciebie tutaj nie ma.

           

           

           
            

1 komentarz: